<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Przegląd Powszechny &#187; Kultura</title>
	<atom:link href="http://www.przegladpowszechny.pl/category/kultura/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.przegladpowszechny.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 Jan 2012 13:41:45 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Autor szukający swego czytelnika</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/autor-szukajacy-swego-czytelnika/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/autor-szukajacy-swego-czytelnika/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 11 Jul 2011 11:01:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Cielecki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=927</guid>
		<description><![CDATA[RECENZJA. Stanisław Obirek, Umysł wyzwolony. W poszukiwaniu dojrzałego katolicyzmu, W.A.B., Warszawa 2011, ss. 464.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>RECENZJA. Stanisław Obirek, Umysł wyzwolony. W poszukiwaniu dojrzałego katolicyzmu, W.A.B., Warszawa 2011, ss. 464.</strong></p>
<p>Zarzucono tej książce zbyt dużo dygresji i brak jasnego wywodu – przyznaje Stanisław Obirek w zakończeniu „Umysłu wyzwolonego” i dodaje: <em>chciałem spłacić intelektualny dług wobec lektur i myślicieli.</em> Ważne postaci oraz ich poglądy dalej pozostały niewzruszone na cokole, jednak pytanie, gdzie w ich kontekście umiejscowić Obirka, mocno wibruje.</p>
<p>Mojej lekturze przyświecała jasna myśl: koniec ze Stanisławem Obirkiem, który niegdyś był jezuitą; nie ma sensu tego roztrząsać, teraz jest nowy etap życia. Spodziewałem się, że sprawy rozliczeniowe zostały definitywnie zamknięte w dwóch różnych książkach: „Przed Bogiem” i w korespondencji z Krzysztofem Doroszem „Między wiarą a Kościołem”. Teraz jest nowy Obirek, nowa książka. Niestety, nad sporą częścią „Umysłu wyzwolonego” do znudzenia unosi się duch rozliczania się z jezuicką przeszłością. Wiem, to niemal trzydzieści lat w zakonie, ale pisać ciągle o sobie, konfrontować się z dawnym „ja”, tłumaczyć, usprawiedliwiać i – nie wiem – szukać potwierdzenia obranej drogi? Może byłoby to wskazane, gdyby teksty „Umysłu wyzwolonego” układały się w pasjonujący esej z jednorazowo mocno wyakcentowanym punktem odejścia ze stanu duchownego i wkraczały w dalsze rejony, czyli przekraczały wszechwładne „ja”.</p>
<p>Nowa książka Obirka nie jest zbiorem esejów, a teksty zamieszczone w niej bardziej przypominają wykład. Autor chowa się za tekstem – wykłady aż skrzą się od cytatów i odwołań – i próżno szukać tu intrygujących rozwinięć czy zaskakujących odczytań. Bardziej mamy do czynienia z notatkami z lektur – skwapliwie prowadzonymi i pojawiającymi się we właściwych miejscach, ale które przy dłuższym czytaniu zwyczajnie nużą. W „Umyśle wyzwolonym” brakuje mi swobodny literackiej, lekkiego pióra – wciąż czuć skrępowanie autora. Narracja gubi się, stawiany na wstępie problem niknie w gąszczu cytatów, dygresje zaciemniają obraz, a do odpowiedzi jest wciąż daleko. Niczego się tu nie rozstrzyga. Mam wrażenie, że kolejne rozdziały pisane były siłą rozpędu, jednak nie powstaje z tego żaden spójny, ani nawet przekonujący, obraz.</p>
<p>Czy jest to zła książka? W obecnym kształcie zdecydowanie tak, i o tym za chwilę. Wolałbym, aby „Umysł…” przeleżał pewien czas w szufladzie biurka, a autor mógł doń powrócić i napisać go raz jeszcze.</p>
<p>Dlaczego ta książka powstała? Jako jedną z przyczyn Obirek podaje <em>walor terapeutyczny</em> oraz <em>wejście w świat religijności otwartej i życzliwej inaczej myślącym</em>. Zagadnienia które podejmuje – dialog międzyreligijny, teologia po Szoah, przenikanie się wiary i niewiary – są ważne i potrzebne, gorzej, że sam autor pisze stylem uniemożliwiającym dialog. Przeważa styl dziennikarskiej publicystyki, liczne skróty myślowe mnożą zaś niedopowiedzenia i gubią konkret. Obirek sugeruje, że Fernando Lugo odszedł ze stanu kapłańskiego ze względu na brak akceptacji dla jego teologii wyzwolenia, ale milczy o nieprzestrzeganiu celibatu i o tym, że Lugo jest ojcem obecnego prezydenta Paragwaju. Według autora teolożka Uta Ranke-Heinemann przywraca <em>myśleniu religijnemu wiarygodność</em>, ponieważ jest ona <em>krytyczką papiestwa</em>, ale nie wspomina, że odebrano jej prawo do nauczania teologii katolickiej nie za niezgodę wobec prymatu papieża, ale za interpretowanie dziewiczego poczęcia Maryi wyłącznie z teologicznego (z pominięciem biologicznego) punktu widzenia. W innym miejscu autor za główną przyczynę trudności w dialogu religijnym uznaje roszczenie chrześcijan do uznania bóstwa Jezusa (dalej pisze także o <em>swoistej obsesji teologii chrześcijańskiej na tym punkcie</em>), a trwanie w dalszym ciągu przy dogmacie trynitarnym jest <em>źródłem fundamentalizmu chrześcijańskiego</em> równie zgubnym jak inne fundamentalizmy.</p>
<p>I zastanawiam się: czy to są tylko niefortunne skróty myślowe, brak dopracowania tekstu czy pisanie obliczone na chwilę krzyku? Brak dystansu zauważalny jest również wtedy, gdy pisze o apostazji Tomasza Węcławskiego (który jako ksiądz dokonywał sakramentów w imię Jezusa) i wskazuje na logiczną ciągłość pomiędzy jego pismami a pismami Tomasza Polaka (który jako świecki neguje boskość Jezusa). Ja takiej ciągłości nie dostrzegam, a drażni mnie to zwłaszcza w kontekście tezy stawianej przez Obirka, jakoby istniały różnice osobowościowe zauważalne w pismach Josepha Ratzingera i Benedykta XVI. Częstym podsumowaniem tekstów Obirka jest stwierdzenie, że <em>fundamentalizm katolicki ma się dobrze</em>. Zastanawiam się, dlaczego autor w ogóle nie przytacza postaci Tomáša Halika, jednego z ciekawszych teologów żywo zainteresowanych sekularyzacją, dialogiem międzyreligijnym i filozofią ateizmu.</p>
<p>Czy zarzucam Obirkowi brak dobrej woli? <em>Próbuję nakreślić alternatywny projekt religii – otwarty i przyjazny współczesności</em>, zastrzega autor. W obecnym kształcie – gdy Obirek nieustannie chowa się za tekstem innych myślicieli, a sam styl tekstów daleki jest od atmosfery dialogu – nie dostrzegam tego projektu. Wciąż wierzę, że to zwyczajnie źle i pośpiesznie napisana książka, że autora stać na własne, ciekawe przemyślenia. W przeciwnym razie – a nie jest to groźba, tylko smutek – najgorsze, co może spotkać Obirka (i jego czytelnika, czyli mnie) to przyklejenie mu medialnej łatki „celebryty apostazji”. A przecież stać nas, stojących po obydwu stronach książki, na więcej.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/autor-szukajacy-swego-czytelnika/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/autor-szukajacy-swego-czytelnika/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/autor-szukajacy-swego-czytelnika/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/autor-szukajacy-swego-czytelnika/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Muzyko-mania</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/muzyko-mania/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/muzyko-mania/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 11 Jul 2011 11:00:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Uglik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=923</guid>
		<description><![CDATA[RECENZJA. Wojciech Mann, Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Znak, Kraków 2010, ss. 220.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>RECENZJA. Wojciech Mann, </strong><strong>Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Znak, Kraków 2010, ss. 220. </strong></p>
<p>Jeżeli wczesnym rankiem włączam radio, to tylko w piątek, na trzy godziny, i tylko dla jednego człowieka – Wojciecha Manna, rozbudzającego mnie gitarowym łomotem bluesowym, regularnie przemycanym, poprawiającym zdrowotną kondycję wiernego słuchacza. W swoim debiucie książkowym redaktor Mann od muzyki nie ucieka, jego opowieści traktują o świecie dźwięków. Innej konwencji nie sposób sobie wręcz wyobrazić, bo ten facet muzyką żyje. Ba! Mann nie ogranicza się do biernego odbioru, przyznaje bowiem na przykład, że <em>przy piosence „Heartbreak Hotel” chyba nawet upodabniałem się do Presleya. Dostawałem magicznych oczu, przez trzy minuty biła ze mnie przepełniona niezwykłymi fluidami energia i najbardziej niedostępne kobiety wyraźnie wówczas słabły</em>.</p>
<p>Wciągająca gawęda redaktora Manna układa się liniowo. Zaczyna się od czasów młodzieńczych, przypadających na lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, symbolizowanych przez odbiornik radiowy AGA, a kończy się w dniu dzisiejszym budującą – mimo wszystko – refleksją: <em>prawdziwa muzyka ukrywa się coraz częściej w niewielkich klubach, przygarnięta przez małe, niezależne wytwórnie</em>.</p>
<p>Dzień dzisiejszy trwa, jutro nie nadchodzi, instrumenty nie wybrzmiewają. Mann zwraca uwagę, że trochę żyjemy w świecie paradoksu. Z jednej strony, za sprawą internetu, nawet najbardziej trudne do zdobycia albumy znajdują się w zasięgu ręki, ale z drugiej, nieustannie – z radia, telewizji i najpopularniejszych stron w sieci – jesteśmy atakowani obrzydliwym kiczem. Trzeba więc uczynić pewien minimalny wysiłek, by dotrzeć do muzyki, o jakiej z miłością opowiada redaktor.</p>
<p>Poszukująca młodzież w omawianej książce odnajdzie mnóstwo wskazówek. „Rock Mann” zawiera minilisty: pięć najlepszych coverów, pięć najbardziej niezapomnianych koncertów, pięć najbardziej dołujących kawałków w historii. Jedna z wyliczanek, „Pięciu artystów, z którymi chciałbym wystąpić (niekoniecznie) na scenie”, co zauważyłem z nieukrywaną satysfakcją, unaocznia wyraźne podobieństwo mojej skromnej osoby z wielką (dosłownie i w przenośni) postacią redaktora Manna. Otóż obaj (to znaczy każdy z osobna) chcielibyśmy wystąpić u boku Moniki Bellucci.</p>
<p>Publikacja przygotowana przez oficynę Znak ze smakiem, wzbogacona fotografiami z archiwum autora, przedstawiającymi jego samego oraz gwiazdy światowego formatu – zdjęcia Moniki Bellucci niestety brakuje – Erika Burdona z The Animals czy Paula Ankę, przepełniona jest również nieprawdopodobnymi treściami wielkiej, przepraszam za słowo, wagi. Pierwszy z brzegu przykład: redaktor Mann próbuje przekonać, że Stevie Ray Vaughan tworzy tak elektryzującego bluesa, że gdyby obaj znaleźli się na scenie, to najpewniej redaktor uniósłby się w powietrze! No, bujać to my, panie Mannie, ale nie nas. Co ten Vaughan musiałby zagrać, żeby pańska myśl się zmaterializowała?</p>
<p>Cóż jeszcze? Nie chcę odsłaniać wszystkich sekretów tej lekkiej, odprężającej i wciągającej lektury. Zatem tak z grubsza (znowu mi się niechcąco wymknęło brzydkie słowo): w „Rock Mannie” przeczytają Państwo o istotnej różnicy między człowiekiem niosącym radio a gościem, który idzie z dziewczyną i niesie jej torebkę; dowiedzą się Państwo, w jakim stowarzyszeniu pan Mann pełnił funkcję prezesa na cały świat i dlaczego w kontekście jego prezesury pojawia się osoba polityka Andrzeja Olechowskiego; poznają Państwo zdanie redaktora na temat wzajemnego pożyczania sobie płyt, a przy tej okazji pan Mann zastosuje, nie powiem z jakiego powodu, zgrabną metaforę, przywołując obraz maleńkiego, słodkiego kotka, niestety nieżyjącego, bo uduszonego; i teoretyczne (bo jak inaczej?) rozważania o tym, co by się stało, gdyby Wojciech Mann wystąpił publicznie z saksofonem; także o tym, jak udało mu się wykiwać cenzorów przy publikacji motta grupy Dezerter; jak robił telewizyjne show z redaktorem Materną, w którym stroili sobie żarty ze wszystkich i ze wszystkiego i, rzecz dzisiaj niebywała, nikt się jakoś specjalnie nie obrażał, nikt ich do sądu nie podał; i o tym jak w Stanach był przygotowany na walkę przy pomocy nieskomplikowanego narzędzia z nie bardzo pokojowo do redaktora Manna nastawionymi Afroamerykanami; a i jeszcze o tym, jak uczył pić po polsku obywatela Wielkiej Brytanii.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/muzyko-mania/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/muzyko-mania/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/muzyko-mania/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/11/muzyko-mania/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sław miłość. Czesław Miłosz o miłości</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/14/slaw-milosc-czeslaw-milosz-o-milosci/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/14/slaw-milosc-czeslaw-milosz-o-milosci/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 14 Jun 2011 16:13:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Jędrzejewski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=908</guid>
		<description><![CDATA[Miłosz raczej nie pisał wierszy bezpośrednio o miłości, chociaż wierszy napisał grubo ponad tysiąc. Jakże to? Czy można po prostu zgodzić się, że uchylił się od tematu, który jest podstawowym pokarmem literatury, a poezji to już szczególnie?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Miłosz raczej nie pisał wierszy bezpośrednio o miłości, chociaż wierszy napisał grubo ponad tysiąc. Jakże to? Czy można po prostu zgodzić się, że uchylił się od tematu, który jest podstawowym pokarmem literatury, a poezji to już szczególnie?</strong></p>
<p>Czesław Miłosz raczej nie pisał wierszy bezpośrednio o miłości (najprościej rozumianej), chociaż wierszy napisał grubo ponad tysiąc. Jakże to? Czy można po prostu zgodzić się, że uchylił się od tematu, który jest podstawowym pokarmem literatury, a poezji to już szczególnie? Od tematu, który jak żaden inny zaskarbia autorom zainteresowanie czytelników? Tęsknota do dotyku ust, policzków, ekstaza spotkań, drżenie głosu, rozstanie, potrzeba zupełnego oddania, patrzenie na czyjąś postać jak na dzieło sztuki &#8230; – a więc nie? Są ważniejsze sprawy? Zdawałoby się, że musi stać za tym jakiś doniosły wybór, jakaś złożona sobie przysięga, pakt może jakiś. Tymczasem Miłosz tonem swobodnym przyznawał, że w jego dorobku (przebogatym przecież) nie ma wielu wierszy <em>bezpośrednio miłosnych, może tak okólnie&#8230;</em><a href="#_ftn1">[1]</a> Z taką lekkością przyznawać się do tak poważnego odstępstwa od powszechnej praktyki? I to przecież niekoniecznie praktyki początkujących poetów, ale i autorów bezsprzecznie wybitnych, jak Goethe, Schiller, Byron, Mickiewicz. Przecież Miłosz coś świadomie odejmuje swojej twórczości, tak że wyczuwa się w tym nielojalność wobec właściwych ludziom instynktów. Podobnie jak istnieje lista autorów obowiązkowych – istnieje rejestr obowiązkowych tematów (do kanonu często trafiają więc książki średniego lotu, ale poruszające tematy honoru narodowego, powinności społecznych, granic moralności, wolności absolutnej i tak dalej). Z tego w końcu rozlicza się literatów i wydaje opinie o wartości (ważności?) różnych literatur. A Miłosz, zdawałoby się, skrzyżował ręce na piersi i powiedział, że o miłości nie będzie pisał. Jest to odstępstwo większej wagi niż wyrzeknięcie się tematów narodowych czy ogólnospołecznych. W istocie jest to prawie zakamuflowany bunt wobec długiej i wielkiej tradycji literackiej, a nawet ideowej.</p>
<p>Ponieważ uczymy się poezji na tradycji romantycznej, trudno nam pogodzić się z tym, że jeden z największych poetów współczesnych fundamentalny temat romantyzmu niejako deprecjonuje. Opiewanie upojeń i rozterek erotycznych jest wprawdzie równie stare jak sama poezja, ale dopiero romantyczne uwznioślenie miłości jako zenitalnego doświadczenia egzystencjalnego przekonało czytelników, że powołanie poety spełnia się w opisie przygód serca. Wobec tego wiersze okolicznościowe czy dydaktyczne wyglądały płasko, ale również mniej skonwencjonalizowanym, a bardziej refleksyjnym próbom pióra brakowało siły krańcowego przeżycia jednostkowego, jeśli temat utworu omijał zagadnienie miłości, zwłaszcza nieszczęśliwej. Ale miłość romantyczna to nie miłość w ogóle. Istnieją przecież inne rodzaje tego uczucia.</p>
<p>„<strong>Podziw zwany miłość”</strong></p>
<p>Bo jednak Miłosz nie mógł miłości zlekceważyć, musiał ją jakoś sublimować<a href="#_ftn2">[2]</a>. Przypomina się „Esse”, obrazek poetycki, o którym sam poeta mówił, że jest to utwór opowiadający o krótkotrwałej namiętności, o romansie rozciągniętym w czasie na minutę i sekund trzydzieści. Tak – to ważny tekst miłosny, ale klucz jest gdzie indziej. W wydanym pod koniec życia „Abecadle” Miłosz wracał do pewnego zdarzenia z wczesnego dzieciństwa. Klatki filmu cofają się o blisko osiemdziesiąt lat. <em>Miałem, myślę, osiem lat. Starsi gadali i polecili małej dziewczynce, żeby pokazała mi park. Szliśmy ścieżkami, przechodziliśmy jakieś mostki, które miały poręcze z brzozowych żerdek, i to dobrze pamiętam. Wtedy to się stało</em>. Wtedy ujawniło się coś, co będzie powracać przez całe życie poety. Ale dokończmy z Miłoszem: <em>Patrzyłem na jej szczupłe ramionka, na wąskość jej rąk nad łokciem i nigdy dotychczas nie zaznane wzruszenie, czułość, zachwyt, nie do nazwania, dławiły mnie w gardle. Nie miałem pojęcia, że to nazywa się miłość. Zdaje się, że coś mówiła objaśniając, ja ani słowa, porażony tym, co nagle na mnie naszło</em><a href="#_ftn3">[3]</a>.</p>
<p>To nie jest tylko miłość dziecka. Po raz pierwszy Miłosz doznał jej w wieku ośmiu lat i najoczywiściej nie utrwalił swojego uczucia w wierszu. Na szczęście później przydarzały się podobne olśnienia i znalazły literackie odbicie. Na przykład w „Portrecie z kotem” z tomu „Kroniki” Miłosz opisuje swoje wrażenia z wystawy: oto na obrazie dziewczynka z kotem – dziewczynka, której <em>usta, bardzo czerwone, są półotwarte w miłym zapatrzeniu</em>.</p>
<p><em>Ale twarz: perkatość noska, okrągłość policzka,</em></p>
<p><em>Tak wzrusza mnie, zupełnie jak twarz, którą w środku nocy</em></p>
