<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Przegląd Powszechny &#187; Komentarze</title>
	<atom:link href="http://www.przegladpowszechny.pl/category/komentarze/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.przegladpowszechny.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 Jan 2012 13:41:45 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Uwagi o milczącej mniejszości</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/31/uwagi-o-milczacej-mniejszosci/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/31/uwagi-o-milczacej-mniejszosci/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 31 May 2010 20:57:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał Jagiełło</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarze]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=660</guid>
		<description><![CDATA[Tuż po potwierdzeniu tragedii pod Smoleńskiem na stoku Kotła Gąsienicowego krążyło przypuszczenie, że znów będziemy mieli pokaz „kultury śmierci”. Nie było złudzeń, że nawet najgłębsze przemyślenie tej tragedii zmieniłoby pozytywnie miliony ludzi.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Tuż po potwierdzeniu tragedii pod Smoleńskiem na stoku Kotła Gąsienicowego krążyło przypuszczenie, że znów będziemy mieli pokaz tak dla nas, Polaków, charakterystycznej „kultury śmierci”. Nie było złudzeń, że nawet najgłębsze przemyślenie tej tragedii zmieniłoby pozytywnie miliony ludzi.</strong></p>
<p>Wiadomość o katastrofie samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem dopadła mnie w rejonie Kasprowego Wierchu. I tam, w dyżurkach TOPR pod samym szczytem oraz w „Murowańcu” na Hali Gąsienicowej wyrywkowo oglądałem telewizyjne przekazy o tej tragedii. Jeździłem na nartach i siłą tej niezwykłej sytuacji słyszałem wiele spontanicznych komentarzy wypowiadanych przez narciarzy, taterników, przewodników wysokogórskich, pracowników Polskich Kolei Linowych i schroniska oraz ratowników; wypowiadanych bezpośrednio, niejako twarzą w twarz albo przez telefon komórkowy. Już wtedy, na gorąco, zadawałem sobie pytanie, czy dana opinia jest typowa dla poglądów większości obywateli RP, czy też jest to zdanie mniejszości.</p>
<p>Po powrocie do Warszawy i po odbyciu paru ważnych dla tego tematu rozmów (także telefonicznych), dochodzę do przekonania, że spora część tamtych wypowiedzi znajduje zwolenników także poza Tatrami – że użyję tego metaforycznego określenia. Jednocześnie jednak, po spędzeniu paru godzin na oglądaniu różnych stacji telewizyjnych i przejrzeniu paru tytułów prasy codziennej, przypuszczam, że wiele z tych tatrzańskich opinii to głos milczącej mniejszości – chociaż, czy na pewno mniejszości? Spróbuję powiedzieć o tym choć parę zdań. Formułowanych na bieżąco, oczywiście, na własną odpowiedzialność, jako głos w dyskusji o postaciach naszego patriotyzmu, o mediach i dziennikarskiej odpowiedzialności za słowo, o roli Kościoła w życiu publicznym, o poważnej i bez resentymentów rozmowie z Rosjanami i Rosją…</p>
<p>Wróćmy zatem w góry. Generalizując – było zaskoczenie tak dużą liczbą ofiar i smutek, ale bez cienia histerii. Górski kołowrót kręcił się swoim rytmem już to w gęstej mgle, już to w prześwitującym słońcu. Owszem, na dwie minuty stanęła kolejka linowa i wyciąg krzesełkowy, w milczeniu i powadze oddaliśmy cześć zmarłym, ale za chwilę każdy poszedł do swoich zajęć: od pracowitych i miłych pań w schroniskowej kuchni, aż po wędrujących po zaśnieżonych graniach instruktorów z grupkami podopiecznych. Ktoś wspomniał dwóch pilotów i dwóch ratowników, którzy w sierpniu 1994 r. zginęli podczas akcji w awarii śmigłowca nad Doliną Olczyską, ktoś pomyślał o dwóch innych ratownikach pogrzebanych w lawinie pod koniec grudnia 2002 r., o turystach, taternikach, narciarzach i grotołazach znoszonych z tych gór z gałązką kosodrzewiny przypiętą do martwych ciał.</p>
<p>Pojawiali się przed nami i ci – dobrze nam kiedyś znani, bywało, że partnerzy ze wspinaczek i ratunkowych akcji – którzy sami skończyli swoje życie… Słowem, wielu z nas, przeżywających te dni żałoby w Tatrach, pochowało już swoich dziadków i rodziców, a także straciło w górach kogoś bliskiego, i zapewne te bolesne osobiste doświadczenia z dalszej czy nieodległej przeszłości były teraz swego rodzaju osłoną przed wypowiadaniem pochopnych słów: że to „drugi Katyń”, że to „symboliczna śmierć”, że powinna nas ona pozytywnie zmienić. Paradoksalna sytuacja: z jednej strony góry, a szczególnie Tatry, są tak szczelnie owinięte w różnorakie mitologie, tak łatwo mogą być postrzegane jako ikony różnych „Kościołów”, zaś z drugiej dość skutecznie chronią bywalców przed pokusą uwznioślania przypadkowych WYPADKÓW, nadawania im rangi historiozoficznej czy nawet eschatologicznej. To TYLKO wypadek. Zapewne błąd człowieka – słyszało się w dyżurkach i na stokach.</p>
<p>Związani jakoś z wojskiem dodawali ostrożnie coś o presji, pod jaką być może byli piloci: zwyczajnej, „rozpylonej” w kokpicie presji, której jakże łatwo można się poddać, wioząc urzędującego prezydenta i generalicję na TAK ważną uroczystość. To prawda, dla Lecha Kaczyńskiego miała to być pielgrzymka, ale przecież niewolna od doraźnie politycznych celów. Nie ma powodów, by zapominać, że koncepcja państwa, jaką prezentował zmarły, była kontestowana przez tak wielu jego współobywateli – powiadano. I kolejne spostrzeżenia: śmierć w wypadku nie jest zależna od tych, którzy zginęli. A zatem nie powinno się ofiar traktować jak bohaterów. W środowiskach związanych z górami żywa jest pamięć o Klemensie (Klimku) Bachledzie, który zginął w sierpniu 1910 r., chcąc dotrzeć do tkwiącego w ścianie wspinacza. Pamięta się jednak i to, że Klimek samowolnie, wbrew decyzji kierującego wyprawą Mariusza Zaruskiego, odłączył się od towarzyszy…</p>
<p>I dlatego mogę w kolejnych wydaniach swego „Wołania w górach” powtarzać przecież nie tylko swoje zdanie: <em>Decyzji Klimka, podjętej w najszlachetniejszej z możliwych intencji, nie można określić mianem niesubordynacji. To byłoby spłycenie problemu. Ale to, co zrobił Klimek, nie może być uznane za typowe, nie może być zasadą pracy ratowniczej. Jestem skłonny uznać to za akt szaleńczej odwagi, lecz cenię także akt odwagi świadomej – decyzję Zaruskiego o odwrocie</em>. Refleksja o tych trudnych zagadnieniach jest częścią intelektualnego i zarazem moralnego dziedzictwa polskich ludzi gór, nic więc dziwnego, że niektórzy mieli pretensje do dziennikarzy i komentatorów telewizyjnych niedostatecznie wyraźnie rozgraniczających śmierć , nawet w tak poruszających okolicznościach, jak ta pod Smoleńskiem, od aktów świadomego bohaterstwa.</p>
<p>Dziennikarze to temat sam w sobie. Ważny i wewnętrznie rozbudowany. Dlatego też trzeba się wystrzegać krzywdzących uogólnień. Jednak na Kasprowym Wierchu i w „Murowańcu” słyszało się apele do nich: nie mówcie tak dużo, nie podgrzewajcie emocji widzów i słuchaczy, starajcie się wspierać myślenie w kategoriach racjonalnych, rezygnujcie z określeń typu „przeklęta smoleńska ziemia”, nie ścigajcie się na patetyczne słowa, miejcie odwagę dyskretnie dystansować się od tych, którzy nazbyt gorliwie „zapędzają” Polaków do plemienno-wspólnotowego przeżywania żałoby, nie szantażujcie, nadużywając wielkich kwantyfikatorów: „wszyscy”, „cała Polska…”, nie bądźcie aż tak sarmacko dewocyjni, nie zamieniajcie telewizji – szczególnie publicznej TVP – w jakąś agendę polskiego ludowo-konserwatywnego katolicyzmu, nie pokazujcie – i to w takiej sytuacji! – tych, którzy bredzą coś o spiskach, podsycając nieufność do Rosjan… Wspierajcie premiera Donalda Tuska i marszałka Bronisława Komorowskiego w ich rozważnych i godnych najwyższego uznania działaniach podejmowanych w imieniu państwa.</p>
