<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Przegląd Powszechny &#187; Społeczeństwo</title>
	<atom:link href="http://www.przegladpowszechny.pl/category/spoleczenstwo/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.przegladpowszechny.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 Jan 2012 13:41:45 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Musi się chcieć</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Jan 2012 14:37:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1072</guid>
		<description><![CDATA[Osoba pozostawiona z problemami psychicznymi sama sobie wcześniej czy później „wyląduje” u lekarza. Bo zła kondycja psychiczna zawsze obciąża zdrowie fizyczne. Z profesorem Mirosławem Dłużniewskim rozmawia Krzysztof Ołdakowski SJ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Osoba pozostawiona z problemami psychicznymi sama sobie wcześniej czy później „wyląduje” u lekarza. Bo zła kondycja psychiczna zawsze obciąża zdrowie fizyczne. Z profesorem Mirosławem Dłużniewskim rozmawia Krzysztof Ołdakowski SJ<span id="more-1072"></span></strong></p>
<p><strong><em>- Jak stan psychiczny wpływa na zdrowie fizyczne?</em></strong></p>
<p>- Kiedy ktoś, kto jest w słabej formie psychicznej, przeżywa kolejny stres, albo, co jest najgorszym obciążeniem, trwa w przewlekłym stresie, to źle zasypia, źle śpi, a w dzień nawracają kolejne złe myśli. Odczuwa kołatanie serca, przyśpieszone tętno, bo cały czas się niepokoi. Wydzielają się nadmierne ilości  hormonów stresu. „Skacze” mu ciśnienie. Rozregulowuje się jego układ wegetatywny, wydziela się więcej kwasu w żołądku, obkurcza się mięśniówka gładka w przewodzie pokarmowym.</p>
<p>Zawsze zła kondycja psychiczna przekłada się niekorzystnie na poczucie dobrostanu, a właściwie jego brak, czyli w konsekwencji obciąża nasze zdrowie. Ukuto nawet takie powiedzenie „zdrowie psychosomatyczne”, czyli jeżeli masz dobrą „psyche”, to masz dobrą „somę” – ciało. Jeżeli widzimy, że ktoś nie jest w dobrej formie  psychicznej, to w końcu trafi do lekarza. Wielokrotnie z uśmiechem podkreślałem, że w Stanach Zjednoczonych każdy ma swego psychoanalityka. Jednak rolę tego psychoanalityka może także pełnić lekarz, żona czy mąż, ksiądz, psycholog, ktoś, kto pomaga nam zanalizować nasze problemy, „rozebrać” je  na części i w konsekwencji uspokaja naszą psychikę.<br />
Natomiast człowiek zostawiony z problemami psychicznymi sam sobie wcześniej czy później „wyląduje” u lekarza. Jeżeli ten zapisze jedynie lekarstwa, to przegra; przegra z chorobą i nie pomoże choremu. Lekarz powinien mieć czas i możliwość, by zapytać pacjenta o środowisko, okoliczności, w których żyje i pracuje. Czasem przychodzą do mnie młodzi ludzie, którzy wyglądają na okazy zdrowia, ale „serce im kołacze”. Osiągnęli dobrobyt ekonomiczny, ale boją się z niego skorzystać, bo nie mają czasu, boją się, że stracą pracę. Pracują więc w korporacjach po dwadzieścia godzin na dobę, w nieustannym stresie. Żaden organizm tego nie wytrzyma. Lekarze od tysiąca lat wiedzą, że jeżeli człowiek nie ma spokoju, dobrobytu psychicznego, to jego ciało będzie sygnalizowało różne dolegliwości.</p>
<p><em><strong>- Lekarze mogą leczyć ludzkie organizmy, natomiast nie wyleczą nas z presji kulturowej, nie uwolnią od współczesnych wymagań. Czy nie należy przemyśleć tego, w jakiej atmosferze żyjemy i jakie ma ona konsekwencje dla psychiki?</strong></em></p>
<p>- Lekarz, jeżeli ma czas i empatię, może pomóc, może wskazać przyczynę dolegliwości. Ale nie ma prawa decydować o wybieranych przez konkretną osobę wartościach. Może jej jedynie pokazać, jak te wybory przekładają się na zdrowie. Jeżeli dalej ten ktoś będzie spędzał w korporacji dwadzieścia godzin, to nie będzie miał już kołatania serca ani skoków ciśnienia, tylko zawał, udar lub inną katastrofę zdrowotną istotnie związaną ze stresem.</p>
<p>Serce jest specyficznym narządem. Na przykład, kiedy doznamy urazu na przykład nogi, trochę to nas boli, ale ból przechodzi i o nim zapominamy. Ale jeżeli mieliśmy napad arytmii, to będzie on się potem śnił przez wiele miesięcy.</p>
<p>Młody człowiek, który to przeżył, jest przerażony. Mówię mu: „To jest klasyczny objaw, że serce jest z pana niezadowolone”. Co to znaczy? Tłumaczę prostym językiem. Chodzi o codzienną gonitwę, niepokój, ileś wypitych kaw, używki, stres w pracy, w domu, niezdrowe współzawodnictwo, czyli tak zwany wyścig szczurów.</p>
<p><em><strong>- A co z naturalnymi lękami, jak te związane z upływem czasu, utratą sprawności, ze śmiercią? Jak one na nas wpływają?</strong></em></p>
<p>- Naprawdę liczy się nie wiek kalendarzowy, tylko wiek biologiczny. Od kiedy zaczyna się problem? Nie ma takiej daty. Jeden z moich profesorów, który uczył fizjologii, powiedział, że proces starzenia zaczyna się zaraz po urodzeniu, bo niektóre komórki żyją krócej, inne dłużej. Osoba dojrzała zwraca uwagę na te problemy, kiedy po raz pierwszy cierpi na jakąś istotną dolegliwość i po raz pierwszy widzi swoje ograniczenia.</p>
<p>Można spotkać osiemdziesięcioletnią kobietę, która cały czas żyje w dobrej formie. Nie biega, ale spaceruje; radzi sobie, normalnie funkcjonuje. I nie ma poczucia upływającego czasu. Jeżeli jest w dobrej formie fizycznej i w dobrym stanie psychicznym, otoczona rodziną, to ma frajdę z życia. Ale jeżeli pięćdziesięciolatek po raz pierwszy złamie nogę albo ma jakiś inny problem, który go błyskawicznie skieruje do szpitala, jest to dla niego pierwszy sygnał, że dzieje się coś niedobrego. Wówczas zaczynają zachodzić procesy, które nie przez wszystkich są rozumiane, niestety także nie przez wszystkich lekarzy.</p>
<p><em><strong>- Jakie?</strong></em></p>
<p>- Kiedy mówimy o dobrostanie, mówimy o „homeostazie organizmu”. Oznacza to rodzaj pełnej równowagi, kiedy wszystko dobrze funkcjonuje. Dla wieku podeszłego ukuto określenie „homeostenoza” („stenoza” czyli „zwężenie”), i polega ona na tym, że, mówiąc obrazowo, osoba może funkcjonować normalnie i nie zauważa tego, że droga, którą szła, robi się coraz węższa, dopóki po raz pierwszy się nie przewróci. Potem zaczyna się efekt domina, wszystko się sypie. Ktoś złamał nogę, dostał się na oddział ortopedyczny, ale zaraz wzywają nas, kardiologów. Chory ma niedomogę serca, za szybkie tętno, złe ciśnienie albo krążenie. A do wczoraj był zdrowy. To złamanie nogi jest tak dużym stresem i obciążeniem dla organizmu, że wszystko przestaje dobrze funkcjonować, bo nasze rezerwy są już ograniczone.</p>
<p>Kiedy w serialu „Czterdziestolatek”, Karwowski pytał sekretarkę o choroby dyrektorów powiedziała mu, że chorują na „-siątki”, czyli pięćdziesiątki, sześćdziesiątki, siedemdziesiątki. Uczę lekarzy, żeby pamiętali, że osoba w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat powinna przejść określone badania. Wcześniej też. Z wieku wynikają pewne ograniczenia. Czy można do nich przygotować pacjentów? Tak do końca nie. Nie możemy zapewnić wszystkim nieśmiertelności ani pełnego zdrowia do określonego wieku. Jak ma się ucieszyć siedemdziesięciolatek, któremu mówimy, żeby spacerował wolniej albo nie nosił siatek z zakupami po schodach? Żeby zaakceptować swój wiek, muszą się pojawić tak zwane wartości dodatkowe.</p>
<p><em><strong>- Co to znaczy?</strong></em></p>
<p>- Pacjent musi czuć oparcie. To jest moim zdaniem najważniejsze, co daje lekarz, choć bezpośrednio nie należy to do jego pracy. Osoba w chorobie czy stresie musi mieć oparcie. Oczywiście powinni je dawać przede wszystkim rodzina i przyjaciele.</p>
<p>Studenci, którzy do mnie przychodzą, myślą, że będę ich namawiał do tego, żeby się tylko uczyli. Przekonuję ich, że ważny jest także sport i życie towarzyskie. Na studiach zawsze mi się wydawało, że szkoda tracić czas tylko na naukę i sam działałem w Zrzeszeniu Studentów Polskich, uprawiałem sport, rozglądałem się za dziewczynami i oczywiście się uczyłem. Kiedy się połączy te elementy, to wydaje się, że wszystko jest poukładane. Nie ma wówczas przekonania, że w dorosłym życiu jest coraz trudniej. Jeśli ktoś przegra mecz, to może uda mu się „randka”.</p>
<p>Natomiast osobom starszym, które narzekają na pracę mówię, że dopóki są potrzebne, będą szczęśliwe, choć może jeszcze o tym nie wiedzą. Nieszczęśliwe zaczną być, kiedy przestaną być potrzebne. Pacjenci złapali mnie dziś w Klinice na korytarzu o 6:30 i zapytali zatroskani: „Panie profesorze, co tak wcześnie?”. Odpowiedziałem im, że ja na szczęście lubię swój zawód, więc proszę mnie tak nie żałować. Szybko się otworzyli, zaczęła się rozmowa, powiedzieli, że to szczęście, że lubię swoją pracę. Mówili też, co sami robią, mieliśmy krótką acz głęboką pogawędkę. Więc nie próbujmy żałować osób, które są zapracowane. Jeżeli ktoś nie lubi swojego zawodu i ze wstrętem myśli i obowiązkach, to nie będzie szczęśliwy. Oparcie może znaleźć w rodzinie, przyjaciołach, w pasji. Często zupełnie niezwiązanej z pracą, nawet jeśli dla innych to jakieś dziwne hobby.</p>
<p>Rok temu od żony, dzieci, wnuków, zięciów dostałem na urodziny pianino. Wiedzieli, że kiedyś jako dziecko trochę grałem, potem pianino było u cioci, i gdy tata przestał ciocię odwiedzać, ja przestałem grać. W domu robimy czasem spotkania z przyjaciółmi naszych dzieci i ich dziećmi. To miłe spotkania, przyjaciele dzieci to już dorosłe osoby,  którym zawsze proponuję, żebyśmy sobie mówili po imieniu. Część z tego korzysta, część nie, dalej wolą bym był dla nich „profesorem”, a moja żona „znakomitym kardiologiem”. Pytają nas często nasi rówieśnicy, czy nam się chce. To prawda, kiedy wychodzą, rzeczywiście jesteśmy zmęczeni. Ale relacje z nimi dają nam wsparcie. I ja sam mam satysfakcję, kiedy ktoś z młodszego pokolenia się mnie czy mojej żony radzi w ważnych dla nich sprawach. Czasem wolą porozmawiać z nami, swoimi przyjaciółmi niż z rodzicami. Mają do nas zaufanie.</p>
<p>Warto się otwierać, na przykład zaprzyjaźnić się z sąsiadami. Pomóc im, kiedy mają problem. Mało kto sam radzi sobie z problemami. I bez tego ten proces starzenia się będzie bardzo trudny. Najgorsze, co obserwuję u osób starszych, to nie problem choroby, ale samotności. Osoba samotna, która ma jakiekolwiek dolegliwości, jest w trudnej sytuacji z większą szansą na przegraną. Musi mieć kogoś, kto ją pocieszy.</p>
<p><em><strong>- Czy osobę, która akceptuje to, że nie jest nieśmiertelna, łatwiej się wyleczy?</strong></em></p>
<p>- Kiedyś starsi asystenci, za którymi w szpitalu nosiłem historię choroby, pokazywali mi pacjentów w trudnym stanie i mówili tak: „Ta pani będzie żyła – ona chce żyć”. Trochę mnie to na początku rozśmieszało, bo brzmiało jak jakieś szamaństwo. Potem z pokorą patrzyłem, ile w tym było racji. Wola życia się liczy. Najczęściej ona się wiąże z motywacją: mam dla kogo żyć, nie chcę kogoś zostawić, nie chcę umrzeć. Zaczyna się walka. I tę walkę widać.</p>
<p>Największy problem jest wówczas, gdy pacjent w trudnym stanie mówi, że nie chce żyć, a na proste pytanie: „Ale zaraz, przecież ma pan dla kogo żyć?” – mówi: „Nie mam”. Wtedy szanse lekarzy zdecydowanie się zmniejszają. Lepszą odporność, lepszy układ immunologiczny ma osoba zmotywowana do życia. Wiele chorób nowotworowych jest spowodowanych przez wirusy, które układ odpornościowy może pokonać. Wiemy jednocześnie, że układ immunologiczny pilnuje komórek, żeby się nie namnażały w sposób niekontrolowany. Osoba, która ma motywację do życia, ma też lepszy układ immunologiczny.</p>
<p>Podobnie jest z dziećmi w przedszkolu. Mówi się często, że chorują. Czy dlatego, że dzieci przynoszą infekcje? To tylko część prawdy. Druga część jest taka, że dzieci tęsknią za rodzicami, czyli są w stresie i mają gorszy układ odpornościowy.<br />
Chory w konsekwencji ciężkiej choroby, wcześniej czy później, może umrzeć. Powinien być otoczony odpowiednią atmosferą. Obecnie jest to bardzo trudne. Mało się o tym mówi, a jeszcze mniej robi, by tak było. Chory nie powinien umierać na szpitalnym korytarzu. Nie powinien umierać bez osób bliskich.</p>
<p>Warto pamiętać o jednym: lekarze walczą o zdrowie psychiczne, o większą odporność, żeby pacjent miał napęd, żeby miał chęć do życia. To są proste zabiegi. Mamy to szczęście, że w naszej klinice uczą się zawodu młodzi fizjoterapeuci. Te młode dwudziestoparoletnie osoby działają na chorych fantastycznie. Kiedy wejdą do sali panów trzy młode, pełne uroku dziewczyny albo do pań trzech młodzieńców, to choćby nie wiem co, pacjenci wstają z łóżka, dają się zaprowadzić na spacer.</p>
<p>Jeżeli do tego obok jest rodzina, jeżeli widzę na obchodzie, że do łóżka pacjenta są przyklejone kartki, laurki od dzieci, wnuków, to mówię: „Jest dobrze”. Jest dla kogo żyć. Z takim pacjentem rozmawia się inaczej. Wtedy, na przykład przed ryzykownym zabiegiem, którego się obawia, ten pacjent powie: „Dobrze, róbcie to, muszę być zdrowy”.<br />
Sam przekonałem się na sobie, jaką motywację dają wnuczęta.</p>
<p>Kiedy wchodzę ze studentami do sali pacjentów, mówię im zawsze: „Szukajcie znaków”. Co to znaczy? „Patrzcie na pacjenta. Pamiętajcie, że każde słowo, które tu powiemy, on będzie przetrawiał. Popatrzcie, czy widać po nim chorobę, w jakim on jest stanie psychicznym? On wielu rzeczy nie powie, nawet jak go zapytacie. Patrzcie, jakie wam wysyła znaki, to może go łatwiej zrozumiecie”. Potem studenci mówią, że zrozumieli, o co chodziło.</p>
<p><em><strong>- Jakie są te znaki?</strong></em></p>
<p>- Pamiętajmy, że zwykle w sali pacjent nie leży sam, dlatego nie o wszystkim chce głośno powiedzieć, czasem się wstydzi albo boi się, że ktoś przekaże informację rodzinie. Jeżeli widać u niego napięcie, lęk, to znaczy, że będzie jakoś sygnalizował, chęć powiedzenia czegoś jeszcze. Te sygnały trzeba wyciągać, bo inaczej terapia będzie niepełna albo nieudana. Miałem wiele takich przykładów, było już niby wszystko dobrze, ale wyczułem jakiś sygnał i mnie olśniło. Pytam: „No dobrze, proszę pani, a jak tam życie rodzinne, jak syn?”. I trafiłem.</p>
<p><em><strong>- Pozornie nie ma to wiele wspólnego z kardiologią.</strong></em></p>
<p>- Tak jest. Otworzyła się lawina żalu, nieszczęścia, kłopotów, o których ta pani by nie opowiedziała. Jak ja mam ją dobrze leczyć, jeśli nic o tym nie wiem? Oczywiście na rozmowę potrzeba czasu.</p>
<p><em><strong>- W obecnym systemie liczy się to, żeby pacjent szybko wrócił do domu.</strong></em></p>
<p>- Tak, i to jest najsłabszy punkt polskiego systemu opieki zdrowotnej. Mało uwagi poświęca się problemom pacjenta. Zamiast mówić o chorobie, mówimy o procedurze; nie ma pacjenta chorego na coś, jest tylko „procedura rozszerzenia naczynia”, „procedura wszczepienia stymulatora”. Mówi się nie o człowieku i jego problemie, tylko o tym, za co będzie płacone. Narodowy Fundusz Zdrowia nie płaci za dobry stan pacjenta, ale za wykonanie procedury. Jeżeli politycy różnych opcji politycznych nadal będą psuli relację pacjenta z lekarzem, rozwijając obecny system z Narodowym Funduszem Zdrowia, wycenami procedur i pośpiechem, to pójdziemy w złym kierunku.</p>
<p><em><strong>- Mówił pan wcześniej o przeżywaniu śmierci. Bywam w hospicjach, w ciągu ostatnich lat zwiększyła się w nich ogromnie liczba młodych wolontariuszy, którzy mają potrzebę zbliżenia się do tajemnicy życia i śmierci.</strong></em></p>
<p>- Też to obserwuję. Zawsze zastanawiałem się, z czego to wynika. W hospicjach, miejscach dla przewlekle chorych pacjentów, czasu jest więcej. Osoby, które tam idą z wyboru, mają potrzebę niesienia pomocy, dania serca potrzebującemu. To powinno być także częścią zawodu lekarza. Na pierwszym miejscu musi być pacjent, a nie procedura.</p>
<p>Jest bardzo dużo dobrych młodych ludzi, co rok na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym przychodzi nowa grupa studencka. Staram się zawsze pierwszego dnia mieć z nimi spotkanie, wykład, rozmawiam. Chcę, żeby to było prawdziwe spotkanie pytam, co robią, jakie specjalizacje ich interesują. Potem od razu mają dobre nastawienie. Ważne, żeby się nie wykrzywili, żeby nie zauważyli, że zawód może dać łatwe pieniądze i uznanie, tylko żeby dostrzegli, o co naprawdę w tym zawodzie chodzi.</p>
<p>Potrzebne przykłady i autorytety. Kiedyś byłem świadkiem rozmowy, kiedy ktoś próbował dokuczać naszemu przyjacielowi, panu ministrowi profesorowi Zbigniewowi Relidze, że chodzi na pochody pierwszomajowe. Nie wytrzymałem, wtrąciłem się, powiedziałem tak: „Zapytaj go, jaki ma komfort z tego pochodu, zapytaj się, dlaczego on to robi? Bo ja mam pełne przekonanie, że po to, by stworzyć pacjentom większe możliwości”. W starych komuszych czasach wyrywał to, co się dało, dla kliniki i pacjenta. Potem dla wielu ludzi, i lekarzy, i pacjentów stał się autorytetem.</p>
<p>Oczywiście, można powiedzieć dzisiaj, że szkoda, że palił, może jeszcze by żył, bo jest potrzebny także dzisiaj. Żyje na szczęście pamięć o nim, są jego uczniowie. Każdy, kto się zajmuje kardiologią, ma do Religi jakiś sentyment, ale potrzebne są też te mniejsze przykładziki. Przykładzikiem jest dla studenta asystent w klinice. W jego stosunku do pacjenta musi być autentyczne zaangażowanie, które widać. Wtedy student będzie dobrze ukształtowany.<br />
Wszystko utrudnia tempo, w jakim żyjemy. Ale, kiedy patrzę na naszych studentów, jestem pełen nadziei.</p>
<p><em><strong>- Nie wiem, czy to tempo się da w jakiś sposób zatrzymać.</strong></em></p>
<p>- Jednak ludzie z jakiegoś powodu chcą się ze sobą spotykać, mimo że biznesu na tym się nie robi. Razem wyjeżdżają, siedzą do drugiej w nocy, rozmawiają, śmieją się. Świat przyśpieszył, więc młody człowiek nie musi czekać pięćdziesięciu lat na mieszkanie, może wziąć kredyt i je zbudować wcześniej. Musi tylko wyważyć, co jest dla niego wartością.</p>
<p><em><strong>- Jakie psychiczne udręki naszych czasów najbardziej osłabiają ciało?</strong></em></p>
<p>- O pośpiechu już mówiłem. Myślę, że poczucie nieustannego zagrożenia, które się wiąże głównie chyba z bezpieczeństwem socjalnym rodziny. Rodzina potrzebuje warunków do bezpiecznego wychowania dzieci, które trzeba też nakarmić, ubrać i puścić do szkoły. Cywilizowane państwo powinno dostrzegać i dbać o ludzi chorych, którym trzeba pomóc. Potrzebne jest minimum bezpieczeństwa. Jeżeli w domu panuje miłość, można jeść tańsze parówki.</p>
<p>Zawsze mówię, że jestem zdeklarowanym prawicowcem, jeżeli chodzi o wartości, i zdeklarowanym lewicowcem, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo socjalne. Lekarz nie może być inny. Powiedziałem w jednym z wywiadów, że lekarz bez wiary w ogóle nie powinien wychodzić z domu. Bo po co? Mam na myśli wiarę w to, że mogę pomóc pacjentom. W to, że mi się uda. W umiejętności. Jeśli lekarz nie ma wiary, którą zarazi pacjenta, niech lepiej zostanie w domu.</p>
<p>Ja znam wielu kolegów, którzy mówią: „Ja tu przyszedłem zrobić badania. Ja tu przyszedłem wyciąć…”. Kiedy to słyszę, to myślę sobie „Uciekasz od problemów swojego zawodu, chcesz być technokratą”. Nie da się uniknąć spojrzenia na pacjenta jak na całego człowieka.</p>
<p><strong>Mirosław Dłużniewski,</strong> profesor zwyczajny, doktor habilitowany nauk medycznych, kierownik Kliniki Kardiologii, Nadciśnienia Tętniczego i Chorób Wewnętrznych II Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.</p>
<p><strong>Krzysztof Ołdakowski SJ,</strong> redaktor naczelny „Przeglądu Powszechengo”.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Emigranci &#8211; wędrowcy szukający domu</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 02 Dec 2011 16:04:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1052</guid>
		<description><![CDATA[Jestem gościem na ziemi – te słowa z Psalmu 119 wyrażają istotę życia ludzkiego na świecie. Bycie emigrantem streszcza w sobie kondycję człowieka - pielgrzyma i wędrowcy szukającego stałego miejsca. Na ziemi nigdy nie będziemy do końca czuli się u siebie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><em>Jestem gościem na ziemi</em> – te słowa z Psalmu 119 wyrażają istotę życia ludzkiego na świecie. Bycie emigrantem streszcza w sobie kondycję człowieka &#8211; pielgrzyma i wędrowcy szukającego stałego miejsca. Na ziemi nigdy nie będziemy do końca czuli się u siebie.</strong></p>
<p>Procesy migracyjne osiągnęły dzisiaj skalę niespotykaną w historii. Powoduje to powstawanie coraz większej społeczności, która utraciła więzi z macierzystą kulturą, z korzeniami, i zaczyna tworzyć jakby nową społeczność planetarną. Ludzie zwykle przemieszczają się w ślad za przepływającym kapitałem, aby podnieść standard życiowy. Dziś łatwo pokonywać ogromne odległości &#8211; nie tylko fizycznie, ale także poprzez sieci informatyczne. Widzowie na całym świecie oglądają te same seriale i programy rozrywkowe. Wiele osób odreagowuje to większym przywiązaniem do własnej tradycji i języka. Nie chcą być wtłaczani w ujednolicony model kulturowy wypreparowany z tego, co lokalne i swojskie.</p>
<p>Stosunek to emigrantów jest wskaźnikiem jakości człowieczeństwa i kryterium rozwoju społeczeństwa. Różnice kulturowe nie powinny zanikać, ale otwierać się na siebie. Z drugiej strony tylko jasna świadomość tego, kim się jest, oraz przywiązanie do własnej tożsamości prowadzą do postawy otwartości i szacunku dla innych, obcych i przybyszów.</p>