<p><em>Budząc się, widziałem na poduszce obok</em><a href="#_ftn4">[4]</a>.</p>
<p>Czy to nie ten sam podziw co sześćdziesiąt sześć lat temu? To samo wypisanie kilku ledwie cech, bo ludzki język i tak nie sięgnie do głębi doznania. I coś niby aluzja do dawnej inicjacji opisanej w „Abecadle”:</p>
<p><em>Dziewczynki nie ma, choć jest tutaj, przede mną,</em></p>
<p><em>Nie utracona nigdy. Prawdziwe nasze spotkanie</em></p>
<p><em>W strefach dzieciństwa: podziw zwany miłość,</em></p>
<p><em>Myślenie o dotknięciu, kot w aksamicie</em><a href="#_ftn5">[5]</a>.</p>
<p>Dziewycznkę widać tylko na portrecie. Ale to nie jest życiowe nieszczęście poety, że tę piękność spotkał dopiero w późnym wieku i to w dodatku w jej słabym płóciennym wizerunku. Miłosz nie jest romantykiem, który skarżyłby się, że los nie skojarzył go z dziewczyną w jednej epoce, wtedy, gdy oboje byli młodzi i mieli otwarte serca. Zdaje się raczej, że urzeka go właśnie niesamowitość spotkania, w którym wszystko (tak, wszystko) zależy od spojrzenia tego, kto patrzy. Piękność dziewczynki niezależna od czasu, jej nieustanna zmysłowść (<em>usta, bardzo czerwone</em>) są szczęściem poety, marzącego, jak przypuszczam, o wzroku zdolnym zachować na stałe siłę wrażenia. Ona jest namalowana, ale to <em>prawdziwe spotkanie</em>. I wreszcie: <em>Myślenie o dotknięciu</em>. Bo czy kiedy młody Czesław patrzył na <em>wąskość rąk nad łokciami</em> dziewczynki spotkanej nad Niewiażą, to czy nie myślał o objęciu palcami jej ramienia? Ale to tylko (czy na pewno „tylko”?) <em>myślenie o dotknięciu</em>; dziewczynka z obrazu jest dostępna wyłącznie spojrzeniu. <em>Podziw zwany miłość</em>.</p>
<p>„<strong>Oczy, rzęsy i całe urządzenie świata”</strong></p>
<p>Czy rzeczywiście Miłoszowska miłość jest miłością oczu? W tomie „Miasto bez imienia” znajduje się niezwykły czterowiersz „Kiedy księżyc”:</p>
<p><em>Kiedy księżyc i spacerują kobiety w kwiecistych sukniach</em></p>
<p><em>Zdumiewają mnie ich oczy, rzęsy i całe urządzenie świata.</em></p>
<p><em>Wydaje mi się, że z tak wielkiej wzajemnej skłonności</em></p>
<p><em>Mogłaby wreszcie wyniknąć prawda ostateczna</em><a href="#_ftn6">[6]</a>.</p>
<p>W istocie ten filozoficzny wiersz jest w pewnym sensie wierszem o wzroku. Oczekiwanie <em>prawdy ostatecznej</em> wynika z obserwacji. Zwróćmy uwagę na sensualność tego krótkiego utworu: w pierwszym wersie, w sześciu słowach (!), zamyka się obraz późnego wieczoru czy wczesnej ciepłej nocy (w końcu: kobiety w sukniach). Nie ma opisu zapachów, czucia wiatru na skórze, odgłosu obcasów – do fundamentalnej refleksji prowadzi Miłosza wyłącznie spojrzenie na jakiś bulwar czy ulicę. Wyłącznie wzrok. Drugi wers: <em>Zdumiewają mnie ich oczy, rzęsy i całe urządzenie świata</em>. Zadziwiające zestawienie. A więc oczy i rzęsy są równoważne całemu urządzeniu świata! Naturalnie oczy kobiet są nie tylko obiektem uwagi poety, lecz także odpowiedzią na jego wzrok. „Kiedy księżyc” wydaje mi się zresztą jednym z najbardziej erotycznych wierszy Miłosza, skoro spojrzenie jest najdyskretniejszym aktem miłosnym.</p>
<p>Cofnijmy się o piętnaście lat. W 1954 roku Miłosz napisał „Esse”, wspomniany już krótki utwór, który – jak mówił sam poeta – opowiada o miłości trwającej półtorej minuty. „Esse” zaczyna się od wrażeń jedynie wzrokowych: <em>Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich. Co można zrobić, jeżeli wzrok nie ma siły absolutnej, tak, żeby wciągał przedmioty z zachłyśnięciem się szybkości, zostawiając za sobą już tylko pustkę formy idealnej, znak, niby hieroglif, który uproszczono z rysunku zwierzęcia czy ptaka? Lekko zadarty nos, wysokie czoło z gładko zaczesanymi włosami, linie podbródka – ale dlaczego wzrok nie ma siły absolutnej? – i w różowawej bieli wycięte otwory, w których ciemna błyszcząca lawa</em><a href="#_ftn7">[7]</a>. Znów ta sama oszczędna charakterystyka podziwianej twarzy. Miłość Miłosza między jedną a drugą stacją metra jest pełna, ale nieszczęśliwa. I nie dlatego, że trwa tylko parę chwil. Również nie dlatego, że – na co zwróciłby uwagę romantyk – już, jak można założyć, nigdy na tym świecie nie spotka tej ukochanej. Jest nieszczęśliwa, ponieważ wzrok nie ma siły absolutnej. Kiedy za wiele lat poeta będzie przypatrywał się portretowi dziewczynki z kotem, będzie wiedział, że zamiast siły absolutnej wzroku została mu przynajmniej stałość obrazu.</p>
<p>Na czym polega ta wymarzona siła? <em>Wchłonąć tę twarz, ale równocześnie mieć ją na tle wszystkich gałęzi wiosennych, murów, fal, w płaczu, w śmiechu, w cofnięciu jej o piętnaście lat, w posunięciu naprzód o trzydzieści lat. Mieć. To nawet nie pożądanie. Jak motyl, ryba, łodyga rośliny, tylko rzecz bardziej tajemnicza</em><a href="#_ftn8">[8]</a>. Chodzi więc o jakieś nasycenie pięknem; nie o przeżycie, które z natury rzeczy przemija, ale o trwały stan wzbogacenia pięknem, o stałość obrazu w spojrzeniu, a jednocześnie ma to być obraz w ruchu (<em>z zachłyśnięciem się szybkości</em>). Siła absolutna pozwalałaby zachować przedmiot we wszystkich jego ziemskich kształtach, barwach i poruszeniach, tak aby nic nie stracił ze swojej zmysłowości. Byłyby to doznania potężniejsze niż<em> podziw zwany miłość</em> z „Portretu z kotem”. Miłosz nie patrzył na obiekty swojej miłości okiem zdystansowanego obserwatora. Ta miłość nie była miłością estety. Obraz zatrzymuje dla wzroku tę niezwyczajność istnienia, która przez półtorej minuty olśniewała poetę w paryskim metrze. Dziewczynka z obrazu jest <em>nie utracona nigdy</em> – to jakby triumf miłości Miłosza. Tymczasem maksymalistyczne uroszczenia i pożądanie z „Esse” kończą się zawodem i bólem: <em>gąbka która cierpi bo nie może napełnić się wodą, rzeka która cierpi bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami</em><a href="#_ftn9">[9]</a>.</p>
<p><strong>„Być samym czystym patrzeniem bez nazwy”</strong></p>
<p>Obiektami miłości w twórczości Miłosza były nie tylko kobiety. Wszechpotężne uczucie widocznie nie może przejawiać się tylko w stosunkach z płcią przeciwną. Lata pięćdziesiąte – a więc okres, z którego pochodzi „Esse” – to także „Dolina Issy”. Tomasz Surkont, powtarzający doświadczenia młodego Czesława Miłosza, widzi trzech niemieckich żołnierzy jadących konno, którzy zatrzymali się na chwilę w okolicy. <em>Młody oficer, wcięty w pasie, rumiany jak panienka, zeskoczył z konia, poklepał go po szyi i pił mleko z kwarty. Żeby mężczyzna nosił tak kolorowe ubranie – jak trawa – już to dziwiło. A miał przy sobie ogromny pistolet w skórzanej pochwie, z niej sterczał metal kolby i w dole długa lufa</em><a href="#_ftn10">[10]</a>.<em> Tomasz prawie zakochał się w jego giętkości i czymś nieznanym.</em> Miłość ta była, jak dopowiada narrator, krótkotrwała, ale Tomasz sam w końcu pojmuje, że <em>żadnej miłości nie trzeba przeciągać poza jej kres</em><a href="#_ftn11">[11]</a>. Dziewczynka z sąsiedztwa, pasażerka paryskiego metra, niemiecki żołnierz – wszyscy oni widziani są przez chwilę, zachwycający dla oczu obserwatora. Wzrok ma tylko chwilę, żeby się oczarować (ocz– arować) ich pięknem. Po opisie wyglądu tych ludzi „kochanych spojrzeniem” Miłosz snuje domysły co do ich dalszych losów (z wyjatkiem pasażerki metra), podobnie zresztą jak w przypadku dziewczynki z „Portretu z kotem”. Historie ich życia biegną już innym torem i przypuszczalnie nie krzyżują się już z losem obserwatora, a jeśli już, to w takich okolicznościach, które nie przypominają dawnej krótkiej miłości.</p>
<p>A jednak to z tych krótkotrwałych olśnień przychodzi radość, prawie ekstatyczna:</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><em>Dolina i nad nią lasy w barwach jesieni.</em></p>
<p><em>Wędrowiec przybywa, mapa go tutaj wiodła,</em></p>
<p><em>A może pamięć. Raz, dawno, w słońcu,</em></p>
<p><em>Kiedy spadł pierwszy śnieg, jadąc tędy</em></p>
<p><em>Doznał radości, mocnej, bez przyczyny,</em></p>
<p><em>Radości oczu. Wszystko było rytmem</em></p>
<p><em>Przesuwających się drzew, ptaka w locie,</em></p>
<p><em>Pociągu na wiadukcie, świętem ruchu.</em></p>
<p><em>Wraca po latach, niczego nie żąda.</em></p>
<p><em>Chce jednej tylko, drogocennej rzeczy:</em></p>
<p><em>Być samym czystym patrzeniem bez nazwy,</em></p>
<p><em>Bez oczekiwań, lęków i nadziei,</em></p>
<p><em>Na granicy, gdzie kończy się ja i nie-ja.</em></p>
<p><em> </em></p>
<p>I znów wzrokowa sensualność: <em>lasy w barwach jesieni</em> i <em>pierwszy śnieg</em> błyszczący od słońca. Miłoszowska miłość to w gruncie rzeczy radość oczu, zapatrzenie tak intensywne, że uwalnia się od imienia i tożsamości człowieka. Zapatrzenie jest podziwem dla piękna, ale aktywnym podziwem, co znaczy, że cała ta miłość nie wypełnia się w relacji między patrzącym a obiektem (gdyż byłaby to postawa estety). Dla aktu prawdziwie erotycznego potrzeba zaprzeczenia własnemu <em>ego</em> (<em>Na granicy, gdzie kończy się ja i nie-ja</em>)<a href="#_ftn12">[12]</a>. Do pewnego stopnia chodziłoby o jakieś zjednoczenie z obiektem miłości, ale takie, które pozwalałoby na pewną zewnętrzność wobec piękna. <em>Patrzenie bez nazwy</em> jest wolne od podmiotu, a zarazem nie stapia się z pięknem. Miłość jako zapatrzenie. A że owa <em>radość oczu</em> jest miłością, Miłosz potwierdza w „Roku Myśliwego”, w zapisku z 13 października 1987 roku, gdzie mowa o męskich przyjaźniach: <em>Erotyczne tło w męskich przyjaźniach istnieje, choć byłoby śmiesznością zaraz mówić o homoerotyzmie. Jest to fizyczna radość, radość oczu na widok przyjaciela, taka sama jak na widok kobiety, którą kochamy, rodzaj aprobaty bytu. Jest mój wiersz „Esse” o siedzącej naprzeciwko mnie dziewczynie w metrze, przedmiocie mojej miłości przez parę minut</em><a href="#_ftn13">[13]</a>.</p>
<p>Jaka znakomita, choć dość przypadkowa, synteza Miłoszowego pojęcia miłości! Toż to ta sama chyba <em>radość oczu</em> co wtedy (<em>Raz, dawno temu, w słońcu</em>) w dolinie, i tak znamienne odwołanie do „Esse”. I jeszcze jedno potwierdzenie, że romantyk odczuwał miłość sercem, Miłosz odczuwał oczami.</p>
<p>Miłość w twórczości Miłosza nie jest romantyczna, to jasne. Jest ona różna od uniesień, chorób i przygód serca dwojga ludzi; różna także od krótkotrwałych namiętności ciała. Zarazem nie jest to żaden rodzaj postawy filozoficznej przyjmującej miłość za wartość najwyższą. Miłość Miłosza to, jak uważam, krótkotrwała (jednak), choć zapewne nieraz trwała w pamięci, ekstaza zmysłów, które zatrzymują się na samym wrażeniu, zazwyczaj wzrokowym, i nie stanowią początku zdarzeń w planie życia dwojga osób. A więc miłość jako intensywne doznanie oczu, które poniekąd uniezależniają się od ciała patrzącego. Miłość jako zapatrzenie się albo raczej wpatrzenie się. Nie kontemplacja, ale docieranie wzrokiem do istoty piękna w człowieku, przedmiocie albo pejzażu, tak jakby kształt i barwa mogły przyjąć do wewnątrz spojrzenie obserwatora. Albo jak gdyby można było przesunąć granice doznania wzroku. W ten sposób może wypełniać się miłość do dziewczynki z portretu, pasażerki w metrze, do przyrody: <em>Oczarowanie, miłość. Do drzew, do rzeki, do ptaków. Pewnie w dziecieństwie nie wiemy, że to nazywa się miłość</em><a href="#_ftn14">[14]</a>. Do tak pojętej miłości zdolny jest każdy bez względu na wiek, płeć, warunki urodzenia (w miłości między dwojgiem rozdział ról bywa jednak dość ściśle określony nawet w romantyzmie)<a href="#_ftn15">[15]</a>.</p>
<p><strong>„Miłość to znaczy popatrzeć na siebie”</strong></p>
<p>A co w takim razie z miłością jako wzajemnym uczuciem dwojga ludzi? Cóż, jako poeta i eseista Miłosz nie poświęca temu zbyt wiele uwagi. Dziwi to nas trochę, ponieważ – jak wspomnieliśmy na początku – wydaje się to jakimś śmiałym sprzeciwem wobec przemożnych tendencji w literaturze, od których, zdawałoby się, nie ma ucieczki. To jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo uwikłani jesteśmy w romantyczne światoodczucie. Tymczasem umysł Miłosza sięga dużo głębiej niż przełom XVIII i XIX wieku. Bo to, że Miłosz powściągał się przed opisem przygód dwóch serc nie wynika, zakładam, tylko z dyskrecji i niechęci do eksploracji obszarów nazbyt prywatnych. Wynika także z przekonania o względności romantycznych wyobrażeń o dramatyzmie i potędze tego, co się dzieje między Nią a Nim, którzy są sobie pisani. Przykład: <em>Jedyna, kobieta przeznaczona, należy do romantyzmu, i zapewne Werter, nie mogąc jej zdobyć, musiał się zabić. Taki powód samobójstwa byłby niezupełnie zrozumiały dla stoików i epikurejczyków oraz dla wyznających starożytną filozofię poetów. Ale ludzie końca osiemnastego i początku dziewiętnastego wieku, w tym polscy romantycy, mieli zupełnie inny rodzaj lektur, z których mogli się co nieco dowiedzieć o zaślubinach dwojga dusz</em><a href="#_ftn16">[16]</a>. Względność nie oznacza przy tym jakiejś kardynalnej niezgody, bo swedenborgiańska „seksualność anielska”, <em>fizyczna, w nadziemskości ziemska</em>, jest, zdaje się, bliska Miłoszowi. Zresztą powiedzmy otwarcie: romantyczne namiętność i czułość nie są czymś niestosownym w literaturze, tylko z punktu widzenia Miłosza być może nie dość inspirującym poznawczo i filozoficznie po tylu literackich opracowaniach tematu.</p>
<p>Miłość Miłosza wydaje się więc wpatrzeniem w człowieka, w krajobraz, w przedmiot. Myślę, że jeśli w ten sposób będziemy czytać dzieło tego poety, przekonamy się, jak ważne miejsce miłość zajmowała w hierarchii wartości autora „Miasta bez imienia”. Miłość ujęta bardzo sensualnie, przede wszystkim wzrokowo. Właśnie spojrzenie, patrzenie sygnalizują często ów szczególny Miłoszowski erotyzm, jak sam pisał – <em>rodzaj aprobaty bytu</em>. I to zestawienie widać także w wierszu „Miłość” z cyklu „Świat, poema naiwne”:</p>
<h3>Miłość to znaczy popatrzeć na siebie</h3>
<p><em>Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy</em></p>
<p><em>Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.</em></p>
<p><em>A kto tak patrzy, choć sam o tem nie wie,</em></p>
<p><em>Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,</em></p>
<p><em>Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu</em><a href="#_ftn17">[17]</a>.</p>
<p>Miłość wyraża się w patrzeniu i jej istotą nie jest namiętność jednego człowieka do drugiego, ale podziw dla pięknej rzeczy istniejącej poza nami.</p>
<p>Ten przywilej wzroku, widzenia można by różnorako tłumaczyć. Jednak zamiast podejmować nowy wątek dodajmy tylko, że owa szczególna moc wzroku – tak zasadnicza w twórczości Miłosza – to nie wyłącznie filozoficzny zamysł czy postulat przerabiany literacko. Mam na myśli niezwykłość wzroku samego Miłosza, na przykład wtedy – widać to na zdjęciach – gdy po półwieczu odwiedza rodzinne strony; ale to temat na inną okazję.</p>
<p><strong>Tomasz Jędrzejewski,</strong> ur. 1984, doktorant Instytutu Literatury Polskiej Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor „Przeglądu Powszechnego”.</p>
<hr size="1" /><a href="#_ftnref1">[1]</a> Wyraził się tak na pewnym spotkaniu, na którym czytał swoje wiersze.</p>
<p><a href="#_ftnref2">[2]</a> Na ważność Erosa w miłoszowskich poetyckich epifaniach wskazywał Jan Błoński w artykule <em>Epifanie Miłosza</em> („Teksty” 1981, nr 4/5). Eros przedstawiony jest tu jako siła poezjotwórcza, ale wiążąca się z „zaborczym <em>ego</em>”; wprawdzie „umożliwia poezję”, ale jest egoistyczny, dlatego poeta – by uniknąć pychy – ostatecznie odwraca się od niego. Te epifanie „ocalają jednokrotność”, pojedynczość istnienia, szczególność bytu.</p>
<p><a href="#_ftnref3">[3]</a> Cz. Miłosz, <em>Miłość</em>, w: <em>Abecadło</em>, Kraków 2001, s. 222.</p>
<p><a href="#_ftnref4">[4]</a> Tenże, <em>Portret z kotem</em>, w: <em>Kroniki</em>, Kraków 1988, s. 10.</p>
<p><a href="#_ftnref5">[5]</a> Tamże.</p>
<p><a href="#_ftnref6">[6]</a> Tenże, <em>Kiedy księżyc</em>, w: <em>Miasto bez imienia</em>, Paryż 1969, s. 24.</p>
<p><a href="#_ftnref7">[7]</a> Tenże, <em>Esse</em>, w: <em>Esse</em>, Warszawa 2001, s. 38.</p>
<p><a href="#_ftnref8">[8]</a> Tamże.</p>
<p><a href="#_ftnref9">[9]</a> Tamże, s. 39.</p>
<p><a href="#_ftnref10">[10]</a> Tenże, <em>Dolina Issy</em>, Kraków 1981, s. 32.</p>
<p><a href="#_ftnref11">[11]</a> Tamże, s. 106.</p>
<p><a href="#_ftnref12">[12]</a> Przeciwnie rozumował Błoński kojarzący, o czym wspomniano, Erosa z „zaborczym <em>ego</em>” (<em>Epifanie Miłosza</em>, dz. cyt., <em>passim</em>).</p>
<p><a href="#_ftnref13">[13]</a> Tenże, <em>Rok myśliwego</em>, Paryż 1990, s. 73.</p>
<p><a href="#_ftnref14">[14]</a> Tanże, <em>Inne abecadło</em>, Kraków 1988, s. 119.</p>
<p><a href="#_ftnref15">[15]</a> Miłoszowskie epifanie opisane przez Błońskiego mają wiele wspólnego z owym wpatrzeniem się, ale „wpatrzenie się” rozumiem bardziej podmiotowo, jako czyste doznanie wzrokowe; chodzi tu nie tyle o dostrzeżenie jednokrotności, wyjątkowości bytu, ile o sam podziw i nasycenie oczu. Dlatego też nie będziemy utożsamiać „zaborczego Erosa” (<em>vide</em> artykuł Błońskiego) i <em>podziwu zwanego miłość</em>.</p>
<p><a href="#_ftnref16">[16]</a> Tamże, s. 18.</p>
<p><a href="#_ftnref17">[17]</a> Tenże, <em>Miłość</em>, w: <em>Świat: poema naiwne</em>, Kraków 1999, s. 15. Podrkeślenia – T.J.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/14/slaw-milosc-czeslaw-milosz-o-milosci/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/14/slaw-milosc-czeslaw-milosz-o-milosci/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/14/slaw-milosc-czeslaw-milosz-o-milosci/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/06/14/slaw-milosc-czeslaw-milosz-o-milosci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zgłębiać prawdę o bliskości Boga</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/12/05/zglebiac-prawde-o-bliskosci-boga/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/12/05/zglebiac-prawde-o-bliskosci-boga/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 05 Dec 2010 16:49:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ernest Bryll</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=791</guid>