<p>I dlatego powtarzano sobie głosy wyważone, przede wszystkim z „Gazety Wyborczej”, i te padające czasem w telewizyjnych wypowiedziach. Coraz też częściej zauważano dwuznaczność zasady, że o zmarłych tuż po ich śmierci powinno się mówić albo tylko dobrze, albo milczeć… W zaufaniu, ściszonym głosem i zdając sobie sprawę z delikatności materii, ujawniano: <em>Śmierć tylu osób w tak rzeczywiście działających na wyobraźnię i emocje okolicznościach nie odbiera mi prawa do chłodnej oceny poszczególnych zmarłych</em>. Oraz, już szeptem: <em>Nie wszystkich mi żal tak samo</em>. W tym kontekście ten i ów zauważał, że wielu dziennikarzy, być może nieświadomie, włącza się faktycznie w kampanię jednej partii: ukazując tylko dobre strony Lecha Kaczyńskiego, pomijając jego poglądy polityczne rzutujące przecież na sprawowany urząd – właściwie lansują projekt IV RP według pomysłu PIS. Co wręcz programowo i z wykorzystaniem naturalnej ludzkiej potrzeby szacunku dla zmarłych i współczucia dla ich rodzin czyniła TVP.</p>
<p><strong>Michał Jagiełło,</strong> ur. 1941, taternik, alpinista, ratownik TOPR-u, przewodnik tatrzański, publicysta i pisarz. Wykładowca w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego i w Collegium Civitas (kultura mniejszości narodowych, antropologia wielokulturowości: mniejszości narodowe w Polsce).</p>
<p><em>Więcej w papierowym wydaniu “Przeglądu Powszechnego” (czerwiec 2010)</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/31/uwagi-o-milczacej-mniejszosci/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/31/uwagi-o-milczacej-mniejszosci/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/31/uwagi-o-milczacej-mniejszosci/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/31/uwagi-o-milczacej-mniejszosci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dajcie im szansę. O parytetach raz jeszcze</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/10/dajcie-im-szanse-o-parytetach-raz-jeszcze/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/10/dajcie-im-szanse-o-parytetach-raz-jeszcze/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 10 May 2010 22:36:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Anna Śledzińska-Simon</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarze]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=624</guid>
		<description><![CDATA[Pozostawienie swobody partiom politycznym stosowania kwot wyborczych na listach ma sens w krajach, w których szanse polityczne, społeczne czy ekonomiczne kobiet i mężczyzn są bardziej wyrównane.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Kwestię parytetów uważam za ostateczność w sytuacji, gdy postęp dotyczący promocji praw kobiet oraz ich udziału w organach przedstawicielskich jest słaby. Pozostawienie swobody partiom politycznym stosowania kwot wyborczych na listach ma sens w krajach, w których szanse polityczne, społeczne czy ekonomiczne kobiet i mężczyzn są bardziej wyrównane.</strong></p>
<p>Problem niewielkiego udziału kobiet w organach prawodawczych faktycznie wynika ze społeczno-politycznej, a nie prawnej pozycji kobiet. Dlatego gwarancje równości formalnej, zgodnie z którą każdy traktowany jest tak samo bez przywilejów i specjalnego traktowania, nic w tej kwestii nie zmienią. Mogą to uczynić działania pozytywne, „wyrównujące” brak realnie równych szans między mężczyznami i kobietami w roli kandydatów do Sejmu, Senatu, Parlamentu Europejskiego, rad gmin, powiatów czy sejmików województw. Celem tych działań nie jest bynajmniej dyskryminowanie mężczyzn, ale wprowadzenie rzeczywistej równości w procesie wyborczym aż do momentu, gdy kobiety będą w stanie same zapewnić sobie bardziej proporcjonalną reprezentację w organach przedstawicielskich.</p>
<p>Zastrzeżenie 50% czy też innej procentowej części na listach wyborczych dla jednej z płci stanowi rodzaj uprzywilejowania wyrównawczego. Słowo „parytet” oznacza równy podział miejsc między dwie kategorie osób. Potocznie używa się go także na określenie innych kwot udziału w organach kolegialnych lub na listach wyborczych (listach kandydatów). Zgodnie z dokumentem Konferencji Pekińskiej w sprawie kobiet z 1995 r., tylko 30% reprezentacja w organach kolegialnych daje realny wpływ na proces decyzyjny. W Polsce ogólny udział kobiet w życiu politycznym szacuje się na 20-25%. W Sejmie VI Kadencji zasiada 94, a w Senacie tylko 8 kobiet, co łącznie stanowi 14%. Nie należy oczekiwać, że parytet radykalnie zmieni te liczby. Istotne jest jednak, że stanie się przyczynkiem do zmiany kultury politycznej, a pośrednio także mentalnej oraz wpłynie na społeczny i gospodarczy status kobiet.</p>
<p>Parytety na listach wyborczych, i jak zakładam stopniowy wzrost reprezentacji kobiet w parlamencie, ale także organach samorządowych, powinny przede wszystkim obalić stereotyp, że sfera polityki jest domeną mężczyzn, a kobiety w życiu publicznym mogą pełnić głównie role pomocnicze, drugorzędne i dekoracyjne. Jednocześnie powinien stanowić zachętę dla kobiet, by realizowały swoje ambicje zawodowe także w polityce.</p>
<p>Kobiety nie są jednolitą grupą. Nie są bynajmniej nawet mniejszością czy kategorią społeczną (gdyż przynależą do różnych grup społecznych). Tłumaczy to, dlaczego Partii Kobiet tak trudno odnieść sukces wyborczy, przekroczyć 5% próg wyborczy, czy nawet zarejestrować własne listy wyborcze. Nie przekreślając znaczenia tej inicjatywy, trudno wskazać na jednolity interes kobiet, który Partia Kobiet może utożsamiać. Bardziej realne jest określenie grup interesów kobiet (biednych i bogatych, ze wsi i z miast, bezdzietnych i dzieciatych, wykształconych i nie, wyzwolonych i zniewolonych), które mogą być zintegrowane w programach partii politycznych od lewa do prawa. Niestety, dużo częściej interesy kobiet są instrumentalizowane do celów wyborczych. Podobnie jak i kwestia wprowadzenia parytetów.</p>
<p><em>Więcej w papierowym wydaniu “Przeglądu Powszechnego” (maj 2010)<br />
</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/10/dajcie-im-szanse-o-parytetach-raz-jeszcze/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/10/dajcie-im-szanse-o-parytetach-raz-jeszcze/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/10/dajcie-im-szanse-o-parytetach-raz-jeszcze/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/05/10/dajcie-im-szanse-o-parytetach-raz-jeszcze/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Papież wielkiego otwarcia</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/papiez-wielkiego-otwarcia/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/papiez-wielkiego-otwarcia/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Apr 2010 00:03:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Piotr Kowalczuk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarze]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=606</guid>
		<description><![CDATA[Mimo zastrzeżeń, że to płytka analiza, Jan Paweł II przejdzie do historii przede wszystkim jako antykomunistyczny polski heros. Tym bardziej że podjęta potem przez niego walka z sekularyzacją Europy, nie mówiąc o aborcji i problemach bioetycznych, nie zakończyła się spektakularną wiktorią.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Mimo zastrzeżeń, że to płytka analiza, Jan Paweł II przejdzie do  historii przede wszystkim jako antykomunistyczny polski heros. Tym  bardziej że podjęta potem przez niego walka z sekularyzacją Europy, nie  mówiąc o aborcji i problemach bioetycznych, nie zakończyła się  spektakularną wiktorią.</strong></p>
<p>Od śmierci Jana Pawła II mija pięć lat. Niebawem będzie beatyfikowany. Jak teraz, gdy opadły emocje, oceniają go ci, którzy przez lata towarzyszyli mu w Watykanie lub z różnych powodów przyglądali się z bliska temu człowiekowi i pontyfikatowi szczególnie uważnie? Jak, ich zdaniem, historia oceni Jana Pawła II ?</p>
<p>Gdy Jan Paweł II leżał po raz ostatni w klinice Gemelli, rozbiło tam obóz ogromne dziennikarskie miasteczko. Koledzy po fachu z całego świata, gdy tylko zwiedzieli się, że jestem Polakiem, podtykali mi pod nos mikrofon, zasypując pytaniami. Sądzili, że jako Polak będę im w stanie tego papieża najlepiej opowiedzieć. Jakiś Amerykanin poklepał mnie po plecach mówiąc: <em>Nie martw się, twój papież będzie żył.</em> Kiedy Jan Paweł II umarł, nasz portier, pani w kiosku i pan z baru na rogu dzielili się ze mną swoim smutkiem, zaznaczając: <em>To był nie tylko twój, ale też nasz</em> <em>papież.</em> Na Placu św. Piotra, kiedy ogłoszono, że następcą został Joseph Ratzinger, stojąca obok mnie Włoszka jęknęła do drugiej: <em>Tylko nie ten Niemiec. I to po tym wspaniałym Polaku. Jak</em> <em>mogli&#8230; </em>Dla tych ludzi Jan Paweł II był i pozostanie przede wszystkim Polakiem.</p>