<p>Migrują miliony. Dane Organizacji Narodów Zjednoczonych mówią o 214 milionach emigrantów o uregulowanym statusie, 15-20 milionach o nieuregulowanym. Około 20 milionów osób to uchodźcy.</p>
<p>Migracje występują w każdym typie społeczeństwa. Polacy rozsiani są po całym świecie. Wyjeżdżali z kraju w różnych okresach, zarówno za chlebem, jak i w poszukiwaniu wolności. Dziś coraz częściej wyjeżdżają w celu znalezienia pracy, zdobycia wykształcenia i podniesienia kwalifikacji zawodowych. O skali emigracji i przywiązaniu Polaków do tradycji świadczy choćby fakt, że około stu profesorów na Uniwersytecie Federalnym w Kurytybie w Brazylii przyznaje się do polskich korzeni.</p>
<p>Emigracja rodzi poważne skutki w wielu dziedzinach życia. Poszczególne jej fale różnią się od siebie. Emigracja postsolidarnościowa jest odmienna od tej po otwarciu granic w 2004 roku. Tej obecnej często towarzyszy rozłąka z rodziną przez wiele miesięcy, poczucie osamotnienia i silna potrzeba znalezienia oparcia. Emigranci mieszkają w ubogich dzielnicach Londynu, w skromnych warunkach, czasami w jednym pokoju, z toaletą na korytarzu. Pracują na zmiany. Żyją w wolnych związkach. Pojęcie ojczyzny w tradycyjnym znaczeniu staje się wielu rodakom obce. To jedna z przyczyn utraty poczucia sensu istnienia. Owszem, obecna fala zasiliła środowisko emigracyjne, ale wprowadziła nowe podziały na „my” i „wy”. Dostrzega się, że młodzi bywają bardziej nastawieni na konsumpcję. Pocieszające natomiast jest to, że coraz więcej rodzin przybywa z dziećmi, aby osiedlić się na stałe.</p>
<p>Mobilność współczesnych migrantów stanowi ważne wyzwanie dla Kościoła. Powinien on towarzyszyć w przygotowaniu do wyjazdu oraz w budzeniu gotowości do przyjęcia obcego. Jako wspólnota o uniwersalnym zasięgu Kościół jest z natury migracyjny. Cały czas powinien przypominać: jesteście w drodze, wy też możecie wyjechać, nie powinniście tworzyć narodowego getta i zamykać się na przybyszów. W Szwecji na przykład wśród żyjących tam 150 tysięcy katolików są przedstawiciele 80 różnych narodowości. Migracje to widzialny znak Kościoła Pięćdziesiątnicy. Przeżycie religijne to oczywiście nie tylko problem znajomości języka lokalnego, ale przede wszystkim kwestia języka serca. Obserwujemy postępujące wyczerpywanie się modelu duszpasterstwa emigracyjnego opartego na związku narodu z katolickością, ale z drugiej strony wiadomo, że religijność nie może być bezdomna. Z tego wynika naturalne pragnienie kontynuowania drogi duchowej w swojej kulturze i tradycji. W Wiedniu jest szesnaście Kościołów, w których w niedziele jest odprawiana Msza Święta po polsku. Jest na to konkretne zapotrzebowanie. Różnie bywa z uczestnictwem emigrantów w praktykach religijnych. Na Wyspach Brytyjskich w niedzielnej Mszy Świętej bierze udział regularnie od 7 do 10 procent Polaków. Parafia pełni funkcje nie tylko ściśle duszpasterskie. Zajmuje się pośrednictwem w załatwianiu wielu spraw, począwszy od zasiłku aż po wszelakie formy pomocy w zdobyciu mieszkania i pracy.</p>
<p>Człowiek chce mieć świadomość konkretnej przynależności, tym bardziej że globalna cywilizacja pozbawiona jest głębszego wymiaru duchowego. <em>Ethos </em>polskiego emigranta związany jest z dziedzictwem kulturowym, a ono opiera się na chrześcijaństwie. Warto także zauważyć, że miłość ojczyzny nigdy się nie zacieśnia, ale otwiera się na drugiego człowieka, również obcego i emigranta. Trzeba zatem łączyć otwartość na innych ze świadomością powołania do wygania i diaspory. Oto prawda ludzkiego losu.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Krzysztof Ołdakowski SJ</strong></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nie polujemy na łabędzie. Polacy na emigracji</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/nie-polujemy-na-labedzie-polacy-na-emigracji/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/nie-polujemy-na-labedzie-polacy-na-emigracji/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 02 Dec 2011 15:49:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jakub Halcewicz-Pleskaczewski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1039</guid>
		<description><![CDATA[W 2010 roku z kraju wyjechało 120 tysięcy osób, głównie do pracy. Czy można mówić o „drugiej fali emigracji”? Jakie sieci społeczne tworzą Polacy? Czy „polskie piekiełko” przenosi się za granicę? ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>W 2010 roku z kraju wyjechało 120 tysięcy osób, głównie do pracy. Czy można mówić o „drugiej fali emigracji”? Jakie sieci społeczne tworzą Polacy? Czy „polskie piekiełko” przenosi się za granicę?</strong> <span id="more-1039"></span></p>
<p>Strony internetowe z ogłoszeniami takie jak angolia.co.uk są takim trochę barometrem kondycji polskich emigrantów. Znajdziemy tam oferty przewozu osób z lotniska, oferty pracy i anonse towarzyskie. Pojawiają się informacje o Polakach zaginionych w Wielkiej Brytanii. Jest też zakładka „Oszukany / czarna lista”; osoby pokrzywdzone w różny sposób mogą się poskarżyć na pracodawcę niepłacącego wynagrodzenia, na mechaników, którzy niszczą samochody, zamiast je naprawiać, na nieuczciwych lekarzy oraz wszystkich innych oszustów i wyłudzaczy pieniędzy.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Robimy się w konia</strong></p>
<p><em>O pracy dowiesz się wszystkiego, co najpiękniejsze, ale jest to tylko teoria</em> – czytam w jednym ze zgłoszeń nadużycia z „czarnej listy” (w cytatach poprawiam lekko pisownię i redukuję liczbę wykrzykników). <em>– Pierwszy tydzień głaskanie po główce. W drugim dostajesz już batem i do pracy. Szantaż! Zachęcać cię będzie do tej pracy pani o miłym głosie, tak miłym, że mogłaby prowadzić sekstelefon! Jednak czar szybko mija i zanim się obudzisz, jesteś już w obozie pracy!</em></p>
<p>Drugie: <em>Uwaga na chłopaka o imieniu Darek, 30 lat, dobrze zbudowany, który zajmuje się kolportażem ulotek i gazet. Jest to osoba, która zabiera z wcześniej umówionego miejsca osoby do pracy, a na koniec nie płaci im. W wyjątkowych sytuacjach za 8 przepracowanych godzin zapłaci jak za 2 godziny to jest 8 funtów, nie można zrobić sobie żadnej przerwy na śniadanie, z toalety też nie ma gdzie i jak skorzystać. Naprawdę uważajcie na tego frajera, szkoda waszego czasu i zdrowia</em>.</p>
<p>Ktoś inny chciałby się rozprawić ze złodziejami papierosów:<em> Czy naprawdę nikt nie wie, gdzie mieszkają frajerzy z czerwonego vana Nissan Vanette, którzy kupują i sprzedają fajki? 90 procent tych fajek jest z rozbojów! Ludzie dajcie namiar na nich! Wystarczy numer rejestracyjny ich wypłowiałego, oszklonego gruchota lub miejscowość, gdzie przebywają, a my zrobimy z nimi porządek, żeby już nikogo nie oszukali i nie pobili, to dla dobra wszystkich Polaków, piszcie!</em></p>
<p>Pewna kobieta przestrzega przed kupowaniem w polskim sklepie mięsnym: <em>Jesteśmy robieni w konia</em>. Po smaku i wyglądzie żeberek, karkówki i kurczaka ocenia, że właściciel sklepu kupuje mięso w angielskim supermarkecie, by potem sprzedawać je Polakom – jako polskie – po zawyżonej cenie.</p>
<p><em>Patologia i syf! Będziecie bite i gnębione psychicznie</em> – ostrzegają się nawzajem prostytutki. <em>– Ciągłe chlanie i awantury, wiec jeśli już decydujecie się na taką pracę, to uważajcie na tych typów! Tatuś i syn gówno wiedzą o tym biznesie. Każde laski uciekają w przeciągu 1-2 tygodni. Wszędzie tylko nie tam! Ciecie i tyle. Buźka:*</em></p>
<p>Prawie wszystkie skargi dotyczą Polaków. <em>Polskie piekiełko przeniosło się na Wyspy – śmiać się czy płakać?</em> – komentuje bloger Emigrant (emigrant-uk.blogspot.com).</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Liczby</strong></p>
<p>Główny Urząd Statystyczny opublikował w październiku „Informację o rozmiarach i kierunkach emigracji z Polski w latach 2004 – 2010”. Mówi w niej, na ile szacuje liczbę mieszkańców Polski przebywających czasowo za granicą. To znaczy takich, którzy wyjechali, często wiele lat temu, jednak ale nie wymeldowali się z miejsca stałego pobytu w Polsce w związku z wyjazdem na stałe. Nadal właśnie w Wielkiej Brytanii jest takich osób najwięcej.</p>
<p>Szacuje się, że w końcu 2010 roku poza granicami Polski przebywało czasowo blisko dwa miliony (1 990 tysięcy) Polaków. W Europie 1 690 tysięcy osób, z których większość – około 1 615 tysięcy – przebywała w krajach członkowskich Unii Europejskiej. A już tylko wewnątrz Unii najwięcej osób było w Wielkiej Brytanii (565 tysięcy), Niemczech (456 tysięcy), Irlandii (119 tysięcy) oraz Niderlandach (108 tysięcy).</p>
<p>Polacy wyjeżdżają najczęściej do pracy, więc wielkość emigracji zależy od otwarcia się na nich zagranicznych rynków pracy oraz od sytuacji gospodarczej krajów przyjmujących. Od wejścia Polski do Unii możemy obserwować skokowe wzrosty liczb emigrantów. Pod koniec 2004 roku, zaraz po rozszerzeniu Unii o Polskę i dziewięć innych państw, naszych emigrantów było w Unii 750 tysięcy; dwa lata później – ponad dwa razy tyle. W Hiszpanii z 44 tysięcy w 2006 roku liczba ta skoczyła w 2007 roku do 80 tysięcy. Odpowiednio w Niderlandach: z 55 tysięcy do 98. W Irlandii w latach 2004-2007 szło jak burza: 15, 76, 120, do 200 tysięcy. W Wielkiej Brytanii liczba 150 tysięcy w 2004 roku w kolejnym roku się podwoiła (340 tysięcy), a w 2007 roku polskich emigrantów na Wyspach było już 690 tysięcy. W Niemczech ta liczba wzrastała z 294 tysięcy w 2002 roku do 490 tysięcy w 2008. Szacuje się, że w latach 2004-2007 liczba emigrantów czasowych w ogóle wzrosła z miliona do blisko 2,3 miliona osób (2 270 tysięcy) i osiągnęła tym samym najwyższą wartość.</p>
<p>Warto zauważyć, że część Polaków jako cel wyjazdu obiera także kraje europejskie nienależące do Unii Europejskiej. Liczba Polaków mieszkających czasowo w Norwegii wzrosła od 2007 do 2010 roku z 36 tysięcy do 46. Polacy zaczynają też stawiać na Szwajcarię, która jest w dobrej sytuacji gospodarczej, ma niskie bezrobocie, za to wysoki kurs franka.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Kryzys i druga fala emigracji</strong></p>
<p>15 września 2008 roku upadłość ogłosił bank Lehman Brothers, co wywołało panikę na giełdzie w Stanach Zjednoczonych i według powszechnej opinii wywołało światowy kryzys finansowy, w tym – wzrost bezrobocia. W tych warunkach liczba polskich emigrantów spadła. Część z nich wróciła do Polski, której gospodarka radziła sobie w kryzysie stosunkowo nieźle i była stawiana za wzór wśród krajów Unii. Profesor Marek Belka (wówczas dyrektor Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, obecnie szef Narodowego Banku Polskiego) publicznie chwalił polskiego ministra finansów Jacka Rostowskiego. Serwis „Emerging Markets” wybrał Rostowskiego na „Ministra Finansów Roku 2009 Europejskich Rynków Wschodzących” („Emerging Markets” wydawany jest przez Euromoney Institutional Investor; „Euromoney” to obok „Financial Times” i „The Economist” najbardziej prestiżowy europejski magazyn finansowy). Premier Donald Tusk i minister Rostowski prezentowali Polskę jako zieloną wyspę na mapie państw unijnych pogrążonych w kryzysie. Po co więc do nich wyjeżdżać?</p>
<p>Emigracja zarobkowa może nie straciła sensu, ale straciła urok. Odtąd bowiem zaczęły pojawiać się reportaże o Polakach, których rynek pracy nie wchłania; zapuszczeni, koczują na ulicach Dublina. Było to tym bardziej wymowne, że akurat Irlandia stała się wcześniej dla wszystkich wzorem. Po reformach z początku lat dziewięćdziesiątych w latach 1995–2001 jej średnioroczne tempo wzrostu gospodarczego nieustannie wahało się w granicach 9,0–11,3 procent PKB, czyli było dwu-, trzykrotnie wyższe od notowanego wówczas w krajach Unii oraz Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. (To dlatego w kampanii wyborczej w 2007 roku Donald Tusk mówił, że chciałby zrobić z Polski „drugą Irlandię”). Ale i ona popadła w recesję. Obecnie Irlandię ratują pomoc, jakiej udzieliły jej Unia i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oraz reformy wymuszone przez te instytucje.</p>
<p>Podobnie atrakcyjność straciła Hiszpania. W ubiegłym roku było w niej 50 tysięcy Polaków, czyli o 34 tysiące mniej niż dwa lata temu. Pewnie otrzymali zwolnienia i zaczęli wracać. Ucierpiały na przykład sektory hotelarski i budownictwa – popularne wśród czasowych emigrantów. Według Europejskiego Urzędu Statystycznego bezrobocie w Hiszpanii w ubiegłym roku przekroczyło 20 procent i było największe ze wszystkich krajów Unii.</p>
<p>Kryzys finansowy miał zatem wpływ nie tylko na gospodarki poszczególnych państw, lecz także na wielkość i kierunki migracji zagranicznych. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w statystyce polskiej migracji również odnotowano zmiany: w 2008 roku niewielki spadek liczby Polaków przebywających czasowo za granicą, a w latach 2009-2010 ustalenie się tej liczby na niższym poziomie.</p>
<p>Jednak w końcu drgnęło, Polacy znów wyjeżdżają więcej. Wyniki z 2010 roku pokazują, że z kraju wyjechało wtedy 120 tysięcy osób (choć GUS zastrzega, że wyniki za poprzedni rok mogły być zaniżone), z czego do samych państw unijnych 45 tysięcy. Niektórzy mówią o „drugiej fali emigracji”.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Powrót nie wchodzi w grę</strong></p>
<p>Bloger Emigrant w Wielkiej Brytanii jest od pięciu lat, od dwóch we własnym domu w małym nadmorskim miasteczku na południu kraju. Mieszka z rodziną. <em>Dlatego zdecydowałem się zostać Emigrantem</em> – tłumaczy – <em>żeby coś zmienić w swoim życiu. Jak na razie idzie dobrze, nawet lepiej niż kiedykolwiek zakładałem. Powrót do Polski nie wchodzi w grę. Obserwując to, co się w tym kraju wyprawia, cieszę się, że mnie to już nie dotyczy. Niedługo minie pięć lat od mojego przyjazdu do Anglii i coraz częściej biorę pod uwagę wystąpienie o brytyjskie obywatelstwo</em>.</p>
<p>W Polsce bywa co jakiś czas. Krytykuje między innymi bandyckie zachowania kiboli i chłopaków z osiedla, bierność policji, gigantomanię Kościoła (ale też ogólnie – Polaków), który stawia statuę Chrystusa w Świebodzinie czy brak szacunku dla działalności prospołecznej. Jego kolega Arek Marciszek po powrocie do kraju oburzył się na wygląd krakowskiego dworca, wziął płyn do mycia i szmatę, wyczyścił dwie windy. Opisał to „Dziennik Polski”. Emigrant zwrócił uwagę na chamskie komentarze pod tym artykułem w internecie. Jak sam zauważa: <em>Wychodzi na to, że w Polsce nie warto się za nic brać, niczego zmieniać ani naprawiać, bo jedyne, czego na pewno można oczekiwać, to trochę bluzgów od sfrustrowanych rodaków. Ludzie, wyluzujcie trochę!</em></p>
<p>W mieście, w którym mieszka Emigrant, żyje kilka tysięcy Polaków. Jego znajomi mają własne mieszkania, domy, żyją na dobrym poziomie. Emigrant nie słyszał o ani jednym polskim bezdomnym w okolicy.</p>
<p>Według danych GUS w ubiegłym roku w kilku krajach Unii odnotowano wzrost liczby Polaków. To znaczy, że liczba wyjazdów do tych krajów przewyższyła liczbę powrotów. Polacy, którzy jak Emigrant mają w kraju goszczącym dobrą pracę i stabilną sytuację finansową, decydują się nie wracać. Bywa, że do osób, które wyjechały kilka lat temu, nabyły prawa do pobytu, mają pracę i szerszy dostęp do świadczeń społecznych, dołączają członkowie ich rodzin i często pozostają na utrzymaniu tych przedsiębiorczych jednostek. Wciąż także w wyjeździe za granicę swoją szansę widzą młodzi. Ich sytuację tłumaczy „Gazecie Wyborczej” profesor Krystyna Iglicka, ekspertka do spraw polityki migracyjnej. Mówi, że ludzie, którzy wyemigrowali, zostaną na dłużej za granicą i wciąż będą pracować poniżej kwalifikacji: – <em>Na nich w Polsce praca nie czeka, bo czas płynie, a oni nie zdobywają umiejętności, na które liczą pracodawcy</em>. Paweł Strzelecki, ekonomista zajmujący się rynkiem pracy w Instytucie Ekonomicznym NBP i w Instytucie Statystyki i Demografii SGH, dodaje: – <em>Dla nich samych i pewnie dla urzędów pracy to dobrze. Ale gospodarka na tym nie skorzysta, bo spada jej potencjał. Od 2010 roku liczba osób w wieku produkcyjnym zaczęła spadać, mamy mniej rąk do pracy. To trend na dłużej. Dodatkowa emigracja będzie nasilać te problemy</em>.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Są u siebie</strong></p>
<p>GUS szacuje, że przeważająca większość, bo około 80 procent czasowych emigrantów z Polski, przebywa za granicą co najmniej rok. Prawie wszyscy pracowali albo szukali pracy. Jak zauważa „Gazeta Prawna”, w przeciwieństwie do tych, którzy wyruszyli za chlebem w 2004 r., współcześni emigranci rzadko jadą tam w ciemno, bez pracy znalezionej wcześniej i zaplanowanych noclegów: <em>Stara emigracja sprzed 6–7 lat pomaga nowej. Szuka wyjeżdżającym pracy, a nawet zatrudnia ich we własnych firmach</em>. (Coraz więcej Polaków wyjeżdża do pracy w Niemczech i Niderlandach, wtedy szukają pracy raczej przy pomocy agencji). „Gazeta Prawna” podaje za Brytyjsko-Polską Izbą Handlową, że dwa lata temu w Wielkiej Brytanii zarejestrowanych było blisko pięćdziesiąt tysięcy polskich firm. Ta liczba wciąż rośnie. Polacy, którzy mieszkają w Anglii od kilku lat, zakładają niewielkie firmy usługowe: małe sklepiki, firmy cateringowe, zakłady fryzjerskie, przedszkola, punkty naprawy komputerów czy usług graficznych. Państwo akurat to ułatwia i wspiera przedsiębiorczość niskimi kosztami, zwolnieniami podatkowymi i prostą procedurą rejestracyjną.</p>
<p>Pracę oczywiście najłatwiej znaleźć słabo płatną, taką, która nie interesuje Brytyjczyków, to znaczy w gastronomii, domach opieki społecznej, hotelarstwie, rolnictwie, przetwórstwie. Płaca – zwykle minimalna – wynosi sześć funtów za godzinę.</p>
<p>Nie tylko liczba polskich firm w Wielkiej Brytanii pokazuje, że Polacy na emigracji tworzą rozległe sieci społeczne. Widać to choćby na stronie londynek.net. Można tam przeczytać o tym, co organizuje życie emigrantów. O tym, że irlandzkie linie lotnicze Rayanair otworzą w przyszłym roku we Wrocławiu pierwszą w Polsce bazę lotniczą oraz planują połączenie z podwarszawskiego lotniska w Modlinie. O tym, jak udawać Anglika. O przeglądzie polskich filmów w Dublinie czy o tym, że Royal Philharmonic Orchestra zagra pod batutą brytyjskiego dyrygenta Christophera Austina utwory Mikołaja Góreckiego, Witolda Lutosławskiego i Karola Szymanowskiego, a w czterech miastach na Wyspach wystąpi Bajm i Beata Kozidrak.</p>
<p>Na stronie mojawyspa.co.uk znajduję artykuł o tym, że dzięki wyrokowi Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wszystkie zestawy do odbioru telewizji satelitarnej sprowadzone z Polski i zainstalowane na Wyspach są legalne. Dowiaduję się o przedszkolach, szkołach, podatkach. Takimi sprawami żyją ludzie, którzy są u siebie.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>A jak świat za oknem <strong>widzi </strong>Emigrant? </strong></p>
<p>Jego opinie świadczą, że nie kończy się dyskusja o Jakubie Tomczaku, który odsiaduje wyrok podwójnego dożywocia za zgwałcenie i ciężkie pobicie czterdziestoośmioletniej Brytyjki. Rzeczywiście jest winny czy nie? Nowe wiadomości w tej sprawie interesują zresztą nie tylko społeczność Polaków za granicą.</p>
<p>Emigrant pisze, jaką próbą dla związków jest wspólny wyjazd partnerów za granicę. Kobiety jego zdaniem <em>chcą czegoś więcej i nie idzie im wytłumaczyć, że jak się zasuwa po 10 godzin dziennie to jedyna rzecz, o jakiej człowiek marzy, to walnąć browara i paść do wyra. Wydaje mi się też, że kobiety szybciej odnajdują się w nowej rzeczywistości, mają przeważnie większe ambicje i chyba nawet szybciej uczą się języka. Więc widzą tego swojego chłopa, z którego fabryka wysysa życie i widzą Anglików – wyluzowanych, rozrywkowych, a co najważniejsze – nie zagubionych, gdyż są u siebie.</em></p>
<p><em>No i naprawdę wiele nie trzeba.</em></p>
<p><em>Wraca chłop pewnego razu do domu, a tu obiad na niego nie czeka. W sumie nikt i nic na niego nie czeka</em>.</p>
<p>Z problemami związków mają coś wspólnego stereotypy Brytyjczyków o Polakach. Pyta Emigrant: <em>Wśród moich znajomych jest sporo par mieszanych, polsko- angielskich. Ale co dziwne – tylko w jedną stronę. Ona Polka, on Anglik. I zawsze tylko tak, nigdy odwrotnie. Sorry, jeden z moich przyjaciół jest żonaty z Angielką. Ale to wyjątek. Bardzo rzadki, z tego, co widzę. I o co w tym chodzi? </em>Jak wynika z jego ankiety wśród znajomych – o to, że Polacy są według Brytyjczyków brzydkimi, łysymi i napakowanymi robolami (Polki – przeciwnie, są uwielbiane, czego potwierdzeniem jest fenomen Igi Wyrwał, która zajęła pierwsze miejsce w rankingu „100 Sexiest Topless Babes 2008” magazynu „Nuts”). Wiadomo, że nie wszyscy i nie dla wszystkich, lecz wystarczająco często, by ukuć stereotyp.</p>
<p>Dlatego też prasa potrafi napisać o bezdomnych Polakach, którzy żyją na ulicach Londynu, jedzą szczury z grilla, popijają rozcieńczonym płynem odkażającym do mycia rąk, wykradzionym z toalety pobliskiego szpitala. Emigranta to wkurza: <em>Znam kilka osób z Polski, które dorobiły się tu prawdziwych fortun, żyją na takim poziomie, o jakim reporterzy ze szmatławych dzienników mogą tylko pomarzyć. Ale o nich nie przyjdzie do głowy nikomu napisać – ludzie chętniej czytają o jedzeniu szczurów czy łabędzi niż o tym, że ktoś ciężką pracą do czegoś doszedł, zaczynając praktycznie od zera</em>.</p>