		<description><![CDATA[O poezji religijnej, Bożym Narodzeniu i teologii z Ernestem Bryllem rozmawia Marcin J. Witan]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><em>O poezji religijnej, Bożym Narodzeniu i teologii z Ernestem Bryllem rozmawia Marcin J. Witan</em></strong></p>
<p><em> </em></p>
<p>– <em>Ks. Jan Twardowski napisał w jednym z wierszy: „poezję diabli wzięli, prawie już jej nie ma”. Co Pan na to?</em></p>
<p>– Nie miał racji, że poezję diabli wzięli, on to pisał, jak myślę, prowokacyjnie, bo wydaje mi się, że dziś akurat najmniej diabli wzięli poezję. Jeżdżę dużo po Polsce i widzę, iż liczba osób piszących wiersze jest olbrzymia.</p>
<p>Oczywiście są to wiersze mniej lub bardziej udane, poruszają różne sprawy ale stanowią ciekawy materiał socjologiczny. Dzieje się tak m.in. dzięki księdzu Twardowskiemu. Lubiłem go i szanowałem; był jednym z tych, którzy uratowali poezję, głównie dla tych, którzy chcieli koniecznie uwierzyć, którzy wychodzili z rodzin „urzędowo” niewierzących, pozbawionych nawet folkloru religijnego. Z tego płynie jego ogromna popularność. Moim zdaniem, swoją twórczością – szczerą, uczuciową, głęboką, jednocześnie metafizyczną – wypełniał poetycką lukę, przyciągał. Także mnie – choć nigdy nie byłem ateistą, ale miałem poglądy lewicujące. Nie dawałem sobie rady z religią. Poezja Twardowskiego mnie denerwowała i zarazem głęboko poruszała. Uświadamiała i uświadamia nadal, że nie wystarczy tylko wierzyć, trzeba stawiać pytanie: Co to znaczy? W co wierzymy? Czy treść tej wiary nas naprawdę obchodzi?</p>
<p>Wie Pan, w dawnych wiekach malarze wpadli na bardzo prosty pomysł, że mękę Pańską przedstawiali w sposób współczesny sobie. Nawet twarze oprawców były portretami współczesnych. To musiało wywoływać straszliwy wstrząs – ludzie widzieli, iż to się dzieje dzisiaj, to robimy my, to nie jakaś niedotycząca nas historia. Odnosi się to również do nas, dzisiaj. Musimy zrozumieć, co do nas mówi Ewangelia.</p>
<p>– <em>Chce Pan powiedzieć, że poezja religijna może i powinna być w tym pomocna. Taka jak ks. Twardowskiego – prosto mówiąca o Tajemnicy – ale nie tylko?</em></p>
<p>– Jak najbardziej; chodzi tylko o to, by nie dotykała jedynie warstwy uczuciowej, nostalgicznej, życzeniowej. Weźmy Boże Narodzenie – święto rodzinne, będące podstawą polskiej czułości religijnej. Poprzedza je Adwent, niezbędny do zrozumienia istoty tego święta. Tymczasem współcześnie czas ten zanika, zastępuje go, zaraz po Wszystkich Świętych, Christmas Season, bombki i choinki w sklepach już w listopadzie, kolędy w supermarketowych głośnikach.</p>
<p>Tracimy zatem poczucie tego, na co, czyli na Kogo, czekamy, bo nie czekamy, i kiedy wreszcie zasiadamy przy wigilijnym stole, jesteśmy wykończeni domowymi porządkami, robieniem pierogów itd. Zmęczeni, jesteśmy w stanie najwyżej rozczulić się na losem nagiego Dzieciątka, któremu można dać prezencik, zagrać na dudach, nawet poklepać po niemowlęcej pupce. Kochamy Je, bo jest tak zależne od nas i ta myśl na ogół wyczerpuje naszą do Niego relację. Tymczasem mamy wspaniałą adwentową i bożonarodzeniową poezję!</p>
<p>Śpiewamy np. „Bóg się rodzi”. Proszę zauważyć, że Polacy z największym uczuciem śpiewają fragment „podnieś rękę Boże Dziecię” i dobrze, tylko kim Ono jest? Jak Nieskończony może stać się skończony? Jak Nieśmiertelny może stać się śmiertelny, jak Wszechwieczny może ograniczyć się w czasie? Przecież dla wyznawców pozostałych religii monoteistycznych to istne szaleństwo – Bóg stający się człowiekiem! Cóż za oksymoron! My w to wierzymy, ale powiedzmy sobie szczerze: przez cały okres pierwszych wieków chrześcijaństwa trwały zacięte spory o kształt tej wiary.</p>
<p>Ta kolęda Franciszka Karpińskiego była takim jakby wiatykiem narodowym w ostatnich chwilach niepodległości przed upadkiem dawnej Polski i jest dla mnie jednym z największych wierszy metafizycznych. Bóg naprawdę stał się człowiekiem. Ta niebywała Tajemnica winna stanowić fundament chrześcijańskiej poezji, która musi Ją zgłębiać, to znaczy pytać: No i co z tego wynika? Co robimy z prawdą o takiej bliskości Boga? To zresztą pytania stające, według mnie, przed całym polskim katolicyzmem.</p>
<p><em>– „Kiedy dziecko się rodzi i na świat przychodzi / Jest jak Bóg, co powietrzem nagle się zakrztusił / I poczuł, że ma ciało…”</em></p>
<p>–…właśnie…</p>
<p><em>–„… Że w ciemnościach brodzi / że boi się człowiekiem być. I że być musi / Wokół radość. Kolędy szeleszczące złotko / Najbliżsi jak pasterze wpatrują się w Niego / I śmiech matki – bo dziecko przeciąga się słodko / A ono się układa do krzyża swojego”</em></p>
<p>– Tak kiedyś pisałem w wierszu „Boże Narodzenie” i takiej poezji szukam; poezji, która umie się odnieść do poczucia obecności Boga i Jego zmartwychwstania. Poezji, jaka dotyka codziennego, często trudnego, ludzkiego doświadczenia i przez nie dostrzega boskość. Tak poezja u nas jest i ja się bardzo cieszę. Myślę choćby o poemacie Szymona Babuchowskiego, młodego poety ze Śląska, traktującym o jego pielgrzymce do Medjugorie. Wbiło mnie to w fotel. Napisane tak, że czuje się całe pragnienie mistycznego spotkania a jednocześnie cały brud, trudności, granice, godziny w autobusie, a zarazem te chwile zrozumienia czegoś wyższego, ważniejszego. To trzeba przeczytać.</p>
<p>Podobnie ostatnio na nowo odkrywam poezję innego Ślązaka, ks. Jerzego Szymika. Zwłaszcza jej śląski właśnie nurt. Wiara tak zatopiona w życiu i codziennym doświadczeniu, iż nagle zrozumiałem, że rodzi się koncepcja niezwykle ciekawej poezji; zresztą Śląsk jest zagłębiem metafizyki. Tam bez poczucia, że o coś więcej chodzi, przeżyć trudno, bo nie można cieszyć się tylko tym, że się żyje. To w Katowicach napisałem najlepsze z moich wierszy. W mrówkowcu na robotniczym osiedlu miałem wrażenie, jakby Jezus chodził po korytarzach i pukał do naszych mieszkań, a my ledwo dychający po ciężkim dniu, zmęczeni, mówiliśmy: Przyjdź potem&#8230;</p>
<p>Wydaje mi się, że na tym polega poezja w ogóle, a ta – zwana religijną – w szczególności.</p>
<p><em>– Czyli…</em></p>
<p>– … to poezja, która uważa, że żyjemy w jakiejś sprawie, po coś, że jest coś ponad naszymi powszechnymi umowami, które można zrywać, zmieniać, przewartościowywać itd., że jest zasada Dobra i zasada Zła a człowiek wybiera.</p>
<p>Warto pamiętać, że wszelkie wojny i okropieństwa zrobiliśmy my, według naszej własnej wolnej woli! Ową skłonność tośmy zabrali ze sobą wychodząc z Raju. Często wracam do poematu Johna Miltona „Raj Utracony”, gdzie jest scena wygnania z Edenu. Adam i Ewa obejrzeli się wtedy za siebie i zobaczyli zatrzaśniętą bramę i groźne twarze aniołów.</p>
<p>Otóż ja to widzę inaczej – przez pryzmat miłosierdzia. Dla mnie brama jest uchylona, a Bóg stoi w niej i patrzy nieco zdezorientowany na odchodzących, jak kochający rodzic patrzący za zbuntowanymi dziećmi, gdyż w wyniku wolnej woli człowieka stało się coś, co załamało porządek świata. Dlatego zachowuje się tak a nie inaczej w niesłychanej zupełnie przypowieści o synu marnotrawnym. Ów syn przecież nie wrócił odmieniony, ale dlatego, że dostał w tyłek, żarł ze świniami!</p>
<p><em>– Czytelnik szuka takiej poezji, jaka albo udzieli mu odpowiedzi na jego pytania, albo stawia pytania podobne do jego pytań. Pan często zasiada w jury różnych konkursów poetyckich. Czy coś w nich Pana zaskakuje, zadziwia?</em></p>
<p>– Zadziwia mnie to, że w naszej rzeczywistości, która nie sprzyja zadawaniu sobie ważnych pytań, tak ogromna liczba ludzi pytania te zadaje! Owszem, czasami naiwnie; poezji religijnej o takim charakterze jest dużo na konkursach, chociaż poezja metafizyczna a już szczególnie taka, która nosi znamiona przynależności do Kościoła katolickiego to dziś tzw. obciach w opiniotwórczych sferach, jakich przedstawiciele leżeli kiedyś krzyżem w Kościele i to równie bezrefleksyjnie. Takich wierszy jest sporo, mimo że ich autorzy otrzymują na swoje pytania tak mało odpowiedzi. Mam bowiem wrażenie, że duża część intelektualistów katolickich boczy się na polski wyraz wiary, drażni ją jej przaśność, ludowość, szarość, zwłaszcza masowość. Wolałaby trzymać się od niej z daleka, to taka „pańskość”, która dla mnie jest nie do przyjęcia. Uważam bowiem, że prowadzi do „faryzejskości”.</p>
<p><em>– A poezji ona nie grozi?</em></p>
<p><em>– </em>Ależ strasznie! Także pogmatwanie, komplikowanie relacji z Bogiem, a przecież Jezus mówił do Niego po prostu „Abba – Ojcze…” to zresztą odnosi się też do teologii.</p>
<p>Święty Efrem, ojciec Kościoła Syryjskiego, bliski mi gdyż pisał wiersze i to po aramejsku, więc w języku Jezusa, uważał, że to całe gadanie teologiczne, w którym celowała szczególnie grecko-rzymska odmiana chrześcijaństwa, jest okropnie dalekie od ujęcia istoty sprawy, której nie da się wyrazić inaczej jak poezją. Przecież Chrystus używał przypowieści, metafor, porównań. Tylko więc poezja, mówił Efrem, jej język, jest w stanie zbliżyć nas do istoty Boga.</p>
<p>To jest wielkie zadanie dla poetów! Teologów trzeba szanować ale poezję trzeba pisać nie oglądając się na nich! Tylko ona potrafi celnie wyrazić paradoks wcielenia.</p>
<p><em>– Albo zachwyt nad przejawami działania Stwórcy. </em></p>
<p><em>– </em>Tak. Jakąż poezją jest opinia jednego z kardynałów na temat Chusty z Manopello: „Popatrzyłem na Jego twarz i kiedy będę już poza życiem, to bardzo łatwo Go rozpoznam”! Ba! Poezją jest sama ta przezroczysta chusta z bisioru, nałożona na całun pogrzebowy Jezusa, na której w niewytłumaczalny sposób pojawił się Jego wizerunek z otwartymi oczyma, jakby w zdziwieniu zmartwychwstania. Tak to widzę. I dzięki temu inaczej wierzę, choć wiem, że widzę niedoskonale. Piszę więc czasem poezję, by sobie siebie i Jego tłumaczyć….</p>
<p><em>– „Piszmy na miarę tego, co dźwigamy” – radził młodemu poecie ks. Janusz Pasierb – „Do szafy wstaw koturny na kołku powieś wieniec / podejmij skromną służbę / Poezja twoja może być lusterkiem / latarką kieszonkową podręcznym atlasem, książką do nabożeństwa, jeżeliś wierzący / dla kogoś kto samotny może się okaże / błyskiem przyjaznej dłoni zza firanki”.</em></p>
<p>– Tak, to wielka, bardzo ważna poezja. Zawsze kiedy czytam wiersze księży, myślę jak im trudno pisać o Bogu. Grzeszni i niedoskonali jak wszyscy, sprawują wszakże Eucharystię, a to wielkie zobowiązanie świadczenia o Chrystusie. Pasierb to umiał. Sięgał głęboko, a czasami jest szaleństwem sięganie głęboko, ale byli tacy… zdarzało się to Mickiewiczowi, zdarzało się Miłoszowi i to w sposób zdumiewający. Na starość coraz bardziej zdejmował maskę literatury, stawał się bliższy sobie i pytał, ciągle pytał.</p>
<p>Myślę, że Bóg lubi jak Go pytamy. I mam nadzieję, że za prawdziwe wątpliwości, dopukiwania, poszukiwania, jakoś wiele rzeczy będzie nam odpuszczone.</p>
<p><em>– „Ty mnie wyłowisz z ciemnego milczenia / Niby kropelkę z wody zapomnienia / Na Twojej ręce znów będę jedyny/ Po to dobyty z najdalszej głębin y/ Abym się z Tobą kłócił, godził, gadał / Abym się w ogniach przed Tobą spowiadał / Abym się w łzę przetopił, której nie odrzucisz / w bezimienności morze. A do siebie wrócisz”…</em></p>
<p><em>– </em>No tak, tak, wiersz z tomu „Nie proszę o wielkie znaki”…. sądzę, że te trzydzieści lat temu moja poezja była o wiele mądrzejsza od mojego myślenia, że tak powiem – cywilnego. Zacząłem doceniać wartość modlitwy. Zmaganie się o nią daje pewnego rodzaju otwarcie na siebie.</p>
<p><em>– I chyba na siebie nawzajem. Może wtedy łatwiej podzielić się opłatkiem. Więc jak Pan pisze: „Zejdźmy się jak na Wilię. Razem podzielimy / Nasz strach strapienie niejasność zwątpienie </em>(…) <em>co najbardziej boli….”</em></p>
<p><em>–</em>…bo „to co we mnie umiera to w innym / Być może jeszcze żyje. A co w nim umiera / To we mnie jak w Betlejem zrodziło się teraz”. Najstraszliwszą jest wigilia samotna, chociaż On wtedy też przychodzi. Zejdźmy się… ludzie ciągle mnie zapraszają i proszą o ten wiersz. Napisałem go dawno, jak zaczynała się nasza niepodległość i właściwie wbrew sobie.</p>
<p>Dziś dla nas, Polaków, podstawowym pytaniem jest, czy my naprawdę będziemy umieli się przełamać opłatkiem, czy nie? To pytanie pozareligijne, lecz pytanie o jakość i rodzaj istnienia narodowego i społecznego. Czy łamanie się opłatkiem pozostanie tylko konwencją?</p>
<p>Jeżeli tak, to niedobrze będzie z nami.</p>
<p><strong>Ernest Bryll,</strong> ur. <a title="1935" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/1935">1935</a>, poeta, pisarz, autor tekstów piosenek, dziennikarz, tłumacz i krytyk filmowy, dyplomata.</p>
<p><strong>Marcin J. Witan</strong><strong>,</strong> dziennikarz Polskiego Radia.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/12/05/zglebiac-prawde-o-bliskosci-boga/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/12/05/zglebiac-prawde-o-bliskosci-boga/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/12/05/zglebiac-prawde-o-bliskosci-boga/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/12/05/zglebiac-prawde-o-bliskosci-boga/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rosyjski stan ducha</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/rosyjski-stan-ducha/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/rosyjski-stan-ducha/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 06 Nov 2010 15:43:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartosz Wieczorek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=776</guid>
		<description><![CDATA[Jacek Hugo-Bader, "W rajskiej dolinie wśród zielska", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, ss. 397.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Jacek Hugo-Bader, &#8222;W rajskiej dolinie wśród zielska&#8221;, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, ss. 397.</strong><em></em></p>
<p><em> </em></p>
<p>Rosja jest w Polsce bardzo mało znana, a dokładniej mówiąc, mamy stereotypowe wyobrażenia o niej, gotowe klisze, którymi się posługujemy, by opisać ten wielki kraj, zwłaszcza przez pryzmat naszych bolesnych wspomnień historycznych. Ta nasza wizja Rosji jest przez to bardzo uproszczona, odbiegająca od prawdy i powodująca często niesprawiedliwe oceny naszego wielkiego sąsiada.</p>
<p>Książka Jacka Hugo-Badera, reportera „Gazety Wyborczej”, wielkiego miłośnika Rosji i byłych krajów Związku Radzieckiego zawiera zbiór jego znakomitych reportaży, głównie z lat 90., zamieszczanych na łamach rodzimej gazety. Zebrane w jedną całość tworzą one pasjonującą, wielobarwną panoramę Rosji i byłych krajów ZSRR, która ukazuje nam przez niesamowite losy ludzkie całą skomplikowaną i tragiczną historię tego obszaru. Bo Hugo-Bader, choć kocha Rosję, to nie retuszuje swoich historii i nie unika opisu najczarniejszych stron jej współczesności.</p>
<p>W obwodzie semipałatyńskim, gdzie funkcjonował poligon atomowy, władze uczyniły z miejscowej ludności „króliki doświadczalnie” – mówi jeden z rozmówców Hugo-Badera. Są rejony w obwodzie, gdzie 85% ludzi ma ciężką anemię. Ludzie, często dzieci, umierają w młodym wieku na raka. <em>Z literatury wiem, że dzieci mogą mieć raka krwi, naczyń limfatycznych, kości, ale na pewno nie tarczycy, macicy czy przewodu pokarmowego&#8230; Teraz już wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych –</em> mówi reporterowi jeden z lekarzy z kliniki onkologicznej.</p>
<p>Dom dziecka, który reporter zwiedza w Kazachstanie, budzi nieodparte wrażenie przedpiekla. Dzieci ubrane w łachmany, ściśnięte na niewielkiej przestrzeni – te, które nie potrafią załatwiać swych potrzeb fizjologicznych, są przywiązywane do specjalnych „urządzeń”. <em>W ubraniach, to znaczy łachmanach, wycięto siedzenia. Gołe tyłki wiszą w dziurach, pod nimi pełne nocniki. Wiją się cały dzień w więzach, wyginają, prężą, napinają. Chcą pobiec, pofrunąć, podrapać się w ucho&#8230;</em></p>
<p>Dominującym nastrojem wśród rozmówców Hugo-Badera jest tęsknota za dawnymi czasami, za krajem, gdzie nie było bezrobotnych, bezdomnych, głodnych, a ludzie bawili się na festynach „Komsomolca”, pili kwas chlebowy, jedli kartofle z chlebem i palili biełomory. Tęsknią za tym i byli generałowi, żyjący z malutkich emerytur, i zwykli ludzie, przyzwyczajeni do systemu, w którym wszystko było poukładane, w którym myślano i działano za nich. Nie chcą swojej dzisiejszej wolności, gdyż kojarzy im się tylko z biedą i rozpadem świata, który znali.</p>
<p>Generał Kucenko, weteran z Afganistanu, jest na tym tle wyjątkiem, ma przekonania demokratyczne. Ale i on nie ma złudzeń. Twierdzi, iż zniewolenie Rosjan w systemie komunistycznym na trwale pozbawiło ich wartości ludzkich i obywatelskich. <em>Ot, widzicie, dlaczego w Rosji wszystko takie zasrane, zarzygane, praca nie jest szanowana, niczego przyzwoicie zrobić nie potrafią. Niewolnicy nie potrafią pracować, bo ich to nie interesuje</em> – mówi generał.</p>
<p>Dymitr Romanowicz, konstruktor radzieckiej podwodnej łodzi atomowej, chluby całej armii, łodzi, która miała być niezatapialna i świadczyć nieustannie o potędze ZSRR, pytany przez reportera o przyczyny zatonięcia łodzi, jako powód podaje rozgildziajstwo<em>. To rosyjski stan ducha, który jest mieszaniną niechlujstwa, obojętności, lenistwa i głupoty. </em>(&#8230;) <em>Przez to giną ludzie, okręty podwodne, spadają samoloty, płoną kopalnie, wybuchają elektrownie atomowe”.</em> Rzeczywiście, liczba zaniedbań, jakie popełniono na „Komsomolcu”, nie da się wytłumaczyć chyba niczym innym.</p>