<p>Co dziwne, ten vox populi doskonale rymuje się się z głosem włoskich watykanistów i niepolskich współpracowników papieża w pięć lat po jego śmierci. Opowiadając o niezwykłości i wyjątkowości tego pontyfikatu, bardzo często składają je na karb polskości i polskich doświadczeń Karola Wojtyły. Nierzadko zresztą ta polskość staje się zbyt łatwym i nadużywanym wytrychem. Tak czy inaczej, wszyscy oni mają najnowszą historię Polski w małym palcu, a filozof Rocco Buttiglione nauczył się polskiego i cytuje naszych wieszczów w oryginale. Najlepiej spośród dziennikarzy znający Karola Wojtyłę Giancarlo Svidercoschi, sam zresztą mający polskie korzenie, powiada, że <em>każde wielkie wydarzenie tego pontyfikatu miało swoje korzenie w latach przeżytych w Polsce. Wykorzystał te polskie doświadczenia w perspektywie uniwersalnej i to one właśnie</em> <em>przesądziły o odmienności tego papieża w porównaniu z poprzednikami.</em> Włoscy komentatorzy są na ogół zgodni, że historia odda Janowi Pawłowi II ogromne zasługi w obaleniu komunizmu i wskazują, że bez polskich doświadczeń nie byłby w stanie tego zrobić.</p>
<p>Zarówno Svidercoschi jak i inny wybitny watykanista Marco Politi czy prof. Buttiglione pytani o wpływ Karola Wojtyły na światową politykę podkreślają najpierw unikalne doświadczenia polskiego papieża, który znał komunizm od środka i w związku z tym wiedział, jak z nim walczyć. Zaznaczają, że za poprzednich pontyfikatów Jana XXIII i Pawła VI stosunki między Watykanem a państwami komunistycznymi czy lokalnymi władzami a Kościołem charakteryzował pewien modus vivendi zakładający trwałość pojałtańskiego podziału Europy. Chodziło o umożliwienie dalszej egzystencji Kościołów mimo bardzo trudnych warunków, wyświęcania biskupów – naturalnie kosztem pewnych kompromisów. Tymczasem, jak twierdzi Politi, Jan Paweł II, mający <em>głębokie wyczucie historii i filozofii historii, jako pierwszy pojął, że ZSRR rozpada się od wewnątrz i nadszedł czas, by zmienić relacje z Moskwą postępując inaczej niż robili to wówczas liderzy</em> <em>państw zachodnich.</em> Kard. Camillo Ruini, papieski wikariusz Rzymu, podkreśla, że Jan Paweł II musiał do swojej wizji przekonać również Kościół, szczególnie w krajach zachodnich. Chodziło o przyjęcie linii otwartej i odważnej ewangelizacji, obrony człowieka i zniewolonych narodów: <em>Wiele osobistości w Kościele i nie tylko uważało, że należy zaakceptować status quo – podział Europy i postępującą sekularyzację, że Kościół powinien to przyjąć do wiadomości i jakoś się do tego</em> <em>przystosować.</em> Wszyscy zwracają uwagę, że słynne słowa papieża <em>Nie lękajcie się</em> i o dwóch płucach podzielonej Europy trzeba również analizować w aspekcie politycznym.</p>
<p>Politi, podobnie jak kard. Pio Laghi, jeden z najwybitniejszych watykańskich dyplomatów, wskazują, że głównie z powodów politycznych między USA prezydenta Reagana a Watykanem doszło do zbliżenia, które obaj nie wahają się nazwać nowym Świętym Przymierzem i nie sposób przecenić znaczenie tego sojuszu w kontekście upadku komunizmu. Kard. Laghi przypomina sobie telefon, w którym Reagan prosił go o instrukcje, jaką politykę ma prowadzić wobec reżimu Jaruzelskiego w Polsce. Jan Paweł II, podkreśla hierarcha, choć nie miał żadnych dywizji, stał się bardzo ważnym sojusznikiem Reagana w walce z komunizmem: <em>Potęga militarna i gospodarcza rozpoczęła współpracę z potęgą duchową, czego symbolem stało się również nawiązanie pełnych</em> <em>stosunków dyplomatycznych między obu</em> <em>państwami</em>. Politi przypomina, że <em>ówczesny szef CIA William Casey był w Watykanie co najmniej sześć razy. Ze strony CIA papież otrzymywał niezwykłej wagi informacje wojskowe, strategiczne. Miał dokładną wiedzę jak może się zachować Moskwa. Natomiast od Watykanu Stany Zjednoczone otrzymywały informacje o sytuacji i nastrojach w Polsce.</em></p>
<p>To, co włoscy watykaniści i politolodzy mają do powiedzenia o sekwencji wydarzeń, które doprowadziły do upadku komunizmu, mile łechce polskie ucho. Są przekonani, że to dzielny polski naród dzięki inspiracji Jana Pawła II, a konkretnie jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, zdobył się na solidarnościowy zryw. A potem, gdy nastał stan wojenny, polski papież podtrzymywał w Polakach nadzieję i ducha oporu. W efekcie polski opór rozlał się na całą niemal Europę Środkowo-Wschodnią i komunizm skonał.</p>
<p><em>Więcej w papierowym wydaniu &#8222;Przeglądu Powszechnego&#8221;</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/papiez-wielkiego-otwarcia/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/papiez-wielkiego-otwarcia/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/papiez-wielkiego-otwarcia/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/03/31/papiez-wielkiego-otwarcia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>…pędzę do kiosku po gazetę</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/%e2%80%a6pedze-do-kiosku-po-gazete/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/%e2%80%a6pedze-do-kiosku-po-gazete/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 17 Jan 2010 19:48:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan Kłossowicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarze]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Telewizja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=456</guid>
		<description><![CDATA[A gdyby rząd nagle zakazał oglądania telewizji i słuchania radia, i zezwolił wyłącznie na czytanie gazet i książek?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>A gdyby rząd nagle zakazał oglądania telewizji i słuchania radia, i zezwolił wyłącznie na czytanie gazet i książek?</strong></p>
<p>Nie lubię science fiction, ani w literaturze ani w filmie, mimo że moimi rodakami są Stanisław Lem i Jerzy Żuławski, a za miedzą Karel Čapek wymyślił robota, który od dawna stał się rzeczywistym narzędziem i terminem zakorzenionym we wszystkich językach świata. Nie lubię też literatury (a także opartych na niej filmów) nazwanej oczywiście po angielsku: fantasy. Kiedy w programie telewizyjnym zobaczę obok jakiegoś tytułu literki: s.f. lub napis: fantasy, na pewno nie będę tego oglądał.</p>
<p>Rozwlekłe, choć na pewno warsztatowo nieraz wręcz doskonałe powieścidła klasyków fantasy, począwszy od J.R.R. Tolkiena czy E.R. Eddisona, aż po panią Rowling, która napisała już prawie kopę książek poświęconych przygodom Harry’ego Pottera, wydają mi się przede wszystkim sztuczne i fałszywe, a nawet tandetne. Są dla mnie jakimiś nowotworami czy pasożytami wyrosłymi na wspaniałych drzewach mitów, legend, baśni i historycznych opowieści, a także na cudownych drzewkach bajek dla dzieci i dorosłych.</p>
<p>Wracając do science fiction (niegdyś nazywanej fantazją naukową), trzeba zauważyć, że jej istotę stanowi przewidywanie przyszłości, które przeważnie okazuje się równie zwodnicze i naiwne jak proroctwa jasnowidzów i astrologów. Wpadła mi kiedyś w ręce wydana pół wieku temu książeczka Lema. Autor „Solaris” ujawnia w niej swoją wizję świata w dość odległej przyszłości, czyli w czasach, w których obecnie żyjemy. Wystarczy powiedzieć, że klasyk gatunku nie przewidział tam najważniejszych wynalazków, które dziś określają nasze codzienne życie. Robot okazuje się wyjątkiem potwierdzającym regułę.</p>
<p>Nie znaczy to, bym w ogóle nie cenił fantastyki, nie mówiąc o fantazji (Jules Verne, Herman Melville, „Gwiezdne wojny”, „E.T.”, „Odyseja kosmiczna”), ale fantazjowanie dla samego fantazjowania, czy to dotyczące przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości, uważam za puste. Dlatego ogromna część repertuaru dostępnych mi kanałów telewizyjnych pozostaje poza kręgiem moich zainteresowań. Nie oglądam i nie będę o nich pisał. O czym lojalnie zawiadamiam.</p>
<p>O ile jednak, jak już powiedziałem, nie cenię science fiction, o tyle inny rodzaj literatury i oparte na nim filmy doprawdy bardzo lubię. Jest to, znowu po angielsku nazywana, fantazja polityczno-historyczna, czyli political fiction.</p>