<p>Emigrant nie chce wracać, ale interesuje się tymi, którzy wracają. Jak układają sobie życie, czy mają depresję i jak sobie z nią radzą, czy umieją zainwestować pieniądze zarobione za granicą? Uważa, że coraz mniej rozumie z tego, się w Polsce dzieje. Że nie powinien i nie chce głosować. Zniechęca do tego znajomych. Co niekoniecznie świadczy o braku aktywności społecznej i obywatelskiej.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Jakub Halcewicz-Pleskaczewski,</strong> ur. 1984, redaktor „Przeglądu Powszechnego”, współpracuje z „Gazetą Wyborczą”.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/nie-polujemy-na-labedzie-polacy-na-emigracji/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/nie-polujemy-na-labedzie-polacy-na-emigracji/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/nie-polujemy-na-labedzie-polacy-na-emigracji/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/nie-polujemy-na-labedzie-polacy-na-emigracji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Polska bieda, polscy biedni</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 10 Oct 2011 14:30:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Elżbieta Tarkowska</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=990</guid>
		<description><![CDATA[Bieda nie jest problemem wyłącznie ludzi biednych ani też badaczy ubóstwa, lecz całego społeczeństwa. Także tego, które od biedy się odwraca. ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Bieda nie jest problemem wyłącznie ludzi biednych ani też badaczy ubóstwa, lecz całego społeczeństwa. Także tego, które od biedy się odwraca.</strong><span id="more-990"></span></p>
<p>Opublikowane przez Główny Urząd Statystyczny w lipcu wyniki najnowszych badań budżetów gospodarstw domowych, odnoszące się do roku 2010, potwierdzają stabilny od kilku lat zasięg ubóstwa w Polsce. Ubóstwo, jak każde zjawisko społeczne, zmienia się w czasie, zmienia się jego zasięg, czyli tak zwana stopa ubóstwa. Prowadzone od połowy lat dziewięćdziesiątych przez GUS badania budżetów gospodarstw domowych dobrze pokazują tę dynamikę.</p>
<p>W pierwszym okresie transformacji, w początkach lat dziewięćdziesiątych nagły wzrost ubóstwa wynikał z procesów restrukturyzacji gospodarki i związany był z masowym bezrobociem. W połowie lat dziewięćdziesiątych, w latach 1995-1996 zasięg ubóstwa się zmniejszył, a począwszy od 1997 roku znów zaobserwowano tendencję rosnącą. Najwyższe wskaźniki ubóstwa odnotowano w latach 2004-2005, gdy ponad 20 procent społeczeństwa żyło w skrajnej biedzie (czyli poniżej tak zwanego minimum egzystencji), a ponad 20 procent w biedzie umiarkowanej (na poziomie 50 procent średnich miesięcznych wydatków gospodarstw domowych w Polsce).</p>
<p>Począwszy od 2006 roku zasięg ubóstwa wyznaczany różnymi miarami stabilizuje się i zaczyna wykazywać tendencję malejącą, by w 2010 roku (podobnie jak w latach poprzednich) osiągnąć poziom 5,7 procent ludności żyjącej w skrajnej biedzie, a 17,1 procent w biedzie umiarkowanej. To znaczy, że w ciągu ostatnich pięciu lat odsetek ludzi żyjących w skrajnej biedzie zmniejszył się aż o połowę. Pojawiające się często opinie o nienadążaniu badań za rzeczywistością i o rozszerzającej się w Polsce sferze ubóstwa nie znajdują podstaw w badaniach i we wskaźnikach pokazujących stan ogólny, mogą natomiast sprawdzać się w odniesieniu do niektórych kategorii społecznych czy zjawisk lokalnych.</p>
<p>Na przykład, niezależnie od stabilności wskaźników ogólnych w okresie 2009-2010 nastąpił pewien wzrost ubóstwa skrajnego w gospodarstwach domowych utrzymujących się z tak zwanych niezarobkowych źródeł, innych niż emerytury i renty, czyli z wszelkiego rodzaju zasiłków i zapomóg (z 19,0 do 22,4 procent), zwiększył się także zasięg biedy wśród samotnych rodziców wychowujących dzieci (z 6,4 do 7,8 procent) oraz wśród rodzin wielodzietnych (z 21,3 do 24,0 procent). Jednocześnie natomiast zmniejszył się lekko zasięg skrajnej biedy wśród rodzin rolników (z 9,3 do 8,9 procent) oraz rencistów (z 11,2 do 9,6 procent). Mimo tych zmian generalnie można mówić o pewnej stabilizacji ubóstwa w Polsce. Nie znaczy to wcale, że bieda przestała być ważnym problemem społecznym, skoro dwa miliony ludzi żyje w warunkach pozwalających na zaspokojenie zaledwie najbardziej podstawowych potrzeb, a ponad pięć milionów zmaga się z trudnymi warunkami życiowymi. By przybliżyć sytuację materialną tych ludzi, trzeba dodać, że skrajne ubóstwo w roku 2010 występowało wtedy, gdy rodzina złożona z rodziców i dwojga dzieci dysponowała miesięcznie kwotą 1 257 złotych lub mniej, a jednosoobowe gospodarstwo domowe miało do dyspozycji nie więcej niż 466 zł. Natomiast ubóstwo umiarkowane było wyznaczone kwotą 1 795 zł dla cztereoosobowej rodziny i 665 zł dla osoby samotnej.</p>
<p>Dane o zasięgu ubóstwa i jego dynamice to zaledwie bardzo wstępna charakterystyka problemu. Szukając odpowiedzi na pytania, jakimi cechami charakteryzuje się polska bieda i kim są polscy biedni, trzeba podkreślić, że mimo znacznej dynamiki zasięgu ubóstwa w Polsce w okresie transformacji społeczna charakterystyka ludzi ubogich nie uległa w ciągu tych lat większym zmianom, nie zmieniły się też zasadniczo czynniki sprzyjające popadaniu w biedę.</p>
<p>Klasyczną przyczyną ubóstwa jest bezrobocie i również dziś w Polsce ubóstwo jest pochodną bezrobocia, a ściślej rzecz ujmując – miejsca zajmowanego na rynku pracy, źródła utrzymania. Obok bezrobocia może to być niskopłatna praca, najczęściej związana z niskim poziomem wykształcenia; wyższe wykształcenie skutecznie chroni przed ubóstwem, wśród rodzin osób o tym poziomie wykształcenia właściwie nie ma skrajnego ubóstwa (około 0,5 procent), gdy dla rodzin osób z wykształceniem na poziomie gimnazjalnym odpowiedni wskaźnik wynosi 15 procent. Związek ubóstwa z niskim poziomem wykształcenia to stały element polskiej biedy w ciągu całego okresu transformacji.</p>
<p><strong>Młodzi mają gorzej</strong></p>
<p>Ubóstwo w Polsce dotyczy w znacznie większym stopniu dzieci i młodzieży niż ludzi dorosłych i pod tym względem polska bieda wyróżnia się niekorzystnie wśród innych krajów. Do najbardziej zagrożonych ubóstwem należą rodziny wielodzietne, wśród których wskaźnik ubóstwa skrajnego wynosił w 2010 r. 24 procent i był trzykrotnie wyższy od odpowiedniego odsetka dla rodzin samotnych rodziców, należących w wielu krajach do najbiedniejszych, zwłaszcza gdy dotyczy to rodzin samotnych matek. Czynnikiem wzmacniającym zagrożenie ubóstwem jest też niepełnosprawność lub choroba w rodzinie, zwłaszcza niepełnosprawność dziecka lub dzieci.</p>
<p>Kolejną cechą polskiego ubóstwa jest stosunkowo niezła – na tle innych grup ludności – sytuacja materialna ludzi starszych. Nie znaczy to, że nie ma biednych wśród emerytów: samo przejście na emeryturę oznacza gwałtowne obniżenie dochodów, ponadto typowe dla starszego wieku choroby, niepełnosprawność czy samotne prowadzenie gospodarstwa domowego może prowadzić do biedy. Dostrzega się ponadto niebezpieczeństwo wzrostu ubóstwa wśród tej kategorii wieku w przyszłości. Ma to różne przyczyny, takie jak proces starzenia się społeczeństwa, rosnąca długość życia, zwłaszcza kobiet, niewypracowane strategie przygotowania do starości, rozwiązania emerytalne. W tym kontekście ekonomiczna sytuacja ludzi starych, zwłaszcza samotnych kobiet, może się pogorszyć.<strong> </strong></p>
<p>Jedną z najbardziej charakterystycznych cech polskiej biedy jest jej wiejski charakter. Bieda w Polsce to przede wszystkim bieda wsi, a nie miasta i dotyczy to nie tylko okresu transformacji gospodarki w kierunku rynkowym, ale – jak pokazują prace historyków – także przeszłości, zarówno dawnej, jak i niezbyt odległej. Choć w ostatnich latach, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej i uruchomieniu nie tylko dopłat, ale i programów nastawionych na rolnictwo, ekonomiczna sytuacja wsi uległa poprawie, nadal ubóstwo mieszkańców wsi, mierzone różnymi miarami, jest dwa i pół raza większe niż w mieście, a w przypadku porównania z największymi aglomeracjami miejskimi wskaźnik ubóstwa skrajnego wsi jest aż dziesięciokrotnie wyższy!</p>
<p>Bieda wsi jest jednocześnie zjawiskiem niewidocznym ze względu na terytorialne rozproszenie osadnictwa wiejskiego, łatwiejszy dostęp do żywności czy idealizację życia wiejskiego jako sprzyjającego zdrowemu stylowi życia. Uwagę mediów i opinii publicznej przyciąga raczej bezdomność – zjawisko typowo miejskie – czy miejskie skupiska biedy, a nie trudności dostępu mieszkańców wsi do pracy, służby zdrowia, instytucji życia kulturalnego, co znacząco ogranicza ich możliwości oraz jakość życia, zwłaszcza ludzi młodych i dzieci.</p>
<p>Z wiejskim charakterem polskiego ubóstwa związane jest jego regionalne zróżnicowanie, również odznaczające się znaczną trwałością. Wśród obszarów o najwyższych wskaźnikach ubóstwa są tereny tak zwanej Ściany Wschodniej (województwa podlaskie i lubelskie) oraz Polski Centralnej (świętokrzyskie), które tradycyjnie należały do najuboższych, a także tereny szczególnie mocno dotknięte masowym bezrobociem w okresie transformacji, jak województwo warmińsko-mazurskie.</p>
<p>Obok regionalnego zróżnicowania ubóstwa trzeba też wspomnieć o koncentracji ubóstwa i innych negatywnych zjawisk w mikroskali miast, dzielnic czy wsi. Z jednej strony obserwujemy biedne sąsiedztwa, prawdziwe enklawy ubóstwa w podupadłych dzielnicach miejskich o substandardowych warunkach, a także nowe skupiska biedy i wykluczenia społecznego w postaci domów socjalnych czy kontenerów zlokalizowanych gdzieś na peryferiach. Nie jest to sposób przeciwdziałania ubóstwu czy łagodzenia jego skutków, lecz mechanizm utrwalania podziałów, odrębności i wzajemnej obcości. Z drugiej strony uwagę zwraca powstawanie zamkniętych bogatych osiedli w skali niespotykanej w innych krajach. Procesy wykluczania, izolacji i segregacji przestrzennej dokonują się w Polsce w coraz większym zakresie. Wiąże się z tym szerszy problem wzajemnych relacji między światem biedy i światem bogactwa.</p>
<p>Kolejną specyficzną cechą polskiej biedy jest niewielka rola czynnika etnicznego, będącego jednym z głównych wyznaczników ubóstwa i wykluczenia społecznego w świecie współczesnym, zwłaszcza w zachodnich metropoliach. W Polsce tego nie ma, wyjątkiem jest ubóstwo polskich Romów czy trudna niejednokrotnie sytuacja ekonomiczna i społeczna uchodźców. Skala tych zjawisk – niezależnie od ich dotkliwości dla osób ich doświadczających – jest jednak niewielka. Można sądzić, że wraz z rosnącą rolą Polski jako kraju przyjmującego migrantów, a nie tylko kraju ludzi migrujących w poszukiwaniu lepszych warunków życia, zjawisko etnicyzacji ubóstwa może się potęgować.</p>
<p><strong>Bieda jest kobietą</strong></p>
<p>Co się kryje za tak ogólnie zarysowanym obrazem polskiej biedy? Bliższe przyjrzenie się temu, co dzieje się w biednych rodzinach i jak wygląda ich życie codzienne, pokazuje nieustanne zmagania o zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb, o zdobycie niezbędnych środków, a także o to, by nie wyróżniać się niekorzystnie wśród otoczenia. Rodziny żyjące w złych warunkach stosują wiele różnych strategii celem zaspokojenia codziennych potrzeb, z jednej strony są to strategie pomnażania i uzupełniania dochodów, z drugiej – strategie oszczędzania i ograniczania potrzeb. Wszystkie one wymagają znacznych nakładów czasu, energii, sił fizycznych i psychicznych. Do najczęściej stosowanych strategii rodzin żyjących w ubóstwie, zresztą nie tylko w Polsce, należy korzystanie z pomocy rodziny i przyjaciół, z sieci wsparcia, podejmowanie dodatkowych zajęć, sprzedawanie własnego czasu, własnych wytworów, a w sytuacjach krytycznych także zasobów. Do typowych strategii zalicza się też bardzo niekiedy pomysłowe, czasochłonne i wymagające znacznego wysiłku strategie oszczędzania, takie jak zakupy w tanich sklepach, przygotowywanie posiłków „z niczego”, oszczędzanie wody, energii i wszelkich urządzeń ułatwiających życie. Rozmaitość tych praktyk jest imponująca.</p>
<p>Bliższy wgląd w funkcjonowanie biednych gospodarstw domowych w Polsce odsłania różne formy i postaci zjawiska nazywanego feminizacją ubóstwa. Przybiera ono postać dodatkowych ciężarów, które spadają na kobiety w warunkach niedostatku środków do życia. Stają się one prawdziwymi filarami biednych gospodarstw domowych i żyjących w biedzie rodzin. Zarządzają niedostatecznymi zasobami pieniężnymi rodziny tak, aby skromny budżet „się domknął”, podejmują czasochłonne i męczące, niekiedy upokarzające działania, aby uzupełnić brakujące środki, wykonują wszystkie lub większość domowych obowiązków. Dobrze widać w świetle badań, że ubóstwo znaczy dla kobiet – i nie dotyczy to tylko polskich kobiet – więcej obowiązków, więcej odpowiedzialności i mniej czasu. Z tego powodu kobiety czasem nazywa się „menedżerkami ubóstwa”, a ich sytuację określa się mianem „ubóstwa czasu”.</p>
<p>Życie w biedzie, codzienne starania o zaspokojenie podstawowych potrzeb są niszczące dla zdrowia, w tym dla zdrowia psychicznego. Pokazuje to dobrze przeprowadzone przeze mnie w 2005 roku badanie, będące powrotem po ośmiu latach do wybranych rodzin zmagających się przed laty z biedą celem sprawdzenia, jak potoczyły się losy młodego pokolenia. Ubocznym niejako efektem tego badania było dostrzeżenie niszczącego wpływu długotrwałej biedy na zdrowie rodziców młodych ludzi. Ludzie w wieku 50-55 lat okazali się osobami schorowanymi, cierpiącymi na rozliczne choroby i dolegliwości. Zwłaszcza kobiety w tych rodzinach, wielodzietne matki, które „zaciskały zęby” i pracowały ponad siły, by zabezpieczyć rodzinie możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb, zapłaciły za to zdrowiem, wieloma chorobami, w tym także natury psychicznej: różnymi „depresjami”, „załamaniami”, „nerwami”.</p>
<p>Ubóstwo bowiem to nie tylko brak środków do zaspokojenia potrzeb, nie tylko trudności dostępu do wielu dóbr i usług, z których korzysta człowiek współczesny, to nie tylko rozmaite ograniczenia i wyrzeczenia, lecz także ciągły stres i niepokój o dzień dzisiejszy i o przyszłość, zwłaszcza o przyszłość dzieci.</p>
<p><strong>Dobijani do gleby</strong></p>
<p>Nauki społeczne poświęcają dziś wiele uwagi nie tylko temu, jak radzą sobie ludzie z brakiem podstawowych środków do życia, ale i temu, co myślą i co czują ludzie żyjący w ubóstwie, jak reagują na sytuację biedy, jak sobie z nią radzą psychicznie, jak ją przeżywają. A także, z jakimi postawami wobec biedy się stykają, jak odbierają to, co na ich temat mówi się publicznie i jak ich się traktuje.</p>
<p>Prowadzone przeze mnie aktualnie badanie w ramach projektu „Dyskursy ubóstwa i wykluczenia społecznego” pokazują, że jednym z najtrudniejszych doświadczeń życia w warunkach ubóstwa są negatywne postawy i negatywne reakcje otoczenia. Ludziom biednym towarzyszy na co dzień pogarda, poniżenie, upokorzenie, wstyd. Na każdym kroku odczuwają brak szacunku i lekceważenie: w pracy, w urzędzie, w szpitalu, w sklepie, na wywiadówkach w szkole, dzieci w szkole i na podwórku.</p>
<p>Zygmunt Bauman twierdzi, że upokorzenie, jakiego doświadczają ludzie biedni i wykluczeni, jest dziś najważniejszym czynnikiem, charakteryzującym ich sytuację, odpowiednikiem wyzysku, pełniącego kluczową rolę w poprzednich epokach i systemach. Bieda jest czymś złym, negatywnym, wstydliwym, z czym należy się kryć przed innymi; kojarzy się nie tylko z nieudolnością i niezaradnością w świecie ideologii indywidualnego sukcesu, ale także  ze zjawiskami patologicznymi czy wręcz z przestępczością. Przykładem niech będzie wielokrotnie przeze mnie cytowana wypowiedź pewnego dyrektora gimnazjum w trakcie prowadzonych w 2005 roku badań na temat polskiego systemu edukacji i polskiej szkoły wobec problemu ubóstwa. Na pytanie, czy jest w szkole bieda i biedni uczniowie, dyrektor ów odpowiedział, że w jego szkole nie zdarza się, by jedno dziecko drugiemu ukradło śniadanie lub kurtkę z szatni. Wypowiedź ta dobrze pokazuje, jak bieda bywa rozumiana i z czym kojarzona.</p>
<p>Jeśli chodzi o stosunek Polaków do biedy i ludzi biednych, trzeba podkreślić, że często nie są to postawy zrozumienia, współczucia i pomocy, lecz przeciwnie – krytyki, pogardy, wyższości. Badania opinii publicznej na temat ubóstwa i jego przyczyn pokazują używanie negatywnego wizerunku biedy. Co więcej, wraz ze zmniejszaniem się zasięgu ubóstwa jego przyczyny w opiniach Polaków w coraz większym stopniu związane są z cechami indywidualnymi, z winą i odpowiedzialnością jednostek za ten stan, w mniejszym zaś zakresie z uwarunkowaniami zewnętrznymi, takimi jak masowe bezrobocie, transformacja gospodarki, polityka państwa, rządu, władz, jak to wcześniej bywało. W świecie sukcesu indywidualnego niepowodzenie, w tym bieda czy brak pracy, ma również charakter indywidualny i jest interpretowany w kategoriach winy czy nieudolności jednostki.</p>
<p>Z podobnymi postawami stykam się nie tylko jako nauczyciel akademicki, ale i przy wielu innych okazjach: w środowisku naukowym, wśród słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku, na forach internetowych. Rozmowy prywatne, gdy przypadkiem zejdą na tematy bezrobocia czy biedy, przekształcają się w opowieści o rzekomych bezrobotnych, pracujących na czarno, o leniach, pijakach i nierobach, korzystających z publicznych pieniędzy w formie różnych zasiłków i płodzących bez umiaru dzieci. Próby pokazania trudnych zmagań ludzi biednych o przetrwanie, ich aktywności i pomysłowości w celu zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb wraz z ich odczuciami: poczuciem odrzucenia, lękami i obawami, bywają kwitowane etykietką „socjologii lamentującej” lub po prostu „idealistycznego” podejścia do życia.</p>
<p>Takie postawy otoczenia nie sprzyjają procesowi wychodzenia z biedy, dążeniom do wyrwania się z tej sytuacji. Różne formy wykluczania i poniżania ludzi biednych sprawiają, że &#8211; jak powiedział jeden z rozmówców w moich badaniach &#8211; „sami czujemy się gorszą kategorią ludzi”, „człowiek schodzi na boczny tor”. Negatywne postawy otoczenia przyczyniają się do tego, że biedni popadają w apatię i jest to „równia pochyła w dół. Czyli nawet jeśli chcą się wyrwać, to co z tego, jak są dobijani do gleby”.</p>
<p><strong>Problem całego społeczeństwa</strong></p>
<p>„Wyrwać się” z biedy&#8230;  Dotykamy tu jednego z kluczowych problemów: jak wydostać się z ubóstwa, jak przerwać krąg biedy chronicznej, utrwalonej, przekazywanej nieraz z pokolenia na pokolenie? Proces radykalnego zmniejszenia się zasięgu ubóstwa w Polsce, którym wspomniałam na początku tego tekstu, dowodzi, że z biedy wyjść można. Jak to się dzieje? Kto, jakie instytucje w tym pomagają?</p>
<p>Polityka społeczna w Polsce okresu transformacji nastawiona była od samego początku przemian na łagodzenie ich skutków. Najpierw były to działania wspierające masy bezrobotnych, które pojawiły się w początku lat dziewięćdziesiątych, wysokie początkowo wsparcie bezrobotnych w postaci słynnych kuroniówek. Obok działań o charakterze doraźnym, ratowniczym pojawiły się później liczne programy i inicjatywy poświęcone aktywizacji bezrobotnych, wspierające a to absolwentów, a to długotrwale bezrobotnych, a to kobiety. Wreszcie w ostatnich latach zintensyfikowano działania nakierowane na wyrównywanie szans dzieci pochodzących ze środowisk ubóstwa i marginalizacji społecznej, czyli nastawiono się na tworzenie przedszkoli i żłobków. Wzrost liczny przedszkoli i żłobków, zlikwidowanych w latach dziewięćdziesiątych przez samorządy, bardziej zainteresowane finansowaniem infrastruktury komunalnej niż rozwojem dzieci. Polska polityka społeczna zmienia się, uwzględniając obok doraźnej pomocy i doraźnego łagodzenia niedoborów także bardziej perspektywicznie zorientowanymi działaniami aktywizującymi i wyrównującymi szanse.</p>
<p>Badania pokazują słabość instytucji przeciwdziałających wykluczeniu dzieci i młodzieży, takich jak na przykład szkoła, która nie jest (nie bywa) miejscem integracji społecznej, nie uczy równości i solidarności międzyludzkiej i nie ułatwia dzieciom i młodzieży ze środowisk ubóstwa i marginalizacji społecznej procesu edukacji. Pewne cechy funkcjonowania szkoły (dominacja dydaktyki nad funkcjami wychowawczymi i opiekuńczymi; nadmierna wielkość szkół i klas) i pewne praktyki (segregacje szkolne, naznaczanie, wykluczanie) okazały się szczególnie niekorzystne dla uczniów ze środowisk ubóstwa.</p>
<p>Jak pokazują badania – mam tu na myśli wspomniane wcześniej moje badanie z 2005 roku – które polegały na powrocie badawczym po ośmiu latach do kilku rodzin wielodzietnych, by prześledzić losy młodego pokolenia w tych rodzinach, skuteczne wyjście z ubóstwa młodych ludzi, którzy dorastali w biedzie, jest możliwe. Przykładem szczególnie optymistycznym była pewna rodzina z byłego PGR-u, w której cała piątka dzieci zdobyła wyższe wykształcenie lub była na najlepszej drodze do jego zdobycia. Złożył się na to splot wielu czynników, w tym pomoc wielu instytucji: szkoły, ośrodka pomocy społecznej, dalszej i bliższej rodziny i jej solidarnego wysiłku, życzliwych ludzi. Dzięki tym działaniom młodzi ludzie nie tylko zdobyli wykształcenie, kwalifikacje, doświadczenie zawodowe i mogli nawet pomagać młodszemu rodzeństwu.</p>