<p>Nie wszystko jednak w Rosji tak wygląda. Na pewno rozgildziajstwo nie panuje w państwie o nazwie Gazprom, jednej z największych spółek na świecie, która ma własną straż pożarną, banki, satelity, linie kolejowe, własne miasta. W samej służbie bezpieczeństwa Gazpromu pracuje 20 tys. ludzi. W Moskwie spółka dysponuje największym biurowcem w Rosji, mającym 105 tys. m<sup>2 </sup>. Każdy chce oczywiście pracować w Gazpromie. Człowiek pracujący przy wylewaniu betonowych słupów, które wbija się w wieczną zmarzlinę zarabia 2,5 tys. dolarów – piętnaście razy więcej niż średnia rosyjska płaca. Gazprom bardzo dba o swych pracowników, buduje im np. mieszkania, czego od upadku ZSRR nikt już nie robi.</p>
<p>Ale&#8230; No właśnie, w Rosji kryje się prawie zawsze jakieś „ale”. 85 % gazu wydobywanego przez Gazprom pochodzi z Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego, obszaru odpowiadającego Francji i Wielkiej Brytanii razem wziętym. Mieszka na tym terenie tylko 486 tys. ludzi, z czego tylko ok. 7% to rdzenne ludy jak Nieńcy, Chantowie, Mansowie, Komi, z którymi się tu zupełnie nikt nie liczy. Koczują w tundrze, <em>polują na zwierzęta futerkowe, łowią ryby lub siedzą bezczynnie w maleńkich posiołkach i zapijają się na śmierć</em>. Na ich ziemi rządzą przybysze z Rosji, „gazowniki”, którzy rządzą w miejscowej Dumie. Przybysze zniszczyli kulturę tubylców, którzy zmuszeni do życia w kołchozach, wyrwani z tradycyjnego środowiska kulturowego żyją obecnie w nędzy i poniżeniu. Prawie wszyscy nałogowo piją, narkotyzują się, masowo porzucają dzieci, zdarzają się samobójstwa. <em>Niektórzy nazywają to miękkim holokaustem</em> – podsumowuje Hugo-Bader.</p>
<p>Reportaże Hugo-Badera ukazują czytelnikowi z reguły bolesne i ciemne strony życia w Rosji okresu transformacji ustrojowej. Reporter z wielką pasją i darem wczuwania się w losy ludzkie kreśli obraz Rosji, jakiej nie znamy i nigdy byśmy nie poznali. Rozumiemy przez to lepiej samą Rosję i z innym nastawieniem możemy podchodzić do obiegowych, nadto uproszczonych opinii na jej temat.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/rosyjski-stan-ducha/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/rosyjski-stan-ducha/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/rosyjski-stan-ducha/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/rosyjski-stan-ducha/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bunt, wolność, absurd</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/bunt-wolnosc-absurd/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/bunt-wolnosc-absurd/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 06 Nov 2010 15:37:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jerzy Klechta</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=770</guid>
		<description><![CDATA[Uznany pisarz, moralista. Po wydaniu „Mitu Syzyfa” i „Obcego” zaczęto uważać go za twórcę poematów filozoficznych. Czy Albert Camus był filozofem? Unikał zakwalifikowania do jakiejkolwiek formacji. Zmarł 60 lat temu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Uznany pisarz, moralista. Po wydaniu „Mitu Syzyfa” i „Obcego” zaczęto uważać go za twórcę poematów filozoficznych. Czy Albert Camus był filozofem? Unikał zakwalifikowania do jakiejkolwiek formacji.<br />
</strong></p>
<p>60 lat temu umarł Albert Camus – pisarz i moralista. W 1957 r., w wieku 44 lat otrzymał literacką Nagrodę Nobla. W Polsce, dla pokolenia Października 56’ był ikoną, duchowym guru. Jego twórczość – literacka i filozoficzna, ściśle ze sobą zespolone – nadal pozostaje drogowskazem, jak żyć godnie, zgodnie ze swoim sumieniem, jak, buntując się zdobywać wolność, jak wobec czy raczej mimo absurdu ludzkiej egzystencji zachować siłę, nadzieję i być konsekwentnym w tym uciążliwym, ale przecież koniecznym marszu na szczyt góry. Najpierw został nauczycielem, był zaangażowanym dziennikarzem, pasjonował się piłką nożną (gruźlica nie pozwalała mu na fizyczny wysiłek), kochał kobiety, teatr, morze, na pytanie o dziesięć najważniejszych słów wymienił: <em>Świat, cierpienie, ziemia, matka, ludzie, pustynia, honor, bieda, lato, morze.</em></p>
<p>***</p>
<p>Urodził się<strong> </strong>w biednej dzielnicy Algieru, w jednopiętrowym domu w Belcourt, mieszkał z półgłuchą i upośledzoną w mowie matką, babką, starszym bratem i wujem. Jedną z książek podarowanych matce zadedykował: <em>Tobie, która nigdy nie będziesz mogła przeczytać tej książki. </em>Była analfabetką. Ojciec, ranny w bitwie nad Marną podczas I wojny światowej, wkrótce zmarł. Matka pracowała jako służąca. Dzieciństwo przeżył w biedzie i chorobie. Chorował zresztą całe życie. W ubogich dzielnicach gruźlica była plagą. Przykuty do szpitalnego łóżka ( jako syn bohatera wojennego miał prawo do bezpłatnego leczenia) wyzna, że choroba jest <em>lekiem przeciwko śmierci, przygotowując na nią człowieka. Choroba to prawdziwa nauka, której pierwszym etapem jest rozczulanie się nad sobą. Wspiera ona człowieka w wysiłkach zmierzających do odrzucenia od siebie myśli, że śmierć oznacza koniec wszystkiego. </em></p>
<p>Albert ukończył gimnazjum o profilu filozoficznym. Rozczytywał się w Pascalu. Bóg filozofów wydał mu się daleki od Boga Ewangelii. Zaczęły się rodzić pierwsze wątpliwości, pytania, na które nie ma odpowiedzi. Będzie je stawiał przez całe życie. Ciągłe poszukiwanie, coraz więcej wątpliwości. Wewnętrzny niepokój nie opuści Camusa. Chłonął starożytnych filozofów, coraz częściej sięgał za pióro. Pierwszy wierszyk znalazł się w miesięczniku literackim „Sud”:</p>
<p><em>Słońce już się zniża</em></p>
<p><em>Nocy czas się zbliża</em></p>
<p><em>Ptak łkający czule</em></p>
<p><em>Porę tę zwiastuje</em></p>
<p><em>Życia krótka chwila</em></p>
<p><em>Jak marzenie mija…</em></p>
<p>Podjął studia filozoficzne. Po uzyskaniu licencjatu, by zostać nauczycielem, co zamierzał, musiał przygotować tzw. agrégation. Temat pracy dyplomowej: „Metafizyka chrześcijańska a neoplatonizm; Plotyn i święty Augustyn”. Przymierzu, jakie zawarł ze św. Augustynem, pozostanie wierny. Albert Camus – pisze Olivier Todd, autor monumentalnej biografii pisarza – przejawiał <em>zainteresowanie chrystianizmem pozbawionym… Boga. </em>Był zafascynowany św. Augustynem. Co nie przeszkadzało, że akurat zapisał się partii komunistycznej. Nigdy nie został marksistą. Zapisał się do partii z innych powodów. Niewiadomo nawet, czy czytał Marksa i Engelsa. Ksiąg Lenina także nie znał. Zapisał się do partii co prawda potajemnie, była to jego reakcja na zwycięstwo nazizmu w Niemczech. Wojna domowa w Hiszpanii utwierdziła go w słuszności wyboru, jednak na krótko. Gdy tylko dotarły do Camusa wiadomości o stalinowskich czystkach, zerwał z partią. Żadnych serwitutów, żadnych ustępstw. <em>Pisarz</em> – pisał – <em>nie może mieć nadziei, że pozostanie na boku, oddając się myślom i obrazom, które są mu drogie. Dotychczas taka powściągliwość w ten czy inny sposób była możliwa. Ktoś, kto się zgadzał, często mógł milczeć albo mówić o czym innym. Dziś wszystko się zmieniło i nawet milczenie nabiera niebezpiecznych znaczeń. Odkąd powściągliwość uważana jest za rodzaj wyboru i karana lub chwalona jako wybór, artysta, czy chce tego, czy nie chce, jest powołany. „Powołany” wydaje mi się tu właściwszym słowem niż „zaangażowany”. Nie chodzi bowiem o zaangażowanie dobrowolne, lecz raczej o przymusową służbę wojskową. Każdy artysta znajduje się dziś na galerze epoki.</em></p>
<p>Myśli Plotyna i św. Augustyna systematycznie zgłębiał. Skąd się u niego wzięło to zainteresowanie? Miał przecież powierzchowną wiedzę religijną, greki nie znał i jej nie studiował. Czyżby – jak chcą niektórzy krytycy – czuł więź z mędrcami, tak jak on sam, pochodzącymi z Afryki? Plotyn, św. Augustyn i Camus byli dziećmi świata śródziemnomorskiego. Todd pisze: <em>Intrygują go postacie pokroju Plotyna i świętego Augustyna. Są oni bliżsi jego sercu, umysłowi i ciała niż Kartezjusz, Kant lub Hegel. Plotyn, zwiastujący zmierzch hellenizmu i początek chrześcijaństwa, kontempluje wiekuisty świat dobroci i piękna. Owo poszukiwanie Plotyna to rozrachunki z mistycznym dążeniem do absolutu, co dla chrześcijan oznacza świat pozaziemski, Królestwo Boże. Camus pragnie go na ziemi. Plotyn reprezentuje neoplatonizm, a dla platoników świat realny to świat idei. Camus chciałby pogodzić to, co realne i nierealne, świat zmysłów i świat rozumu.</em></p>
<p>Camus ma zresztą coś wspólnego ze św. Augustynem. Autor „Wyznań” był nie tylko teologiem, nie tylko „akademickim” myślicielem. Święty Augustyn był przede wszystkim moralistą. Podobnie Camus. Święty Augustyn poznał gorzki smak grzechu, Camus poznawał go bezustannie. Obaj doświadczali miłości kobiet. Święty Augustyn prosi Boga: <em>Spraw, bym żył w czystości i nie uległ pokusie.</em> Camus miłości i seksu nie porzucił do końca życia<em>.</em> Dobro i zło – to problem nadrzędny i dla św. Augustyna, i dla Alberta Camusa. Gdy jednak autor „Dżumy” wysoko oceniał pasję św. Augustyna w jego poszukiwaniu cnoty i miłości, to nie mógł dać sobie rady z jego koncepcją grzechu (zwłaszcza pierworodnego). Grzech w nauczaniu Kościoła był dla Camusa czymś niepojętym. Tak jak niepojęty dla pisarza był sam Bóg. Dlatego nie mógł zgodzić się ze św. Augustynem, gdy ten uczył, że <em>człowiek staje się wolny, zaznając łaski Boga</em>. Camus pragnął, by system sprawiedliwości na tym świecie stworzył religię, ale bez Boga. Chrystianizmem – studiując dzieła św. Augustyna – interesował się i poznawał go, ale miał to być chrystianizm wykluczający Boga. Camus wykluczał Boga, ponieważ w niego nie wierzył. Jednak ciągle żył w nim – pisał w „Notatnikach” – <em>ten religijny niepokój.</em> Nie widział potrzeby, by się nawracać. Co nie przeszkadzało mu, w latach młodzieńczych, widzieć w chrześcijaństwie to, co widział w nim św. Augustyn. Głosił pochwałę chrześcijaństwa, które było <em>jedyną wspólną nadzieją i jedynym skutecznym puklerzem chroniącym Zachód od nieszczęść, jakie nań czyhały.</em></p>
<p>***</p>
<p>Gdy zerwał z komunizmem, odrzucił owe tkwiące w nim <em>łaknienie nicości,</em> oddał się <em>miłości życia</em> (to także tytuł jednej z jego noweli). Pozostał wierny św. Augustynowi, gdy pisał: <em>Każda napotkana istota, każdy zapach tej ulicy, wszystko to jest dla mnie pretekstem, by kochać bez granic.</em> Od polityki uwolniła go literatura, w „Notatnikach” zapisał: <em>Ci, co mają w sobie wielkość, nie zajmują się polityką.</em> Nigdy nie opuścił człowieka, Camus chciał chronić każdego przed fatalizmem historii.<em> </em>We wrogim świecie człowiek działa samotnie i<em> jest sam wobec losu, który tylko on tworzy i który odnajduje.</em> Jednostka potrzebuje obrony przed światem polityków, przed ich knowaniami, wciąganiem w idiotyczne gry i zabawy.<em> </em></p>
<p>Polem, na którym uprawiał swoją „politykę” było dziennikarstwo. Do pracy w ambitnym, niekonformistycznym, nisko nakładowym dzienniku „Alger républicain”, wciągnął go dziennikarz, poeta, przyjaciel Pascal Pia (zadedykował mu „Mit Syzyfa”). Był rok 1937. W Hiszpanii trwała wojna domowa, nad Europą zawisła brunatna ideologia nazizmu, w Algierii, której los był tak bliski Camusowi, coraz częściej dochodziło do ucisku i prześladowań, na farmach bogatych Francuzów w nieludzkich warunkach pracowali algierscy robotnicy rolni. Camus uznał, że na dziennikarskich polu będzie mógł skutecznie walczyć o człowieka, o jego prawa i godność. Ulubionym jego gatunkiem były listy otwarte. W ten sposób z drażliwymi, konkretnymi sprawami docierał bezpośrednio do przedstawicieli władzy i opinii publicznej. Niekiedy przynosiło to efekty. Pracował w kilku czasopismach. Najważniejsza była praca w „Combat” – pismo docierało do środowisk intelektualnych i studenckich. Pierwszy artykuł Camus ogłosił w nim kilka dni po wybuchu paryskiego zrywu antyhitlerowskiego, w sierpniu 1944 r.: <em>W sierpniowej nocy Paryż bije ze wszystkiej broni. W ogromniej dekoracji z kamienia i wody, wokół rzeki, której fale ciężkie są od historii, raz jeszcze wzniesiono barykady wolności. Raz jeszcze sprawiedliwość trzeba okupić krwią ludzi. </em>Artykuły wstępne w „Combat” publikował do 1948 r. Jego walczące teksty – zauważa Joanna Guze – mówią o przeszłości, żądającej świadectwa, teraźniejszości i o przyszłości, która wynika z przeszłości i dnia dzisiejszego. We wszystkim, co robił, czy wówczas, gdy parał się dziennikarstwem, teatrem czy literaturą, godność człowieka miała dla niego miarę najwyższą. Żyć godnie! Oto sens życia! Nawet tzw. postawa patriotyczna niewiele znaczy. Samo wymachiwanie szabelką – nie wystarcza. <em>Trzeba było jeszcze owej delikatności serca, w którym wstręt budzi wszelkie paktowanie, i dumy, która jest wadą w pojęciu mieszczańskim; wreszcie zdolności powiedzenia: nie.</em></p>
<p>***</p>
<p>Pasją Alberta Camusa był teatr. W 1936 r. założył Théâtre de Travail, w którym pełnił wszystkie funkcje – od reżysera, autora po aktora. Był to teatr młodych intelektualistów, jak on zapaleńców. Ten zapał nigdy nie opuści autora „Dżumy”. <em>Dlaczego teatr?</em> – pisał na rok przed śmiercią. – <em>Sam siebie często o to zapytywałem. I jedyna moja odpowiedź, aż po dziś, jest zniechęcająco banalna: po prostu dlatego, że teatralna scena to jedno z tych miejsc świata, gdzie jestem szczęśliwy. </em>Aktorce Catherinie Sellers tłumaczył, że teatr jest najbardziej uniwersalną formą literatury, najbardziej wzniosłą. <em>Lubię ten zawód</em> – mówił o reżyserii – <em>zmusza mnie nie tylko do analizy psychologii bohaterów, lecz również do podjęcia decyzji, w jakim miejscu ustawić lampę lub doniczkę z pelargonią, jaki powinien być stopień chropowatości tkaniny czy też ciężar i wzór kasetonu, który ma być umocowany nad sceną…to wyjątkowa sztuka mająca swoje prawa, cechy i niepowtarzalny głos. </em></p>
<p>Na krótko przed śmiercią podjął się adaptacji „Requiem dla zakonnicy” Williama Faulknera. Stylem amerykańskiego pisarza był zachwycony: <em>To styl pulsujący, to pulsujące cierpienie w najczystszej postaci.</em> W bohaterach tej powieści Camus widział ludzi rozdartych między odpowiedzialnością a przeznaczeniem. W przedstawieniu podkreślił aspekty religijne. Skąd u tego „niedowiarka” ten religijny akcent? Mówił, że jest niewierzący, lecz ważny był dla niego dialog między ateistami i ludźmi wierzącymi. Aby dyskutować o Bogu, wierze i religii zapraszał do siebie ks. Altermanna, znanego teologa, działacza stowarzyszeń katolickich, działających przy arcybiskupstwie paryskim. <em>To prawda, nie wierzę w Boga. Ale też nie jestem ateistą. Byłbym nawet skłonny zgodzić się z Benjaminem Constantem, który uważa brak religii za coś prostackiego.</em> Gdy zajmował się egzystencjalizmem (aczkolwiek odżegnywał się od przynależności do tego nurtu), dostrzegł w nim pierwiastki religijne. Oczywiście nie w egzystencjalizmie ateistycznym Heideggera, Husserla i Sartre`a, lecz u Japsersa i Kierkegaarda – obaj, odrzucając racjonalizm, oparli się na idei Boga. Jego najgłośniejsza powieść, „Dżuma”, uważana była przez wielu za niechrześcijańską. A przecież to jezuita Paneloux, powołując się na św. Augustyna, zabiera w niej znaczący głos. Camus pisał w „Notatnikach”: <em>Jedyny wielki umysł chrześcijański, który potrafił spojrzeć w twarz problemowi zła, to święty Augustyn. Wywiódł stąd swoje straszliwe „nemo bonus”. Odtąd chrystianizm dawał tylko prowizoryczne rozwiązania. </em></p>
<p>Po studiach filozoficznych, po króciutkim stażu nauczycielskim, po epizodzie z partią, po doświadczeniach dziennikarskich, pierwszym flircie z teatrem, Albert Camus coraz częściej zaczął sięgać po pióro – to literackie. Narzucił sobie dyscyplinę, własną koncepcję ascezy, precyzyjną, od świtu do zmierzchu. Jest niezbędna, jeśli chce się coś osiągnąć w pracy twórczej. Nie chciał być niewolnikiem środowiskowych zależności, niewolnikiem czyimkolwiek i czegokolwiek. W „Notatnikach” pisał: <em>Stąd absolutna konieczność złożenia dowodu czystości… miesiąc ascezy we wszystkich rozumieniach.</em></p>
<p><em>Czystość seksualna.</em></p>
<p><em>Czystość myśli – nie pozwolić pragnieniom się błąkać, myśli rozpraszać.</em></p>
<p><em>Jeden temat – stały – medytacji – odrzucić resztę.</em></p>
<p><em>Praca o określonych godzinach, ciągle, bez słabnięć, itd. itd. (asceza moralna również).</em></p>
<p>W kodeksie Camusa czytamy: <em>Należy działać, pisać i żyć! </em>Gdy wybuchła wojna, natychmiast stanął, ze swoimi chorymi płucami, przed wojskową komisją lekarską. Miał nadzieję, że w obliczu hitlerowskiego zagrożenia każdy żołnierz będzie na wagę złota i że zostanie przyjęty do armii. Nic z tego. Ponawiał próby bezskutecznie kilka razy, zabiegał o przyjęcie choćby do oddziałów pomocniczych. Odmowy bardzo go bolały. Francja w pierwszych miesiącach II wojny światowej czuła się po prostu silna i chuderlaków nie potrzebowała. Camus przystąpił więc do podziemnego ruchu oporu. W pierwszych miesiącach wojny pracował w redakcji „Le soir<em> </em>républicain”, walczył z cenzurą, na wojskową przystawał, na „cenzurę umysłów” nie zgodził się nigdy. Francuscy intelektualiści i dziennikarze mędrkowali, Camus pisał wprost: należy uchronić świat przed nazizmem oraz uwolnić Niemcy od tej plagi. I wołał: <em>Pierwszą rzeczą jest nie rozpaczać. Nie słuchajmy tych, co mówią o końcu świata.</em> Gdy wybuchła wojna miał 26 lat. Zaledwie tyle, czy aż tyle, skoro jak mędrzec nakazał sobie: <em>Poprzysiąc, by w tym, co najmniej szlachetne, postępować najbardziej szlachetnie.</em> Wojenna rzeczywistość narzucała jednak uciążliwe rygory. Aby się z nich wyzwolić, Camus wkroczył w świat egzystencjalnych refleksji. Koncepcja najważniejszego eseju w jego twórczości, „Mitu Syzyfa”, dojrzewała cztery lata. Skończył jego pisanie w 1940 r. W końcowych zdaniach eseju znajdujemy Camusowy klucz do zrozumienia losu człowieka: <em>Przeświadczony o ludzkim początku wszystkiego, co ludzkie, ślepiec, który chce widzieć, a wie, że nie ma końca ciemnościom, nie ustaje nigdy. Kamień toczy się znowu. Zostawiam Syzyfa u stóp góry. Człowiek zawsze odnajdzie swój ciężar. Syzyf uczy go wierności wyższej, tej która neguje bogów i podnosi kamienie. On także mówi, że wszystko jest dobre. Świat bez władcy nie wydaje mu się ani jałowy, ani przemijający. Każda z cząstek kamienia, każdy poblask minerału w tej górze pełnej nocy same w sobie tworzą świat. Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym.</em></p>