<p>Polega ona, jak wiadomo, na wymyślaniu scenariuszy przyszłych wydarzeń lub zjawisk politycznych i społecznych. Przy czym chodzi głównie o zapowiedzi zagrożeń, które autorzy political fiction dostrzegają w otaczającym ich świecie. I, w przeciwieństwie do dzieł pisarzy z kręgu science fiction, scenariusze te, przynajmniej w części, a nawet czasem w całości się spełniają.</p>
<p>W Polsce mamy znakomitą tradycję w tej dziedzinie. Chodzi o Witkacego. Wystarczy wspomnieć „Nienasycenie” z 1930 r. (traktujące, najkrócej mówiąc: o wojnie Wschodu z Zachodem&#8230;), czy „Szewców” z 1934 r., ukazujących klęskę socjaldemokracji i walkę komunizmu z faszyzmem.</p>
<p>Jednakże klasyczne dzieła gatunku powstały dopiero po II wojnie światowej, niestety, nie u nas. Najsławniejsze to oczywiście wydany w 1945 r.: „1984” George’a Orwella, z „Wielkim Bratem” i „Ministerstwem Miłości”. Ale są inne, ciekawe i prawie równie sławne, jak choćby „Fahrenheit 451” Raya Bradbury’ego, o totalitarnym państwie, w którym zabroniono czytać i kazano oglądać telewizję&#8230; Mniam, mniam&#8230; Cóż by to było! „Przegląd” by nie istniał, ale ja za to miałbym pole do popisu. Zamiast pisać, gadałbym – w telewizji o telewizji. Nie. Masło maślane.</p>
<p>Zamiast tego przyszła mi do głowy rzecz zupełnie inna, do której znalazłem inspirację w owej książce Bradbury’ego, a także w tym, że pewnego dnia popsuł mi się telewizor, i naprawili mi go dopiero nazajutrz. Pomyślałem sobie: A jak by to wyglądało, gdyby rząd nagle zakazał oglądania telewizji i słuchania radia, i zezwolił wyłącznie na czytanie gazet i książek? Idea wzięta, jak widać, z political fiction, i podobnie jak u Orwella, Witkacego czy Bradbury’ego, oparta na obserwacji otaczającego mnie świata. Może nawet nie całkiem karkołomna, bo teraz rząd ma, co chwila, tyle zaskakujących pomysłów, więc może&#8230;</p>
<p>Pudełko z ekranem, stoi martwe, radio milczy, a ja pędzę do kiosku po gazetę, by się dowiedzieć o najnowszych wydarzeniach. Tak było przez setki lat, i oto znowu wróciłem do „epoki Guttenberga”.</p>
<p>Zamiast kliknąć pilotem, muszę wyłazić na dwór. A przeczytane przy śniadaniu wiadomości nie są tak świeże, jak te z telewizji czy radia. Za telewizję kablową płaciłem ok. 100 zł miesięcznie, a za radio nic, bo premier zachęcił do nieuiszczania abonamentu, i emerytów w ogóle od tego zwolnił (gdyby tak pozwolił nie płacić podatków od głodowych emeryturek, ale co to, to nie). Policzyłem szybko, ile to wszystko będzie mnie teraz kosztowało, bo na maturze zdawałem matematykę, i zamiast kalkulatora mam wciąż w głowie tabliczkę mnożenia. Po pierwsze: by nie dać się wodzić za nos jakiemuś pojedynczemu wydawcy czy naczelnemu redaktorowi, trzeba kupić ze cztery gazety (od Wybiórczej i Rzepy po Trybunę Ludu), to razem ok. 10 zł. Sześć razy dziesięć – sześćdziesiąt. A więc, miesięcznie: 240. A tygodniki? Też ze cztery: „Wprost”, „Newsweek” i ze dwa lewicowe: „Polityka” i „Przegląd” (nie mylić z „Powszechnym”!), każdy kosztuje ok. 5 zł, tygodniowo 20, a miesięcznie 80. W sumie: 320 zł.</p>
<p>I co dostaję za te ciężkie pieniądze? (Nie śmiejcie się ze mnie młodzi, bo wam właśnie załatwiają emeryturki podobne do mojej).</p>
<p>No cóż, jeśli chodzi o dzienniki, nie jest jeszcze tak źle, choć szkodzi tendencyjność, to warsztat bywa dobry, a tematyka różnorodna i nie brak poważniejszych artykułów (tabloidów nie kupię). Natomiast tygodniki, to wielkie rozczarowanie. Niby różnorodne czy różnotendencyjne, ale poszczególne materiały przeważnie jakieś niedopracowane, pozbawione głębszych refleksji (z tym lepiej bywa w dziennikach), jakby nadmiernie skracane, zamiast publicystyki niemal hasła, okrzyki czy zawołania. Prawie wszystko zrobione z nadmiernym pośpiechem i z obawą, że znudzi się czytelnika jakimś zbyt długim i wymagającym skupienia tekstem.</p>
<p>Odniosłem wrażenie, że redaktorzy i dziennikarze z tygodników, zamiast świadomie przeciwstawić się telewizji (której na szczęście już nie ma), ulegli jej wpływowi. Jakby obawiali się, że rozleniwieni przed telewizorami czytelnicy nie zechcą wziąć do pyska niczego, co nie da się gładko połknąć.</p>
<p>Ale będzie lepiej. Bo skoro wolno jedynie czytać, to może nie tylko ja, ale i wszyscy moi rodacy do tego się zabiorą? Może statystycznie przeczytają w ciągu roku nie jedną, a dwie książki? Gdy nie ma telewizji, zaczną częściej chodzić do kina, a czasem do teatru. Może zamiast oglądać, przeczytają nawet jakiś dramat, do czego zmuszani byli w szkole?</p>
<p>Warto zapłacić te 200 zł, niech naród wróci do czytania, a ja nie będę pisał o telewizji, tylko jak przez poprzednie pięćdziesiąt lat, o teatrze?</p>
<p>Hej, łza się w oku kręci, ale to wszystko nieprawda. Bo żaden ze mnie Orwell czy choćby Bradbury. Pisząc moją political fiction, zapomniałem o internecie. A internetu żaden, nawet najbardziej totalitarny rząd nie wyłączy, bo posypałyby się wszystkie połączenia handlowe i finansowe. W Chinach kilkadziesiąt tysięcy tamtejszych ubeków na okrągło surfuje po sieci wychwytując niebłagonadiożne treści, i nie udało się im go w pełni ocenzurować. Więc bez telewizji nadal przeglądałbym sobie prasę w internecie, a statystyczni rodacy zamieniliby ekran telewizora na monitor komputera.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/%e2%80%a6pedze-do-kiosku-po-gazete/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/%e2%80%a6pedze-do-kiosku-po-gazete/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/%e2%80%a6pedze-do-kiosku-po-gazete/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/%e2%80%a6pedze-do-kiosku-po-gazete/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pielgrzymi. Niepewne definicje i oceny</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/pielgrzymi-niepewne-definicje-i-oceny/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/pielgrzymi-niepewne-definicje-i-oceny/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 17 Jan 2010 17:03:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan Kłossowicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarze]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Telewizja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://jezuici.pl/pptest/?p=374</guid>
		<description><![CDATA[Można wreszcie pisać o tym, co telewizja robi, a nie o tym, co jej grozi.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wojna o telewizję publiczną wyraźnie przycichła przygnieciona kolejnymi aferami. I bardzo dobrze, bo spełniło się wyrażone w poprzednim felietonie życzenie, by można wreszcie było pisać o tym, co telewizja robi, a nie o tym, co jej grozi.</p>
<p>Pretekstem będzie oczywiście program telewizji publicznej, i – jak nieraz już się zdarzało – spektakl Teatru Telewizji. Wprawdzie nie jest to premiera, ale powtórka widowiska sprzed siedmiu lat, ponieważ jednak zostało ono oparte na współczesnej polskiej sztuce – powstałych w 2000 r. i wystawianych w teatrze „Pielgrzymach” Marka Pruchniewskiego – na pewno zasługuje na omówienie.</p>
<p>Pruchniewski, swoją pierwszą sztukę „Armia” napisał w 1987 r., i od początku lat 90. pozostaje obecny na scenach, a spośród jego sztuk największy rozgłos (obok wspomnianych „Pielgrzymów”) zyskały „Historia noża”, „Łucja i jej dzieci” oraz „Wesołe miasteczko”. Jest dramaturgiem znanym i docenianym, więc przypomnienie jego sztuki stanowi zachętę do paru uwag nieco szerszej natury.</p>
<p>Kiedy trzy lata temu pisałem wstęp do opracowanej przeze mnie i wydanej w 2007 r. „Antologii dramatu polskiego. 1945-2005”, największy kłopot miałem z wyborem i oceną ostatniego okresu naszego dramatopisarstwa (1989-2005).</p>