<p>Z kolei głębsze ubóstwo, liczniejsze młodsze rodzeństwo, splot niekorzystnych okoliczności, takich jak poważna choroba w rodzinie, a do tego brak pomocy lub życzliwego impulsu z zewnątrz sprawiały, że bieda i trudne warunki egzystencji trwają. Skuteczne wyjście ze sfery ubóstwa wymaga wysiłku wielu osób i wielu instytucji.</p>
<p>Przykład ten pokazuje dobrze, że bieda nie jest wyłącznie problemem samych ludzi biednych ani też badaczy ubóstwa, lecz całego społeczeństwa. Także tego, które odwraca się od biedy, nie dostrzega jej, a gdy dostrzeże, traktuje jako coś obcego. Nie tylko sama bieda i ludzie biedni, ale i nastawienie do nich całego społeczeństwa mówią dużo o samym tym społeczeństwie.</p>
<p><strong>Elżbieta Tarkowska,</strong> prof. dr hab., socjolog, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, redaktor naczelna kwartalnika „Kultura i Społeczeństwo”, członkini Zarządu Instytutu Spraw Publicznych. Zajmuje się badaniem ubóstwa i wykluczenia społecznego. Obecnie realizuje grant badawczy „Dyskursy ubóstwa i wykluczenia społecznego”, finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wychowywanie, czyli budowanie człowieka</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Sep 2011 12:42:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=973</guid>
		<description><![CDATA[Wychowanie jest wielka sztuką, w której najważniejsze pozostaje osobiste świadectwo nauczyciela]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Wychowanie jest wielka sztuką, w której najważniejsze pozostaje osobiste świadectwo nauczyciela </strong></p>
<p>Oglądałem kiedyś film, w którym pewna matka powiedziała, że dzieci wychowują się najbardziej wtedy, gdy najmniej byśmy tego chcieli. Rodzice powinni pamiętać, że dzieci nie są ich własnością. Aby mogły się dobrze rozwijać, powinny być oczekiwane i kochane jeszcze przed narodzeniem, i to przez oboje rodziców. Doświadczą wówczas, że ich życie ma niepowtarzalną wartość. To stwarza podstawy procesu wychowania. Rodzice najlepiej pomagają wzrastać dzieciom, jeśli życiem i szczęściem dają świadectwo ideałom, które im przekazują. W procesie wychowania, w przestrzeni rodzinnej ważne jest zachowanie równowagi między kontrolowaniem i towarzyszeniem młodemu człowiekowi. Wartości nie wolno przekazywać w sposób autorytarny. Ogromne znaczenie ma również świadoma decyzja o „separacji” emocjonalnej, intelektualnej oraz światopoglądowej, by młody człowiek mógł podejmować decyzje coraz bardziej odpowiedzialnie. Każdy powinien być pewny wartości, które wyznaje.</p>
<p>Jeden z prekursorów współczesnej pedagogiki Jan Henryk Pestalozzi chciał wykształcić ludzi wszechstronnie rozwiniętych, przygotowanych do pełnienia różnych ról życiowych. Przedstawiał zasady wychowania wzorowane na trzech głównych siłach człowieka: fizycznej (podstawa zdolności do pracy), moralnej (stosunek do ludzi i otaczającego świata) oraz intelektualnej (zdolności poznawcze). Po tej linii integralnego wychowania idzie profesor Mark O’Connor z Boston College, którego artykuł zamieściliśmy przed rokiem w „Przeglądzie Powszechnym”. Zwraca on uwagę na potrzebę stawiania sobie pytania: jaką drogą pójść, aby uczynić życie spełnionym i szczęśliwym, czyli jak godnie i odpowiedzialnie żyć? To jest dla procesu wychowania pytanie kluczowe. Chodzi o zdobycie mądrości pozwalającej nadawać i odkrywać sens w życiu, a nie tylko przyswajać określony wycinek wiedzy.</p>
<p>Te zasady wydają się towarzyszyć „toruńskiej kolebce geniuszy”, w której oprócz e-learningu podkreśla się bezpośredni kontakt ucznia z nauczycielem, tutorem oraz dostęp do naukowego zaplecza badawczego, jakim dysponuje wyższa uczelnia. To może otworzyć przed uczniem nowe obszary zainteresowania oraz obudzić w nim pasję spędzania wielu godzin w bibliotece. Trzeba umożliwiać pójście indywidualną ścieżką rozwoju stosownie do potrzeb ucznia przy jednoczesnym budowaniu zespołu oraz kształtowaniu umiejętności pracy w grupie. Zasada działania szkoły wyrażona w zdaniu <em>Nauczyciel i uczeń dziwią się razem</em> prowadzi do odkrycia przez młodych, czym jest talent, którym zostali obdarzeni, jak mogą go rozwijać i przekazywać innym. Chodzi o świadomość, że korzystanie z tego talentu przyniesie korzyść zarówno im samym, jak i społeczeństwu. Niezwykłą aktualność pod tym względem zachowują wskazania profesora Jarosława Rudniańskiego formułowane w większości na początku lat osiemdziesiątych. Zwraca on uwagę na fakt, że współczesna szkoła zajęta jest głównie przekazywaniem wiedzy, nauką wypełniania coraz to bardziej skomplikowanych testów, a w dzisiejszych czasach wręcz domyślaniem się, co twórcy testów mieli na myśli. Wielokrotnie podkreślał, że o ile wiedza jest ważna – proces dydaktyczny powinien ograniczać się do nauczenia sposobów efektywnego jej przyswajania, samodzielnego myślenia (w tym zadawania i stawiania pytań) i wspierania procesu samokształcenia.</p>
<p>Oczywiście szkoła nie działa w próżni kulturowej, podlega oddziaływaniu środowiska, które kształtuje wzorce myślenia i postępowania. Upadek realnego socjalizmu spowodował, że miejsce kolektywizmu zastąpił indywidualizm. Ideę bezpieczeństwa, stabilności zastąpiła idea ryzyka, gry, która daje szansę, ale stwarza również zagrożenia. Daje motywację do rozwoju oraz wydobywa z ludzi to, co najlepsze. Każdy ze swoimi zdolnościami i pracą może uczestniczyć we współzawodnictwie. Ale z drugiej strony rywalizacja może niszczyć, jeżeli staje się sposobem na życie. Jako mechanizm społeczny konkurencja niesie walory sprawiedliwości, otwartości, kreatywności, ale jeżeli staje się najważniejszym celem, zagraża osobowości człowieka. Ciągle mamy okazje śledzić rankingi szkół i wyższych uczelni. Konkurencja i rywalizacja wpisane są w życie codzienne. Zamknięcie życia w tej perspektywie stwarza niebezpieczeństwo zamknięcia się sobie, postawienia siebie ponad innymi.</p>
<p>Do takiego modelu postępowania przygotowujemy dziś w szkole dzieci. Wydaje mi się, że istota problemu polega na tym, że mimowolnie zaczynamy zgadzać się na taki sposób życia, ponieważ opanował on całą współczesną kulturę. I chociaż często czujemy się w tym źle, mamy świadomość, że jesteśmy za słabi, aby w pojedynkę stawić skuteczny opór takiemu nastawieniu. Nie chcemy żyć w społeczeństwie, w którym dominuje duch walki i rywalizacji ponad międzyludzką solidarnością. Nie godzimy się na to, aby człowiek był oceniany na podstawie tego, co zrobił, a nie tego, kim jest jako osoba. Nie godzimy się na byle jakie spojrzenie na drugiego człowieka. Chcemy widzieć w każdym niepowtarzalną istotę obdarzoną talentami, które mogą wzbogacić innych. Trzeba przestać udawać, że nie ma problemu oraz nieuchronnie poddawać się fali „wyścigu szczurów”. Należy wczuwać się w klimat społeczny i to, co nie pozwala ludziom oddychać pełnią człowieczeństwa. Warto pomagać ludziom ukazywać to, co w nich najlepsze. Trzeba wdrażać takie systemy edukacyjne, które nie tylko będą przekazywały wiedzę, lecz także będą pomagały korzystać z niej dla dobra człowieka. Inaczej coraz trudniej będzie cieszyć się życiem.</p>
<p>Wróćmy w tym kontekście do bardzo trafnych spostrzeżeń profesora Jarosława Rudniańskiego, który zwracał uwagę na to, że niepomiernie większy nacisk, niż na przyswajanie wiedzy, należy położyć na kształtowanie charakteru uczniów, na wskazanie im Dobra. Wręcz podstawowym zadaniem nauczyciela jest, aby możliwie największa liczba młodych ludzi postawiła przed sobą na pierwszym miejscu pytania: co mogę dać z siebie innym ludziom? Czym będę służył innym ludziom przez całe swoje życie? To właściwie nawet nie powinny być słowa. To powinno być coś, co się odczuwa. Lecz odczuwa tak głęboko, iż kieruje to całym postępowaniem człowieka. Wychowanie to coś więcej niż przekazywanie wiedzy. Ilu nauczycielom zależy dzisiaj bardziej na tym, jakim człowiekiem będzie ich uczeń, niż jakie zbierze oceny?</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak wychować geniusza?</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Sep 2011 12:35:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Grzegorz Dobroczyński SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=967</guid>
		<description><![CDATA[- Co daje nasza szkoła? Przede wszystkim możliwość kontaktu z podobnymi sobie młodymi, odkrycie: nie jestem sam - rozmowa z Arkadiuszem Stańczykiem, dyrektorem Zespołu Szkół Gimnazjum i Liceum Akademickie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>- Co daje nasza szkoła? Przede wszystkim  możliwość kontaktu z podobnymi sobie młodymi, odkrycie: nie jestem sam &#8211; rozmowa z Arkadiuszem Stańczykiem, dyrektorem Zespołu Szkół Gimnazjum i Liceum Akademickie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu</strong><span id="more-967"></span></p>
<p><strong>Grzegorz Dobroczyński SJ: – „Żadne państwo nie może pozwolić na marnowanie talentów, na stratę ludzkiego bogactwa, żadne państwo nie jest tak bogate, aby marnować talenty swoich obywateli” – takie słowa zawiera Raport Komitetu Kultury i Edukacji Komisji Europejskiej o edukacji dzieci zdolnych. Czy nasz system edukacji sprzyja wyławianiu talentów?</strong></p>
<p>Arkadiusz Stańczyk: – W Unii Europejskiej na badania i rozwój wydaje się około 1,5 procent PKB, w państwach skandynawskich 2-3 procent, w Japonii i w Stanach Zjednoczonych 2 procent. W Polsce przez wiele dziesięcioleci wydawaliśmy na to poniżej 0,5 procent! Dopiero obecnie – według ostatnich raportów – doszliśmy do poziomu nieco powyżej 0,6 procent PKB. W ten sposób nigdy nie dogonimy lepszych od nas. Dodajmy, że w tej kwocie mieszczą się także środki na tworzenie społeczeństwa innowacyjnego. Społeczeństwo takie powinno się budować od szkoły, od pokazania młodym ludziom, że warto niekonwencjonalnie myśleć, poszukiwać, być otwartym i patrzeć w przyszłość.</p>
<p>Dwadzieścia lat temu kilku pasjonatów, a wcześniej profesor Leon Jeśmanowicz i toruńskie środowisko edukacyjne, pomyślało, by stworzyć sieć szkół przy uniwersytetach, gdzie można by wyłaniać zdolnych ludzi, gotowych zamieszkać poza domem rodzinnym i zgłębiać wiedzę w kontakcie z wyższą uczelnią. Pojawił się wówczas pomysł gimnazjów akademickich. Nie chodziło o tworzenie czegoś zamiast systemu, ale o tworzenie instytucji z systemem współgrających. Powstała taka placówka, inicjatywy nie rozszerzono. Państwo – w trudnej sytuacji ekonomicznej – potrzebowało środków na inne cele. W intencji pomysłodawców ten system miał być jednym ze sposobów wyłaniania talentów, sięgania do małych środowisk i miejscowości, na wieś, z której dojazd dziecka do szkoły i z powrotem zabiera wiele czasu. Taki uczeń często nie ma szans na dostęp do bibliotek ani do zajęć pozalekcyjnych, a po późnym powrocie do domu już musi myśleć o odpoczynku i wczesnym wstaniu na kolejny dzień normalnych lekcji. A cóż powiedzieć o nauce języka obcego, lekturze prasy.</p>
<p><strong>– Dziś pomaga internet.</strong></p>
<p>– Jednak nie oznacza to, że takie szczególne szkoły straciły rację bytu. Prócz e-learnignu niezbędny jest bezpośredni kontakt z nauczycielem, tutorem, który pokaże pewne niuanse, a nade wszystko otworzy przed uczniem nowe obszary zainteresowań. Do naszej szkoły przychodzi bardzo zdolna młodzież z Torunia, okolic i całej Polski. Ale często dopiero kontakt z nauczycielem bądź z koleżanką i kolegą, którzy mają inne zainteresowania, otwiera oczy na nowe perspektywy. Środowisko może być katalizatorem rozwoju.</p>
<p>Szkoła pomaga dziecku sprawdzić czy dotychczasowa pasja ukierunkuje go na całe życie. Nie wystarczy usiąść przed komputerem albo posłuchać nagranego wykładu – wiele rzeczy trzeba bezpośrednio doświadczyć i to dopiero jest impuls rozwoju. Ani internet, ani telefon, ani nawet książka nie wystarczą ani nie zastąpią kontaktu z żywym człowiekiem, z zapleczem naukowym. Większość ludzi odkrywa pasję spędzania godzin w bibliotece dopiero na studiach. Nasi uczniowie osiągają to w szkole. Warto im przy okazji pokazać, że szkoły wyższe nie są innym, dziwnym światem, by młody człowiek idąc na studia nie tracił roku na odnajdywanie się w tej rzeczywistości. Nasza młodzież w większości tego problemu nie ma. Oni wiedzą, co to jest uniwersytet, jakie są rytuały, kim jest dziekan, rektor, bo przez sześć lat wychowywali się w tym środowisku. Nie mówię, że jest to jedyny, dobry sposób na kształtowanie młodych zdolnych ludzi.</p>
<p><strong>– Jakie są recepty na wykształcenie geniusza?</strong></p>
<p>– Genialnych ludzi jest bardzo niewielu. Wśród wybitnie zdolnych jest ich zapewne mały odsetek i nie wiem czy da się wychować geniusza. Z tym trzeba się urodzić, ale konieczne jest później odpowiednie kształtowanie takiego człowieka. Badania amerykańskie ukazują też, że nawet wśród naprawdę zdolnych zaledwie nieliczni osiągają sukces. Na drodze życiowej powstają przecież problemy psychologiczne, osobowościowe, a pamiętajmy, że mówimy o ludziach wyjątkowych pod wieloma względami, również w aspekcie charakterologicznym. Co daje nasza szkoła? Po latach pracy widzę, że daje przede wszystkim możliwość kontaktu z podobnymi sobie młodymi, odkrycie: nie jestem sam. Że są tacy, którzy też lubią czytać, fascynują się historią starożytności albo chemią organiczną do tego stopnia, że sprowadzają książki ze Stanów Zjednoczonych. Są w stanie poświęcić znaczną część kieszonkowego na zakup, bo często nie ma tej pozycji w bibliotekach nawet uniwersyteckich. Odkrywają, że nie są sami na bezludnej wyspie, ale takich jak oni jest więcej. A skoro tak, to znaczy, że są „normalni”. Nie ma stygmatyzacji kogoś zdolnego, rodzynka w klasie, chwalonego za wybitność i chronionego przez nauczyciela, przy jednoczesnym piętnowaniu przez rówieśników jako kujona.</p>
<p>Często szkoły nie są w stanie zapewnić warunków rozwoju zainteresowań i pasji, w pewnym stopniu de facto przeszkadzają. Trzeba się więc zastanowić, jak znaleźć indywidualną ścieżkę rozwoju.</p>
<p><strong>– Jak ją znaleźć?</strong></p>
<p>– Obecnie państwo robi sporo: zmieniły się rozporządzenia dotyczące pomocy psychologiczno-pedagogicznej dla uczniów wymagających takiego wsparcia. Dopiero od przyszłego roku szkolnego będziemy to wszystko wdrażać. Najważniejsze, żeby było jak najmniej biurokracji. Jako nauczyciel wolałbym poświęcać czas na indywidualną pracę z uczniem i wspólne uczenie się, nie na papierki.  Motto naszej szkoły brzmi: „Mistrz i uczeń dziwią się razem”. Chciałbym się trochę podziwić razem z tym uczniem, podziwiać świat, odkrywać jego tajemnice, a nie wypełniać kolejne rubryki w raportach.</p>
<p>Prócz modelu realizowanego według wzorca naszej szkoły jest wiele innych sposobów odkrywania talentów. Są różne fundacje, na przykład Fundacja na Rzecz Dzieci i projekt zbierania uczniów z różnych stron kraju, by mogli się spotkać na neutralnym gruncie i poznawać wzajemnie nowe możliwości. Nasi uczniowie także korzystają z tego funduszu i są bardzo zadowoleni. To przekłada się na normalne życie. Ostatnio odwiedził mnie absolwent naszej szkoły, obecnie student prawa na Uniwersytecie Warszawskim i powiedział, że pobyt na jednym tylko spotkaniu naukowym w ramach tego funduszu zaowocował poznaniem kolegów, z którymi obecnie mieszka. Razem łatwiej było znaleźć mieszkanie i zorganizować życie. System powinien takie kontakty ułatwiać. Można to osiągać w różny sposób: przez organizację zajęć, jak to czyni Stowarzyszenie Talent wyłaniające utalentowanych informatyków, organizując wyjazdy i obozy naukowe. Mamy w Polsce wiele takich przedsięwzięć.</p>
<p>Ministerstwo, władze lokalne (w naszym województwie kujawsko-pomorskim zakupiono do szkół podstawowych tablice interaktywne, przyznano środki na stypendia doktoranckie) reagują i zaczyna się wiele dziać. Powiem przewrotnie – owszem, na to potrzeba pieniędzy, ale nie aż tyle dodatkowych. Moim zdaniem środki na tę młodzież już są w systemie, podobnie jak na szkoły muzyczne, plastyczne, baletowe, sportowe czy dla dzieci z dysfunkcjami. Ci, którzy decydują o subwencjach i prawie oświatowym boją się znaleźć podobne miejsce w systemie dla szkół (bo nie jesteśmy już dzisiaj jedyną taką szkołą) funkcjonujących przy publicznych szkołach wyższych i są szkołami publicznymi, które kształcą małe zespoły klasowe, oferują liczne dodatkowe zajęcia. Pamiętajmy, że chodzi też o młodzież, która pochodzi z rodzin potrzebujących pomocy finansowej ze strony państwa.</p>
<p>Dziś korzystamy z pomocy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, bez czego nie dalibyśmy sobie rady. Jeśli u nas klasa liczy od siedemnastu do dwudziestu czterech uczniów, a klasa w przeciętnym liceum miejskim ma ponad trzydzieści osób, to różnica w subwencji oświatowej jest na naszą niekorzyść. Tę różnicę musimy wyrównać sami i udaje się to dzięki Uniwersytetowi, głównie w formie dodatkowych zajęć stwarzających możliwości rozwoju ucznia. Część kosztów Uniwersytet bierze na siebie bezpośrednio delegując pracowników do pracy u nas czy przez przyjmowanie naszych uczniów na zajęcia uniwersyteckie (około pięćdziesięcioro z prawie stu czterdziestu licealistów na nie uczęszcza). Tak odkrywają oni życie uczelni, poznają co to jest wykład, czym są ćwiczenia, laboratoria i tak dalej. Dzięki tej orientacji mogą wykorzystać czas na studiach na szybsze ukończenie nauki, podjęcie drugiego kierunku, wyjazd na stypendium zagraniczne. Jest im łatwiej. Większość szkół ponadgimnazjalnych nie ma na to czasu i możliwości. Nauczyciel ma de facto dwa i pół roku, zważywszy, że klasa maturalna w drugim semestrze skupia się na przygotowaniu do ostatniego egzaminu. Zanim na dobre pozna się ucznia, ten już szkołę opuszcza. Szkoła ponadgimnazjalna bazuje na własnych absolwentach z gimnazjum, lecz jeśli uczeń przychodzi z zewnątrz, brakuje czasu, by na przykład zmienić orientację jego zainteresowań. Jeśli stanie się to pod koniec drugiej klasy, jest za późno. Brakuje wtedy czasu na konkursy i olimpiady, na działalność społeczną, publiczną, wolontariat. Całą energię musi ten uczeń skupić tylko na przygotowaniach do matury.</p>
<p>Im wcześniej się rozpozna zdolności ucznia, tym więcej możliwości rozwojowych i aktywności jest w jego zasięgu. Między innymi dlatego w naszej szkole zrezygnowaliśmy ze skróconego, pięcioletniego cyklu (trzy plus dwa), i uczniowie sobie to chwalą. Mogą pielęgnować swoje pasje, wielu z nich uprawia sport, niektórzy uczęszczają do szkoły muzycznej. A potrzebny jest jeszcze – nawet i w klasie maturalnej – czas na refleksję o tym, co właściwie ów młody człowiek chce w życiu robić. Czy faktycznie studia gwarantują jego rozwój, a może powinna to być praca zawodowa albo podróże? Wszyscy nasi absolwenci wprawdzie idą na studia, ale to nie oznacza, że potem nie rezygnują z nich i nie podejmują nauki na innym kierunku od początku.</p>
<p>Szkoła ma także uczyć pracy w grupie. Często zdolna młodzież przypomina atomy samotnie krążące na swych orbitach. Tutaj mają możliwość wzajemnego odnajdywania siebie. Pochodzą z całej Polski, wnoszą w naszą kulturę doświadczenia środowisk lokalnych. Mamy uczniów z Mazur, z Warmii, z Lubuszczyzny i Lubelszczyzny, górali, z Mazowsza i z naszego regionu Kujaw i Pomorza. To wszystko sprawia, że potem łatwiej im odnaleźć się w środowisku studiów, w innym miejscu, poza domem rodzinnym i nawet jeżeli ktoś z nich wychowywał się na wsi lub w małym miasteczku, nie ma większych trudności z adaptacją w Warszawie, Krakowie czy Łodzi. Sześcioletni pobyt poza domem, dwieście-trzysta kilometrów od miejsca pochodzenia uczy samodzielności i podejmowania decyzji. W tym okresie wychowawcy oczywiście pomagają, ale nie starają się wyręczać.</p>
<p><strong>– To, co pan mówi, zbiega się ze stereotypem powtarzanym w środowisku nauczycielskim, że wystarczy tylko zebrać grupę wybitnych jednostek i dalej wszystko idzie jak z płatka. Czy to sztuka mieć znakomite wyniki nauczania, jeśli bazuje się na elitarnej grupie?</strong></p>
<p>– Nie, nie da się tak. To nie jest tak, że rzucimy klocki na stół, a one same się poukładają. Potrzeba koncepcji pracy z młodym człowiekiem. Taka koncepcja była od początku istnienia naszej szkoły. Reguła podstawowa brzmi: maksymalnie zindywidualizować pracę, stosownie do potrzeb ucznia, przy jednoczesnym budowaniu zespołu oraz kształceniu umiejętności pracy w grupie. Uważam, że nam się to w znacznym stopniu udało, choć nie było łatwe. Wielokrotnie się potykaliśmy, wiele rzeczy dopiero odkrywaliśmy, a całość budowaliśmy wraz z naszymi uczniami. Pierwszy dyrektor szkoły, dr Jerzy Wieczorek, zaszczepiał w nas ideę otwartości na uczniów, uczył słuchania ich. Wiele lat temu zaskoczeniem było dla nas to, że o swoich potrzebach mówili wprost.</p>
<p>Nie od razu mieliśmy sukcesy w konkursach, olimpiadach czy ogólnopolskich rankingach, nic nie wydarza się samoistnie. Zresztą wychowanie olimpijczyków</p>