<p>W „Obcym” również absurd rządzi światem. W tej powieści widać wpływy Kafki, zwłaszcza w drugiej części: śledztwo, proces, cela więzienia – to precyzyjnie działający mechanizm absurdu. Wydawca Pascal Pia i pisarz André Malraux nie kryli zachwytu. Pia po lekturze „Obcego”, którego czytał jako pierwszy, w rękopisie, tak zdefiniował etykę Camusa: <em>Dla osoby, która wie, że analizował Pan absurd z filozoficznego punktu widzenia, obrana przez Pana droga jest oczywista. Niestety rzadko się zdarza, by studia na Sorbonie czy innym uniwersytecie zaowocowały wielkim dziełem… Szczerze podziwiam Pańskie mistrzostwo.</em> Celującą recenzję (choć z drobnymi uwagami) napisał André Malraux, rekomendując konieczność jednoczesnego wydania „Obcego” i „Mitu Syzyfa”. W liście do Camusa pisał: <em>Dzięki tym dwóm książkom zaliczać się Pan będzie do współczesnych pisarzy, którzy mają coś do powiedzenia… takich pisarzy nie ma zbyt wielu. </em>(…) <em>uprawia Pan coś w rodzaju etyki absurdu. Pozostaje stworzyć tego psychologię.</em> Camus nie krył, jak cenił zdanie Malraux, nie zmieniło to jednak jego stanu ducha, nie słabł, ciągle w nim obecny ów wewnętrzny niepokój sięgał do samego dna absurdu, skarżył się na samotność. W „Notatnikach”:<em> Szaleństwo zatracenia się i zaprzeczenia wszystkiemu – nie być podobnym do czegokolwiek, złamać na zawsze to, co nas określa, teraźniejszości ofiarować samotność i nicość, odnaleźć jedyne miejsce, gdzie losy mogą nagle zacząć się od nowa. Pokusa jest nieustająca. Być jej posłusznym czy odrzucić ją? Czy opętanie dziełem można wtłoczyć w to szemrzące życie, czy też, na odwrót, trzeba, by życie mu dorównało, słuchać błyskawicy? Piękno, moja troska najgorsza – razem z wolnością.</em></p>
<p>„Obcy” i „Mit Syzyfa” ukazały się, gdy Europa znajdowała się w mrokach wojennego okrucieństwa. Był 1942 r. Wiek XX stawał się wiekiem totalitaryzmów. Tym żywiej biło jego serce. Nie było w nim miejsca na monotonię, na bezruch. Najwięksi tworzyli największe dzieła, gdy panował niepokój, strach, narody się wyrzynały i wydawało się, że to już koniec świata. Na półce lektur Camusa leżał „Hamlet” Szekspira, Montaigne, Pascal, Nietzsche, biblijne proroctwa, księgi hinduskie, Budda i Koran. Przez długi czas nie mógł odżałować, że na skutek częstych przeprowadzek zdekompletowana została seria dwunastu tomów pism św. Tomasza z Akwinu. W kolaboranckim, antysemickim reżimie Vichy widział podłość, czekał na moment, by winnych sprawiedliwie osądzić bez przebaczania. Na tchórzostwo patrzył z pogardą. <em>Zawsze znajdzie się jakaś filozofia, by usprawiedliwić brak odwagi.</em> <em>Ale nawet</em> <em>w naszym wygnaniu</em> <em>jest światło. Zachęca umysł, by nie odrzucać wszystkich swych sprzeczności i negacji, lecz uczynić z nich zasadę postępu.</em> Camus ciągle przypominał, że istnieją takie wartości, jak wierność i zaufanie. W notatkach, w listach do bliskich pisał o sobie, że popełnia wiele głupstw, które nikogo nie uszczęśliwiają, <em>ani innych, ani mnie… jednak dochowuję wierności przyjaciołom… to jedyny luksus, na jaki można sobie obecnie pozwolić.</em></p>
<p>„Obcy” ukazał się przed „Mitem Syzyfa”. Pierwszy nakład „Obcego” liczył 4400 egzemplarzy.<em> </em>Camus pragnął, by czytano jego książki, to jest zrozumiałe, jednak wahał się, czy powinien publikować, skoro we Francji gen. Pétaina niektórzy pisarze, głównie Żydzi, byli zakazani. Ataki gruźlicy wracały z coraz większą siłą. Nieraz tygodniami spędzał czas w łóżku. Miał świadomość przemijania, śmierci. Nigdy nie dawał za wygraną. To było jego credo. Nie popadać w zwątpienie, w nicość, nijakość. W „Notatnikach” pisał: <em>Nie ma wolności dla człowieka, jak długo nie pokonał strachu przed śmiercią. Ale nie przed samobójstwem. Zwyciężyć to nie znaczy ustać. Móc umrzeć z podniesionym czołem, bez goryczy.</em></p>
<p>Został już uznanym pisarzem, był moralistą. Po wydaniu „Mitu Syzyfa” i „Obcego” zaczęto uważać go za twórcę poematów filozoficznych. Czy Camus był filozofem? Unikał zakwalifikowania do jakiejkolwiek formacji. Aczkolwiek jego tezy i poglądy na dobre zadomowiły się w filozofii politycznej. <em>Wydaje mi się –</em> pisał – <em>że pisarz nie powinien przymykać oczu na dramaty jego czasów i że gdy tylko może, powinien w sprawach tego świata zajmować wyraźne stanowisko. Czasami jednak winien również zachować pewien dystans w stosunku do rozgrywającej się na naszych oczach historii. </em>Filozofem w rozumieniu Platona, Kanta czy Hegla nie był. Był pisarzem moralistą, w którego twórczości etyka zajmowała ważną pozycję. Pragnął zlaicyzować nakazy ewangeliczne. Nie wierząc w Boga, odczytał Ewangelię po swojemu. Kodeks postępowania przedstawiał w utworach. Jednak nie uzurpował sobie roli przewodnika. Nie z braku pewności. Raczej z pokory, którą noszą w sobie najwięksi. Pokory wobec ostatecznych pytań i sądów. Uważał, że pisarz <em>może ludziom pomagać jedynie poprzez swoje utwory. Nie ma prawa uważać się za przewodnika sumień. Nie jest to kapitulacja, lecz raczej realna ocena własnych możliwości.</em></p>
<p>***</p>
<p>W 1945 r. Camus został ojcem bliźniąt – Catherine i Jeana. Pracował nad „Dżumą”, która ukazała się w 1947 r. Ta powieść – moralitet, przyniosła mu światową sławę. Wszystko bywa absurdalne, świat staje do góry nogami, wszystko się wali, wszyscy umierają bez wyjątku: dzieci, starcy, zbrodniarze, bohaterowie. Jak się bronić przed absurdem? Obrona nie ma sensu, gdyż jesteśmy skazani na absurd. Absurd to jednak nie zło. To konieczność. Ale nie wolno godzić się na zło. Nie wolno godzić się na żaden jego przejaw, nawet najdrobniejszy. Czy zło można pokonać? Ludzie – pisał Camus –<em> są wyczerpani złem albo zrezygnowani, co na jedno wychodzi. Tyle tylko, że nie mogą już znieść kłamstw na ten temat.</em> Zła niczym nie można usprawiedliwić. Ani rozumem, ani sercem. Nawet jeśli dżumy nie da się pokonać, nawet jeśli nie da się zwyciężyć w ludożerczej wojnie, nie znaczy to, że należy przystać do wroga. Na naszym świecie są zarazy i ofiary. <em>W miarę możliwości nie należy być po stronie zarazy.</em> To wszystko, aż wszystko.</p>
<p>Camus wygłosił prelekcję dla dominikanów (grudzień 1946). Był na niej obecny amerykański pisarz Julien Green, katolik. Dał następujące świadectwo o Camusie: <em>Mimo że chory i wyraźnie zmęczony, sposób, w jaki przemawia, porusza mnie do głębi. Mówi o tym, czego oczekuje się od francuskich katolików w 1946 r. Jest wzruszający, przy czym wcale nie sili się na elokwencję. Sprawia to jego szczerość. Mówi szybko, prostymi zdaniami, zagląda do notatek. Ma bladą twarz, smutne spojrzenie, smutny jest też jego uśmiech. Po skończonej prelekcji ojciec Maydieu pyta mnie, czy chciałbym coś powiedzieć. Daję znak, że nie… Kilku słuchaczy zadaje pytania, czyniąc to tak niezręcznie, że lepiej by już było, aby się w ogóle nie odzywali. Jeden z nich, były rewolucjonista o naiwnym spojrzeniu, stwierdza coś, co wprawia wszystkich w osłupienie: „Panie Camus, ja doznałem łaski, a pan nie – mówię to z całą pokorą”. Jedyną odpowiedzią Camusa był ten jego smutny uśmiech… choć później oświadczył: „Jestem pańskim świętym Augustynem przed nawróceniem się. Walczę z problemem zła, nie mogąc sobie z tym poradzić”. </em></p>
<p>„Dżuma” ukazała się po wojnie, pracował nad nią, gdy przebywał w okupowanej Francji (1942-1943). „Dżuma” to nie tylko okrucieństwo nazistowskie, ona może być wszędzie. Tam, gdzie terror, wygnanie, lochy więzienne, cierpienie, śmierć, tam, gdzie władzę obejmuje zło. Camus pisał w liście do pani Rioux: <em>„Dżumę” można interpretować na trzy sposoby. Jest ona jednocześnie relacją o epidemii, symbolem okupacji nazistowskiej (nawiązuje zresztą do wszelkich reżimów totalitarnych), wreszcie konkretną ilustracją pewnego problemu filozoficznego, a mianowicie zła. </em>Camusa przestało interesować bohaterstwo i świętość. Chciał wiedzieć więcej: Jak być człowiekiem? Świata nie da się zrozumieć. Trzeba się zatem zająć człowiekiem.</p>
<p>Działając w ruchu oporu, Camus otrzymał fałszywe papiery na nazwisko Albert Mathé. W „Dżumie” ci, którzy walczą z zarazą, nie są przedstawiani jako bohaterzy. Oni „tylko” walczą. Camus nie wynosił swojego udział w podziemiu do bohaterskiego wyczynu. Nie uczestniczył w akcjach bojowych, pełnił rolę skrzynki kontaktowej, ale i tak spośród innych pisarzy i intelektualistów zapisał najbardziej aktywną kartę. Rwał się do działania, robił to, na co mu pozwalano. W „Dżumie”, gdy zaraza się skończyła, ci, którzy ją przeżyli, wrócili do swoich zajęć. Tłum wyszedł na ulicę świętować koniec nieszczęścia i wyzwolenie. Francuzi podczas wojny – nie umniejszając postawy członków ruchu oporu – na ogół kryli się po kątach. Gdy gen. Charles de Gaulle wkraczał do wyzwolonego Paryż, witano go kwiatami i owacyjnie. Paryżanie czuli się zwycięzcami. Camus zachowywał się jak narrator, doktor Rieux z jego książki: <em>Radość jest zawsze zagrożona. Wiedział bowiem to, czego nie wiedział ten radosny tłum i co można przeczytać w książkach, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, że czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustach i w papierach, i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście.</em></p>
<p>***</p>
<p>Camus był mężczyzną przystojnym, o smutnym spojrzeniu, tajemniczym głosie, podobał się kobietom. W „Notatnikach” znajdujemy taki zapis:<em> Seks prowadzi donikąd. Nie chodzi o moralność, ale o nieproduktywność. Można mu ulegać, porzucając twórczość. Tylko z czystością łączy się rozwój osobisty. Seks daje zwycięstwo, ale tylko wolny od imperatywów moralnych. Rychło jednak staje się klęską – i jedynym zwycięstwem jest kolejne zwycięstwo nad nim: czystość…Rozkiełzany seksualizm prowadzi do filozofii nieznaczenia. Czystość, na odwrót, przywraca światu sens. </em>Nie są to jedyne jego notatki o seksie. Czy dlatego tyle uwagi mu poświęcał, że był jego niewolnikiem? Będąc w związku z jedną kobietą, pisał do drugiej: <em>Nawet jeśli nie mam racji i nawet jeśli cierpisz, cóż obchodzi Cię cała reszta. Nie widzę w tej sytuacji niczego uwłaczającego, ponieważ ani Ty, ani ja nie zachowywaliśmy się niestosownie. Zresztą nawet gdyby ludzie tak uważali, doskonale wiemy, że tak nie było. Wiesz również to, że jeśli o nas chodzi, niczego nie zdążyliśmy zepsuć. Nie widzę w tym żadnego absurdu, byś do mnie pisała, odwiedziła mnie, zadzwoniła do mnie czy spojrzała na mnie czule… </em>Sama rozmowa z kobietą sprawiała mu przyjemność. Wolał rozmawiać z kobietami niż z mężczyznami. Matka była dla niego całym światem. Ojca nie znał. Nie był wiernym kochankiem, sam zaś wyrzucał kobietom niewierność nawet wówczas, gdy się zaledwie zdrady domyślał. Pisał o zagrożeniach seksu dla pisarza, dla twórcy, dla rozwoju osobistego, który łączy się tylko z czystością, jednocześnie sam stosunki seksualne z kobietami traktował dość nonszalancko. Przyjaciele uważali, że kolekcjonuje kobiety. Piękna Simone Hié, obracająca się w środowisku artystycznym, długo opierała się urokowi Camusa. Została jego pierwszą żoną. W tym samym czasie obdarzał uczuciami dwie kobiety, Yvonne i Francine. W liście do Yvonne pisał: <em>Prawdopodobnie zmarnuję sobie życie, jeśli rozumieć je w potocznym tego słowa znaczeniu. Mam na myśli ewentualny ożenek z F., chyba że ona się na to nie zgodzi. Już od dawna nie dostaję od niej żadnych wiadomości… tak bardzo chciałbym Cię pocałować, a równocześnie odejść… będę igrał z losem, by ponieść porażkę: to właśnie usiłowałem Ci powiedzieć.</em> Drugą jego żoną została Francine Faure. Camus pisał: <em>Pozwólmy działać absurdalnemu bożkowi, który jest dokładny i elegancki, nieco ironiczny i strasznie szybki, kiedy uderza. Jego religia polega na tym, by nie starać się unikać ciosów, lecz umieć je przyjmować. </em></p>
<p>***</p>
<p>Camus w sferach paryskich intelektualistów był postacią powszechnie znaną. Po II wojnie światowej Paryż jeszcze przez kilka lat, kontynuował przedwojenny status kulturalnej stolicy świata. Kawiarnie zamieniły się w miejsce gorących dysput. Prowadzili je Albert Camus, Jean-Paul Sartre i jego towarzyszka życia Simone de Beauvoir. Jadali wspólnie obiady, pili wino do późnych godzin nocnych, w La Rose rouge słuchali śpiewu Juliette Gréco. Sceptycyzm Camusa odbierali jako cynizm. Różnili się w poglądach na wiele tematów. Sartre i Simone de Beauvoir wyznawali radosny ateizm. Camusowa niewiara była wyrazem niepokoju i bezradności. Sartre – powiedzieć można – był prostackim ateistą, odrzucał Boga jako przeżytek i burżuazyjny skansen. Camus toczył ciągły spór z Bogiem, czy raczej o Boga, albo przeciwko Niemu. Dał tego wyraz „Dżumie”, w postaciach doktora i jezuity. Camusa interesuje przede wszystkim cierpienie człowieka. Ono jest odbiciem jego stosunku do Boga. W „Notatnikach” pisał: <em>Sens mojego dzieła: tylu ludzi jest pozbawionych łaski. Jak żyć bez łaski? Trzeba na to przystać i uczynić, czego nie uczynił chrystianizm: zająć się potępionymi.</em></p>
<p>Ostatecznie Camusa i Sartre’a poróżni stosunek do stalinizmu. Sartre uważał, że jeśli ktoś z jakiegokolwiek powodu nie popiera Związku Sowieckiego, nie może zasiadać w gronie ludzi postępowych. Camus zatem został wykluczony. Sartre nie przebierał w słowach, uchodził za króla intelektualistów, z jego opinią liczyła się intelektualna stolica świata. Sartre w czasie wojny nie pojawił w ruchu oporu się. Natomiast po wojnie należał do najbardziej żarliwych lustratorów. Ponieważ wśród francuskich literatów i artystów przeważali kolaboranci, Sartre miał pole do popisu. Camus, który działał w ruchu oporu, był ostrożny w ferowaniu wyroków.<strong> </strong>François Mauriac (również działacz ruchu oporu) po wojnie głosił hasło pojednania Francuzów. Tych, którzy kolaborowali z hitlerowcami, z tymi, którzy działali w podziemiu. Jako chrześcijanin domagał się przebaczenia kolaborantom. Camus przeciwstawił się miłosierdziu, apelując o sprawiedliwość. Odrzucał miłosierdzie na tamtym, dla niego jako niewierzącego, nieistniejącym świecie. Domagał się sprawiedliwości tu, na ziemi. Polemika wierzącego z ateistą rozgorzała na łamach powojennej prasy francuskiej. Camus opowiedział się nawet za karą śmierci. Jednak, gdy przyszło do konkretnych działań, podpisał się pod listem o ułaskawienie pisarza Roberta Brasillacha (nie kryjąc przy tym odrazy do zdrajcy; ostatecznie Brasillach został stracony, był to we Francji jedyny wyrok śmierci na pisarzu, więcej wyroków wykonano na dziennikarzach). Spór między Camusem a Mauriakiem był sporem między członkami ruchu oporu, każdy z nich miał prawo głosu. Takiego prawa moralnego Sartre nie miał, a wypowiadał się najgłośniej i najbardziej radykalnie.<strong> </strong></p>
<p>Sartre zaskoczył wszystkich wspomnieniem pośmiertnym, pełnym peanów na cześć Camusa. W jednym z wywiadów oświadczył, że łączyło ich wiele, zaś <em>Camus nigdy nie robił mi świństw i ja również mu nie robiłem, </em>co jak wiadomo, w odniesieniu do autora „Muru” było nieprawdą. Sartre był doktrynerem, Camus – wrażliwym na cierpienia człowieka myślicielem. Autorowi „Dżumy” przypisywano pesymizm. Przypisywali mu go chrześcijanie i komuniści. Camus pisał: <em>Powiedziałbym, że na ludzki los patrzę pesymistycznie, natomiast jestem optymistą, co się tyczy człowieka. </em>Wierzącym zazdrościł wiary. Sam musiał się zadowolić tym, co względne. Zasady moralne, tak jak wiedzę – trzeba zdobywać samemu. Camus, żałując, że nie wierzy w Boga, pisał: <em>Bóg był – i jak sądzę jest jedną z szans człowieka, a tym wszystkim, którzy się od niego odwrócili, pozostaje odnalezienie innej drogi, jednakże bez zbytniej pychy i bez zbytnich złudzeń. </em></p>
<p>***</p>
<p>Albert Camus z upływem czasu czuł się coraz bardziej osamotniony. Zabrał się do pisania kolejnej książki. Podjął w niej temat, który zbulwersował opinię. „Człowiek zbuntowany” (książka ukazała się w 1951 r.) – uważa Joanna Guze – to analiza buntu w jego postaci metafizycznej i historycznej, plus relacja: bunt–sztuka. To dzieło w pełnym tego słowa znaczeniu filozoficzne. Camus odżegnywał się od bycia filozofem, sięgał do refleksji literackich, społecznych i politycznych. W „Człowieku zbuntowanym” przekroczył granice, w których dotąd się obracał, przekroczył granicę absurdu. Camus: <em>W obliczu zła i śmierci człowiek całą swoją istotą woła o sprawiedliwość. Chrystianizm historyczny odpowiedział na to wołanie ogłoszeniem królestwa i życia wiecznego, w które trzeba uwierzyć. Cierpienie zużywa nadzieję i wiarę; po czym trwa dalej, bez żadnych już wytłumaczeń. Toteż ludzie pracy, ten tłum, który cierpi i umiera, nie ma boga. Nasze miejsce jest u jego boku, z dala od dawnych i nowych doktorów. Chrystianizm historyczny uleczy od zła i zbrodni poza historią; ale zła i zbrodni doświadcza się w historii. Materializm współczesny, ze swej strony, wyobraża sobie, że daje odpowiedź na wszystkie pytania; ale służąc historii powiększa zbrodnię, wszelkie usprawiedliwienie pozostawiając przyszłości, co także wymaga wiary. W obu przypadkach trzeba czekać, gdy niewinny wciąż umiera. Od dwudziestu wieków suma zła nie zmniejszyła się na świecie.</em></p>