<p>Napisałem wtedy: <em>Choć już od dziesięciu lat trwa napór nowej dramaturgii, pojawiające się definicje i oceny wydają się niepewne. I nic dziwnego, bo niełatwo poradzić sobie z zaskakującą w dobie wszechobecnej telewizji i internetu, liczbą nowych autorów piszących sztuki teatralne. W krytyce dominują oceny negatywne. Ogólne definicje przypominają diagnozy socjologów a nawet psychiatrów. Depresja, frustracja, agresja (nazywana brutalizmem), brak kontaktu, atrofia uczuć, niezdolność do myślenia pozytywnego, to terminy, które dotyczą zarówno postaci dramatów, jak i ich autorów. Analizy struktury sztuk są podobne: obrazki zamiast dramaturgicznej kreacji, łańcuszki snujących się za sobą scen, akcja bez dynamiki, sytuacje zastępujące akcję. Porównuje się je z telewizyjnymi programami spod znaku: „Reality”, opartymi na surowym materiale, wziętym wprost z otoczenia. A cała formacja często jest nazywana „pokoleniem porno” – od antologii „Pokolenie porno i inne niesmaczne sztuki teatralne. Antologia najnowszego dramatu polskiego”(2003),<strong> </strong>zawierającej<strong> </strong>utwory 10 pisarzy. Rzeczywiście<strong>,</strong> nie tylko w tym zbiorze można znaleźć didaskalia przypominające scenariusz pornograficznego filmu, a liczne sztuki mogą wydawać się „niesmaczne”, bo bywają niechlujnie napisane i w naiwny sposób prowokacyjne. Nowa dramaturgia często wygląda niemal jak piaskownica po środku blokowiska, w której siedzą pozbawieni nadziei i systemu wartości, znudzeni smarkacze.<strong> </strong>A w otaczającym ich świecie widzą tylko siebie.</em></p>
<p>I zaraz dodałem: <em>Wydaje mi się jednak, że wprawdzie wyliczone wyżej konstatacje są trafne, to nasza, najnowsza dramaturgia, często zresztą zestawiana z bliską jej pokoleniowo twórczością niektórych pisarzy angielskich i niemieckich, nie mieści się w takim schemacie. Znaleźć w niej można – i tu trzeba się zgodzić z jej obrońcami – wprawdzie ograniczony i często nieporadnie wyartykułowany, ale ważny głos pokolenia, które weszło do literatury na przełomie XX i XXI wieku. </em></p>
<p>Z tym stwierdzeniem zgadzam się i dzisiaj, ale choć od ponownego odzyskania niepodległości minęło właśnie dwadzieścia lat, muszę przyznać, że z ostateczną oceną najnowszej polskiej dramaturgii nadal było by mi trudno.</p>
<p>Nie jestem zwolennikiem chronologicznych podziałów literatury, teatru czy sztuki w ogóle, w zależności od jakichś ważnych przemian politycznych i społecznych. Wolę tradycyjne podziały na epoki oparte na kryteriach estetycznych: renesans, barok, romantyzm&#8230; Jednak są to klasyfikacje dokonywane z dalszej perspektywy historycznej, a literatura i sztuka XX w. (nie mówiąc o raczkującym wieku XXI) jeszcze się takiej zbiorowej nazwy nie doczekały. I pewnie nieprędko się doczekają, bo począwszy od przełomu ubiegłych stuleci pojawia się tak ogromna liczba często przeciwstawnych i konkurujących ze sobą prądów, programów i tendencji artystycznych, że chyba nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, który z nich uzyska kiedyś nadrzędne znaczenie określające całą epokę. Wprawdzie przyjął się już, mający daleki zasięg, podział na nowożytność i ponowożytność, czy też na nowoczesność i ponowoczesność (modernizm i postmodernizm), ale wydaje mi się o tyle szeroki, o ile nieprecyzyjny i zbyt ogólnikowy.</p>
<p>Jeżeli jednak podziału i klasyfikacji trzeba dokonywać z bliskiej perspektywy pozostają nam do dyspozycji jedynie cezury historyczne czy też polityczno-społeczne. Dlatego, układając moją antologię, przyjąłem układ chronologiczny, a wstępnie dokonywałem podziałów, opierając się na owych, wyżej wspomnianych cezurach.</p>
<p>Trzeba zresztą dodać, że literatura i sztuka po 1945 r. była tak ściśle związana z aktualną sytuacją polityczno-społeczną, poddawana takim naciskom i jednocześnie tak często prowadziła nieustanną wojnę z cenzurą, że daty kolejnych „przykręceń śruby” i „odwilży” – 1949, 1956, 1968, 1981 – oznaczały zmiany w sytuacji artystów i wpływały na kształt ich twórczości. Co zresztą paradoksalnie zaowocowało tym, że lata 1956-1981 to być może najbogatsza epoka naszej dramaturgii&#8230; Gdyby więc pokusić się o ocenę i szukać jakiegoś punktu odniesienia, to najnowszą dramaturgię z lat 1989-2009, tworzoną w wolnej Polsce, należałoby porównać z okresem międzywojennym.</p>
<p>Wyliczmy wobec tego kilka nazwisk dramatopisarzy debiutujących w obu tych dwudziestoleciach. 1918-1939: Stanisław Ignacy Witkiewicz, Witold Gombrowicz, Jerzy Szaniawski, Karol Hubert Rostworowski, Stanisława Przybyszewska, Jarosław Iwaszkiewicz, Zofia Nałkowska, Antoni Słonimski, Tadeusz Peiper, Bruno Winawer, Antoni Cwojdziński&#8230;</p>
<p>Jako dramaturg zadebiutował też wówczas Stefan Żeromski.</p>
<p>1989-2009: Lidia Amejko, Ingmar Villqist, Krzysztof Bizio, Michał Walczak, Marek Pruchniewski, Wojciech Tomczyk&#8230; Ostatnio sztuki pisze również Dorota Masłowska.</p>
<p>No cóż, wystarczy powiedzieć, że dramaturdzy tej miary, co Witkacy i Gombrowicz na pewno dotąd się nie pojawili. A reszta?</p>
<p>Wydaje mi się, że największą krzywdą wyrządzoną tej generacji dramatopisarzy było przypisanie jej do wspomnianej antologii „Porno”. Sprowadzenie do pokoleniowego buntu, do naiwnej prowokacji, do powierzchownego „brutalizmu”. Jak napisałem w cytowanym wyżej wstępie, można tam znaleźć dużo więcej. Choćby oryginalne podejście do dramatu psychologicznego (Villquist, Amejko), ciekawe obserwacje społeczne (Walczak, Pruchniewski), zacięcie polityczno-historyczne (Tomczyk), a także próby nowego kształtowania dramatu, choć w zasadzie króluje jakiś swoisty neorealizm czy neonaturalizm.</p>
<p>Najbardziej jednak chyba szkodzą sobie oni sami, bo uciekają od ważkich tematów i wędrują po marginesach współczesnego życia. Pisząc kiedyś o dramaturgii politycznej, wspomniałem angielskich dramaturgów, którzy błyskawicznie reagują na bieżące wydarzenia. I proszę, niedawno dowiedziałem się, że weszły już tam na afisz sztuki&#8230; o kryzysie finansowym. A u nas? Wyobraźcie sobie, że ktoś napisałby tragikomedię o aferze Rywina, upadku Leppera czy o aferze hazardowej. Nasi buntownicy w ogóle tego nie dostrzegają.</p>
<p>Wezmę więc teraz, jako przykład, sztukę Pruchniewskiego, i spróbuję spojrzeć na nią z opisanej wyżej perspektywy.</p>
<p>Z formalnego punktu widzenia nie jest to właściwie sztuka a reportaż napisany w konwencji scenariusza filmowego, podejmujący ważny kulturowo i społecznie temat masowych pielgrzymek. Dwadzieścia kilka postaci, kilkadziesiąt miejsc akcji, która często dzieje się we wnętrzu autokaru jadącego przez Czechy, Włochy, Francję i Hiszpanię aż do Portugalii i z powrotem. Nie widziałem „Pielgrzymów” w teatrze, ale wyobrażam sobie, że konieczna w tym przypadku bardzo daleko idąca umowność inscenizacji musiała kłócić się z realistycznym, reportażowym charakterem języka i akcji.</p>
<p>W telewizji, reżyser „Pielgrzymów”, Maciej Dejczer nie mógł zrobić nic innego z tej sztuki, tylko po prostu nakręcić, dostępnymi, ubogimi środkami – film. I zrobił to dobrze, z odpowiednim tempem, właściwie poprowadziwszy nierówny zespół aktorski. Dzięki temu podkreślił niewątpliwą w tekście Pruchniewskiego umiejętność psychologicznej obserwacji. Zarazem jednak obnażył ubogą myślowo podstawę tej sztuki, którą stanowi banalne przeciwstawienie prawdziwej wiary i powierzchownej bigoterii zatrącającej o zakłamanie.</p>
<p>Jeżeli jednak wypada uznać tę sztukę za reportaż, to nie można domagać się od jej autora jakichś poważnych filozoficznych czy teologicznych rozważań ani pogłębionej refleksji. Można natomiast żądać solidnej, socjologicznej analizy. Wydaje się jednak, że pisarz popełnił tu błąd, podobny do popełnianego przez niektórych, tak dzisiaj modnych, badaczy opinii publicznej. Jeżeli bowiem przeprowadzić miał swój test na „reprezentatywnej grupie” współczesnych Polaków, to nie wybrał jej uczciwie. Wystarczy powiedzieć, że obaj pokazani tu duchowni, to ojciec nieślubnego dziecka i były donosiciel, że najbardziej wyrazista postać to dawny ubek czy oficer KBW, a poza równie wyrazistymi dewotkami i przeżywającą nawrócenie aktorką brak tu ludzi, których pielgrzymowanie miałoby istotny, religijny sens. Epilog, w którym wszyscy wszystko sobie wybaczają, wygląda jakby został sztucznie doklejony. Nie uważam naszego społeczeństwa za chór aniołów, ale diagnoza Pruchniewskiego wydaje mi się powierzchowna i chybiona.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/pielgrzymi-niepewne-definicje-i-oceny/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/pielgrzymi-niepewne-definicje-i-oceny/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/pielgrzymi-niepewne-definicje-i-oceny/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2010/01/17/pielgrzymi-niepewne-definicje-i-oceny/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Po co politykom telewizja?</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/05/po-co-politykom-telewizja/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/05/po-co-politykom-telewizja/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2009 15:00:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan Kłossowicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarze]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Telewizja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://jezuici.pl/pptest/?p=281</guid>