<p>nie jest celem samym w sobie. Nie można mieć pretensji do tych, którzy mając nawet potencjał, nie angażują się w takie współzawodnictwa. Realizują się w inny sposób. Zdarza się, że powstaje swoista tradycja przekazu z pokolenia na pokolenie uczniowskie pewnej wiedzy i doświadczeń oraz wartości tak zgromadzonych. Mam nadzieję, że to buduje też bardziej trwałą więź między uczniami i ze szkołą. Najważniejszym osiągnięciem jest docenienie wartości współdziałania, zachowania istniejących więzi.</p>
<p>Naszym marzeniem jest wychowywanie młodych ludzi, by byli świadomi talentu, którym zostali obdarzeni, by mogli go rozwijać i przekazywać innym wszystko, czego się nauczyli. By mieli świadomość, że korzystanie z talentu przynosi korzyść także społeczeństwu.</p>
<p><strong>– Czy uczeń zdolny, nawet w tak elitarnej szkole, może się „obijać” osiągnąwszy określoną sprawność, chcieć spocząć na laurach? Czy są przypadki zdolnych, a źle się uczących?</strong></p>
<p>– Bardzo wiele jest takich przypadków. Stereotypem jest przekonanie, że uczeń bardzo zdolny musi osiągać znakomite wyniki edukacyjne. Wielu zdolnych młodych ludzi, nie tylko w naszej szkole, doznaje tak zwanego syndromu nieadekwatnych osiągnięć: nie odnoszą sukcesu. Zjawisko to opisane jest literaturze. Na ten syndrom ma wpływ wiele czynników: środowisko szkolne i rodzinne, konstrukcja psychiczna, neurotyczny perfekcjonizm, który zmusza ich, by wszystko robili idealnie. Jeśli coś „nie gra” – coś, co taka osoba wymyśli – mogłoby nie być idealne w jej wykonaniu, przestaje się tym zajmować. Wtedy perfekcjonizm, który z natury jest dobry, może blokować działanie. Na przykład, zadana praca domowa albo w ogóle nie będzie oddana, albo będzie oddana w ostatniej chwili, z obawy czy spełni wymagania. Przyczyną tego jest też przekonanie, że otoczenie wymaga więcej, niż dana osoba może udźwignąć. Musimy rozumieć takiego ucznia, jego słabości, a także jego naturalne potrzeby młodości: chęć rozerwania się, pójścia do kina, spotkania z rówieśnikami. Jeśli nie napotka tu zrozumienia, wycofa się. Niekiedy przy zmianie szkoły przychodzi fascynacja i chęć zajmowania się wszystkim. Ale nie na wszystko wystarcza czasu. Wynik w nauce nie nadąża za możliwościami. Dodatkowo, ten typ młodzieży ma często własne zdanie, potrafi się zbuntować wobec rodziców i nauczycieli.</p>
<p><strong>– Jeśli pojawiają się takie trudności, jaka metoda jest najlepsza: przysłowiowego kija czy marchewki?</strong></p>
<p>– Rozmowy. Wysłuchanie i powiedzenie, co ja o tym myślę. Odbywam takie niemal codziennie. Mam przykład z tego roku. Pewien uczeń wszedł w konflikt z nauczycielem i przyszedł do mnie na rozmowę bardzo wzburzony. Najpierw starałem się go wyhamować, pokazać, jak powinien rozmawiać z drugim człowiekiem, zwłaszcza dorosłym, jeśli rzeczywiście chce przekazać, z czym przyszedł, a nie pozostać na przekazie niewerbalnym: nadruchliwości, niespokojnym głosie, braku spójności w artykulacji treści. Uczeń ten nie tylko doszedł do tego, jak ma się wysłowić, ale także szczerze wyznał, że nikt mu dotąd takich spraw nie naświetlił. Okazało się, że dzięki samej formie wyrażania się problem konfliktu zniknął. To klasyczna sytuacja, kiedy młody człowiek pełen energii chce wyrzucić z siebie od razu wszystko, a osoba dorosła tego nie akceptuje. Kilka lat temu, w trzeciej klasie gimnazjum, z którą miałem bardzo dobry kontakt, zaczęły dominować zupełnie dziwne zachowania. Poświęciłem całą godzinę geografii na szczerą rozmowę. Wypowiedziałem swoje racje dając szanse i im wyrażenia, co w nich siedzi. Okazało się, że na siłę szukali wroga. W bardzo przyjaznym młodzieży środowisku nauczycielskim naszej szkoły nie było to łatwe, więc pewna grupa w klasie uczyniła z tego metodę integracji przez konfrontację z domniemanym „przeciwnikiem”. Tłumaczyłem, że tę inwencję lepiej jest wykorzystać twórczo. Po lekcji przychodzili do mnie uczniowie z podziękowaniem za tę rozmowę, za to, że mogli wypowiedzieć się o sprawach, które w nich nabrzmiewały, a niekoniecznie dostrzegane były przez nauczyciela. Jako wychowawca jestem wdzięczny uczniom, że od nich uczę się mnóstwa rzeczy. Oni są zbiorowym nauczycielem. Wśród trzystu uczniów jest tak wiele osobowości, że trzeba się uczyć, by nie przemawiać jak do bezwładnej masy, lecz mówić zarazem do wszystkich i każdego z osobna.</p>
<p>Często nie wiemy, co dzieje się w domach naszych uczniów, co się zmieniło, jakie wewnętrzne konflikty przeżywają sami ze sobą. Nie wystarczy więc odnotować złymi ocenami w dzienniku braków w wiedzy. Może się okazać, że przyczyna nie jest w zaniedbaniu ucznia, ale w konflikcie między rodzicami, w braku kontaktu z ojcem albo matką, fizycznie bądź psychicznie nieobecnymi, albo w konfliktach z rodzeństwem lub uczuciowych rozterkach po rozstaniu się z sympatią. Rzadko wtedy uczeń sam się otwiera, nie przyjdzie porozmawiać, nie wytłumaczy, że jego umysł jest zaprzątnięty innymi sprawami niż szkoła. Trzeba pamiętać, że dojrzewanie wiąże się ze zmianą priorytetów. Najpierw młody człowiek uczy się dla kogoś: dla taty, mamy, dziadków, rodziny, a na końcu dopiero dla siebie. W pewnym momencie chce doznać czegoś innego. Trzeba znaleźć sposób, aby w tym krytycznym momencie nie zgubić tych talentów, a system często je gubi. Brak nam narzędzi, aby móc pomóc za każdym razem. W naszej szkole radzimy sobie dzięki świetnej kadrze: pedagoga, psychologa, wychowawców internatu dla ponad 130 uczniów. Są to świetni fachowcy, praktycy, wyczuwający, jak pewne sprawy poukładać. Okazuje się, że ci młodzi często lubią pewien dryl; niekoniecznie są zadowoleni z luzu na lekcji czy w internacie. Lubią, żeby wszystko było poukładane i nawet jak co innego mówią, to większość lubi harmonijny świat, w którym czują się bezpiecznie.</p>
<p>Młodzież ta uwielbia pracę w zespołach. Widzę, jak ich to wzmacnia, jak pozytywnie działa z jednej strony przekazanie części odpowiedzialności grupie, a z drugiej zauważenie ich dorobku dla grupy. Jest to ważne, bo jako społeczeństwo jeszcze nie wypracowaliśmy takich mechanizmów. Powinniśmy też pozwalać uczniom na popełnienie błędów. Porażka czy problem, inaczej niż w potocznym rozumieniu jako „totalna klęska”, winny uczyć wyciągania wniosków. W naszej mentalności niepowodzenie kojarzy się z karą: minusem, jedynką w dzienniku i tak dalej. A przecież na takim doświadczeniu można przez pozytywną motywację pokazywać, że uczeń może osiągnąć coś więcej.</p>
<p><strong>– Przy elitarności szkoły zawsze istnieje groźba snobizmu. Spotyka się pan z nim?</strong></p>
<p>– Różnie z tym bywa. Często wynika on z oceny środowiska zewnętrznego. To środowisko stygmatyzuje: „O, to są ci z GiLA” albo takiej lub innej szkoły. Siłą rzeczy i młodzież dochodzi do wniosku, że skoro tak o nas mówią, to przejmujemy i my ten sposób myślenia. Staramy się otwierać naszą młodzież na współpracę z innymi, są wyjazdy międzynarodowe (na przykład MEP – Młodzieżowy Parlament Europejski), konkursy, staramy się o współpracę z Młodzieżową Radą Miasta. Chodzi o to, żeby odkrywali, że nie są tylko wyspą. Jeśli zaś mają zdrowe podejście i przeświadczenie, że fajnie jest im w szkole, to dobrze. W tym roku na gali laureatów konkursu jedna z uczennic powiedziała, że życzy sobie, aby ona, jej koledzy i koleżanki szli z podniesionym czołem, że odnieśli sukces, ale nie z zadartym nosem. Pozwoliłem sobie od niej zapożyczyć tę myśl i cytować. Skoro u piętnastolatków jest taka świadomość i mówią to publicznie, to myślę, że tak źle z nimi nie jest.</p>
<p><strong>– A jaka jest postawa rodziców uczniów? Mówią sobie w duchu: „Znaleźliśmy dobrą szkołę, dziecko się zakwalifikowało, a ja mam teraz problem z głowy”?</strong></p>
<p>– Jest różnie. Ale niestety jest często właśnie i tak. Część osób traktuje szkołę jako rozwiązanie osobistych lub rodzinnych problemów. Jako dobry sposób, by widzieć dziecko raz w tygodniu czy raz na dwa tygodnie. Wtedy jest ono królewiczem lub królewną, ale znaczna część odpowiedzialności za wychowanie spada na innych. Czasem też szkoła staje się sposobem oddzielenia dziecka od problemów domowych. To się jednak nie udaje. Nie chodzi nam o to, aby dzieci wyciągać z domu i izolować od niego. Od kilku lat w internacie wprowadziliśmy wyjazdowe weekendy i przymusiliśmy uczniów do tego, aby – jeśli mieszkają blisko – przynajmniej raz w tygodniu jechali do domu. Oni sami nie tak chętnie chcieliby tam wracać albo przynajmniej nie wszyscy z nich. Staramy się, by kontakt rodziców z dziećmi nie był zachwiany. Wiemy, że jest on dla młodych ludzi najważniejszy. Szkoła i internat nie są ideałem, nie stanowią najlepszego rozwiązania ani dla rodziców, ani dla dzieci. Skoro już jednak rodzice godzą się z pobytem dzieci w internacie, to my staramy się nawet kalendarz szkolny układać tak, aby i ci mieszkający bardzo daleko mogli jednak raz na półtora miesiąca odwiedzić rodziców.</p>
<p>Zdarzały się też sytuacje choroby dziecka i reakcji rodziców: „To się nim zaopiekujcie”. Często musimy wielokrotnie telefonować, prosić, błagać. Podziwiam panią dyrektor internatu Elżbietę Karczewską–Musiał i wychowawców, że z takim oddaniem biorą na siebie obowiązki, których nie musieliby przyjmować. Widzimy też, jak młodzież sama tęskni za internatem, jak chętnie ze sobą przebywa i tutaj wraca. Oni potrzebują wspólnych rozmów, potrzebują wysłuchania i nie boją się tego. Uważam to za wielki sukces, że nie ukrywają swojego „ja”, nawet jeśli niekiedy się nie zgadzamy z ich wieloma poglądami i ich nie podzielamy.</p>
<p>Raz jedna osoba na egzaminie wstępnym przy oddawaniu formularza sprawdzianu zamaszystym ruchem (i jako pierwsza z sali) dodała: „Mam to z głowy, ja tu nie chcę chodzić, to rodzice chcą mnie tu przysłać”. Po wielu latach, ta sama osoba odwiedziła nas i powiedziała: „Wie pan, nie żałuję pobytu tutaj. To była szkoła dla mnie”.</p>
<p><strong>– Co pan najbardziej sobie ceni w pracy z taką młodzieżą?</strong></p>
<p>– Po trzynastu latach wiem, że praca z młodzieżą, która wie, czego chce, to wielka przygoda, nie tylko intelektualna. To także przygoda odkrywania siebie i mobilizowania się do pracy. Patrząc na tę młodzież, nabiera się nadziei, że można jeszcze wspaniale wykorzystać lata, które nam pozostały. Przy uczniach codziennie ładuję akumulatory, mam świadomość, że wszystko jest przede mną. A za rok przyjdą nowi, którzy zadadzą takie pytania, jakich nikt wcześniej nie zadał. To nas wzbogaca i oddala moment zawodowego wypalenia. Uczniowie wiedzą, że my, dorośli, nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale poszukujemy razem z nimi. Sukces naszej szkoły jest wypadkową pracy setek uczniów, dziesiątków nauczycieli, pracowników administracji i obsługi, środowiska Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Życzyłbym sobie, żebyśmy dalej się tak rozwijali i nie byli źle postrzegani. Chcemy wzbogacać system kształcenia dzieci zdolnych, a nie być w edukacyjnej przestrzeni zadrą, z którą nie wiadomo, co zrobić. Staramy się budować przyszłość i tradycję tej młodej szkoły ufając, że jeszcze wielu uczniów będzie miało szansę przyjechać do Torunia i tu uczyć się życia.</p>
<p><strong>Arkadiusz Stańczyk, </strong>ur. 1970, nauczyciel geografii i przysposobienia do przedsiębiorczości, dyrektor Zespołu Szkół Gimnazjum i Liceum Akademickie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pracuj i módl się, żeby ci wyszło</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/16/pracuj-i-modl-zeby-ci-wyszlo/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/16/pracuj-i-modl-zeby-ci-wyszlo/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 16 Jun 2011 09:13:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bogdan Wojciszke</dc:creator>
				<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=901</guid>
		<description><![CDATA[Rozpad instytucji małżeństwa jest bezpośrednim skutkiem wzrostu zamożności społeczeństwa oraz zbyt dużej roli państwa opiekuńczego. Ludzie mogą przetrwać poza małżeństwem, a rodzic staje się niepotrzebny.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Rozpad instytucji małżeństwa jest bezpośrednim skutkiem wzrostu zamożności społeczeństwa oraz zbyt dużej roli państwa opiekuńczego. Ludzie mogą przetrwać poza małżeństwem, a rodzic staje się niepotrzebny. <strong>O miłości, małżeństwie i rozwodach z  profesorem Bogdanem Wojciszkem rozmawia Marta Szymczyk</strong></p>
<p><strong><span id="more-901"></span></strong><em>– W swojej słynnej książce „Psychologia miłości” mówi pan o kilku fazach związku oraz o trzech podstawowych składnikach miłości, jakimi są namiętność, intymność (bliskość) i zaangażowanie. Faz w sumie jest pięć, a czasem niestety sześć. Mówię „niestety”, gdyż ostatnim etapem wymienionym przez pana jest rozpad związku. </em></p>
<p>–  Zasadniczo każdy związek ma kilka faz. Są to: <em>zakochanie</em>, kiedy podstawowym składnikiem relacji jest namiętność; <em>romantyczne początki</em> – tu dominantą jest połączenie namiętności i intymności, <em>związek kompletny</em> – w tej fazie ludzie najczęściej pobierają się; to etap, w którym występuje równowaga trzech podstawowych składników miłości: namiętności, intymności i zaangażowania; następnie mamy <em>związek przyjacielski</em>, opierający się na intymności i zaangażowaniu, ale już bez namiętności. Przedostatnim etapem jest <em>związek pusty</em>, charakteryzujący się tym, że jest zaangażowanie, ale nie ma już ani intymności, ani namiętności, a ostatnim etap to <em>rozpad związku</em> – wtedy, gdy nie ma nawet zaangażowania.</p>
<p>To oczywiście tylko model, ale rzeczywiście najczęściej tak to właśnie wygląda. Na początku ludzie przeżywają miłość romantyczną, niejednokrotnie od pierwszego wejrzenia. Badania sondażowe pokazują, że jest to doświadczenie większości ludzi wszędzie na świecie. Wszystko wskazuje na to, że etapy wyglądają bardzo podobnie u różnych par i nawet przebiegają w podobnym tempie – zakochani jesteśmy mniej więcej rok, romantyczne początki trwają jakieś dwa lata i tak dalej.</p>
<p>Czy wszyscy muszą popadać w związek pusty, w którym nie ma już porywów serca i przyjaźni i który jest wstępem do rozpadu związku? Nie wszyscy muszą i nie wszyscy popadają.</p>
<p><em> – Z trzech składników miłości, o których tu wspomnieliśmy, akurat w naszej kulturze przywiązujemy dużą wagę do namiętności. Bez niej trudno nam sobie wyobrazić miłość, przynajmniej w jej początkowej fazie. Jednocześnie twierdzi pan, że zanikanie namiętności jest czymś nieuchronnym i nieuniknionym. To dość pesymistyczna wizja. </em></p>
<p>–  Na namiętność niewiele da się poradzić – pojawia się, a potem znika bez naszej woli, a już na pewno pomimo niej. Ze swej natury może ona tylko rosnąć, co jest po prostu niemożliwe. Jeśli osiągnie <em>constans</em>, to jest już z nią coś nie tak. Namiętność wymaga absolutnego uwielbienia partnera, a to jest możliwe tylko za cenę braku realizmu w jego ocenie. Poza tym, nie znosi konkurencji – kiedy pojawiają się dzieci, obowiązki, to siłą rzeczy ona spada.</p>
<p>Mimo że z zanikiem namiętności niewiele możemy zrobić, to jednak przyjaźń i intymność to coś, o co możemy zadbać. Tu możemy przeciwdziałać spadkom. Dlatego niektórym ludziom udaje się stworzyć zdrowy, długotrwały związek, a innym nie. Zapewne dzieje się tak z dwóch powodów: jeden to jest to, czy się chce, a drugi – czy się potrafi zrobić coś dla związku.</p>
<p>Kiedyś nie bardzo był sens zadawać pytanie o to, czy się chce utrzymać związek, ponieważ presja społeczna była tak silna, że generalnie wszystkim się chciało. Problem tkwi raczej w tym, czy ludzie potrafią coś zrobić czy nie – niestety najczęściej nie potrafią. Generalnie jesteśmy mało otwarci na wiedzę o samych sobie. Jest wiele bardzo prostych prawidłowości psychologicznych, których istnienie niestety często nie dociera do naszej świadomości.</p>
<p><em>– Pierwsze etapy miłości – zakochanie i  romantyczne początki – właściwie nie wymagają od nas wkładania żadnego wysiłku. Być może chcielibyśmy, żeby na dalszych etapach również „działo się samo” zupełnie tak, jak to było na początku. Może nie jesteśmy przygotowani na to, że w późniejszych fazach nad związkiem trzeba pracować? </em></p>
<p>– Rzeczywiście początkowe etapy miłości mogą nas trochę uśpić, gdyż nie musimy specjalnie ingerować w ich przebieg, bo i tak wszystko jest dobrze. To zabójcze, gdyż miłość ze swej natury to zjawisko dynamiczne. To, co jest potrzebne w ciągu pierwszych dwóch lat trwania związku, nie jest tym samym, czego będziemy potrzebować w dwudziestym drugim roku jego istnienia. O ile na początku utrzymanie relacji nie wymaga od nas zbyt dużego wysiłku, o tyle później trzeba w coraz większym stopniu nad związkiem pracować.</p>
<p><em>– Dynamiczna natura miłości – to,  że zasadniczo każdy związek przechodzi przez etapy, o których wspomnieliśmy na początku – jest i straszne, i pocieszające jednocześnie. Straszne, ponieważ w związkach zachodzą procesy, na które nie mamy zasadniczo wpływu – wynikają one właśnie z kolejnych faz rozwoju naszego  uczucia – pocieszające zaś, gdyż dzięki zrozumieniu dynamicznego charakteru miłości możemy przestać obwiniać samych siebie czy też partnera za rzekome „niepowodzenia”, na przykład za to, że w pewnym momencie namiętność zeszła na dalszy plan i ustąpiła miejsca przyjaźni. </em></p>
<p>– Myślę, że często mieszamy marzenia z rzeczywistością. Ludzie chcą, żeby związek był cały czas taki sam jak na początku. Kiedy zasycha nam w gardle na widok partnera i serce nam kołacze, to jeśli trwa to przez dwa lata, to doskonale. Gdyby jednak trwało to przez dwadzieścia dwa lata to po prostu trudno byłoby to przeżyć. Jest to zupełnie nierealistyczne. Dlatego właśnie miłość na różnych etapach wygląda inaczej, z czym wielu osobom trudno się pogodzić.</p>
<p><em>– W wielu kulturach czynnikiem decydującym o wyborze partnera życiowego nie są porywy serca, ale czysta kalkulacja. Okazuje się, że związki zawierane w ten sposób są bardziej trwałe, choć nie wnikam w to czy bardziej szczęśliwe. </em></p>
<p>– Jesteśmy dzisiaj jedną z bardzo nielicznych kultur w dziejach, które czynią z namiętności kryterium wyboru partnera. Tradycyjnie związek dwojga ludzi był sojuszem rodzin. W różnych klasach społecznych chodziło o różne aspekty tego sojuszu – najwyraźniej widać to u koronowanych głów.</p>
<p>Z punktu widzenia trwałości związku namiętność, do której w naszej kulturze tak przywiązujemy wagę, jest zgubna. Nie jest ona czymś, na czym da się zbudować trwały związek.</p>
<p><em>– Dlaczego tak wiele związków się rozpada? </em></p>
<p>– W naszym świecie dużą rolę ogrywają dwie rzeczy – po pierwsze jest to możliwość wyboru tego, czy zostaję z partnerem czy też nie, po drugie chodzi o czynnik ekonomiczny – dzisiaj na rozstanie i rozwód nas po prostu stać. Ten ostatni element jest szczególnie ważny.</p>
<p>Małżeństwo najszybciej upadło w Skandynawii – a dokładniej w Szwecji. Rozpad tej instytucji był bezpośrednim skutkiem wzrostu zamożności społeczeństwa oraz zbyt dużej roli państwa opiekuńczego, które zajęło się również rodzinami. W momencie, kiedy państwo zaczyna przejmować funkcje jednego z rodziców, to realny rodzic staje się niepotrzebny. Cynicznie to brzmi, prawda? Jeżeli państwo łoży na dziecko, czyli robi to, co dotąd robił mężczyzna, to taki mężczyzna staje się niepotrzebny, bo lepiej jest mieć czysty czek od państwa czy przelew bankowy niż faceta z jego brudnymi skarpetkami.</p>
<p><em>– Czyli paradoksalnie nadmierna troska o państwo owocuje rozbiciem rodziny. </em></p>
<p>–  Państwo nie może ingerować tak głęboko w życie obywateli, ponieważ skutki są dokładnie odwrotne do zamierzonych.</p>
<p>Wzrost zamożności powoduje też, że ludzie mogą przetrwać poza małżeństwem. W Polsce jeszcze nie jest to jeszcze tak widoczne. Większość ludzi w naszym kraju to osoby, które mają wykształcenie co najwyżej zawodowe. Takim ludziom trudno jest przetrwać w pojedynkę. Jeżeli czynsz za mieszkanie rozkłada się na dwie pensje, jednak jest dużo łatwiej przeżyć miesiąc. Tak zresztą było zawsze w historii – rozwód był luksusem, na który mogą sobie pozwolić tylko bogaci.</p>
<p>Jest jeszcze jeden czynnik, który wpływa na coraz większą nietrwałość związków – ma on kolosalne znaczenie, mimo że też jest prawie niewidoczny przez swoją powszechność. Kiedy małżeństwo było sojuszem rodzin, to tak naprawdę nie było ono wspólnotą, ale przede wszystkim kontraktem. Kontraktowa natura małżeństwa dzisiaj wraca do łask, ale w trochę innej formie. Dzisiaj małżeństwo jest to kontrakt w tym sensie, że zakładamy niemal bezwiednie, że ta druga strona jest po to, żeby mnie uszczęśliwić. Osobiste dążenie do szczęścia, które dzisiaj jest bardzo silnym motywem wchodzenia w związek, kiedyś w ogóle nie istniało w takiej postaci.</p>
<p>Podam przykład. Byłem bardzo późnym dzieckiem mojej mamy, chłopki z urodzenia i wychowania. W pewnym momencie przeniosła się ona do miasta, ale zasadniczo mentalnie pozostała chłopką z końca XIX wieku. Dzięki temu miałem bezpośredni wgląd w to, jak ludzie myśleli w owym XIX wieku. Dla mojej mamy taka kategoria jak dążenie do szczęścia w ogóle nie istniała. Miała ona pewną wizję przyzwoitego życia, tego, co powinna zrobić, jak powinna się zachować, ale żeby coś robić dla przyjemności, dla własnego ja to jej w ogóle nie przychodziło do głowy. Po prostu ludzie kiedyś nie myśleli takimi kategoriami jak my, nikt nie uważał, że partner jest po to, żeby mnie uszczęśliwić. Dzisiaj – zważywszy na ogólną konsumpcjonistyczna postawę w kulturze – cokolwiek nas nie satysfakcjonuje, to wymieniamy to na lepszy model.</p>