<p>Ani Marks, ani Biblia – tak lakonicznie i trochę na skróty może być skomentowana moralistyka Camusa. A co pozostaje w zamian? Bunt! W 1945 r. napisał artykuł (liczący 15 stron) dla „L`Existence” pt. „Uwagi na temat buntu”. Pytał w nim, kim jest człowiek zbuntowany? Jest nim przede wszystkim człowiek, który potrafi powiedzieć: Nie. Który się nie lęka. Nie jest jednak przy tym człowiekiem, który rezygnuje, zatem umie powiedzieć: Tak<em>. </em>Jeśli człowiek buntuje się przeciwko temu, że czeka go śmierć, jest to naturalne, zrozumiałe. Dzieje człowieka zawsze są niespełnione, a nieśmiertelność złudna. Wszelką negację należy jednak przekuć w afirmację wolności i sprawiedliwości. Ziemski los wzbogacić o bunt.<em> Buntuję się, więc jestem.</em> Camus swoją życiową postawą i w swojej twórczości sięgał do źródeł wartości ludzkiej egzystencji. Wyrażał sprzeciw wobec nieposzanowania godności człowieka. Ponieważ człowiek jest skazany na umieranie i nie może odwrócić swojego losu, ponieważ świat jest absurdalny i człowiek jest w absurdzie zanurzony, ponieważ trucizna zaraża ludzkość, człowiekowi „pozostaje” być absolutem.</p>
<p>Camus proponował bunt twórczy, ozdrowieńczy, bunt, który nie niszczy, <em>bunt nie potrafi obejść się bez pewnego rodzaju miłości. </em>Camus w „Człowieku zbuntowanym”: <em>Ci, co nie znajdują odpoczynku ani w Bogu, ani w historii, chcą żyć dla innych, którym równie jest trudno jak im samym, to znaczy dla upokorzonych…I tak skazańcy katoliccy w więzieniach Hiszpanii odmawiają przyjęcia komunii, ponieważ księża reżimu w pewnych więzieniach wprowadzili przymus komunii. Oni także, opowiadając się z ukrzyżowaną niewinnością, odrzucają zbawienie, jeśli ceną za nie ma być niesprawiedliwość i ucisk. Ta szalona wielkoduszność jest wielkodusznością buntu, który darzy siłą miłości i odrzuca niesprawiedliwość. Bunt, i w tym jego honor, odrzuca wyrachowanie i wszystko podporządkowuje życiu i żyjącym braciom. Oto jego dar dla tych, którzy przyjdą: prawdziwa wielkoduszność wobec przyszłości polega na oddaniu wszystkiego teraźniejszości.</em></p>
<p>W 1956 r. pojawił się, dość nieoczekiwanie „Upadek” – obszerne opowiadanie, ukazujące człowieka w jego dwoistości, zakłamaniu, fałszu. Człowiek z nieposzlakowaną opinią, szlachetny, wspierający potrzebujących, słowem – ideał, pewnej nocy wracając od przyjaciółki, idąc jednym z mostów nad Sekwaną, dostrzegł sylwetkę dziewczyny przechyloną przez balustradę. Ten pod każdym względem dobry, porządny człowiek, niewiadomo czemu minął desperatkę szykującą się do samobójczego czynu. Minął ją bez słowa, nawet nie odwrócił głowy. Za chwilę usłyszał krzyk. A potem zaczęło się dla niego całkiem inne życie. Zobaczył siebie, jakim był w rzeczywistości. Prysł wizerunek człowieka sukcesu, jakbyśmy dziś powiedzieli. Skończyło się harmonijne, chlubne życie. Zakończyło się klęską. Zaczął oskarżać siebie i innych. <em>Żadnych usprawiedliwień, nigdy i dla nikogo… nie uznaję dobrej intencji, szacownej pomyłki, niechcianego kroku, łagodzącej okoliczności. U mnie nie błogosławi się, nie rozdaje rozgrzeszeń. Robi się rachunek, zwyczajnie, i potem: Tyle i tyle. Jest pan człowiekiem zepsutym, lubieżnikiem, mitomanem, pederastą, artystą etc. Tak. Zwięźle i krótko. W filozofii i polityce jestem więc za każdą teorią, która odmawia człowiekowi niewinności, i za każdą praktyką, która traktuje go jak winnego. </em>Jednak Camus rzucił człowiekowi koło ratunkowe. Włożył w jego usta słowa o łaknieniu, pragnieniu łaski: <em>O dziewczyno, skocz raz jeszcze do wody, żebym po raz drugi miał szansę uratować nas oboje!</em></p>
<p>***</p>
<p>W październiku 1957 r. Albert Camus otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Był najmłodszym laureatem, po R. Kiplingu (42 lata). W „Notatnikach” nerwowe uwagi: <em>Nobel. Dziwne uczucie przygnębienia i melancholii. Dwudziestoletni, ubogi, nagi, znałem prawdziwą chwałę. Moja matka. </em>Matka noblisty przebywała w Algierii. Wysłał do niej telegram: <em>Mamo, nigdy mi Ciebie tak bardzo nie brakowało.</em></p>
<p>***</p>
<p>Kończę pisać ten tekst i stwierdzam, że nawet nie dotknąłem sedna Camusowych myśli. Nie ukazałem bohatera absurdalnego, jakim jest Syzyf. Jest nim, czy może być, każdy z nas. Syzyf napina ciało i zaczyna dźwigać kamień, pcha go po stoku, na jego twarzy widać ból i wysiłek. Dłonie obejmują głaz, paznokcie zdają się wbijać w kamień, palce krwawią. Należy zrobić wszystko, by uporać się z ciężarem. I wreszcie cel został osiągnięty. Alleluja! – wołają jedni. Hurra! – krzyczą drudzy. Ale jest to jedynie złuda, nie zwycięstwo. Syzyf za chwilę zobaczy, jak kamień runie w dół. Syzyf żyje w absurdzie. W absurdalnym marszu przez życie. W zmęczonym skupieniu schodzi więc na równinę. Tam, gdzie głaz spadł z góry i już czeka na niego. Głaz-kamień. Życie w radości i udręce. Syzyf zbiera w sobie resztki sił i resztki nadziei – staje przy kamieniu. Będzie próbował jeszcze raz, potem kolejny, i jeszcze jeden raz. Nabiera powietrza w płuca, kilka łyków wody dla orzeźwienia, połyka lekarstwo, by wróciła sprawność. Aż do bólu spina mięśnie. Znowu zmierzy się z górą. Choć już teraz wiadomo, wie o tym Syzyf, wiemy o tym my wszyscy, jaki będzie finał. Syzyf, stojąc na równinie, jeszcze przed startem jest świadom klęski. Więc cierpi. Cierpienie i myśli o samobójstwie bezustannie towarzyszą nam w życiu. Ale mimo to Syzyf nie odpuszcza, nie poddaje się, nie tchórzy. Choć przecież wie, że gdy osiągnie szczyt, kamień znowu spadnie. Ale pamiętajmy: nie liczy się to, co będzie, ważne jest to, co teraz. Więc teraz trzeba pchać kamień, by wynieść go na górę. Już stanął przy nim, ujął go, zaparł się nogami, pcha głaz pod górę, po raz kolejny rozpoczyna życie przez mękę. Absurdalny sens egzystencji. Szczyt przed nami! Szczyt nie do zdobycia!</p>
<p>***</p>
<p>Albert Camus zginął 4 stycznia 1960 r., w wypadku samochodowym, 4 kilometry za Sens, między Champigny-sur-Yonne a Villeneuve-la-Guayard. Samochód wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Samochód prowadził przyjaciel Camusa, jego wydawca Michel Gallimard. Z czworga pasażerów na miejscu zginął tylko Camus. Jadący z nimi pies – zaginął. Gallimard umarł w szpitalu pięć dni później. Na adres Camusa 4 stycznia 1960 r. przyszło pismo z ministerstwa przyznające mu subwencje na założenie i prowadzenie własnego teatru. Miało się spełnić marzenie jego życia.</p>
<p><strong>Jerzy Klechta, </strong>dziennikarz i publicysta. W TVP 2 prowadzi magazyn „Bliżej świata”; autor wielu książek o tematyce historycznej i podróżniczej, a także watykańskiej.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/bunt-wolnosc-absurd/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/bunt-wolnosc-absurd/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/bunt-wolnosc-absurd/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/11/06/bunt-wolnosc-absurd/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nostalgiczne wspomnienia pisarza-erotomana</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/09/05/nostalgiczne-wspomnienia-pisarza-erotomana/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/09/05/nostalgiczne-wspomnienia-pisarza-erotomana/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 05 Sep 2010 08:26:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Anna Grodecka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=737</guid>
		<description><![CDATA[André Brink, ''Zanim zapomnę'', tłum. Hanna Falińska, Noir Sur Blanc, Warszawa 2010, ss. 333.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>André Brink<br />
Zanim zapomnę<br />
tłum. Hanna Falińska<br />
Noir Sur Blanc<br />
Warszawa 2010, ss. 333.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>André Brink jest wybitnym pisarzem południowoafrykańskim, którego prozę przyćmiło nieco przyznanie literackiej Nagrody Nobla dwóm innym autorom pochodzącym z Afryki Południowej: Nadine Gordimer w 1991 r. i Johnowi Maxwellowi Coetzeemu w 2003 r. Pisarz pozostaje zwłaszcza w cieniu tego ostatniego, tym bardziej że sam był nominowany parokrotnie do Nagrody Nobla, a zaszczytne wyróżnienie zostało przyznane jego młodszemu koledze. Wydaje się, że proza Brinka jest bardziej zaangażowana politycznie niż Coetzeego. Jako pierwszy pisarz afrikaans został on objęty w RPA zakazem publikacji po ukazaniu się jego książki „<em>Kennis van die Aand”, </em><em>która opisywała związek białej kobiety z czarnoskórym mężczyzną. Od tej pory, by nie stracić mocy docierania do czytelników, a co za tym idzie, walki z apartheidem, pisał i publikował swoje książki jednocześnie w języku afrikaans i angielskim, który jednak nie jest jego językiem ojczystym.</em></p>
<p>Nie sposób nie doszukać się podobieństw w prozie obu autorów. Obaj piszą, a przynajmniej pisali, książki odwołujące się do sytuacji w Afryce Południowej i systemu apartheidu. Obaj mieli również zagraniczne doświadczenia, które znacząco wpłynęły na ich prozę i postrzeganie świata oraz zrozumienie problematyki rasizmu. Podczas gdy u Coetzeego takim miejscem odniesienia często był Londyn (przedstawiony przykładowo w autobiograficznej „Młodości”, gdzie bohaterem głównym jest John, emigrujący do Londynu z RPA i pracujący w IBM, gdzie pracował również autor), u Brinka – Paryż, gdzie autor studiował i gdzie dzieje się akcja jego sławnej powieści pt. „Ambasador”. Dla obu autorów wspólne są również ich konserwatywne wychowanie, trudne relacje z rodzicami, szczególny stosunek do matki. Obaj chętnie sięgają w swojej twórczości do opisu romansów, seksualnych przeżyć, a także związków starszych mężczyzn z młodymi kobietami („Hańba” Coetzeego, „Ambasador”, „Rights of desire” – niewydane w Polsce – Brinka).</p>
<p>Najnowsza powieść André Brinka pt. „Zanim zapomnę” to właśnie zapis miłości starzejącego się pisarza Chrisa Minnaara do rzeźbiarki Rachel, młodszej od niego o kilkadziesiąt lat. Obwoluta obiecuje czytelnikowi powieść o kobietach Chrisa Minaara, połączoną z komentarzem wydarzeń w RPA i wojny w Iraku. Chociaż Brink utrzymuje, że nie jest to powieść autobiograficzna, łatwo doszukać się w życiu Chrisa Minaara wydarzeń, które z pewnością były inspirowane faktami. Chociażby to, że Chris Minaar, podobnie jak sam Brink, objęty był w RPA zakazem publikacji, a jego poczynania były śledzone i kontrolowane przez przeciwników politycznych. Jako stara miłość pisarza pojawia się na kartach powieści niejaka Nicolette, która jest jedną z głównych bohaterek wcześniejszej powieści Brinka pt. „Ambasador”. Czy może to być przypadek? Raczej nie, musiała być to postać inspirowana życiem.</p>
<p>Chris Minnar jest wielbicielem kobiet i, spisując swoje wspomnienia, chce oddać im hołd, „zanim zapomni”. Swoją powieść kieruje do Rachel, z którą łączy go platoniczne uczucie, utrudnione przez obecność jej męża, George’a, notabene przyjaciela Chrisa. Pisarski monolog skupia się głównie na opisie najważniejszych kobiet w życiu Minaara, a było ich wiele, ponieważ narrator jest nieuleczalnym donżuanem. Motyw „Don Giovanniego” pojawia się zresztą w powieści, gdy bohaterowie udają się na inscenizację opery, a potem dyskutują o możliwych interpretacjach zachowania Don Giovanniego. Zadziwiająca jest przy tym zdumiewająca niemożność przyznania się starzejącego się, więdnącego mężczyzny do tego, że jego siły witalne i seksualne już nigdy nie będą takie, jak kiedyś. Kolejnymi, coraz młodszymi w stosunku do siebie kochankami, próbuje wciąż udowodnić swoją atrakcyjność. Podobną postać zbudował w „Hańbie” Coetzee.</p>
<p>Jednak Chris Minaar wie, że jego czas powoli przemija, być może dzięki jego matce, która leży schorowana w szpitalu i miewa zaniki pamięci. Jej stan ukazuje mu ulotność ludzkiego życia i pobudza do spisania wspomnień, zanim będzie za późno i jego pamięć zacznie odmawiać posłuszeństwa.</p>
<p>Książkę „Zanim zapomnę” czyta się miejscami jak melodramat lub powieść erotyczną. Po jej przeczytaniu czytelnik z pewnością nie będzie w stanie wymienić wielu kobiet, o których pisał autor, bo było ich w książce tak wiele, że osoby i miejsca po prostu się mylą. Narrator, a zarazem główny bohater książki, wierzył bowiem, że każda kolejna kobieta go wzbogacała i zdaje się definiować przez własne związki. Mnie zapadła w pamięć przede wszystkim pewna czarnoskóra działaczka przeciwko apartheidowi, która okazała się donosicielką. Jej związek z Minaarem i zainteresowanie jego literaturą były dokładnie wyreżyserowane i doprowadziły pisarza do więzienia. Polski czytelnik z pewnością skojarzy opis tego związku z wydarzeniami, jakie miały miejsce w Polsce i zostały ostatnio przedstawione w filmie pt. „Różyczka”, gdzie również mamy motyw podstarzałego pisarza uwiedzionego przez tajną agentkę SB. Oczywiście, okoliczności były inne, ale schemat działania ten sam.</p>
<p>W swoich wspomnieniach Chris Minaar dokonuje dosyć dokładnego opisu każdej z kobiet, skupiając się oczywiście na ich walorach intelektualnych (a nierzadko były to znane artystki, kobiety wielkiej klasy), ale przede wszystkim na ciele. Przez to powieść zamienia się miejscami w opisy przeżyć podstarzałego erotomana. Moim zdaniem, z niektórych opisów cielesnych zbliżeń oraz szczegółów fizjonomii każdej z tych kobiet mógłby Brink zrezygnować. Sprawiają one bowiem, że „Zanim zapomnę” jest głównie książką o seksie i romansach. Obiecane na obwolucie komentarze na temat aktualnej sytuacji w RPA czy w Iraku mają mniejsze znaczenie w książce, a szczególnie sceny i przemyślenia na temat Busha i Iraku wydają się na siłę wplecione w opowieść i przez wciśnięcie między jeden opis sceny łóżkowej a drugi tracą na znaczeniu. Jednakże dzięki takiemu zabiegowi „Zanim zapomnę” jest również tekstem bardzo uniwersalnym.</p>
<p>Powieści Brinka nie można nazwać złą, ale należy wiedzieć, czego się po niej można spodziewać. Ja spodziewałam się bardziej intelektualnej prozy, odważnie komentującej wydarzenia w RPA i na świecie, a „Zanim zapomnę” to opis romansu. Wydaje mi się, że nie jest to powieść dobrze reprezentująca dorobek pisarza, który w swoich najwcześniejszych utworach odważnie łamał tabu, sprzeciwiając się apartheidowi i był ostrym komentatorem wydarzeń w RPA. Niestety, wiele z tych pozycji nie zostało jeszcze przetłumaczonych na język polski i czytelnikom musi wystarczyć garstka utworów André Brinka dostępna w Polsce. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Wydawnictwo Noir sur Blanc, które pięć lat temu wydało już „Tamtą stronę ciszy” tego samego autora, nie będzie czekało na Nagrodę Nobla dla Brinka i nie poprzestanie na wydaniu drugiej książki tego znakomitego pisarza, który, moim skromnym zdaniem, jest prozaikiem lepszym od Coetzeego i również zasłużył na to literackie wyróżnienie.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/09/05/nostalgiczne-wspomnienia-pisarza-erotomana/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/09/05/nostalgiczne-wspomnienia-pisarza-erotomana/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/09/05/nostalgiczne-wspomnienia-pisarza-erotomana/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/09/05/nostalgiczne-wspomnienia-pisarza-erotomana/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dlaczego warto nie czytać Jamesa Joyce’a</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/08/16/dlaczego-warto-nie-czytac-joyce%e2%80%99a/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/08/16/dlaczego-warto-nie-czytac-joyce%e2%80%99a/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Aug 2010 08:24:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Jędrzejewski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=706</guid>
		<description><![CDATA[Istnieje uniwersalna formuła, którą wielu z nas słyszało w latach szkolnych: „Ten, kto nie czytał X, powinien się wstydzić” albo „Każdy Polak powinien znać X”. Co za „ten” i co za „każdy”? Nie ma na świecie takiej książki, którą trzeba przeczytać np. z racji przynależności do jakiejś wspólnoty kulturowej.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Wielu z nas słyszało w latach szkolnych: „Ten, kto nie czytał X, powinien się wstydzić” albo „Każdy Polak powinien znać X”. Co za „ten” i co za „każdy”? </strong><strong>Nie ma na świecie książki, którą trzeba przeczytać np. z racji przynależności do jakiejś wspólnoty kulturowej.</strong></p>
<p><strong><span id="more-706"></span></strong>…<em>bynajmniej nie czuję się niekompetentny, gdy przychodzi mi brać udział w rozmowie na temat „Ulissesa”, ponieważ jestem w stanie w miarę precyzyjnie usytuować to dzieło pośród innych. Wiem, że schemat powieści opiera się na „Odysei”, że zastosowana w niej została technika strumienia świadomości, że akcja rozgrywa się w Dublinie w ciągu jednego dnia, itd. Dlatego też, gdy prowadzę zajęcia, zdarza mi się przywoływać powieść Joyce’a bez mrugnięcia okiem</em> (Pierre Bayard, „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?”).</p>
<p><em>Widzisz, kochany, ja mam tę przewagę nad tobą, że ty czytałeś Prousta, a ja nie</em> (Franciszek Fiszer według relacji Jerzego Zaruby).</p>