		<description><![CDATA[Trzeba ustalić, jakie korzyści politycy mogliby osiągnąć dzięki opanowaniu lub przynajmniej kontrolowaniu publicznej telewizji i radia. Chodzi oczywiście o media w takim kształcie, w jakim obecnie funkcjonują.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>WARSZAWSKA JESIEŃ</p>
<p><em>&#8230;prawdziwie burzliwe było to lato właśnie w telewizji i wkoło telewizji, i choć wrzesień za pasem, prawdziwa kulminacja dopiero nadchodzi, a nastąpi, kiedy skończę ten felieton, do którego będę mógł dopisać puentę. Chodzi oczywiście o głosowanie w Sejmie dotyczące weta prezydenta wobec ustawy medialnej. No cóż, kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, którą już nie raz na tych łamach opisywałem.</em> Tak rozpocząłem napisany w lasach nad jeziorami poprzedni felieton, i zakończyłem go, a właściwie nie zakończyłem, stwierdzeniem, że:<em> Puenty w tym felietonie, niestety, nie będzie, bo Sejm</em><em> do tej pory nie głosował w obronie zawetowanej przez prezydenta ustawy.</em></p>
<p>Minęło mazurskie lato, przyszła warszawska jesień (oczywiście nie chodzi tu o festiwal muzyczny), ustawa została odrzucona, przez co mówi się o koalicji PiS i SLD. Po burzliwym lecie jesienne, medialne sztormy okazują się jednak jeszcze groźniejsze, a od zamętu, który panuje na ulicy księdza biskupa Woronicza (Telewizja Polska S.A.), w Alei Niepodległości (Polskie Radio S.A.) i przy skwerze kardynała Wyszyńskiego (Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji) można dostać zawrotu głowy. Nazwy ulic piękne, a w dodatku patriotyczne i kościelne, ale, o czym już wspominałem, chyba zagnieździł się tam Szatan.</p>
<p>Dlatego więc, dopisując spóźnioną puentę, przytoczę konkluzję z tamtego felietonu: &#8230;<em>dzięki tej kuriozalnej ustawie media publiczne rozpadną się od razu, a bez niej będą się rozpadały trochę wolniej.</em> I teraz chciałbym tę ponurą myśl rozwinąć.</p>
<p>Zastanawiałem się, jak to zrobić. I oto, nieoczekiwanie, przyszedł mi w sukurs poseł Janusz Palikot. Do jego głupawych i obraźliwych wypowiedzi nigdy nie przywiązywałem wagi, tym razem jednak czołowy, obok Stefana Niesiołowskiego, skandalista i wesołek Platformy powiedział coś istotnego. Okazał się prawdziwie szczery, złożywszy deklarację, jakiej żaden mądrzejszy czy bardziej chytry polityk nigdy by publicznie nie ogłosił. Bo przecież nawet ci nasi posłowie, którzy o Talleyrandzie nigdy nie słyszeli, na ogół postępują zgodnie z jego maksymą, że: <em>Słowa służą do ukrywania myśli</em>. A Palikotowi słowa posłużyły do odkrycia starannie maskowanych zamiarów jego partii i jej przewodniczącego.</p>
<p>Zapytany o przyczyny „miłości” Platformy do (obecnie wyrzucanego i broniącego się w okopach na Woronicza) prezesa Farfała, odpowiedział: <em>Farfał jest dla Platformy użyteczny. Daje szansę na wykreowanie nowego prawicowego kandydata w wyborach prezydenckich. Wymyślonego i sformatowanego przez Romana Giertycha. Ponieważ sama TVP nie wystarcza </em>(&#8230;) <em>prawicowy kandydat może potrzebować poparcia o. Rydzyka, jego Radia Maryja i TV Trwam. Moim zdaniem Rydzyk został już kupiony przez Giertycha. Tak interpretuję podpisanie umowy TVP z fundacją Rydzyka w sprawie telewizyjnych archiwów. Rydzyk zapłaci za te archiwa poparciem innego kandydata niż Kaczyński </em>(„Gazeta Wyborcza” 11 IX 2009).</p>
<p>Czyli że dżin, który dzięki PiS-owi mógł wyskoczyć z butelki i pożreć pupilów Jarosława Kaczyńskiego, nawet nie oddając telewizji Platformie, ma się okazać przydatny dla Donalda Tuska. (Oczywiście nie chodzi tu o angielską jałowcówkę, tylko o złego ducha z arabskiej mitologii, który także był zamknięty w butelce.) A w mediach, jak widać, chodzi o propagandę.</p>
<p>Szczerość doprawdy zdumiewająca, a swoją drogą szkoda, że Jacek Kurski i Jolanta Senyszyn zostali zesłani do Brukseli, bo może podobnie do Palikota zdradzaliby ukryte myśli działaczy PiS i SLD, którzy publiczne media też traktowali i traktują instrumentalnie, i do obecnego zamieszania tak walnie się przyczynili.</p>
<p>Póki co, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wraz z Uniwersytetem Gdańskim, zorganizowało w Sopocie dość pompatycznie nazwaną konferencję: Media 2013. Dotyczyć ona miała zapowiedzianego przez państwowe i telewizyjno-radiowe władze wprowadzenia w owym 2013 r. powszechnie dostępnej platformy cyfrowej. Słowem najpierw Euro 2012, na które nie mamy drużyny piłkarskiej, i zaraz potem Cyfra 2013, którą&#8230; Ja jednak odłożę te futurologiczne bajania i dalej zajmę się jesiennymi sztormami, nie na Bałtyku, tylko na Woronicza i w Alei Niepodległości. Bo o tym, co się tam dzieje, mówili w Sopocie twórcy i publicyści, niezmamieni wizjami roztaczanymi przez ministrów kultury i infrastruktury, a także „prezesa” Farfała. Kazimierz Kutz oświadczył im, nie jako niegdysiejszy reżyser, ale jako senator PO, że Platformy publiczne media nie interesują, wobec czego chce doprowadzić do ich zgnicia. Okazał się równie szczery, jak Palikot, bo jego wypowiedź można zrozumieć chyba tylko tak: skoro nie możemy opanować TVP S.A. i Polskiego Radia S.A., to doprowadzimy do ich upadku. Replikowała Agnieszka Holland, która już po raz drugi w ciągu miesiąca skrytykowała rząd i partię: <em>Jak rozumieć to, co mówi Kazimierz Kutz, że Platforma Obywatelska nie interesuje się telewizją publiczną i chce doprowadzić do jej zgnicia? W kraju, gdzie sześćdziesiąt procent ludzi żyje poza wielkimi aglomeracjami telewizja bywa jedyną możliwością zetknięcia się z kulturą. Jeżeli nasze władze chcą doprowadzić do gnicia mediów publicznych, to zachowują się jak okupant zamykający szkoły.</em></p>
<p>Nic dodać, nic ująć, a moje niedawno opisane doświadczenia z puszczy tezę tę jak najbardziej potwierdzają.</p>
<p>Stwierdziłem miesiąc temu, że właściwie nie wiem, dlaczego politycy aż tak zaciekle walczą o publiczne media, i teraz mam odpowiedź. Chodzi im o propagandę i o kampanie wyborcze. Trzeba jednak dokładniej ustalić, jakie korzyści politycy mogliby osiągnąć dzięki opanowaniu lub przynajmniej kontrolowaniu publicznej telewizji i radia. Chodzi oczywiście o media w takim kształcie, w jakim obecnie funkcjonują.</p>
<p>Mówić będę tylko o telewizji, bo radiem w tych felietonach się nie zajmuję.</p>
<p>Wyobraźmy więc sobie, że rządząca partia, mając do dyspozycji dwa podobne do siebie ogólnotematyczne kanały (TVP 1 i TVP 2) oraz jeden kaleki kanał informacyjno- publicystyczny (TVP Info) „ustawia” je zgodnie z własnymi potrzebami. Co z tego może wyniknąć?</p>
<p>Informacji nie da się na goebbelsowski sposób całkowicie sfałszować i zmanipulować, bo TVN nie musi zawsze kochać tej samej partii, a Polsat może zechcieć zachować pozory obiektywizmu, a do tego jest jeszcze internet, w którym poszczególne portale mogą zajmować różne stanowiska i prezentować własne opinie, nie mówiąc o komentarzach internautów.</p>
<p>Pozostaje publicystyka.</p>
<p>Wielu publicystów, komentatorów i gwiazdorów prowadzących własne programy, a także wiele groźnych specjalistek od wywiadów reportaży na pewno można kupić.</p>
<p>Jeżeli jednak będą oni (one) na wszelkie możliwe sposoby udowadniać słuszność polityki rządu, przypochlebiać się ministrom i niższym urzędnikom, to wszystko, co powiedzą i pokażą, stanie się po prostu niewiarygodne i nudne, i jak wiadomo, zacznie oczywiście wywoływać skutek odwrotny do zamierzonego.</p>
<p>Nie pomogą tu żadne, znane każdemu doświadczonemu dziennikarzowi chwyty i manipulacje, z tzw. pozorną krytyką na czele. Ludzie tego nie kupią, i zaczną pomijać wszelkie tego typu programy, albo puszczać je mimo uszu i oczu, jak większość reklam.</p>