<p><em>– Dzisiaj bardzo podkreślane są wartości indywidualistyczne, samorealizacja, potrzeba koncentracji na osobistym dążeniu do szczęścia. Promowany jest też romantyczny model miłości. Nakarmieni taką mieszanką, zaczynami mieć względem siebie i swojego partnera nierealistyczne oczekiwania…</em></p>
<p>–  Zdecydowanie tak jest, ale nie zapominajmy, że te wzorce kulturowe odgrywają też bardzo pozytywną rolę, ponieważ rozbudzają w ludziach pragnienie tego, żeby miłość była pełna, namiętna – takie pragnienia są bardzo dobre. Podobnie jest z wszechogarniającą konsumpcją. Z jednej strony jest to paskudne, że na każdym kroku słyszymy: „jak nie konsumujesz, to nie żyjesz” (bo <em>de facto</em> taki jest przekaz większości reklam, które pokazują, że dopiero jak kupisz to czy tamto, to możesz poczuć się jak człowiek), ale z drugiej strony trzeba zauważyć, że ma to niesłychanie pozytywny i motywujący charakter. Przekłada się to między innymi na to, że ludzie stają się bardziej produktywni i aktywni – więcej działają, bo więcej pragną. Kiedyś ludziom w ogóle nie przychodziło do głowy, żeby chcieć. Dzisiaj, dzięki temu, że więcej chcemy, życie robi się znacznie ciekawsze i bogatsze. Oczywiście ma to swoje negatywne skutki – jeśli ktoś ma za bardzo rozdęte oczekiwania, to bardzo trudno będzie mu je spełnić. Tak samo jest i w miłości, i w konsumpcji. Jest to właściwie nierozwiązywalny problem.</p>
<p><em> </em></p>
<p><em>– Może problemem jest po prostu brak proporcji w tym przekazie kulturowym. Mamy bardzo dużo filmów, powieści, piosenek, które promują miłość romantyczną, a prawie w ogóle brak tekstów kultury, które dawałyby nam jakąś podpowiedź, co zrobić z tą miłością, która się pojawia później, gdy już nie mdlejemy z zachwytu na widok naszego partnera. Mówiąc krótko, kultura nie za bardzo dostarcza nam wzorców przeżywania miłości nieromantycznej, mimo że to właśnie taką miłością kochamy naszych partnerów przez większość życia.</em></p>
<p>– Zdecydowanie tak jest. W popkulturze nie mamy za dużo takich wzorców, ale popkultura jest ze swej natury prosta w przekazie, zawsze nadaje to, co najłatwiej zrozumieć. Natomiast w literaturze pięknej XX wieku to już się pojawiło, a musiało się pojawić, bo zmieniły się proporcje między okresem przeżywania miłości romantycznej  i nieromantycznej. Ta druga zaczęła po prostu zajmować większą część naszego życia, ze względu na dość banalny czynnik, jakim jest to, że żyjemy dłużej. Nagle pojawiły się pary, które są ze sobą po pięćdziesiąt lat. Kiedyś takich par nie było, bo zwyczajnie jeden z partnerów umierał. Dzisiaj ludzie żyją ze sobą bardzo długo i siłą rzeczy ich miłość przez większość życia romantyczna nie jest – choćby dlatego, że znika namiętność, jak to już tu powiedzieliśmy.</p>
<p>Zmiana długości życia jest czymś niesłychanym – umyka to nieco naszej uwadze. Pamiętam przedruk artykułu prasowego donoszącego o jednym z pierwszych wypadków samochodowych. Opis ten kończył się takim mniej więcej zdaniem dotyczącym ofiary tegoż zajścia: „Czterdziestoletniego starca odwieziono do szpitala”. W tamtych czasach czterdziestolatek był starcem, podczas gdy dzisiaj jest co najwyżej osobą w średnim wieku.</p>
<p><em>– Obok coraz większej powszechności rozwodów – według danych GUS liczba rozwodów w Polsce w ciągu dwudziestu ostatnich lat się podwoiła – można zauważyć inne zjawisko, mianowicie spadek liczby zawieranych małżeństw. Badania CBOS przeprowadzone w marcu 2008 roku pokazały, że w opinii Polaków mężczyźni odkładają decyzję o założeniu rodziny lub jej po prostu w ogóle nie zakładają, gdyż wybierają życie bez zobowiązań, a kobiety… nie zakładają rodziny z obawy przed nieudanym związkiem. </em></p>
<p>–  Lęk przed nieudanym związkiem rzeczywiście w dużo większym stopniu dotyka kobiety niż mężczyzn. Związane jest to między innymi z dwukarierowością kobiet. Dzisiaj pracują one zawodowo, a po pracy mają jeszcze wiele obowiązków w domu, muszą zająć się dziećmi. Kiedyś było to zupełnie nieznane. To kobiety przeżywają konflikt – rzadko mówi się o takim konflikcie w przypadku mężczyzn. Innymi słowy inwestycje kobiet w związek są znacznie większe, a tym samym w przypadku niepowodzenia to one ponoszą dotkliwsze konsekwencje.</p>
<p>Jest tutaj jeszcze jeden element, o którym warto wspomnieć w kontekście spadku liczby zawieranych małżeństw – chodzi mianowicie o rosnącą dysproporcję poziomu wykształcenia kobiet i mężczyzn. Szacuje się, że jest około 500-600 tysięcy kobiet, które mają lepsze wykształcenie niż mężczyźni. Tu pojawia się konflikt, bo tradycja jest taka, że kobiety wychodzą za mąż trochę powyżej swojej pozycji społecznej lub przynajmniej na równi z tą pozycją. Świetnym przykładem jest Kate Middleton, która dzięki mariażowi z księciem Williamem stała się księżniczką. W drugą stronę raczej to słabiej działa. I tak było zawsze.</p>
<p><em>–  Jednym słowem, jeśli kobiety są bardziej wykształcone niż mężczyźni, to zaczyna w sensie dosłownym brakować kandydatów, którzy społecznie są trochę wyżej lub przynajmniej na równi… </em></p>
<p>– Otóż to. Niemożność znalezienia odpowiedniego partnera przekłada się na niechęć do zawierania małżeństw. Ta niechęć do sformalizowanego związku bierze się również z podejrzeń, że zawarcie go nie będzie najlepszym sposobem na moje osobiste szczęście. Proszę zauważyć, że kiedyś w ogóle nie było kontrpropozycji dla małżeństwa, szczególnie dla kobiet. Dzisiaj sytuacja się zmieniła.</p>
<p><em>– Zmienił się też model rodziny. </em></p>
<p>–  Rodzina się rozmywa, coraz częściej przypomina <em>patchwork</em> – w jednej rodzinie mamy dzieci z różnych związków. Przestaje to być w tej chwili zupełnie wyjątkową sytuacją, staje się to po prostu normą. Można się oburzać i moralizować, ale tak właśnie dzisiaj to wygląda. Ludzie mają po prostu zdolność dopasowywania się do tego, co dyktuje im życie.</p>
<p><em>– Czy to nie jest tak, że rozwód dzisiaj zaczął być traktowany jak łatwy sposób na rozwiązanie problemów małżeńskich?</em></p>
<p>– Trochę tak jest. W Stanach poszło to bardzo daleko, a i u nas zaczyna dziać się podobnie. Przejawia się to na przykład w stosunku do dzieci. W Ameryce uważa się, że dla dzieci bardziej szkodliwe jest pozostawanie w skonfliktowanej rodzinie niż poza nią. Jednym słowem, króluje przekonanie, że lepsze dla wszystkich, w tym dla dzieci, jest wycofanie się z konfliktu niż trwanie w nim, walka czy szukanie alternatywnych rozwiązań. Psycholog powiedziałby, że jest to typowa racjonalizacja, czyli dorabianie racji do działania powziętego z innych powodów.</p>
<p><em>– Dlaczego niektóre pary się rozstają, a inne nie? </em></p>
<p>– Jest to dość mało zbadana sprawa, głównie z powodów etycznych. Trudno jest ludzi dręczyć pytaniami, kiedy im rozpada się związek. Ale wiele wskazuje na to, ze tutaj dużą rolę odgrywają czynniki zewnętrzne, które nie mają nic wspólnego ze stosunkami w obrębie pary.</p>
<p><em>– Na przykład?</em></p>
<p>– W przypadku rozpadu związku bardzo istotnym czynnikiem jest wiek. Jeśli nas dopadnie pusty związek, kiedy jesteśmy już starsi, na przykład po pięćdziesiątce, to w zasadzie nie mamy już nadziei na lepszą możliwość. Dlatego staramy się załagodzić konflikty na tyle, żeby dało się wytrzymać z partnerem. Ale kiedy dopada to nas, kiedy mamy trzydzieści pięć czy czterdzieści lat, to jesteśmy bardziej skłonni ten związek porzucić, bo jest jeszcze nadzieja na inną miłość.</p>
<p>Tu pojawia się też bardzo duża niesprawiedliwość biologiczna. Trajektoria zmiany wartości kobiety i mężczyzny bardzo się rozchodzi i ma to wyraźny związek z wiekiem. Niestety tak jest, że zazwyczaj mężczyzna ma więcej tego, co jest męskie, kiedy robi się starszy. W wielkim uproszczeniu chodzi o pozycję społeczną i o zasoby. W każdej cywilizacji, w której występuje jakakolwiek tezauryzacja dóbr, to zazwyczaj dobra te należą do starszych mężczyzn. Męski nie jest ktoś, kto ma tors jak Arnold Schwarzenegger, ale facet, który zaprosi panią do Sheratona i jeszcze przyjedzie bentleyem. Taki status nabywa się zazwyczaj z wiekiem.</p>
<p>Kobiecość jest z kolei dziewczęca.</p>
<p><em>– Kobiety wraz z wiekiem tracą swoją kobiecość. </em></p>
<p>–  Niestety tak jest. Wielu mężczyzn znacznie lepiej się starzeje niż kobiety. Proszę spojrzeć na Seana Connery’ego – przecież on w wieku lat sześćdziesięciu wyglądał lepiej niż w wieku lat czterdziestu. Niestety prawie nie ma kobiet, o których dałoby się powiedzieć to samo. Wraz z wiekiem wartość matrymonialna kobiety spada, a mężczyzny rośnie.</p>
<p>U nas tego jeszcze tak nie widać, ponieważ w większości przypadków do rozwodu dochodzi dlatego, że kobieta chce się uwolnić od męża alkoholika.</p>
<p><em> </em></p>
<p><em>– Sytuacja jest nieco paradoksalna. Statystyki pokazują, że większość pozwów o rozwód jest składana przez kobiety. Dzieje się tak, mimo że wraz z wiekiem mają one coraz mniejszą szansę na powtórne małżeństwo czy po prostu związek, gdyż ich atrakcyjność matrymonialna spada.  Może kobiety w mniejszym stopniu tolerują niesatysfakcjonujący je związek niż mężczyźni? </em></p>
<p>– W pewnym wieku, powiedzmy po czterdziestce, większość kobiet nie liczy już na inny związek, tylko na święty spokój i uwolnienie się od uciążliwego partnera. Z wyjątkiem alkoholików i tych, którzy są na samym dole, mężczyźni liczą na powtórne małżeństwo. Wymiana modelu w wieku czterdziestu – pięćdziesięciu lat na nowszy jest świadectwem sukcesu życiowego mężczyzny.</p>
<p>Wydaje się, że kobiety i mężczyźni rozwodzą się z innych powodów. Jeśli mężczyzna jest bardzo uciążliwy, pije, nie łoży na rodzinę, to według kobiet, lepiej po prostu zrezygnować z takiego związku, niż w nim trwać. Kobiety są też bardziej zniewolone przez tradycję, przez narzuconą im rolę społeczną. Mąż przychodzi z pracy i odpoczywa, ona przychodzi z pracy i jeszcze pracuje cztery godziny w domu. W miarę trwania takiego związku uciążliwość tego jest na tyle duża, że kobiety mówią sobie: „dosyć tego”.</p>
<p>Niestety ta odrobina braku realizmu, która zawsze nam towarzyszy na początku związku (gdybyśmy byli zupełnie realistyczni, w ogóle byśmy się nie wiązali) w końcu przegrywa z życiem i z twardą rzeczywistością. Wtedy często podejmowana jest decyzja o rozwodzie.</p>
<p><em>– Parafrazując modlitwę Kurta Vonneguta, można chyba powiedzieć, że aby zbudować szczęśliwy związek, potrzeba nam </em>sił<em>, abyśmy zmienili w naszym związku z bliskim człowiekiem to, co zmienić można, </em>cierpliwości,<em> abyśmy potrafili wytrzymać to, czego zmienić nie można</em>,<em> i </em>mądrości<em>, abyśmy potrafili odróżnić jedno od drugiego. </em></p>
<p>– Tak też myślę. To dotyczy nie tylko związków, ale chyba na tym polu najbardziej to widać. Pewnych rzeczy nie da się zmienić w ludziach – to jest oczywiste. Niektóre badania pokazują nawet, że już po trzydziestce cechy człowieka zasadniczo się nie zmieniają, człowiek jest już ukształtowany. W obliczu tego mamy dwie strategie – albo uniknąć danej sytuacji i uciec, albo pokochać taki stan rzeczy. Jest to postulat „bądź mądry i rozróżniaj”. Problem polega tylko na tym, że człowiek jest mądry wtedy, kiedy mleko już się rozlało. Jednak większość par trwa w związkach i sobie radzi, więc nie jest tak strasznie.</p>
<p><em>– Na ile w takim razie możemy wpływać na sukces naszego związku, skoro pewnych rzeczy, jak na przykład cech, zmienić już nie możemy? </em></p>
<p>– Generalnie wpływ naszych cech na nasze szczęście jest bardzo niewielki, w przeciwieństwie do tego, co robimy. Cechy maja bardzo słaby związek z zachowaniem. Czyli jeśli ktoś jest introwertykiem, to i tak może iść na przyjęcie i się zabawić.</p>
<p>Jednym słowem, to, co wpływa na kondycję naszego związku, to to, co robimy, a nie to, jacy jesteśmy.</p>
<p><em>– Czy możemy w takim razie przewidzieć z kim nam się ułoży, a z kim nie? </em></p>
<p>– Nie możemy tego stwierdzić na podstawie cech, natomiast możemy na podstawie zachowań. W tym kontekście warto pamiętać o dość smutnej zależności – zło jest silniejsze od dobra. Innymi słowy, efekt dowolnego aktu złego jest nieporównywalnie silniejszy niż efekt aktu dobrego. Właściwie wszystkie pary, które się rozstają, są święcie przekonane, że partner przyniósł im o wiele więcej złego niż dobrego, chociaż, gdybyśmy codziennie zliczali dobre i złe uczynki, to okazałoby się, że jest dokładanie odwrotnie. W związkach nie pamiętamy tego, co dobre, a pamiętamy to, co złe. Największa mądrość polega na uświadomieniu sobie tego właśnie. Jest to mechanizm nadreakcji na zło. Kiedyś było to zupełnie uzasadnione – czyhały na nas takie niebezpieczeństwa, że jeśli człowiek szybko by na nie nie zareagował, toby nie przeżył. Dzisiaj nie ma już takich niebezpieczeństw, natomiast sama skłonność nam pozostała.</p>
<p><em>– Jaki wpływ ma małżeństwo na nasze subiektywne poczucie szczęścia? </em></p>
<p>– Przeprowadzono jakiś czas temu badania na kilkunastu tysiącach Niemców dotyczące zmiany satysfakcji życiowej pod wpływem małżeństwa i wdowieństwa. Okazuje się, że na początku małżeństwa satysfakcja ta odrobinę wzrasta. Po roku jednak przyrost ten całkowicie zanika. Natomiast po owdowieniu satysfakcja z życia ogromnie spada – około dwudziestu razy – i już nigdy nie wraca do poprzedniego stanu. Krótko mówiąc – jeśli masz już partnera, to dbaj o niego przynajmniej na tyle, żeby ci nie umarł, bo w przeciwnym wypadku nie odzyskasz szczęścia (śmiech).</p>
<p><em>– Chciałabym na koniec zadać panu profesorowi może trochę naiwne, ale za to bardzo ważne pytanie: Czy jest jakaś recepta na udany związek? </em></p>
<p>– Najogólniejsza rada, jakiej mogę udzielić, to jest <em>ora et labora</em>. Pracuj nad swoim związkiem i módl się, żeby ci wyszło.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/16/pracuj-i-modl-zeby-ci-wyszlo/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/16/pracuj-i-modl-zeby-ci-wyszlo/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/16/pracuj-i-modl-zeby-ci-wyszlo/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/16/pracuj-i-modl-zeby-ci-wyszlo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Andrzej Sośnierz: Rynek nie szkodzi służbie zdrowia</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/04/04/andrzej-sosnierz-rynek-nie-szkodzi-sluzbie-zdrowia/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/04/04/andrzej-sosnierz-rynek-nie-szkodzi-sluzbie-zdrowia/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 Apr 2011 13:58:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=868</guid>
		<description><![CDATA[Trzeba rozwiązać Narodowy Fundusz Zdrowia i zastąpić go ponownie kasami chorych, które by ze sobą konkurowały i wnosiły dynamizm niezbędny dla służby zdrowia. By system się nie rozstroił, należy wprowadzić nadzór ubezpieczeń zdrowotnych.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Trzeba rozwiązać Narodowy Fundusz Zdrowia i zastąpić go ponownie kasami chorych, które by ze sobą konkurowały i wnosiły dynamizm niezbędny dla służby zdrowia. By system się nie rozstroił, należy wprowadzić nadzór ubezpieczeń zdrowotnych.</p>
<p><span id="more-868"></span></p>
<p>Z posłem Andrzejem Sośnierzem rozmawia Krzysztof Ołdakowski SJ</p>
<p><em>- Jakie było źródło sukcesu śląskiej kasy chorych?</em></p>
<p>- Przede wszystkim udało się ją utworzyć bez zbytniej ingerencji polityków. Wówczas nikt nie wiedział, jak ma ten system powstawać i mieliśmy wolną rękę. Poza tym miałem ośmioletnie doświadczenie lekarza wojewódzkiego w Katowicach i wiedziałem, jak funkcjonuje budżetowa służba zdrowia, co trzeba naprawić, znałem jej mankamenty. Zacząłem przygotowywać województwo do zmian, zanim zaczęły się reformy w 1999 roku. Zaczęliśmy liczyć koszty, przygotowywać do planowanego systemu struktury organizacyjne zakładów opieki zdrowotnej.</p>
<p>Wprowadziłem do służby zdrowia proste zasady rynkowe. Pragmatyzm przyświecał wszystkim działaniom. I to się obroniło. Nieraz wyklina się rynek za to, że jest bezduszny, że jest przeciwko pacjentom. Nie zgadzam się z tym zdaniem. Właśnie zasady rynkowe, a nie gangsterskie, nie oligarchiczne, uprzystępniły rynek usług zdrowotnych zwykłemu pacjentowi. Ten zwykły obywatel, nie ten bogaty, stawał się najcenniejszym podmiotem w tym systemie. Właśnie system rynkowy jest czasem bardziej egalitarny niż najbardziej egalitarne systemy polityczne.</p>
<p><em>- A czy ponowna centralizacja, jakiej dokonał rząd Millera, miała racjonalne podstawy czy po prostu była zastosowaniem się do starej zasady: „od nas świat się zaczyna”?</em></p>
<p>- Oficjalnie mówiono, że trzeba przywrócić kontrolę ministra nad systemem, że trzeba ujednolicić system. To minister miał mieć władzę nad pieniędzmi, a nie urzędnicy „w terenie”. Zastanawiano się też – jak podejrzewam – jak  to zrobić, żeby w siedemnastu kasach chorych ta sama firma wygrała przetarg na komputeryzację? Trudno. A jakie będzie to proste, gdy będzie jedna instytucja, prawda? Do takich prostych pobudek dobudowywano ideologię.</p>
<p>Zbyt scentralizowane państwo czasem wcale nie jest silne. Przypomnę, że Polska była najsilniejsza wtedy, kiedy była państwem federalnym. Federalizm wcale nie oznaczał słabości. Oczywiście mieliśmy też piastowski okres państwa zasadniczo centralnego, chociaż on był krótki. Jeśli pamięta się o kreatywności Polaków, o dużym poczuciu wolności, które cechuje nasz naród, to można zostawić Polakom więcej swobody. Natomiast władza centralna powinna stworzyć mechanizmy kontrolne. A więc wierność pewnym zasadom, uczciwość – to są warunki powstania silnego państwa, bo samo zagarnięcie władzy nic nie daje.</p>
<p>Byłem prezesem Narodowego Funduszu Zdrowia tylko przez rok. Nie zdążyłem zbyt wiele zrobić. Nie miałem poczucia, że rządzę tą instytucją, mimo że bardzo starałem się zmienić mechanizmy i zgłaszałem wiele propozycji. Ale decydent w systemie scentralizowanym ma iluzję władzy. Prezesowi wydaje się, że jak wydał decyzję, wydał rozporządzenie, to problem rozwiązał. A to nie tak. Na przykład ja zdecydowałem, że kierować na badania tomografii komputerowej może każdy lekarz; wydaję zarządzenie i myślę, że załatwiłem sprawę. Po roku, kiedy już nie byłem prezesem, jeden z lekarzy mówi: „Jak to byłoby dobrze, gdybyśmy mogli kierować na badania tomografii komputerowej”. To pokazuje, że to zarządzenie po roku jego obowiązywania dotarło tylko do części lekarzy. A więc to iluzja władzy: zarządziłem i jest dobrze. W rzeczywistości trzeba sprawdzić, czy to w ogóle weszło w życie. A może należy inaczej – zostawić decyzję „dołom”, bo tam ludzie lepiej tego dopilnują.</p>
<p>Oczywiście łatwo ulec takiej iluzji. Człowiek chodzi napuszony po korytarzach, kłaniają mu się ludzie, mówią, jaki on jest ważny, skoro załatwił jedną sprawę. A załatwił tylko jeden z tysiąca problemów. Dlatego musi powstać więcej ośrodków decyzyjnych, bo jeden człowiek w Warszawie to za mało. Ta centralizacja właściwie pogorszyła sytuację. System jest coraz bardziej nieludzki, coraz bardziej oddalony od pacjenta. Gdzieś tam podejmuje się decyzje, pacjenci błądzą, nie ma możliwości szybkiego reagowania na zdarzenia.</p>
<p><em>- Przywołał pan rok 1999. Gdyby się konsekwentnie trzymać tamtej linii, to dzisiaj bylibyśmy już w dwunastym roku reformy służby zdrowia i moglibyśmy wprowadzać drobne korekty, nawet z roku na rok, tak jak robią to Niemcy, których system działa efektywnie.</em></p>
<p>- Tak. My stworzyliśmy system inny niż niemiecki. Mało tego, bazowaliśmy na doświadczeniach reszty Europy. I staraliśmy się uniknąć tych problemów, które mają inne państwa, choćby Niemcy. Bo Niemcy też mają problemy i muszę powiedzieć, że kiedy na konferencji w Hamburgu prezentowałem model śląskiej kasy chorych, to usłyszałem od niemieckich dziennikarzy: „My przyjeżdżaliśmy do was uczyć wielu rzeczy: demokracji, zasad rynkowych, ale widzimy, że w tej chwili i od was możemy się czegoś nauczyć”. Niestety, wskutek zawiści i konfliktów małych interesów zniszczyliśmy ten system i Europa już nie ma się czego od nas uczyć. Oczywiście także wtedy w Polsce było różnie, ale przykład kilku dobrze działających kas zachęcał do pracy inne. Mówiono: „Skoro na Śląsku, skoro w Małopolsce może być tak, to dlaczego nie u nas?”. Ten system miał zdolność autonaprawy. I to nie poprzez rozkazy szefa, tylko dyrektor oddziału, który funkcjonował gorzej, mógł czuć się zagrożony i uznać, że powinien naśladować dobry przykład.</p>
<p>Wprowadziliśmy też system rejestru usług medycznych i kart chipowych, które ułatwiały identyfikację ubezpieczonych. To była innowacja w skali europejskiej. Firma produkująca te karty wybudowała nawet fabrykę blisko granicy, koło Drezna, bo wydawało się, że za chwilę trzeba będzie 40 milionów kart wyprodukować. Później ten system identyfikacji zniszczono po to, żeby wdrożyć rejestr usług medycznych w sposób scentralizowany. A <em>de facto </em>nie zrobiono nic. W tej chwili jesteśmy w ogonie Europy.</p>