<p>W 2008 r. w polskich księgarniach pojawiła się książka francuskiego literaturoznawcy Pierre’a Bayarda pod wiele mówiącym tytułem „Jak rozmawiać o książkach, których się nie<em> </em>czytało?” Esej ten jest przekorny i dość prowokacyjny, ale jego wymowa – poważna. Główne przesłanie można streścić tak: mówienie o literaturze jako takiej jest bezsensowne, a nawet niemożliwe, ponieważ zawsze mówimy nie o samej lekturze, tylko o naszym wrażeniu z lektury, o tym, co w nas z niej zostało. Rozumienie tekstu warunkują indywidualne psychiczne predyspozycje: jesteśmy różnymi ludźmi, a więc także różnymi czytelnikami, którzy nigdy nie przyswajają treści w sposób identyczny. Tym samym nie ma się co łudzić, że intensywna lektura da nam jakąś uniwersalną wiedzę o książkach czy o świecie; zyskujemy jedynie wiedzę o nas samych. Ponadto nasze zdolności poznawcze pozwalają nam na przeczytanie bardzo ograniczonej liczby książek, a na dodatek – większość z nich szybko zapominamy. A zważmy jeszcze, że nie ma czegoś takiego jak „książka przeczytana”, jako że nawet kiedy czytamy rozdział drugi, to już powoli zapominamy, co było w pierwszym. Nie dość na tym: oprócz tych książek, które czytaliśmy rzetelnie i w wielkim skupieniu – są masy tomów przeczytanych pobieżnie, częściowo, przekartkowanych, znanych ze słyszenia, z cytatów itd. I zamiast wstydzić się, kiedy ktoś zarzuci nam niedokształcenie i nieobycie z kulturą, należy odpowiedzieć, że wstydzić się powinien hipokryta udający wolność od tych wszystkich ograniczeń i że jedyne rozsądne podejście do kultury wyklucza poczucie winy z powodu nieznajomości książki.</p>
<p>Oczywiście – jedne tezy Bayarda są bardziej przekonujące, inne – mniej. Jakkolwiek oceniałoby się jego punkt widzenia, praca ta może stanowić punkt wyjścia do refleksji nad pewnym zagadnieniem generalnym: istnieje w naszej kulturze tabu, które nie pozwala przyznać, że niektórych książek się nie przeczytało. Na naganę zasługują przede wszystkim osoby nieznające klasyki literatury pięknej, ale do kanonu zalicza się też niekiedy prace historyczne, rzadziej filozoficzne. Istnieje uniwersalna formuła, którą wielu z nas słyszało mnóstwo razy w latach szkolnych: „Ten, kto nie czytał X, powinien się wstydzić” albo „Każdy Polak powinien znać X”. Zapytajmy: co za „ten” i co za „każdy”? Zgoda, że jeśli na lekcję języka polskiego uczeń miał zadane przeczytać jakiś utwór, to można go z tego rozliczyć. Podobnie – jeśli jestem studentem polonistyki, to pewne lektury traktuję jako obowiązkowe. Twierdzę natomiast, że nie ma na świecie takiej książki (z Biblią włącznie), którą trzeba przeczytać np. z racji inteligenckiego statusu albo przynależności do jakiejś wspólnoty kulturowej. Co innego przecież lokuje się w sferze powinności; a że jest to sfera dość rozległa, nie ma powodu rozciągać jej jeszcze na takie formy uczestnictwa w kulturze jak dobór lektur. Ważne jest raczej to, by dążyć wzwyż, pielęgnować ducha – czy to przez muzykę, czy przez ogrodnictwo, czy przez kontemplację, czy przez czytanie. Ważne, by do czegoś dążyć, coś uwielbiać, coś czytać.</p>
<p>***</p>
<p>Zasadniczo literatura nie powstaje dla badaczy literatury. Nieszczęsny pisarz, który dowiedziałby się od wyroczni, że jego dzieła będą czytane z przymusu. Wierzę, że wspaniałe wiersze czy powieści mają nam coś ważnego do powiedzenia o życiu i o świecie. Tak więc powodowany ciekawością – sprawdzam w książkach, co ma mi do powiedzenia Kaźmier Bartosiewicz, kiedy akurat wybiorę sobie jego chatę w Taplarach. Gdyby mnie do niej ktoś zaciągnął za uszy, na pewno słuchałbym mniej uważnie i prędko bym tam nie wrócił. Koleje naszych losów są bardzo różne – różne więc mamy potrzeby duchowe czy emocjonalne. Jeśli literatura ma być ważnym głosem w życiu, to chyba lepiej zrobimy, wybierając ją wedle indywidualnych gustów, niż pozwalając prowadzić się za rękę przez apodyktyczną większość.</p>
<p>Właśnie przekonanie o silnym uzależnieniu wartości literatury od życia wewnętrznego skłania mnie do tezy, że mentorski ton kultury w wypowiedziach o tym, „co wypada czytać każdemu kulturalnemu człowiekowi”, wydaje mi się wysoce niekulturalny, bo zapoznaje podstawową funkcję literatury jako takiej i na dodatek narusza granice prywatności. Literatura ma szansę być piękna i ważna, jeśli sami czujemy, jak dobrze jest – nomen omen – wpisana w nasz los, jak współgra z fantazją i rozmawia z nami jakimś tajemniczym językiem. Wyobraźmy sobie, że chodzimy po ulubionej bibliotece osiedlowej w poszukiwaniu książki na najbliższe dni; nagle podchodzi bibliotekarz, chwyta nas za rękaw i prowadzi do regałów wypełnionych zaległymi lekturami obowiązkowymi. Cóż, czy nie należałoby – wbrew bibliotekarzowi – poświęcić np. „Syzyfowych prac” dla „Podróżnego i światła księżyca”, dla takiej powieści, którą utracilibyśmy, gdyby nie przypadek, bo kto z nas z rozmysłem zaznajamia się z literaturą węgierską? Jeśli już zasłużyliśmy sobie na opuszczenie klasy albo też wymknęliśmy się z niej chyłkiem, to może nie warto zachowywać się jak uczeń przed klasówką? Zgoda: wypełnia nas radość, kiedy nowo poznana osoba ma za sobą te same lektury i możemy dzielić się wrażeniami. Ale przyjemność płynie także z tego, że znamy książkę, której ktoś inny nie zna i którą możemy mu opowiedzieć. Pewnych tytułów wypada sobie odmawiać bez poczucia straty, skoro dzięki temu możemy pielęgnować swoją odrębność.</p>
<p>***</p>
<p><em>Jeszcze w oknie wystawy dostrzegłeś okładkę z poszukiwanym tytułem. Podążając tym widocznym tropem, utorowałeś sobie drogę przez zwarte zasieki Książek Nigdy Nie Przeczytanych, które spoglądały na Ciebie ponuro z księgarskich stołów i półek, usiłując cię onieśmielić. Lecz ty wiesz, że nie powinieneś dać się zbić z tropu, że pośród nich rozciągają się całe hektary Książek Których Równie Dobrze Możesz Nie Czytać, Książek Przeznaczonych Do Innych Celów Niż Lektura, Książek Przeczytanych Zanim Je Otwarto Gdyż Należą Do Kategorii Tych, Co Zostały Przeczytane Jeszcze Przed Napisaniem. Pokonujesz pierwszy obwód przedmurza i oto rusza na ciebie piechota Książek Które Z Pewnością Byś Przeczytał Gdybyś Miał Przed Sobą Więcej Niż Jedno Życie Ale Niestety Dni Ci Przeznaczonych Jest Tyle, Ile Jest.</em> Itd., itd. (Italo Calvino, „<em>Jeśli zimową nocą podróżny”</em>).</p>
<p>W kulturze, która wydaje ogromną liczbę książek, przymus czytania wygląda irracjonalnie. Wiadomo, że poznanie wszystkich jest poza możliwościami i – w większości przypadków – poza zainteresowaniami zwykłego czytelnika. Oczywiście, część książek pisze się nie po to, by je przeczytano, ale po to, by je wydano. Są też jednak tomy rzeczywiście czekające na swojego odbiorcę – tomy, które zostaną odkryte albo nie. Kiedy myślę o tym zalewie literatury, to sens istnienia tylu tytułów widzę w zabawie (w zabawie na poważnie) przypominającej ciągnięcie losów: czasem trafi się szczęśliwy, innym razem nie. Podstawowe reguły: olbrzymia większość książek pozostanie dla nas zagadką i nie warto się tym przejmować; to, który los zechcemy wyciągnąć, zależy przede wszystkim od naszych potrzeb, wiedzy, intuicji. Gdybyśmy chcieli zbyt gorliwie odrobić najpierw pracę domową (setki, setki książek), niewiele zostałoby nam czasu na wolny wybór, który przecież wysoko cenimy.</p>
<p>Literaturoznawcy dokuczają sobie nieraz obliczeniami Renégo Etiemble’a: <em>Przeprowadźmy pewien rachunek: weźmy pięćdziesiąt lat życia bez dnia choroby ani wypoczynku, czyli 18 262 dni. Odliczywszy skrupulatnie godziny przeznaczone na sen, posiłki, obowiązki i przyjemności życiowe oraz pracę zawodową, oszacujcie czas, jaki wam pozostaje na przeczytanie arcydzieł tylko w tym celu, by się pobieżnie zorientować, czym właściwie jest literatura. Z nadmierną hojnością przyznaję wam przywilej przeczytania codziennie – dzień w dzień – jednej bardzo pięknej książki spośród tych, które są wam dostępne w waszym języku i w językach obcych, jakimi władacie, bądź w oryginale, bądź w tłumaczeniu. </em>(&#8230;) <em>W stosunku do liczby bardzo pięknych książek, które istnieją, czymże są 18 262 tytuły? Nędzą</em>. Zamiast dziwić się, że ktoś nie przeczytał jakiejś książki, lepiej chyba zastanowić się, co zajęło miejsce „Imienia róży” czy „Pani Bovary<em>”</em>. Jeśli darowane nam będzie jeszcze co najmniej jedno życie, niektóre „zaległości” uda się pewnie odrobić.</p>
<p>Tymczasem nieliczenie się z możliwościami czasowymi, percepcyjnymi i pamięciowymi czytelnika dowodzi jedynie zniewolenia przez kulturę, która pod groźbą wykluczenia ze wspólnoty symbolicznej zmusza do nieustannego wyścigu z innymi i z sobą samym; zmusza też do milczenia tam, gdzie właśnie rozmowa stanowi wartość najwyższą. Należałoby więc, jak sądzę, zapomnieć o prześladowczej formule: „Każdy kulturalny człowiek powinien przeczytać&#8230;” Widać to jeszcze wyraźniej, kiedy zastanowimy się nad tym, jak wiele istnieje rodzajów czytania i nieczytania (vide: esej Bayarda). Nawet jeśli sądzimy, że udało nam się osiągnąć ideał lektury, to znaczy przeczytać książkę od początku do końca w niesłabnącym skupieniu, jeśli robiliśmy skrupulatne notatki na marginesie i potem wiele razy wracaliśmy myślą do tego utworu – to cóż poradzimy na niedostatki pamięci, które może sprawią kiedyś, że po idealnej lekturze pozostanie mgliste wspomnienie i, jak to się nieraz mówi, ogólne wrażenie. Widocznie tak musi być; a i to cenne, że wspomnienie dawnej lektury sprawia nam przyjemność.</p>
<p>Warto jednak rozróżniać rodzaje obcowania z książkami (cały czas mowa o tzw. literaturze pięknej). Bayard w swoim eseju pisze przede wszystkim o <em>rozmowie</em> o książkach, a więc o literaturze – powiedzmy – w użyciu społecznym. (Ujawnia się tu zresztą francuska specyfika). Ale co z dyskursem naukowym, z wiedzą o literaturze jako dziedziną rzetelnej wiedzy? Ponieważ cele są tu inne niż w rozmowie, a i wypowiedzi można formułować wolniej i ostrożniej, trudno zgodzić się na taką subiektywizację, do jakiej dąży Bayard, a więc na to, że zawsze mówi się i pisze o indywidualnym odbiorze dzieła, a nie o samym tekście. Istnieje przecież w literaturze sfera zjawisk (faktów literackich), co do których kategorie prawdy i fałszu zachowują swoją użyteczność; relatywizacji łatwiej poddają się dopiero ogólniejsze znaczenia i sensy. Uczona wiedza o literaturze a rozmowa o literaturze są to więc różne sprawy. W tej pierwszej obowiązują pewne zasady weryfikacji, mimo że i tam czytelnik podlega ograniczeniom podobnym do tych, z którymi musi się zmierzyć rozmawiający o książkach.</p>
<p>Najkrócej mówiąc: gdzie się da i gdzie to pożądane, wypada dążyć do rzetelnej wiedzy. Dlatego też i do literaturoznawstwa zastosować można uwagi Witolda Gombrowicza: <em>Wiedza i prawda od dawna już przestały być naczelną troską intelektualisty – zastąpiła je troska o to po prostu, żeby się nie dowiedziano, że on nie wie.</em> (&#8230;)<em> Jakie są jego środki ostrożności? Formułować chytrze, żeby nie złapano za słówko. Nie wychylać nosa poza to, co się jako tako opanowało. Używać pojęć skrótowo, niby że to one są już wszystkim doskonale znane, a w gruncie rzeczy, aby nie zdradzić się z ignorancją. Dawać do zrozumienia, że się wie. Powstał kunszt specjalny zręcznego szermowania myślami nieopanowanymi z miną, jak gdyby wszystko było w największym porządku. Powstała specjalna sztuka cytowania i zażywania nazwisk. Z tysiąca nasuwających się tutaj przykładów weźmy ten tylko: jedną z najgwałtowniejszych dysput intelektualnych po wojnie była polemika, sprowokowana żądaniami Sartra, aby intelektualista „angażował się” i „wybierał”. Żaden z literatów nie mógł, w praktyce, nie wypowiedzieć się pro lub contra. Ale na to, żeby postulaty Sartra z jego „Situation” mogły być zrozumiałe, trzeba było wpierw pojąć jego „wolność”, to zaś wymagałoby przestudiowania siedmiuset stron „L’Être et le Néant” (nudziarstwo), ale „L’Être et le Néant” będąc ontologią fenomenologiczną wymaga znajomości Husserla, nie mówiąc już o Heglu, nie mówiąc o Kancie&#8230; Zapytuję, ilu z tych, co tezy Sartra omawiali, odważyłoby się stanąć przed komisją egzaminacyjną?</em></p>
<p>Niedobrze by się stało, gdyby tezy Bayarda stały się usprawiedliwieniem dla twierdzeń nazbyt dowolnych, sądów niepopartych lekturą, gdyby przyczyniły się do deprecjacji aktu lektury. Wartości książki francuskiego literaturoznawcy upatrywałbym w tym, że skłania do refleksji nad ograniczeniami każdego czytelnika. Dodałbym do tego myśl o potrzebie świadomości konwencji, w jakiej toczy się rozmowa o literaturze. Bo nie każda konwencja powinna być jednakowo elastyczna; dlatego wbrew Bayardowi przywołam wyznanie Johna Francisa Shade’a o jego stosunku do prac studentów: <em>Na ogół podchodzę do</em> <em>nich bardzo wyrozumiale. Ale pewnych drobnostek nie wybaczam.</em> (&#8230;) <em>Jeżeli student nie przeczytał książki, o której pisze.</em></p>
<p>***</p>
<p><em>Łatwo jest wyszydzać błędy Konmala. Są to naiwne pomyłki wielkiego pioniera. Zbyt wiele życia spędzał w swojej bibliotece, a zbyt mało wśród chłopców i młodzieńców. Pisarze powinni oglądać świat, zrywać jego figi i brzoskwinie, a nie pogrążać się w nieustannej medytacji w wieży z pożółkłej kości słoniowej: który to błąd w pewnym sensie popełniał także John Shade</em> (Charles Kinbote, komentarz do „Bladego ognia”).</p>
<p>Stary konflikt: literatura a życie dotyczy nie tylko pisarzy. Do jakiego stopnia jest to konflikt rzeczywisty, każdy musi stwierdzić na własnym przykładzie. Niezależnie od odpowiedzi – musimy pozwolić sobie na nieczytanie, by mieć czas także na brzoskwinie. Zgodnie z obecnie dominującym modelem kultury wysokiej lektura jest czynnością w znacznej mierze mechaniczną, tak że można ją sobie dawkować w dowolnym momencie, byle dotrzeć do ostatniej kropki. Jeśli jednak literatura jest żywa, a wiele wskazuje na to, że w wielu przypadkach jest, to trzeba zostawić jej czas na dojrzewanie, trochę tak jak brzoskwini. Znam przykład człowieka, który na emeryturze pozwala sobie na przyjemność czytania jednej książki dziennie. Większość z nas nie sprosta jednak ideałowi opisanemu przez Etiemble’a, m.in. dlatego, że dobrej lektury nie kończymy szybko, bo nawet kiedy dotrzemy do końca, to ma ona ciąg dalszy w życiu, a w konsekwencji wstrzymujemy się nieraz z rozpoczęciem kolejnej. (A znam i osobę, która umyślnie nie doczytuje książek, jeśli wywierają one na niej wielkie wrażenie). Dla dobra jednych utworów rezygnujemy z innych, co jednak nie znaczy, że nie mamy prawa zabierać głosu na temat jednych i drugich. Rzecz raczej w tym, by mówić o nich sensownie albo ciekawie.</p>
<p><strong>Tomasz Jędrzejewski</strong>, redaktor &#8222;Przeglądu Powszechnego&#8221;, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, student Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/08/16/dlaczego-warto-nie-czytac-joyce%e2%80%99a/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/08/16/dlaczego-warto-nie-czytac-joyce%e2%80%99a/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/08/16/dlaczego-warto-nie-czytac-joyce%e2%80%99a/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/08/16/dlaczego-warto-nie-czytac-joyce%e2%80%99a/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Życie sławnej kobiety</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/04/20/zycie-slawnej-kobiety/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/04/20/zycie-slawnej-kobiety/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 21 Apr 2010 06:44:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Anna Maziuk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=619</guid>
		<description><![CDATA[Angelika Kuźniak, "Marlene", Wyd. Czarne, Wołowiec 2009.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Angelika Kuźniak<br />
Marlene</strong><em><br />
</em><strong>Wyd. Czarne, Wołowiec 2009.</strong></p>
<p><em>Ryszard Kapuściński mówił, że pisać o czymś warto tylko wtedy, jeśli można powiedzieć na ten temat coś nowego</em> – pisze Angelika Kuźniak w krótkiej notce odautorskiej. To zdanie, wypowiedziane kiedyś przez wielkiego mistrza reportażu, w pełni oddaje ducha książki „Marlene”. Mimo że na temat Marleny Dietrich napisano wiele, to pozycja stworzona przez Angelikę Kuźniak ma największą szansę dotrzeć do polskiego czytelnika. Książkę czyta się jednym tchem, pochłania się ją w całości wraz z całą zawartością przedstawiającą niezwykle barwny, interesujący, ale i nieznany większości obraz Marleny Dietrich.</p>
<p>By wiarygodnie oddać obraz słynnej niemieckiej aktorki i piosenkarki, autorka cytuje fragmenty jej dzienników, przytacza wypowiedzi i opinie przyjaciół, ludzi współpracujących przez lata z Dietrich, załącza zdjęcia przedstawiające Marlenę w różnych, nie tylko estradowych, sytuacjach. Angelika Kuźniak spędziła długie godziny w berlińskim archiwum, analizując i poznając coraz lepiej swoją <em>bohaterkę, jej zwyczaje, nawyki, dziwactwa</em>. Angelika Kuźniak, doskonale oddaje klimat „tamtych dni”, gdy opisuje koncerty Dietrich w Polsce, Rosji czy Niemczech. Opisy tych ostatnich są najbardziej szokujące dla polskiego czytelnika. Bo o Marlenie wie się najczęściej tyle, że miała piękny głos i najzgrabniejsze na świecie nogi. Nie wszyscy pamiętają jednak, że była odważną kobietą, która jawnie przeciwstawiała się Hitlerowi, publicznie potępiając nazizm. Kiedy przylatywała na koncerty do Berlina, była obrzucana jajkami, pomidorami i wyzwiskami. Niemcy nie mogli zrozumieć, że Dietrich nigdy nie zdradziła, ani nie potępiła własnego narodu, tylko nazistów, którzy byli odpowiedzialni za okropne zbrodnie i wywołanie wojny. Zrehabilitowano ją dopiero w setną rocznicę jej urodzin, w 2001 r., gdy burmistrz Berlina, Klaus Wowereit, przeprosił za to, iż Niemcy nie docenili jej talentu i niezwykłej postawy jeszcze za życia aktorki. Niemcy do końca pozostały jej „duchową ojczyzną”, tam też została pochowana, choć musiało minąć jeszcze wiele lat, zanim jej pomnik przestał być dewastowany i obrzucany śmieciami.</p>