<p>Zamiast z publicystyką niedoskonałą, kaleką czy ubogą, będziemy mieli do czynienia z publicystyką żałosną. Taką, jak w czasach przed odzyskaniem niepodległości.</p>
<p>Jednakże w tamtych smutnych czasach, w telewizji rządzonej przez Sokorskiego czy Szczepańskiego, obok ówczesnej, pożal się Boże, informacji i publicystyki, ukazywały się dzieła należące do kultury wyższej czy wysokiej, takie jak nie tylko oryginalny i artystycznie i myślowo (mimo cenzury) wartościowy, a przy tym umiejętnie popularyzowany Teatr Telewizji czy wciąż przypominany, chwalony i przechwalony Kabaret Starszych Panów.</p>
<p>Co więcej, powstawały wtedy propagandowe seriale o ewidentnie fałszywej, a nawet obrzydliwej wymowie, zrobione tak zręcznie, a nawet perfekcyjnie, że do dzisiaj są one raz po raz powtarzane. I nie chodzi tu o to, jak już pisałem, by ich nie powtarzać, ale by zrobić nowe seriale wojenne, równie dobrze skomponowane, a mówiące prawdę o naszej historii. Niestety, wszelkie próby na tym polu okazywały się i okazują („Czas honoru”) zupełnie nieudane. Jedynie Teatr Telewizji na swojej Scenie Faktu (co skrupulatnie odnotowuję) potrafi czasem o tej historii mówić nie tylko prawdziwie ale i ciekawie.</p>
<p>Wyobraźmy więc sobie, że opanowana przez aktualnie rządzącą partię telewizja publiczna zacznie wytwarzać, już nie historyczne, ale współczesne seriale o określonej propagandowej wymowie. To z pewnością nie będzie nawet groteskowe nieporozumienie, ale jak pisał Witkacy: <em>Nuda coraz gorsza</em>.</p>
<p>Po co więc politykom telewizja? Do niczego im nie posłuży, a chcąc ją opanować, już niszczą lub chcą zniszczyć to, co w niej naprawdę oryginalne i wartościowe. Niechże się od niej odczepią, a ja będę mógł spokojnie śledzić i oceniać to, co robią nasi telewizyjni twórcy. Modląc się przy tym, by ich telewizja publiczna (nie mówiąc o prywatnej) nie stawała się coraz bardziej miałka, wtórna i prowincjonalna. Bo jak już poprzednio powiedziałem, najgorsze jest nie to, że telewizję druzgocą politycy, ale to, że ona sama niszczy siebie.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/05/po-co-politykom-telewizja/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/05/po-co-politykom-telewizja/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/05/po-co-politykom-telewizja/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/05/po-co-politykom-telewizja/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>We Włoszech pax Vaticana</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/04/we-wloszech-pax-vaticana/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/04/we-wloszech-pax-vaticana/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Nov 2009 16:27:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Piotr Kowalczuk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarze]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://jezuici.pl/pptest/?p=181</guid>
		<description><![CDATA[Włoscy biskupi i premier Silvio Berlusconi znaleźli się w stanie wojny. A z punktu widzenia politycznej strategii i taktyki, grzeszny Berlusconi to we Włoszech jedyny poważny sojusznik Watykanu w walce o kształt rodziny, bioetykę, katolickie szkoły czy lekcje religii.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Włoscy biskupi i premier Silvio Berlusconi znaleźli się w stanie wojny. A z punktu widzenia politycznej strategii i taktyki, grzeszny Berlusconi to we Włoszech jedyny poważny sojusznik Watykanu w walce o kształt rodziny, bioetykę, katolickie szkoły czy lekcje religii.</strong></p>
<p>Włoscy biskupi i premier Silvio Berlusconi znaleźli się w stanie wojny. Należący do rodziny premiera dziennik „Il Giornale” uderzył poniżej pasa Dino Boffo, redaktora naczelnego „Avvenire”, organu włoskiego episkopatu. Biskupi natychmiast zawyrokowali, że to atak na nich i cały włoski Kościół, i przystąpili do kontruderzenia. W całej, wcale niejednoznacznej, sprawie Benedykt XVI uznał, że na szali leży zbyt wiele i powstrzymał szarżujących hierarchów. Dał im przy okazji do zrozumienia, że polityką w Kościele zajmuje się Sekretariat Stanu. A z punktu widzenia politycznej strategii i taktyki, grzeszny Berlusconi to we Włoszech jedyny poważny sojusznik Watykanu w walce o kształt rodziny, bioetykę, katolickie szkoły czy lekcje religii.</p>
<p><strong>Sprawa Boffo</strong></p>
<p>Bomba wybuchła 28 sierpnia. „Il Giornale” na pierwszej stronie dał tytuł: „Supermoralista skazany za molestowanie”. Obok naczelny, Vittorio Feltri, wyjaśnił, że w świetle moralizatorskiej kampanii i niewybrednych ataków, którą włoskie media i opozycja od miesięcy prowadzą wobec Berlusconiego, zaglądając mu do sypialni, postanowił zdemaskować moralistów. Prawda o Boffo wraz z insynuacjami spływały ze stron „Il Giornale” przez kilka kolejnych dni.<br />
Zacznijmy od ziarna. W 2004 r. sąd w Terni skazał Boffo na 6 miesięcy więzienia z zamianą na grzywnę „za uporczywe telefony do kobiety od sierpnia 2001 r. do stycznia 2002 r., w których nawiązywał do stosunków seksualnych z jej partnerem”. Między stronami doszło do ugody, ale w związku z tym, że w przypadku molestowania zgodnie z włoskim prawem sąd musi działać z urzędu, Boffo został skazany.<br />
A teraz plewy: obok kopii wyroku „Il Giornale” opublikował rzekomą notę sądową, wyjaśniającą tło sprawy. Wynikało z niej, że „znany policji homoseksualista Boffo” miał romans z towarzyszem życia kobiety i telefonami chciał ją nakłonić do porzucenia partnera, bo pragnął mieć go całkowicie dla siebie. W końcu, by skandal nie wyszedł na jaw, Boffo miał wypłacić kobiecie sporą sumę pieniędzy. Problem w tym, że nie wiadomo, kto i dla kogo sporządził tę notę, bo nie był to sąd. Feltri popełnił więc dwa grube faule. Opublikował donos zawierający zarzuty, których wiarygodności nie sprawdził, a poza tym nie poprosił Boffo o wyjaśnienia przed publikacją. Czyli nie dał mu szans obrony.</p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-227" title="Watykan, fot. sxc.hu" src="http://jezuici.pl/pptest/wp-content/uploads/2009/11/vatican001_sxc.jpg" alt="Watykan, fot. sxc.hu" width="640" height="290" /></p>
<p><strong>Episkopat kontratakuje</strong></p>
<p>Włoski episkopat stanął murem za swoim redaktorem. Nazwał atak „Il Giornale” haniebnym, niesprawiedliwym, niesłychanym. Poszczególni hierarchowie poszli jeszcze dalej, nazywając Feltriego ślepym wykonawcą poleceń swego pana, czyli Silvio Berlusconiego. Mówili, że to próba szantażu zapewniając: „Nie damy się zastraszyć!”, co zresztą powtórzył we wrześniu w obszernym wystąpieniu kard. Angelo Bagnasco na konferencji episkopatu. Wielu biskupów, w tym nawet dwóch bardzo ważnych polskich hierarchów (sic!), w bezwarunkowym odruchu zaatakowało Berlusconiego za rozwiązły styl życia, a jeden z nich porównał atak na Boffo z metodami stosowanymi przez SB.</p>
<p>Oświadczenia goniły oświadczenia. Sekretarz stanu kard. Tarcisio Bertone wyraził solidarność z włoskim episkopatem. Planowane w dniu ataku „Il Giornale” spotkanie Bertone – Berlusconi zostało odwołane. Sekretarz stanu nie mógł się w tej sytuacji spotkać z premierem, nie dezawuując włoskich biskupów. Rozmowę telefoniczną z kard. Bagnasco odbył Benedykt XVI, a katolicka prasa trzęsła się z oburzenia. „Avvenire” codzienne zamieszczało bite strony listów czytelników z poparciem dla Boffo, atakami na Feltriego i naturalnie Berlusconiego. Nie inaczej było w artykułach redakcyjnych dziennika czy najpoczytniejszego włoskiego tygodnika „Famiglia Cristiana”.</p>
<p><strong>Boffo kluczy i rezygnuje</strong></p>
<p>Najpierw w bardzo ostrej odpowiedzi na łamach „Avvenire” Boffo obrażał Feltriego, zarzucając mu kłamstwo, manipulację i mord dziennikarski na zlecenie. Twierdził, że jest niewinny, a w wyroku sądowym nie ma mowy o seksualnym tle molestowania. Już w dwa dni później sąd w Terni na żądanie mediów ujawnił dwie zaledwie strony dokumentów procesowych (reszta jest utajniona po wsze czasy), z których wynikało, że Boffo mija się z prawdą. Wówczas Boffo jął tłumaczyć, że owszem, molestowano z jego służbowej komórki, ale korzystało z niej wiele osób i to nie on telefonował, a jego młodszy kolega, którego w odruchu dobrego serca postanowił do końca kryć. Sęk w tym, że młodszy kolega nie żyje, bo przedawkował narkotyki i nie może tego potwierdzić. Co więcej, te same tłumaczenia pięć lat wcześniej nie przekonały sądu w Terni, który uznał Boffo winnym. Wszyscy czekali, że skoro mleko się już rozlało, Boffo „stanie w prawdzie”: powie, jak było, obalając niecne zarzuty „Il Giornale” albo uderzy się w piersi.</p>