<p>Centralizacja nie jest najlepszym rozwiązaniem. To iluzja, że minister w tej chwili może wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w opiece zdrowotnej. On czasem dowiaduje się z gazet, że dziewczynka zabłądziła w Puszczy Augustowskiej. A to, że sprawa wymagała interwencji ministra, to jest właściwie katastrofa systemu. To dziecko powinno być otoczone opieką w dobrze zorganizowanym systemie. Ingerencja ministra to nie tytuł do chwały.</p>
<p><em>- W jakim kierunku powinna zmierzać dzisiaj reforma służby zdrowia? Czy znów trzeba wszystko przebudowywać?</em></p>
<p>- Nie, wszystkiego nie trzeba zmieniać. Na pewno trzeba dokonać kilku rzeczy. Minister powinien nareszcie zająć się tworzeniem systemu opieki zdrowotnej, czyli wyregulować system, a nie nim kierować. Trzeba określić, czym ma zająć się lekarz rodzinny, czym ma się zająć przychodnia specjalistyczna, czym ma się zająć szpital. Należy rozwarstwić szpitale (są szpitale krótkoterminowe, średnioterminowe, długoterminowe, wysoko specjalistyczne, jedno specjalistyczne), zdefiniować zadania poszczególnych ogniw tego systemu. Trzeba wiedzieć, co ma robić szpital z pacjentem, który wymaga przeniesienia do innego szpitala. To szpital powinien wskazać pacjentowi drogę przez ten system i przekazać go do innego szpitala, a nie zrzucać cały ciężar na rodzinę, która jeszcze musi uiszczać opłaty nieformalne.</p>
<p>Minister powinien kierować systemem: zasadami jego statuowania, regulowania, funkcjonowania. Trzeba usprawnić działanie płatnika, czyli rozwiązać Narodowy Fundusz Zdrowia i zastąpić go ponownie kasami chorych, które konkurowałyby ze sobą i wnosiły dynamizm niezbędny służbie zdrowia. Natomiast żeby się system za bardzo nie rozstroił, trzeba utworzyć niezależny urząd nadzoru ubezpieczeń zdrowotnych, który będzie prowadził monitoring i dbał o względną jednolitość systemu. Jeśli taki urząd stwierdzi, że jedna kasa mimo tych bodźców motywujących nie naprawia się, no to wtedy trzeba będzie ingerować w jej działalność.</p>
<p>Najważniejsze zadania to więc zmiana roli ministra, decentralizacja Funduszu i szereg mniejszych zmian: zrównanie podmiotów na rynku, kupowanie świadczeń, opracowanie kodeksów dobrego negocjowania. Kontraktów nie powinno się narzucać, jak to dzieje się teraz, tylko należy je negocjować. Trzeba poznać partnera. I kupować tylko u dobrych świadczeniodawców. Trzeba zapewnić pewną stabilizację na rynku różnym podmiotom, nie zamykając systemu na nowych świadczeniodawców. Ale nie może być tak, że dotychczasowy świadczeniodawca, który na przykład zainwestował w dużą przychodnię, trzy lata świadczy usługi dla Funduszu, rozwija się i znów inwestuje, startuje do konkursu i przegrywa tylko dlatego, że ktoś inny dał niższą cenę. To nie jest stragan, który można w dowolnej chwili przenieść. Dobremu świadczeniodawcy trzeba zapewnić stabilizację. I stopniowo wpuszczać nowych, żeby powstawała konkurencja. Tym nowym też trzeba pozwolić zdobywać swoją pozycję.</p>
<p>- <em>Pieniądz ma iść za pacjentem.</em></p>
<p>- Należy oczywiście wprowadzić zasadę, że pieniądz idzie za pacjentem. On <em>de facto</em> idzie za pacjentem, natomiast spór toczy się o realizację świadczeń przez zakłady opieki zdrowotnej. Skoro jest świadczenie, jest i pieniądz. I powinien być. W takiej sytuacji usługodawca chce rozszerzać swoją działalność. I tutaj trzeba zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, że ktoś może kreować sztuczną usługę zdrowotną i na niej zarabiać. Między innymi dlatego powstał pomysł stworzenia rejestru usług medycznych, aby zahamować nadprodukcję zakładów opieki zdrowotnej. Słynne tak zwane nadwykonania to często usługi zbędne, których nie trzeba byłoby finansować. One są bardzo różne. Niektóre są potrzebne, a niektóre nie. Fundusz nie ma narzędzi, żeby to sprawdzić. A nadprodukcja powinna być traktowana jako ryzyko przedsiębiorcy. Dyrektor szpitala ma przecież firmę, podobnie jak dyrektor piekarni, który piecze chleby i pewnego dnia mówi: chciałbym sprzedać 500 bochenków więcej. Produkowanie w nadmiarze świadczeń zdrowotnych to często takie właśnie ryzyko. Różnica jest tylko taka, że dyrektor piekarni nie zmusi ludzi, żeby kupili te 500 bochenków, a dyrektor szpitala co robi? Dzwoni do posła lub telewizji: „Panie pośle, panie redaktorze, mam tu takiego ciężko chorego pacjenta, proszę przyjechać”. Kamera pokaże tylko tego ciężko chorego pacjenta, bo tych lekko chorych, których nie trzeba byłoby hospitalizować, to już nie pokaże. Pokaże też dyrektora skarżącego się, że Fundusz nie chce mu zapłacić. I zaczyna się cały bal. Przymusza się płatnika, żeby za wszystko zapłacił. I niestety doświadczenie uczy, że najczęściej przymusza z powodzeniem. W związku z tym można produkować, bo media zrobią z takiego dyrektora bohatera: on tu szlachetnie świadczy usługi, a ten zły Fundusz nie płaci. Trzeba im uświadomić, że nie wszystko, co się dzieje w opiece zdrowotnej, jest potrzebne pacjentom, trzeba nauczyć odporności na naciski. I wtedy można uruchomić system, w którym pieniądz idzie za pacjentem. Ktoś niedawno w dyskusji zrobił pewne porównanie: powiedział, że inne ubezpieczalnie płacą za wszystkie szkody, ale przecież zanim taki ubezpieczyciel zapłaci za szkody powstałe wskutek kolizji samochodowej, to przyśle komisje, która oceni straty. W służbie zdrowia takiej weryfikacji nie da się wprowadzić, ale pewna  weryfikacja jest jednak potrzebna, choć oczywiście nie w przypadku każdego pacjenta. Do tego miałby służyć rejestr usług medycznych: tworzymy pewne systemy statystyczne, systemy regulowanych kontroli, monitorujemy i widzimy, że gdzieś tam jest nadprodukcja. Ale na taki porządek pracuje się latami.</p>
<p><em>- A na ile zaprowadzenie takiego porządku jest realne?</em></p>
<p>- To w części kas chorych już funkcjonowało. Dlatego jest to, moim zdaniem, w pełni realne. Ale czy politycy będą gotowi do kolejnych zmian, tego nie wiem.</p>
<p><em>- Żeby efektywnie reformować służbę zdrowia, to trzeba wcześniej stworzyć spójną wizję tej służby. Niestety, ujawnia się tu dużo sprzecznych dążeń.</em></p>
<p>- Wszystkich interesów nie pogodzimy. Trzeba ustalić pewne priorytety; takim priorytetem jest stworzenie systemu przyjaznego dla pacjenta. To nie jest takie oczywiste, bo ktoś może powiedzieć: sprzyjajmy przede wszystkim lekarzom, żeby poparli nas w wyborach. Wtedy jednak zmarnotrawimy trochę pieniędzy. To stało się niestety za rządów Platformy, kiedy przekupiono środowisko. W 2008 roku zrealizowano znaczne podwyżki. Niestety te podwyżki obiecał również profesor Religa; to był początek lawiny.</p>
<p>Służbie zdrowia w 2008 roku przybyło dużo pieniędzy; nakłady wzrosły prawie o 25% – ale co z tego ma pacjent? Dla pacjenta nic się nie zmieniło. Jakie były problemy, takie są. Jak dawniej tu i ówdzie wręczano łapówki, tak i je wręczano po podwyżkach. Widzimy, jak największe pieniądze można zmarnotrawić. Mimo to trzeba jednak dołożyć trochę pieniędzy do opieki zdrowotnej, ale na darmo.</p>
<p><em>- Od 1999 roku nakłady na służbę zdrowia zwiększyły się ponad dwukrotnie. Dlaczego zwykły pacjent tego nie czuje? </em></p>
<p>- Cóż, w Polsce lubi się narzekać. Proszę wyobrazić sobie dyrektora szpitala, który by wyszedł przed kamerę i powiedział: „Mam kontrakt dobry, mam zyski, jestem zadowolony”. Chyba by go wszyscy zjedli. „Coś ty idiota? Za chwilę Fundusz obetnie ci kontrakt. Musisz narzekać”. Nie przypominam sobie zadowolonego menadżera opieki zdrowotnej w Polsce, który by wystąpił w telewizji. A przecież są zadowoleni. W kuluarach wielu mówi: „Mam pieniądze, dobrze idzie, ale nie powiem tego”. Nie wszyscy wiedzą, że pracownicy służby zdrowia, głównie lekarze w niektórych szpitalach, a nie są to przypadki pojedyncze, zarabiają miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych, niech to będzie 70-80 tysięcy złotych miesięcznie netto. To jest płaca demoralizująca, moim zdaniem. Szczególnie, że nie wiąże się to z wyższą jakością pracy. Kiedyś namawialiśmy jednego lekarza, żeby podjął pewną pracę, a on mówi: „Nie chce mi się już pracować, ja nie mam co z tymi pieniędzmi zrobić”. Ale tego nie usłyszy się w mediach. A ja to słyszę i mnie to boli, dlatego że ubezpieczeni za to płacą, i nie wiedzą, że taki lekarz zarabia więcej niż premier Rzeczpospolitej. Proszę policzyć, ile kosztuje pracownik w służbie zdrowia, który zarabia brutto 80 tysięcy miesięcznie. W skali roku to jest milion złotych.</p>
<p><em>- To niewiarygodna kwota.</em></p>
<p>- 30-40 tysięcy to są zarobki dość powszechne. Tę patologię wykreowali politycy i Fundusz. Robi to też Fundusz, jeżeli stawia zbyt wysokie wymogi na przykład przychodni onkologicznej albo chirurgicznej, określając, że w tej przychodni może pracować tylko specjalista. Na przykład: wiemy, że w Polsce specjalistów danego rodzaju jest 100. A przychodni 200. Co się wtedy stanie? Właściciel takiej przychodni będzie próbował jakoś rozwiązać problem i przekupić lekarza. Praca takiego lekarza sztucznie nabiera wartości poprzez wymogi, które stawiał Fundusz. Fundusz stawia wysokie wymogi, co powoduje deficyt danych specjalistów na rynku i oni wtedy dyktują ceny.</p>
<p>Lekarze próbują też monopolizować usługi. Wysokiej klasy specjalista w Warszawie jest niezadowolony, że jeszcze w pięciu miejscach w Polsce powstały ośrodki tego samego typu. Wtedy na przykład jako specjalista krajowy sugeruje Funduszowi takie warunki, których konkurenci nie spełnią. Fundusz z tego wszystkiego powinien sobie zdawać sprawę i nie ulegać takim presjom.</p>
<p>Kiedyś w kasie chorych próbowaliśmy określić realne koszty operacji czy zabiegów. Stawialiśmy ankieterów za operatorem i oni liczyli: ile nici, ile gazików zużyto, ile minut trwała operacja, jak długo trwało znieczulenie, ile zużyto środka znieczulającego. Okazywało się, że to wszystko jest czasem niespodziewanie tanie. „To tak tanio my pracujemy?”. A wszystko drożało dlatego, że przed operacją godzinę sobie posiedzieli, po operacji pili kawę i to wszystko wliczali w koszty usługi. Oczywiście, jak Fundusz weźmie konsultanta, to on mówi: tak–tak, to musi tak długo trwać i rozbuduje taki standard, że tego nikt nie uniesie. Ja mówię rzeczy brutalne, ale prawdziwe, to są te mankamenty. Jeżeli nie będziemy mieć silnych polityków, którzy podejmą się walki z takimi praktykami, jeżeli media nie wesprą nas w tym wszystkim, to my nigdy tego systemu nie uzdrowimy.</p>
<p>- Uzdrowienie systemu to jedna sprawa. A druga – to postawa pacjentów, którzy myślą, że skoro płacą składki na ubezpieczenie, to sami nie muszą już troszczyć się o własne zdrowie.</p>
<p>- Bo za usługi płaci pośrednik. Nie da się stworzyć takiego systemu, żeby pacjent płacił bezpośrednio. Lekarz i pacjent zawierają sojusz: „My chcemy świadczyć usługi, a płatnik niech płaci”. Z jednej strony nie ma hamulca, jeśli chodzi o nadmierne korzystanie z usług; z drugiej – brakuje troski o własne zdrowie, skoro to niby państwo za wszystko zapłaci.</p>
<p>Warto jednak pomyśleć nad zachętami: „Jeśli będziesz bardziej przezorny, to zapłacisz mniejsze składki”. Ten system stosuje się w różnych krajach: obniża się składkę tym, którzy regularnie zgłaszają się do pewnych programów profilaktycznych. To ma sens ekonomiczny, bo tu można domniemywać, że ta osoba po pierwsze będzie zapewne zdrowsza, a po drugie, że jak zachoruje, to jej choroba będzie wykryta na wcześniejszym etapie i wtedy będzie łatwiejsza i tańsza do wyleczenia. Wcześnie wykryty nowotwór to mały zabieg i duża skuteczność. Nowotwór późno rozpoznany dużo rzadziej udaje się wyleczyć i w dodatku wymaga dużych nakładów finansowych. Nie można wypominać tego pacjentowi, ale lepiej byłoby, żeby wyzdrowiał i zużył mniej środków. I to jest zadanie ministra: jaki system zachęt należy stworzyć, aby zwiększyć przezorność obywateli i skłonić ich do dbania o zdrowie?</p>
<p><em>- Co trzeba poprawić najpilniej w naszym systemie ochrony zdrowia?</em></p>
<p>- Należy przemyśleć rolę Ministerstwa Zdrowia w prowadzeniu polityki zdrowotnej państwa; wzmocnić tę rolę, ale nie przez koncentrację władzy. Trzeba uruchomić mechanizmy rynkowe w sferze opieki zdrowotnej; poza tym – zdecentralizować Fundusz, aby decyzje zapadały na szczeblu wojewódzkim. Do tego dochodzi konieczność stworzenia rejestru usług medycznych i rozdania kart ubezpieczenia zdrowotnego.</p>
<p>Być może warto przedyskutować, czy nie finansować służby zdrowia nie poprzez składkę ubezpieczeniową, ale w formie bonu ubezpieczenia zdrowotnego. To byłby system dość nowatorski na świecie, ale wszystko kiedyś musi się zacząć. To, że jeszcze tego nie zrobiono w Stanach albo w Niemczech, nie znaczy, że nam nie wolno. Taki system ma sporo zalet; jego wadą jest to, że nie jest jeszcze przetestowany, choć mówi się o nim na świecie i gdzieniegdzie próbuje wdrażać.</p>
<p>A odnośnie do prywatyzacji – chciałem zauważyć, że cała patologia polskiej służby zdrowia zrodziła się w zakładach kiedyś państwowych. Bo kluczowe nie jest to, czyj jest szpital, ale to, jaką ma umowę z Funduszem. Jeśli umowa będzie dobra i dobrze będzie zabezpieczała interesy pacjenta, to pacjent nawet nie będzie wiedział, że jest w prywatnym szpitalu, bo Fundusz za niego płaci. Znam szpitale prywatne, które mają umowy z Funduszem, szanują je, i nie biorą ani grosza od pacjenta. Natomiast szpital publiczny wie, że jak mu kontrakt odbiorą, to i tak tam pojawią się zaraz samorządowcy lub posłowie i przywrócą kontrakt choćby był źle wykonywany.</p>
<p><strong>Andrzej Sośnierz</strong>, ur. 1951 w Głuchołazach, lekarz, poseł. 1999–2002 – dyrektor Śląskiej Regionalnej Kasy Chorych. 2006–2007 prezes Narodowego Funduszu Zdrowia. Obecnie członek klubu parlamentarnego Polska Jest Najważniejsza.</p>
<p>Krzysztof Ołdakowski SJ, redaktor naczelny „Przeglądu Powszechnego”.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/04/04/andrzej-sosnierz-rynek-nie-szkodzi-sluzbie-zdrowia/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/04/04/andrzej-sosnierz-rynek-nie-szkodzi-sluzbie-zdrowia/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/04/04/andrzej-sosnierz-rynek-nie-szkodzi-sluzbie-zdrowia/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/04/04/andrzej-sosnierz-rynek-nie-szkodzi-sluzbie-zdrowia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Granice w Europie Wschodniej – cywilizacja w sporze z polityką</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/granice-w-europie-wschodniej-%e2%80%93-cywilizacja-w-sporze-z-polityka/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/granice-w-europie-wschodniej-%e2%80%93-cywilizacja-w-sporze-z-polityka/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 07 Mar 2011 06:57:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Sebastian Duda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=840</guid>
		<description><![CDATA[Profesor Jan Kieniewicz w swoim programowym tekście, któ­ry podsunął pomysł tematu wiodącego marcowego „Przeglądu Powszechnego”, zapytuje, gdzie w przeszłości Polacy wyznaczali granice swojej wspólnoty. Jak – wobec czego i wobec kogo – mieszkańcy ziem dawniej i obecnie wchodzących w skład państwa pol­skiego deﬁniowali swoją cywilizacyjną tożsamość?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Profesor Jan Kieniewicz w swoim programowym tekście, któ­ry podsunął pomysł tematu wiodącego marcowego „Przeglądu Powszechnego”, zapytuje, gdzie w przeszłości Polacy wyznaczali granice swojej wspólnoty.</strong></p>
<p>Jak – wobec czego i wobec kogo – mieszkańcy ziem dawniej i obecnie wchodzących w skład państwa pol­skiego deﬁniowali swoją cywilizacyjną tożsamość? Czy tereny między Łabą a Dnieprem rzeczywiście cechowała w ciągu dzie­jów kulturowa swoistość? Jeśli tak – to na czym owa odrębność zasadzała się? Odpowiadając na te kwestie, Kieniewicz dokonuje intrygującej rewizji różnorakich kontekstów historycznych. Jed­nak problemy, które stawia, bez wątpienia odnoszą się nie tylko do przeszłości.</p>
<p>W roku 2004 Polska weszła do Unii Europejskiej. Tym samym granica na Bugu stała się polityczną granicą Europy. Na wschód od tej granicy leżą kraje, z którymi przez wieki łączyła nas nie tylko państwowa, ale przede wszystkim kulturowa i cywilizacyj­na więź. Czy Polska mogłaby dziś bez zażenowania zrezygnować z tej wielowiekowej wspólnoty? Tysiącletnia historia Europy Wschodniej dowodzi przecie, jak pokazuje Kieniewicz, że więzi cywilizacyjne są dużo trwalsze niż granice polityczne. Dlatego to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, nie powinno Polaków przestawać interesować.</p>
<p>Niemniej zgoda na taką konstatację nie jest już dziś chyba nad Wisłą powszechna. Klęska przywódców pomarańczowej rewolu­cji na Ukrainie czy okrutna rozprawa „ostatniego dyktatora Eu­ropy” z opozycją na Białorusi wzmocniły ostatnio wyraźnie głosy przeciwstawiające się większemu zaangażowaniu Polski w tych krajach. Romantyczny kod walki „za naszą i waszą wolność” wie­lu Polakom wydaje się dziś nienowoczesny. Prawdą jest bowiem, że za wierność romantycznym kodom zapłaciliśmy ogromną historyczną cenę. Nie bez powodu spór o powstanie warszawskie</p>
<p>– kolejną odsłonę tej dyskusji przedstawiamy w obecnym numerze „Przeglądu Powszechnego” – ciągle porusza to, co we współczesnej tożsamości polskiej zapewne najboleśniejsze. Trauma po klęskach doświadczanych w XIX i XX wieku wciąż wpływa na stosunek Pola­ków do Polski, innych i samych siebie. Wyraża się on często w za­chowaniach skrajnych: albo hołdujemy martyrologicznym nostal­giom i mesjanizmowi, albo na Polskę wyrzekamy i, uznawszy dumę z jakichkolwiek polskich osiągnięć za niedopuszczalną i fałszywą, odmawiamy własnej ojczyźnie rzeczywistego znaczenia w Europie (postawa raczej rzadko spotykana wśród mocno patriotycznie na­stawionych narodów kontynentu – nawet jeśli ów cokolwiek „banal­ny” patriotyzm wyraża się głównie w stadionowych okrzykach).</p>
<p>Skutki opowiadania się za takimi skrajnościami są niebezpiecz­ne. W pierwszym przypadku nadto jesteśmy w siebie zapatrzeni, byśmy mogli przyglądać się sobie z odpowiednim krytycyzmem, a innych traktować podmiotowo. W drugim – potraumatyczny kom­pleks niższości służy jednocześnie za usprawiedliwienie rodzimej bylejakości („bo przecież nigdy Zachodowi nie dorównamy!”) oraz nieudzielania pomocy innym („bo na Ukrainie i Białorusi nic sen­sownego ostatecznie nie możemy zdziałać…”). Taka na dwa spo­soby zakompleksiona polskość nie bardzo może tedy sprostać pod­stawowym wyzwaniom, jakie dziś przed Polakami stoją: moderni­zacji i podtrzymywaniu cywilizacyjnych (nie tylko kulturowych, ale i politycznych) więzi z tymi, z którymi długo dzieliliśmy wspólne mieszkanie.</p>
<p>Bohdan Cywiński we wstępie do najnowszego wydania swoich słynnych „Rodowodów niepokornych” napisał: <em>Niepodległe państwo polskie mamy nieprzerwanie od 21 lat. To już drugie takie dwudziestolecie od lat&#8230; ponad 300. Tak, to nie błąd w rachunku </em></p>
<p><em>– w 1710 roku Rzeczpospolita Obojga Narodów już rzeczywiście niepodległym państwem nie była. Ta chronologiczna arytmetyka mówi coś o naszej „niewzruszenie pewnej” egzystencji politycz­nej i o prawdziwości sloganów o jej bezpieczeństwie. W tej kwe­stii nie wolno wierzyć niczyim gwarancjom. Żyjemy na politycz­nym przedmurzu i nie powinniśmy o tym zapominać. Dla Rosji jesteśmy po pierwsze uciążliwym zawalidrogą na szlaku do Eu­ropy, po drugie – odwiecznym wichrzycielem budzącym odruchy buntu różnych narodów przeciwko moskiewskiemu czy peters­burskiemu imperium. Dla Europy Zachodniej z kolei jesteśmy ziemią kresową, którą dobrze jest mieć, ale której nie traktuje się jako integralnej i niezbędnej do życia części całego organi­zmu i w której obronę inwestować warto tylko ograniczone siły i środki. Toteż bywaliśmy, bywamy i będziemy bywać przedmio­tem przetargów. Pierwsze rokowania na temat rozbioru Polski toczyły się między Iwanem Groźnym a cesarzem w roku 1570, a ostatnie, o których wiemy – w Jałcie i Poczdamie. </em>(&#8230;)<em> Cynicznie i inteligentnie pisał o tym pod koniec lat 20. francuski nacjonali­sta Bainville, twierdząc, że idea samostanowienia narodów może w Europie być stosowana tak długo, jak długo Rosja będzie jesz­cze słaba – i ani roku dłużej. Historia całego XX wieku w pełni przyznała mu rację. Wniosek nasuwa się oczywisty: na mapie Europy nie ma miejsca na Polskę słabą i potulną – utrzyma się tylko Polska silna i bardzo samodzielna politycznie. </em></p>
<p><em>Ale o taką Polskę walczyć zdołają tylko ludzie psychicznie i ideowo niepokorni</em>.</p>
<p>Ludzie, dodajmy, którzy będą mieli też odwagę walczyć o włączenie do politycznego europejskiego krwioobiegu Białorusi, Ukra­iny i wszystkich tych, którzy razem z Polakami trwali od dawna w jednej cywilizacyjnej wspólnocie.</p>