<p>Z kart książki Angeliki Kuźniak, Marlena Dietrich wyłania się także jako kobieta surowa, świetnie zorganizowana, dokładna. Od swoich współpracowników wymagała niemalże całkowitego posłuszeństwa, przed jej koncertami wszystko zawsze musiało być dopięte na ostatni guzik, idealnie dopracowane według jej planu. Dietrich bardzo skrzętnie kreowała własny wizerunek i dbała o to, by to, jaką zobaczą ją ludzie, zależało tylko i wyłącznie od niej. Zawsze dokonywała bardzo krytycznej selekcji zdjęć, sama nanosiła poprawki na negatywy – wyszczuplała sobie kolana czy brzuch. Jeśli zdjęcia jej się nie podobały, niszczyła negatywy, prawie zawsze odzyskiwała też zdjęcia zrobione z zaskoczenia, w niewłaściwym świetle. Wydaje się, że jej główna zasada brzmiała tak: <em>Dietrich ma podobać się Dietrich</em>. Ta nietuzinkowa kobieta, pełna werwy i uroku osobistego, która przez całe lata „porywała” serca milionów wielbicieli na całym świecie, ostatnie dwadzieścia lat życia, po poważnym wypadku na scenie, w którym złamała obojczyk, spędziła samotnie, zamknięta w pokoju, w swoim paryskim apartamencie. Odwiedzała ją jedynie najbliższa rodzina, pokojówki, kucharze.</p>
<p>Książka, która daje do myślenia, porusza i sprawia, że chcemy wiedzieć więcej, bo jak pisze autorka, jej praca jest bardzo wybiórcza, subiektywna, nie opisuje wszystkiego, pozostawia wiele tematów otwartych. Nie jest biografią, a <em>reporterską opowieścią</em>, która wciąga. Dlatego polecam.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/04/20/zycie-slawnej-kobiety/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/04/20/zycie-slawnej-kobiety/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/04/20/zycie-slawnej-kobiety/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/04/20/zycie-slawnej-kobiety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kapuściński rozkopany</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/kapuscinski-rozkopany/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/kapuscinski-rozkopany/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 31 Mar 2010 23:36:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jakub Halcewicz-Pleskaczewski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=591</guid>
		<description><![CDATA[Niewiele książek wzbudziło taką debatę, jak biografia Ryszarda Kapuścińskiego. Książka Artura Domosławskiego prowokuje – na ile Kapuściński zmyślił swój mit, na ile zmyślił swoje reportaże?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Niewiele książek wzbudziło taką debatę, jak biografia Ryszarda  Kapuścińskiego. Książka Artura Domosławskiego prowokuje – na ile  Kapuściński zmyślił swój mit, na ile zmyślił swoje reportaże?</strong></p>
<p><em>Artur Domosławski, „Kapuściński non-ficion”, Świat Książki, Warszawa 2010.</em></p>
<p>Zaledwie trzy lata po śmierci Ryszard Kapuściński doczekał się biografii krytycznej. Mimo że w księgarniach pojawiło się już kilka opracowań mu poświęconych „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego jest pierwszą, którą naprawdę zapamiętamy. Poprzednie, choć przypominają postać reportera, odsłaniają niewiele nowego, są przewidywalne, przede wszystkim przesłodzone. Dostaliśmy więc ciekawą lekturę. Tylko dlaczego tak wielu osobom się ona nie podoba?</p>
<p>O książce wypowiada się każdy, bo w każdym porusza ona inną strunę. Każdy nosi w sobie inny obraz Kapuścińskiego. Domosławski, stawiając różne pytania, niekiedy zbyt pochopnie albo za mocno, rzuca na ten obraz inne światło – a może raczej rzuca cień. Nic dziwnego, że każdy ma o książce inne zdanie. W prasie ukazało się o niej już tak wiele artykułów, że znaczące staje się to, kto nie wypowiedział się w ogóle. Niektórzy wręcz poczuwają się do obrony Kapuścińskiego. W każdym razie dawno nie mieliśmy takiej debaty wywołanej publikacją książki. Jej pierwszy, 45-tysięczny nakład wyczerpał się w ciągu pięciu dni.</p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>Kolonializm i stalinizm</strong></p>
<p><em>Przetrwa ten, kto stworzył swój świat</em> – napisał w jednym z wierszy Kapuściński. Być może dlatego nie chce on rozmawiać o drodze, jaką przeszedł, zanim został dziennikarskim autorytetem, tłumaczem kultur. Po upadku PRL nie oglądał się wstecz. Mieczysław Rakowski napisze w „Dziennikach politycznych”, że było dla niego nieprzyjemne, jak w jednym z biogramów pominął fakt czteroletniej pracy w „Polityce”, w której <em>wypłynął na szerokie wody</em>. Niechęć do mówienia o przeszłości to – wydaje się – jeden z wielu powodów, dlaczego Kapuściński nie chciałby zobaczyć tej książki na półkach księgarskich.</p>
<p>Widzimy, jak wielkie znaczenie miała dla niego autokreacja. Budował własną historię daleką od rzeczywistości, tworzył obraz rodzinnego Pińska jako miejsca zgodnej koegzystencji kultur, o ojcu mówił, że zginął w Katyniu. To oczywiście jeszcze nie zbrodnia. Ani to, że Domosławski próbuje stworzony przez Kapuścińskiego mit podważyć. Dzięki lekturze oglądamy go i takim, jaki chciał być, i takim, jakim mógł być. Czy wiemy, jaki był? A czy jest to w ogóle możliwe?</p>
<p>Domosławski ukazuje dojrzewanie reportera. Uczeń warszawskiego liceum im. Staszica zaczyna jako poeta. Pisze wiersze socrealistyczne, tworzy z kolegami koło poetyckie. Śledzimy początki jego kariery dziennikarskiej, czytamy nieudane teksty. Widzimy, jak trudno mu na początku odnaleźć się w roli reportera wysłanego do krajów Trzeciego Świata, jeśli nie zna nawet języków. Po pierwszym dniu w New Delhi chce wracać do Polski. Po pierwszym powrocie z Afryki w 1958 r. na spotkaniu na wydziale historii, wspomina koleżanka, robił wrażenie naiwnego i prostackiego, to, co mówił, <em>było mieszaniną myślenia kolonialnego i chyba krytyki własnych poglądów z poprzedniego, znaczy stalinowskiego, etapu.</em> Zaraz potem widzimy jednak narodziny klasyka. Już trzy lata później w swoim dzienniku pod datą 23 czerwca 1961 r. redaktor naczelny „Polityki” Rakowski zanotuje: <em>Rysiek zakończył cykl pt. „Kongo z bliska”. Opublikowaliśmy 12 reportaży. Rysiek jest fantastycznym reporterem. To już nie jest zwykłe dziennikarstwo. To jest literatura polityczna tworzona przez piekielnie utalentowanego twórcę.</em></p>
<p>Widzimy drogę, jaką przechodzi Kapuściński: komunista, zaangażowany zetempowiec, poszukiwacz ideału rewolucji w Trzecim Świecie, reporter zakochany w polskim Sierpniu 1980 r. Później – pisze Domosławski – <em>z doświadczeń pracy reportera w Trzecim Świecie Kapuściński wcześnie wyciąga wniosek, że oglądanie świata przez okulary zimnowojennego podziału Wschód – Zachód, komunizm – kapitalizm, zaciemnia obraz miast go rozjaśniać. Ważniejsza i aktualniejsza jest dlań perspektywa Północ – Południe; podział na świat dostatni i świat nędzy, wykluczenia oraz wszystkie tego podziału konsekwencje.</em></p>
<p>Listę największych polskich dziennikarzy XX w. ogłosił w 1999 r. miesięcznik „Press”. Z 41 kandydatów najwięcej głosów zdobył Ryszard Kapuściński.</p>
<p><strong>Powodowany strachem</strong></p>
<p>Osie sporu o książkę Domosławskiego idą w poprzek klasycznych podziałów: przez redakcje, środowiska. Nie jest to także spór pokoleniowy. Wiele osób poczuwa się do obrony autorytetu reportera, przyjaciela; niektórzy zarzucają Domosławskiemu nieczyste intencje, moim zdaniem, niesłusznie. Po pióro sięgają nowi moraliści. Bo fragmentami biografia ta trudna jest do przyjęcia. Jeżeli np. w książce o generale Andersie czytamy fikcyjne opisy relacji z żoną i córką, zastanawiamy się, jaki jest tego sens, co to ma za znaczenie, skoro autorka epizody wymyśliła. Gdy czytamy prawdę o Kapuścińskim, o jego stosunkach rodzinnych, jesteśmy bezradni. Z książki Domosławskiego wyłania się portret Alicji Kapuścińskiej – pełnej poświęcenia żony: <em>Nie było go czasem pół roku, czasami po kilka miesięcy. Chodziłam do PAP-u prosić, by pokazywali mi, jakie depesze przysyła. Patrzyłam, skąd są i dzięki temu mniej więcej wiedziałam, gdzie jest i co się z nim dzieje. </em>Kilka stron dalej czytamy o kochankach reportera, o tej <em>najprawdziwszej z królowych</em> i o historii 33-letniej zdrady małżeńskiej. Można się o te fragmenty spierać. Czy należało pisać wszystko? A może to wcale nie jest opis drastyczny, tylko nie mamy dystansu do bohatera książki? Czy uczciwy biograf nie pisze o sprawach prywatnych? Nie czytaliśmy o nich w książkach poświęconych innym wybitnym postaciom?</p>
<p>Biografia Kapuścińskiego jest dyskusyjna z innych powodów. Wyraźna teza, która z niej przebija – choć nie wszyscy tę opinię podzielają – jest taka, że życie Kapuścińskiego naznaczone było strachem, że strach w jakimś sensie nim kierował. Na pierwszy rzut oka to absurdalne – jaki strach, przecież mówimy o korespondencie, któremu zdarzało się sięgać po karabin? Dla Domosławskiego Kapuściński powodował się strachem, wymyślając historię o śmierci ojca w Katyniu. Miało to chronić reportera przed oskarżeniami o komunistyczną przeszłość. Mit ojca miał bronić mitu syna. Strach według biografa kierował pisarstwo Kapuścińskiego w stronę fikcji literackiej. Konfabulował on rzekomo własną odwagę – wymyślał niebezpieczeństwa, przygody, pluton egzekucyjny. Strach blokował możliwość jakiejkolwiek polemiki z Kapuścińskim. Widzimy, jak fatalnie znosi krytykę, nie potrafi dyskutować, nie rozumie, że można mieć inne niż on zdanie. W końcu – strach gna go do kobiet. Trudno przyjąć wszystkie te zarzuty. Wydaje się, że niekiedy Domosławski mimo braku mocnych dowodów, pozwala sobie na daleko idące wnioskowanie, zwykle na niekorzyść bohatera swojej książki. Trudno zaprzeczyć jednak słowom Domosławskiego: <em>Czytelnikom i słuchaczom pozwalał wierzyć, że wszystkie te niebezpieczne przygody przytrafiły mu się naprawdę i gdy inni o nich mówili bądź pisali – nie zaprzeczał.</em></p>
<p>Biograf nazywa Kapuścińskiego mistrzem uniku: <em>Na jego zdolność do unikania frontalnych zdarzeń, konfrontacji, zwraca mi uwagę wielu znajomych i przyjaciół. Nie odmawia napisania reportażu na polityczne zamówienie, lecz pisze go w taki sposób, by nie spełniał wymagań zleceniodawcy. Powiedzenie „nie” nie leżało w jego charakterze, nigdy wcześniej ani potem nie był typem dysydenta, kontestatora; nie był kimś, kto uważa, że jego misją jest dawanie moralnego świadectwa. Lecz chciał też uniknąć etykiety propagandysty, reportera dyspozycyjnego. Napisał tekst na zamówienie, ale taki, którego nie musiał się wstydzić. </em>Chciał pisać w oficjalnym obiegu, uważać socjalizm za swój ustrój, zachowując niezależność myślenia. Nie zawsze szedł na ustępstwa. <em>Jak mi zatrzymasz ten artykuł, do końca życia nie podam ci ręki</em> – mówi – wprawdzie znajomemu ze studiów, ale urzędnikowi cenzury – o swoim reportażu z Nowej Huty; ten pierwszy głośny artykuł Kapuścińskiego „Sztandar Młodych” drukuje na drugiej stronie 30 września 1955 r.</p>
<p>W czasie strajku na Wybrzeżu w 1980 r. z innymi dziennikarzami podpisuje list z postulatem pełnego informowania o sytuacji w kraju. Zakochuje się w rewolucji Sierpnia, choć nie wstępuje do „Solidarności”. Dopiero w stanie wojennym nie podda się weryfikacji. U Domosławskigo Kapuściński często jest „pomiędzy”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy reporter może zmyślać</strong></p>
<p>Książka prowokuję rozmowę także na inny temat – chodzi o warsztat reporterski Kapuścińskiego i o warsztat reportera w ogóle. Domosławski znajduje wiele przykładów na konfabulacje w tekstach swojego bohatera. Na dwóch piętrach – zupełnego zmyślania oraz dostosowywania faktów do założonego pomysłu na tekst, jego ogólnego sensu albo na potrzeby jego metaforyzacji. O ile w pierwszym przypadku trudno dyskutować, o tyle w drugim otwiera się szerokie pole do rozmowy o pisaniu reportażu, o polskiej szkole reportażu, o reportażu literackim. Jak nie wprowadzać czytelnika w błąd? Jak przestrzec go przed dosłownym rozumieniem tekstu, jeśli np. podlega on literackiej stylizacji? Jak odróżnić reportaż skrupulatnie trzymający się faktów od reportażu literackiego? Czy ocena reportażu zależy od trzymania się rzeczywistości przez autora? I co to trzymanie się rzeczywistości właściwie oznacza: należy pisać tylko i wyłącznie o tym, co było?</p>
<p>Podam konkretny przykład. Pisałem kiedyś reportaż z dyżuru na oddziale chirurgicznym. Spędziłem tam prawie 30 godzin, spałem niecałe półtorej. Ciągle stałem przy bohaterze tekstu, angażował mnie nawet w operacje, żebym czuł, o czym piszę. Notowałem, co konkretnie i kiedy się działo. A gdybym przychodził na dyżury codziennie, powiedzmy, przez tydzień? Myślę, że tekst powstałby z tego lepszy. Ale nadal były to tekst, w którym akcja rozgrywałaby się jednego dnia. Pytanie – co nazwiemy prawdą: artykuł dziennikarza wrzuconego na chwilę w środowisko, którego dobrze nie poznał, i notującego, co widzi wokół? Czy artykuł, który nagina lekko fakty, w celu lepszego, pełniejszego oddania obserwacji i doświadczeń autora? Głosy w tej kwestii są podzielone. Warto jednak pamiętać, że tradycja polskiego reportażu mieści oba podejścia. Wystarczy wspomnieć choćby znakomite teksty Ksawerego Pruszyńskiego.</p>
<p>Oddajmy głos samemu Kapuścińskiemu, który o reportażu mówił na naszych łamach (grudzień 2004 r.): <em>Dawniej reporter jeździł, żeby opisywać to, co widzi. Teraz samo opisywanie nie wystarcza. Reporter musi sam mieć ogromną wiedzę. Starać się być dobrze przygotowanym do tematu </em>(…)<em>. W związku z pojawieniem się telewizji, reportaż poszedł w kierunku przekazu objaśniającego, w kierunku komentowania, w kierunku interpretowania, myślowego objaśniania i analizowania świata. </em>(…)<em> </em>[W związku ze zmianami, które zachodzą<em> </em>w prasie codziennej, gdzie zaczynają dominować małe, krótkie doraźne formy]<em> przechodzi w kierunku reportażu książkowego, reportażu, który już się uniezależnił od mediów. To znajduje odbicie również w samej terminologii. W terminologii angielskiej reportaż nazywa się literal reportage albo narrative reportage, w sensie szerszej narracji, która przybiera formy książkowe. Jestem obecnie w Radzie Światowego Reportażu, która istnieje od zeszłego roku. Co roku przyznajemy nagrody w skali międzynarodowej. W tym roku wśród nagrodzonych nie było czynnego dziennikarza, piszącego w gazecie. Wszyscy byli już autorami książek. Następuje mieszanie się, fuzja obu gatunków: prozy artystycznej z prozą literatury faktu, z prozą reporterską. Ta sama ewolucja zachodzi w kinie. Coraz więcej jest filmów, które są właściwie pograniczem albo pomieszaniem gatunków, dokumentu z fikcją. I ta sama ewolucja zachodzi również w reportażu. Trudno dzisiaj mówić o reporterach, że ten jest reporter, a ten jest pisarz. To są autorzy książek i to, co wyróżnia ich twórczość, to nie jest gatunek sensu stricto tylko jakość tekstu. Książka może być dobra albo zła. Trudno mówić, czy ta książka jest dokładnie reportażem czy nowelą. Jest obecnie inne kryterium wartościowania</em>.</p>
<p><strong>Kapuściński przetrwa?</strong></p>
<p>Domosławski w pewnym momencie gra z czytelnikiem. Efektownie miesza fragmenty tekstów Kapuścińskiego z różnych czasów i miejsc. Nie wiemy, czytamy o Polsce lat pięćdziesiątych czy o rewolucyjnym Iranie. Wymieszanie pozwala zobaczyć, <em>jakie doświadczenia życiowe Ryszarda sprawiły, że tak świetnie rozumiał mechanizmy władzy i rewolucji</em>. Łatwiej także zobaczyć metaforyczność jego tekstów.</p>
<p>Usłyszałem ostatnio dwa pytania: jak czytać „Cesarza” i czy literatura Kapuścińskiego przetrwa. Domosławski potwierdza, że reportaż o Hajle Selasje od razu czytano jako metaforę rządów Edwarda Geirka. W takim razie dziś, gdy PRL-u dawno już nie ma, znajdziemy nowy sens tej literatury? Ktoś zauważył, że lektura „Cesarza” świetnie opisuje mechanizmy działania współczesnych korporacji.</p>
<p>Nazwisko Kapuścińskiego inicjuje rozmowy w różnych miejscach świata. Wypytywał mnie o jego książki nauczyciel włoskiego we Florencji, o jego reportażach długo rozmawialiśmy z dziennikarką kanadyjskiej ekipy telewizyjnej, kręcącej dokument o długowiecznych wirusach w gorących źródłach Devils Kitchen w Parku Narodowym Lassen w Kalifornii. Kapuściński pozostaje nauczycielem. Jego pisarstwo uczy wrażliwości. Dziś słyszę od redakcyjnego kolegi, że Domosławski chce zrobić z Kapuścińskiego lewicowca. Kiedy zaczytywałem się w książkach reportera, wiedziałem, że z każdą stroną robię się coraz bardziej czerwony. Co nie oznacza, że identyfikacji z tą czy inną opcją polityczną. Po prostu u Kapuścińskiego zawsze obecne są pewne elementy – dalekie od europocentryzmu zainteresowanie światem, odmiennością, empatia dla biednych, wykluczonych, sprzeciw wobec kolonizatorów, dystans wobec kapitalistycznego Zachodu.</p>
<p>Kapuściński, jak niewielu polskich autorów, potrafił zrozumieć desperację ludzi, o których słyszymy w telewizyjnych migawkach – terrorysta, zamachowiec-samobójca. Umiał pokazać świat widziany ich oczyma; zwykle nie chcemy przyjąć perspektywy człowieka, który detonując ładunki, zabija dziesiątki innych. Ale jeśli nie przekraczamy własnych horyzontów myślenia, zamykamy się na możliwość rozumienia świata i dialogu z Innym. I nie chodzi tu o żaden idealizm, ale o próbę zrozumienia konfliktów współczesnego świata. W tym tkwi siła tekstów Kapuścińskiego.</p>
<p>Takim, jak się zdaje, tłumaczem kultur Kapuściński chciałby pozostać zapamiętany. Książka Domosławskiego pokazuje koszt, jaki oznaczało to zarówno dla niego samego, jak i jego rodziny. Nadaje ostre kontury naszemu wyobrażeniu o Kapuścińskim.</p>
<p><strong>Jakub Halcewicz-Pleskaczewski</strong>, ur. 1984, redaktor „Przeglądu Powszechnego”, współpracuje z „Gazetą Wyborczą”</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/kapuscinski-rozkopany/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/kapuscinski-rozkopany/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/kapuscinski-rozkopany/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/kapuscinski-rozkopany/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