<p>Czas nagli. Jak słusznie wskazuje profesor Jarosław Hrycak w debacie redakcyjnej publikowanej tym numerze, projekt euro­pejski przestaje powoli być w świecie – także za wschodnią granicą Polski – atrakcyjny. A w całej Europie dochodzi do głosu pokolenie, które nie pamięta krwawych totalitaryzmów. Nie miało też już oka­zji dowiedzieć się, na czym polegają siła i korzyść płynące z doświadczenia zbiorowych pojednań. Czy w takiej sytuacji liczenie na polityczną stabilność w Europie nie jest dziś tylko pobożnym życzeniem?</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/granice-w-europie-wschodniej-%e2%80%93-cywilizacja-w-sporze-z-polityka/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/granice-w-europie-wschodniej-%e2%80%93-cywilizacja-w-sporze-z-polityka/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/granice-w-europie-wschodniej-%e2%80%93-cywilizacja-w-sporze-z-polityka/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/granice-w-europie-wschodniej-%e2%80%93-cywilizacja-w-sporze-z-polityka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dziś twój triumf, albo&#8230;</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/dzis-twoj-triumf-albo/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/dzis-twoj-triumf-albo/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 07 Mar 2011 06:55:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Stanisław Ledóchowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=835</guid>
		<description><![CDATA[Najpiękniejsza nasza pieśń narodowa nie pozostawia cienia wątpliwości, oczywiście – zgon. Kiedy 4 października 1944 roku zamilkła powstańcza radiostacja „Błyskawica”, jako ostatnie popłynęły dźwięki „Warszawianki”. Czy mogło być inaczej?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Pamięci Ojca (1905–1944) </em></p>
<p><strong>Najpiękniejsza nasza pieśń narodowa nie pozostawia cienia wątpliwości, oczywiście – zgon. W dymach kadzideł, w podniosłej i wzruszającej scenerii żołnierskich mogił, w poświacie tysięcy zniczy i w kwiatach, w listopadowe i sierpniowe rocznice. Kiedy 4 października 1944 roku zamilkła powstańcza radiostacja „Błyskawica”, jako ostatnie popłynęły dźwięki „Warszawianki”. Czy mogło być inaczej?</strong></p>
<p>Myślałem o tym w Muzeum Powstania Warszawskiego. Dla każdego, kto przebył golgotę miasta, to głębokie przeżycie skłaniające do reﬂeksji i pytań: dlaczego? Można je mnożyć lub przyjąć, że widocznie tak być musiało, że nic już nie odwróci tych tragicznych wydarzeń. Przed nami jednak życie następnych pokoleń, które oczekują wskazania drogi: nigdy więcej czy – determinacja oﬁar­nych stosów. I nie chodzi tu o wyrok historii, bo ten już zapadł, ale</p>
<p>o powszechną świadomość skutków nieprzemyślanych dogłębnie decyzji, podjętych w sytuacji obcych prowokacji i zdrad, przy rów­noczesnym braku poczucia odpowiedzialności za los miasta, za życie jego mieszkańców.</p>
<p><strong>Zamknięte koło </strong></p>
<p>By powiedzieć więcej na ten temat, trzeba przedtem oddzielić bohaterstwo powstańców i ludności Warszawy oraz również słuszność sprawy, za którą walczono, od nieudolności Komendy Głównej Armii Krajowej, postrzeganej na tle międzynarodowego układu sił – zarówno w politycznej, jak i wojskowej perspektywie.</p>
<p>W materiałach Muzeum Powstania, przeznaczonych dla zwiedzających w formie kartek kalendarza ściennego, pod datą 31 lipca 1944 roku czytamy: <em>Dociera meldunek płk. dypl. Kazimierza Iranek-Osmeckiego „Hellera” o przerzuceniu na Pragę dywizji pan­cernej „Herman Göring”. Około 17:30 przybywa na naradę płk Antoni Chruściel „Monter”, dysponując doniesieniami o wkro­czeniu Armii Czerwonej na Pragę. Po przeanalizowaniu sytuacji gen. „Bór” w obecności i za zgodą delegata Rządu RP na Kraj, wicepremiera Jana Stanisława Jankowskiego „Sobola”, wydaje „Monterowi” rozkaz rozpoczęcia akcji zbrojnej w Warszawie następnego dnia o godzinie 17:00</em>.</p>
<p>Czyżby uczestników narady, decydującej o losach Warszawy, nie zastanowił fakt całkowitej sprzeczności obu doniesień? Dla­czego zatem nie sprawdzono ich wiarygodności, skoro obszar na wschód od Warszawy był obsadzony przez obserwatorów wywiadu wojskowego Armii Krajowej? Polscy specjaliści rozszyfrowali Enigmę, dostarczyli na Zachód części V1 i V2, a trudno było ustalić, czy czołgi z czerwoną gwiazdą są w Otwocku, czy na Pradze? Jak wiemy, tylko meldunek „Hellera” był prawdziwy. Armia Czerwo­na zajęła Pragę&#8230; 14 września. I tak decyzję o wybuchu powstania oparto nie na meldunkach służb wojskowych, lecz na niesprawdzo­nych pogłoskach.</p>
<p>Te same materiały Muzeum Powstania, pod datą 1 sierpnia, informują: <em>Stan uzbrojenia powstańców przedstawia się wręcz tra­gicznie – tylko około 10 procent walczących ma broń. </em>(&#8230;) <em>Brak łączności jest powodem opuszczenia miasta przez kilka tysięcy powstańców z Żoliborza, Woli, Ochoty i Mokotowa, którzy nocą udają się do pobliskich lasów</em>.</p>
<p>Historycy są zgodni, że jakkolwiek działania zbrojne skiero­wane były przeciwko Niemcom, to celem politycznym było wystąpienie wobec Armii Czerwonej w roli gospodarza, aby postawić Rosjan przed faktem istnienia w stolicy Delegatury Rządu na Kraj i podlegającej mu siły zbrojnej. Żeby to osiągnąć, trzeba by jednak opanować miasto, tworząc w nim choćby namiastkę rządowych instytucji. Jednakże plany Komendy Głównej Armii Krajowej przewidywały – i słusznie – wybuch powstania dopiero w momencie rozpoczęcia boju o Warszawę. Tym samym wyznaczono Armii Krajowej drugorzędną rolę, ponieważ zdawano sobie sprawę, że wyzwolenie Warszawy może nastąpić jedynie w wyniku ofensywy radzieckiej. Tu koło się zamknęło. Zbrojna i polityczna demon­stracja skierowana przeciwko planom Stalina podporządkowania Polski miała odbyć się przy pomocy&#8230; Armii Czerwonej. Stalin miał wiele wad, był na równi z Hitlerem ludobójcą i zbrodniarzem wojennym, ale myśleć umiał, a w realizacji swoich celów był bezwzględny.</p>
<p><strong>Ostrzeżenia </strong></p>
<p>Jak można było więc złożyć los Warszawy w jego ręce i uzależnić się od jego decyzji, skoro wymowa wydarzeń ostatnich kilku lat była oczywista?</p>
<p>– Pakt zawarty między Berlinem a Moskwą, podpisany przez Ribbentropa i Mołotowa 23 sierpnia 1939 roku, zawierał tajne poro­zumienie dotyczące rozbioru Polski, zrealizowane 17 września.</p>
<p>– Na obszarach wcielonych do ZSRR rozpoczęto nieznane dotąd w takich rozmiarach terror i prześladowania ludności polskiej.</p>
<p>– W ciągu 1940 roku, na rozkaz Stalina, wymordowano ponad piętnaście tysięcy oﬁcerów polskich i funkcjonariuszy państwowych, internowanych w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Część z nich zginęła w Katyniu i Miednoje.</p>
<p>– W reakcji na przekazanie sprawy Katynia przez rząd RP do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża Stalin zerwał stosunki dy­plomatyczne z rządem polskim (25 kwietnia 1943 roku) i nigdy już ich nie nawiązał. W konsekwencji ZSRR nie uznawał Armii Krajo­wej za sprzymierzeńca, czemu dał liczne dowody.</p>
<p>– 13 lipca 1944 roku oddziały Armii Krajowej, współdziałając z Armią Czerwoną, opanowały Wilno. Po czterech dniach oddziały</p>
<p>Armii Krajowej zostały rozbrojone, a jej żołnierze wywiezieni do Riazania i Kaługi.</p>
<p>– Pod koniec lipca 1944 roku otoczono, a następnie rozbrojono</p>
<p>27. Wołyńską Dywizję Armii Krajowej, największą jednostkę w pol­skim ruchu partyzanckim, liczącą około sześć tysięcy żołnierzy. W czasie poprzednich walk Dywizja zdobyła kilka miast, lecz nie miało to wpływu na jej ostateczne losy.</p>
<p>Co jeszcze miałoby się wydarzyć, aby Komenda Główna Armii Krajowej uznała, że na takiego „sojusznika” liczyć nie można? Sta­lin podjął już zresztą w sprawie Polski ostateczne decyzje, o czym świadczyło utworzenie w Warszawie 1 stycznia 1944 roku Krajowej Rady Narodowej z Bolesławem Bierutem jako przewodniczącym. Program KRN odmawiał rządowi RP w Londynie prawa reprezen­towania narodu polskiego. Rozwinięciem działań KRN był Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN), powołany w Chełmie 21 lipca 1944 roku; następnego dnia PKWN wydał „Manifest” określający cele i podstawy nowego ustroju państwa.</p>
<p>Ostrzegawczy sygnał nadszedł już wcześniej z Teheranu, gdzie w listopadzie 1943 roku Franklin Delano Roosevelt i Winston Chur­chill zaakceptowali wschodnią granicę Polski wzdłuż linii Curzona.</p>
<p><strong>Nieszczęście </strong></p>
<p>W tej sytuacji powstanie w Warszawie nie miało żadnych szans powodzenia; było skazane na klęskę nawet w przypadku mało real­nego zwycięstwa nad Niemcami. Mieliśmy bowiem przeciwko sobie nie tylko Trzecią Rzeszę, ale i Związek Radziecki. Powstanie mogło być więc tylko dramatycznym protestem wolnej Polski przeciw sowieckiemu zniewoleniu. Ale nie za taką cenę! Członkowie rządu RP i dowódcy Armii Krajowej znaleźli się w wyimaginowanym, nieistniejącym świecie, ponieważ swoje życzenia i nadzieje wzięli za rzeczywistość. Konsekwencje takiego stanowiska były już jednak realne. Trudno nie przytoczyć fragmentu „Pana Tadeusza”: <em>Szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele i jakoś to będzie</em>. I było.</p>
<p>Z desperackiej decyzji Komendy Głównej Armii Krajowej sko­rzystali zarówno Niemcy, jak i Rosjanie. Niemcy otrzymali pretekst do zburzenia Warszawy, a przede wszystkim – front zatrzymał się na prawie pół roku. Wszak na przejście od Wisły do Łaby wystarczyły Armii Czerwonej cztery miesiące, wypełnione ciężkimi wal­kami na Wale Pomorskim i w Berlinie. Pod Warszawą Sowieci mieli trzykrotną przewagę.</p>
<p>Korzyści Rosjan sprowadzały się nie tylko do likwidacji Armii Krajowej i Delegatury Rządu na Kraj, bez obciążania własnego kon­ta. Nie do pogardzenia było także unicestwienie Warszawy, „miasta nieujarzmionego”, dobrze zapamiętanego z lat 1792, 1794, 1831, 1863, 1920. Takiej okazji spadkobiercy Suworowa nie chcieli przeoczyć. Więc poszły na miasto ulotki świadczące o pragnieniu walki: <em>Warszawo! Chwyć za broń!</em>; odezwała się radiostacja w Moskwie „Kościuszko”: <em>Ludu Warszawy! Do broni!</em> Tylko żadnych kontak­tów na szczeblu wojskowym, żadnych ustaleń dotyczących wspól­nych działań. Czyż nie była to oczywista prowokacja – obliczona na wybuch powstania w celu osiągnięcia własnych korzyści? Tymcza­sem generałowie polscy postępowali tak, jak gdyby do Wisły zbliżały się dywizje Pattona i MacArthura, a nie Józefa Stalina.</p>
<p>Mieszkańcy Warszawy nie mieli złudzeń. Ich uczucia oddaje wiersz Józefa Szczepańskiego (1922–1944), podporucznika AK, obrońcy Woli i Starego Miasta:</p>
<p><em>Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci, byś nam, Kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci, była zbawieniem witanym z odrazą. </em></p>
<p>(&#8230;)</p>
<p><em>Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, czekamy ciebie, nie żeby cię spłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. </em></p>
<p>(&#8230;)</p>
<p><em>Nic nam nie zrobisz, masz prawo wybierać: możesz nam pomóc, możesz nas wybawić, lub czekać dłużej i śmierci zostawić. Śmierć nie jest straszna, umiemy umierać. </em></p>
<p>A swoją drogą, może to i dobrze, że żołnierze leżący przy Alei Żwirki i Wigury nie poznali tych słów. Przecież tyle zniczy paliło się tam niedawno&#8230;</p>
<p>Słyszymy niekiedy tłumaczenie, że wśród szeregów Armii Kra­jowej nastawienie na bezpośrednią walkę było tak silne, że bez względu na decyzję dowództwa doszłoby do niekontrolowanego wybuchu. Taka możliwość nie istniała, żołnierze podziemia nie mieli bowiem bezpośredniego dostępu do broni, która ukryta była w tajnych magazynach. Utajonych na tyle skutecznie, że jeszcze przy odbudowie Warszawy natraﬁano na zbrojownie nieznane powstańcom.</p>
<p>Zresztą, reakcje Niemców na takie ograniczone, niezbyt groźne dla nich wystąpienia nie byłyby zapewne większe niż represje za wykonanie wyroku na Kutscherę. To, co się stało, przekroczyło jed­nak wszelkie wyobrażenia: ponad dwieście tysięcy zabitych, zbu­rzone miasto, zagłada zabytków, księgozbiorów i archiwów – me­tryk narodu polskiego. Gorzej być nie mogło!</p>
<p>Decyzja o wybuchu powstania spotkała się z krytyczną oceną przywódców Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Także w rządzie RP panowały w tym względzie rozbieżności i różnice zdań. Zabrał głos generał Władysław Anders, depeszując do szefa sztabu Naczelnego Wodza, generała Stanisława Kopańskiego: <em>Osobiście, uważam decyzję dowódcy Armii Krajowej za nieszczęście</em>. Czy sytuacja, w której armia podziemna stanęła przed alternatywą samorozwiązania lub beznadziejnej walki, była do uniknięcia?</p>
<p><strong>Odpowiedzialność </strong></p>
<p>Decyzja należała do rządu RP w Londynie, który wkrótce po agresji Niemiec na Związek Radziecki (22 czerwca 1941 roku) został poinformowany, że warunkiem wznowienia stosunków dy­plomatycznych z Moskwą, a tym samym zabezpieczenia kraju przed samowolą Stalina, jest uznanie przez Polskę linii Curzona ze znaczną rekompensatą na Zachodzie. Wobec kategorycznego stanowiska polskiego, nie dopuszczającego jakichkolwiek zmian granicy wschodniej, podpisano 30 lipca 1941 roku przedziwny pakt między rządami ZSRR i Polski, który nie tylko nie miał ak­ceptacji prezydenta RP Władysława Raczkiewicza, lecz także nie ustalał granicy wschodniej, co stawiało w uprzywilejowanej sytu­acji stronę silniejszą. Tym bardziej że Stany Zjednoczone i Wiel­ka Brytania przyznawały rację Stalinowi, posługującemu się ar­gumentem warunków etnicznych, które na spornych obszarach poza Lwowem i Wileńszczyzną przedstawiały się dla nas nieko­rzystnie.</p>
<p>Ostateczny cios stosunkom polsko-sowieckim zadali Niemcy, powiadamiając 13 kwietnia 1943 roku o odkryciu grobów oﬁcerów polskich w Katyniu. Mimo nalegań Churchilla, aby sprawę bezpre­cedensowego mordu odłożyć na okres powojenny, rząd RP zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie. Reak­cja Moskwy była natychmiastowa: zerwanie stosunków dyploma­tycznych z rządem polskim. W oryginale rosyjskim tego aktu użyto sformułowania „przerwanie”, co pozostawiało furtkę otwartą na wypadek ustępstw strony polskiej. Przewaga dyplomacji radziec­kiej w grze politycznej była widoczna.</p>
<p>W zaistniałej sytuacji zarówno Niemcy, jak i Rosjanie osiągnęli swoje cele kosztem Polski. Niemcy wbili klin między sojuszników (odczuwany do dziś), wykazując jednocześnie, że ich przeciwnicy również łamią postanowienia konwencji genewskiej. Rosjanie po­zbyli się układu krępującego ich w stosunkach z Polską. Churchill raz jeszcze przekonał się, że Polacy nie są partnerami w skompli­kowanej grze, wymagającej kompromisów dla osiągnięcia dalekosiężnych celów.</p>
<p>A rzeczywistość była ponura. Wszystko wskazywało na to, że obszar Polski zostanie zajęty przez Armię Czerwoną, i że to Sta­lin będzie ustanawiał zasady sąsiedzkiej koegzystencji. Na domiar złego stanowisko USA i Wielkiej Brytanii wyrażało się w daleko posuniętych ustępstwach za cenę maksymalnego udziału ZSRR w wojnie. Innymi słowy, kupowano żołnierską krew, która dla Sta­lina nie miała większej wartości w kontekście milionów wymordo­wanych przez niego własnych obywateli. Z jednej strony liczyły się więc przede wszystkim zdobycze terytorialne, ukryte za parawa­nem ideologicznej frazeologii, z drugiej – życie każdego własnego żołnierza.</p>
<p>Sytuacja tak trudna i skomplikowana wymagała nieprzeciętnych umysłów i talentów, mężów stanu wielkiego formatu. A tych po stronie polskiej nie było. I żadna to pociecha, że Franklin Delano Roosevelt był politykiem równie krótkowzrocznym i pozbawionym intuicji.</p>
<p>W tych okolicznościach, pełnych przymusowych sytuacji, należało oprzeć się na koncepcji Churchilla i za cenę rezygnacji z ziem wschodnich oraz odroczenia wyjaśnienia zbrodni katyńskiej uzyskać gwarancję „wielkiej trójki” na powrót do kraju Sił Zbrojnych suwerennego państwa. Udział przedstawicieli rządu RP w ustala­niu powojennych granic stwarzałby szanse na przedłużenie linii Curzona do źródeł Bugu, co pozostawiałoby Lwów i Zagłębie Nafto­we po stronie polskiej. Winston Churchill wielokrotnie przekonywał rząd RP do konieczności porozumienia ze Stalinem, argumentując, że osiągnięcie kompromisu z Rosją stworzy dla rządu polskiego i armii jedyną szansę powrotu do kraju. Możliwość taka zniknie, kiedy Sowieci metodą faktów dokonanych powołają komunistyczny rząd w Polsce.</p>
<p>To logiczne i realistyczne stanowisko nie spotkało się ze zrozu­mieniem strony polskiej. Porozumienie tak, ale na naszych warun­kach. Wariant – obrany przez rząd RP – własnej, niezależnej poli­tyki, opartej na zasługach Wojska Polskiego, ciągłości historycznej tradycji i patriotycznych nastrojach społeczeństwa nie miał żadnych widoków na powodzenie. Jeśli chce się wygrać na loterii, trze­ba kupić los. Tym losem było wspólne polsko-brytyjskie stanowisko wobec Moskwy. Ale istniał tylko krótki okres, kiedy Stalin był go­tów na polityczny <em>modus vivendi</em>. To był czas rosyjskiej defensywy i strategicznej przewagi Niemiec, zakończony klęską feldmarszałka Paulusa pod Stalingradem 2 lutego 1943 roku. Od tego momen­tu negocjacje ze Stalinem stawały się coraz trudniejsze, jeśli nie beznadziejne.</p>
<p>Kto więc ponosi odpowiedzialność za tragedię nieznaną w dzie­jach Europy? Po stronie polskiej pośrednio rząd RP w Londynie, w kraju ludzie bezradni, pozostawieni w sieci niezrozumiałych dla nich oszustw, kłamstw i zdrady, na Wschodzie samodzierżca wykorzystujący powstanie do realizacji swoich imperialnych i za­borczych celów. Grzech zaniedbania obciąża naczelnego wodza, generała broni Kazimierza Sosnkowskiego (następcy generała bro­ni Władysława Sikorskiego), który pozostawił decyzję w kwestii ewentualnego powstania generałowi dywizji Tadeuszowi Komorow­skiemu, a sam udał się w tym czasie, bez wyraźnej potrzeby, do Włoch. Zrzucenie z siebie ciężaru odpowiedzialności dyskredytuje generała Sosnkowskiego jako naczelnego wodza.</p>
<p>Trudno też nie pamiętać o irracjonalnym przedłużaniu powsta­nia, kiedy wiadomo już było, że próby wywarcia presji na Stalina zawiodły, a plany ofensywy radzieckiej dotyczą innych, bardziej odległych terminów. Kontynuowanie walki, a w istocie przeciąganie agonii miasta, powiększało tylko bezmiar klęski i cierpienia, a tym samym zakres korzyści naszych wrogów. Z tej perspektywy prezydent Stefan Starzyński jawi się jako wzór mądrego i odpowie­dzialnego patriotyzmu.</p>
<p><strong>Przetrwanie </strong></p>
<p>Historia lubi paradoksy, toteż często słyszymy za plecami jej chichot. I tak, gdyby udało się Polsce zachować jej wschodnie ob­szary (z o wiele mniejszymi wówczas korzyściami na zachodzie), to wobec powstania niepodległej Ukrainy, Białorusi i Litwy bylibyśmy krajem ogarniętym wewnętrznymi walkami i dzielilibyśmy los Jugosławii. Powtórzyłby się dramat Kresów, kiedy wołyńska ziemia spływała krwią. I wówczas akcja „Wisła” już by nie wystarczyła. To byłaby prawdziwa wojna. Wojna między narodami z nierozliczoną przeszłością, wojna z obu stron okrutna. Dziś to Rosja ma proble­my z wielonarodowym państwem, a Polska powróciła do swojego lechickiego matecznika, ma granice, z małymi wyjątkami, natural­ne, a obszar pozbawiony liczących się mniejszości narodowych. Może rzeczywiście, jak głosił mesjanizm, jesteśmy pod szczególną opieką Opatrzności? Chociaż w zamęcie potępieńczych swarów nie zasługujemy na nią.</p>
<p>Czy istnieją przykłady polityków, którzy, kierując się racją stanu, potraﬁli przeobrazić klęski w zwycięstwa? Ograniczę się do dwóch z niewielkiego zresztą grona. Oto generał Charles de Gaulle, prezydent Francji, który w 1962 roku, mimo protestów ar­mii i oskarżeń o zdradę, zrezygnował z Algierii, ratując swój kraj przed beznadziejną wojną i terroryzmem. Druga niezwykła postać to Carl Gustaf baron von Mannerheim, w zmaganiach ze Związkiem Radzieckim w latach 1939–1940 i 1941–1944 naczelny wódz armii ﬁńskiej. Po wojnie&#8230; prezydent Finlandii, mimo Krzyża Żelaznego na marszałkowskim mundurze. Zrywając w 1944 roku sojusz z Hitlerem i występując zbrojnie przeciwko jego armii, uratował Mannerheim niepodległość Finlandii. Warunki radziecko-ﬁńskiego traktatu z 19 września 1944 roku były, jak pisał w swoich wspomnieniach, <em>przerażające, ale ich odrzucenie okazałoby się zgubne</em>. Ponieważ Finlandia przystała na utratę części terytorium, w tym Przesmyku Karelskiego, nie dołączyła do państw uzależnionych od Kremla. Coś za coś. Rzadko kiedy można mieć wszystko. To boski atrybut.</p>
<p>Na zakończenie winien jestem czytelnikom kompletne przed­stawienie dylematu zawartego w tytule: triumf albo&#8230; PRZETRWANIE. Uparte, odporne na przeciwności i zwątpienia, pełne wiary i na­dziei. Człowiek może zginąć, naród musi przetrwać. A pieśni? Niech pozostaną jako talizman, ale i przestroga, chociaż tak trudno utrzymać równowagę między racjami rozumu a porywami serca. Tym trudniej, że – jak pisał Kazimierz Wierzyński – <em>Tym się tylko żyje, za co się umiera</em>.</p>
<p><strong>STANISŁAW LEDÓCHOWSKI,</strong> ur. 1932, krytyk sztuki, dziennikarz i publicysta, działacz społeczny. Specjalizuje się w dziejach kultury ziemiańskiej i pol­skiej wojskowości.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/dzis-twoj-triumf-albo/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/dzis-twoj-triumf-albo/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/dzis-twoj-triumf-albo/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/03/06/dzis-twoj-triumf-albo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