<p>Nie doczekali się. Front biskupów stojących murem za Boffo zaczął się nieco kruszyć. Pojawiły się głosy, by może w imię dobra Kościoła Boffo złożył rezygnację. Znany watykanista Vittorio Messori, zarzucając biskupom brak roztropności, oświadczył w wywiadzie dla „Corriere della Sera”, że Boffo powienien zostać przesunięty na boczny tor już w 2004 r., gdy sąd wydał wyrok. Niedługo potem w tym samym dzienniku wypowiedział się redaktor naczelny „L’Osservatore Romano”, Giovanni Maria Vian, krytykując linię polityczną „Avvenire” przyjętą przez Boffo. Uznał, że dziennik nie powinien zajmować się „kwestią moralną” Berlusconiego, bo Kościół piętnuje grzech, a nie grzesznika. Wreszcie Benedykt XVI zażądał szczegółowych wyjaśnień o sprawie Boffo od włoskiego episkopatu. W dwa dni później redaktor naczelny „Avvenire” złożył rezygnację, pisząc z tej okazji sążnisty list otwarty.</p>
<p>Jak poinformował watykanista Andrea Tornielli, list ten został przedstawiony przedtem do aprobaty w Watykanie. Ponoć wrócił z wykreślonym fragmentem, w którym Boffo dziękował papieżowi za wsparcie. Włoscy watykaniści jak jeden mąż twierdzą, że dymisję Boffo wymusił papież. Dlaczego?</p>
<p><strong>Dwuznaczność sytuacji Boffo i biskupów</strong></p>
<p>Boffo w „Avvenire” (podobnie jak kilku biskupów) domagał się, by Berlusconi wytłumaczył się publicznie przed narodem ze swoich „grzechów ciała”, ale gdy sam znalazł się w nieco podobnej sytuacji, schował głowę w piasek. Pracodawcy, czyli episkopat, też go do tego nie zachęcali. Boffo powinna bronić prawda, a dopiero potem episkopat. Inaczej powstaje podejrzenie, że była to prawda zbyt niewygodna, by ją ujawnić. Skandal z Boffo naraził krytykujących Berlusconiego hierarchów i katolickie media na zarzuty o stosowanie podwójnej miary, jeśli nie o hipokryzję. No bo jeśli kompromitujący styl życia premiera należy, ich zdaniem, piętnować, to trudno zrozumieć, dlaczego nie wolno piętnować Boffo, w końcu wyrokiem niezawisłego sądu skazanego za molestowanie na tle seksualnym.</p>
<p>Skoro ujawnienie wyroku na Boffo godne jest potępienia, to dlaczego z podobnym oburzeniem włoskich hierarchów nie spotkało się ujawnienie skandali Berlusconiego? Abstrahując od niegodnej formy ataku „Il Giornale” i towarzyszącej mu politycznej motywacji, z oburzenia włoskich biskupów wynika, że Feltri, natrafiając na rewelacje o Boffo, powienien sprzeniewierzyć się zasadom i naturze swego zawodu i zamieść aferę pod dywan. Jak to zrobił episkopat. Trudno bowiem uwierzyć, że we włoskim Kościele nikt nie wiedział o wyroku na Boffo. Najpewniej dlatego sprawę udawało się utrzymać w tajemnicy przez pięć lat.</p>
<p>Tylko w tym kontekście można uznać, że atak na Boffo był atakiem na cały włoski Kościół. Poza tym włoscy biskupi, sugerując, że za „akcją Boffo” stał Berlusconi („Nie damy się zastraszyć!”), chyba świadomie, w polemicznym zacietrzewieniu, minęli się z prawdą. I trudno nie uznać tego za próbę skierowania nieprzyjemnje dyskusji o Boffo na boczny, ślepy tor. Dla każdego, kto śledzi włoskie media, jest jasne, że Vittorio Feltri, dojrzały, niezależny dziennikarz o centroprawicowych poglądach, na zlecenie wykonania „medialnego mordu” zareagowałoby dymisją, a w chwilę potem pogrążył zleceniodawcę we wszystkich włoskich telewizjach.</p>
<p>A jeśli Berlusconi w chwilę po ukazaniu się ataku na Boffo zmienia plan dnia i zwołuje swoich najbliższych współpracowników na naradę, by wydać potem oświadczenie, w którym ten atak kategorycznie piętnuje, to też jest jasne, że wyskok Feltriego nieprzyjemnie go zaskoczył. Poza tym wytrawny polityczny strateg Berlusconi, po uszy tkwiący w kłopotach z powodu skandali obyczajowych, zdaje sobie doskonale sprawę, że, wojując z Kościołem, kopałby sobie polityczny grób, a trudno go podejrzewać o skłonności samobójcze.</p>
<p><strong>Boffo ofiarą</strong></p>
<p>Tak czy inaczej, Boffo padł ofiarą politycznej wojny rozpętanej przez włoską lewicę, a wcale się na nią nie wybierał. Lewica przegrała z kretesem wybory trzy razy z rzędu (parlamentarne, do Parlamentu Europejskiego i lokalne). Do dziś nie ma jasnego programu ani poważnego przywódcy. Gdy w maju wyszło na jaw, jak źle prowadzi się premier, próba delegitymizacji Berlusconiego ze względu na tzw. kwestie moralne stała się jedynym celem, jedyną strategią i taktyką walki politycznej włoskiej lewicy. Niewybredna kampania, w której już oskarżono Berlusconiego o pedofilię i narkomanię, trwa do dziś.</p>
<p>Najpoważniejsze włoskie gazety i programy publicystyczne w telewizji zaczęły przypominać najwulgarniejsze niemieckie czy brytyjskie tabloidy. Publikowano szczegóły intymnych rozmów premiera z damą, z którą spędził noc, zastanawiano się, czy Berlusconi wspiera jurność zastrzykami. I to nie obok, a zamiast doniesień i komentarzy o sprawach naprawdę ważnych w kraju czy zagranicą. Poza lubieżnym premierem, bohaterkami włoskich mediów zostały luksusowe prostytutki i ich otoczenie. „Avvenire”, w porównaniu z innymi włoskimi mediami, naprawdę zachowywało dystans. Pomijając dwuznaczność skandalu, jeśli atak „Il Giornale” miał być zemstą za krytykę Berlusconiego, był niesprawiedliwy, bo nie było się za co mścić.</p>
<p><strong>Uzurpacje włoskiej lewicy</strong></p>
<p>Naturalnie włoska lewica podchwytywała każdy głos krytyczny włoskich hierarchów i katolickiej prasy pod adresem Berlusconiego, by tryumfalnie ogłosić: Kościół z nami! Ba! Gdy tylko Benedykt XVI wypowiadał się o znaczeniu moralności w prowadzeniu biznesu czy polityki, co zdarza mu się z racji światowego kryzysu siła rzeczy dość często, lewica, cytując jego słowa, twierdziła, że to aluzja do sytuacji we Włoszech i zawoalowany atak na Berlusconiego. Tego rodzaju nieuprawnione egzegezy wystąpień papieskich czy artykułów w „L’Osservatore Romano” potrafiły się ciągnąć w lewicowej prasie całymi stronami.</p>
<p>Po te argumenty pełnymi garściami sięgali politycy opozycji. Najczęściej ci, którzy co chwila podnoszą krzyk, że Watykan i włoski Kościół niedopuszczalnie ingerują w sprawy świeckiego włoskiego państwa. Zrozumiałe więc, że Watykan zepchnięty wbrew własnej woli na pozycję sojusznika lewicy w wojnie z Berlusconim nie czuł się tam wygodnie. Co więcej, jak często bywa, niektóre krytyczne wypowiedzi włoskich hierarchów czy wręcz antyberluskońska linia najpoczytniejszego włoskiego tygodnika „Famiglia Cristiana” wydawanego przez paulistów szły też na rachunek Watykanu. Nic więc dziwnego, że Stolica Apostolska musiała się z tego narożnika delikatnie wyboksować, sugerując przy okazji, jak choćby Vian w wywiadzie dla „Avvenire” i tekstach w „L’Osservatore Romano”, by włoski Kościół zrobił to samo.</p>
<p><strong>Ofensywa Sekretariatu Stanu</strong></p>
<p>Jak twierdzi przytłaczająca większość włoskich komentatorów, dymisja Boffo i delikatne przygany Viana to też efekt strategicznych zmian, do jakich dochodzi na linii Watykan – rząd włoski, od czasu gdy na stanowisku przewodniczącego konferencji biskupów kard. Ruiniego zastąpił kard. Bagnasco. Przedtem nad tymi relacjami czuwał kard. Ruini, bardzo blisko związany z Janem Pawłem II, niejako z pominięciem Sekretariatu Stanu. Teraz, jak sądzą włoscy watykaniści, sytuacja wraca do normy, bo sprawy wziął w ręce watykański „szef rządu” kard. Tarcisio Bertone, co zresztą zapowiadał zaraz po nominacji w 2006 r.</p>
<p>Teoria spiskowa lansowana w wielu włoskich dziennikach powołujących się na anonimowe źródła za Spiżową Bramą mówi, że rezygnacja Boffo, zaufanego człowieka kard. Ruiniego i mającego spore wpływy we włoskim Kościele, jest również symbolem i wymuszoną ofiarą tych zmian. Wszyscy podkreślają, że w tej chwili we Włoszech z punktu widzenia Watykanu na linii Kościół &#8211; państwo dzieją się sprawy zbyt ważne, by pozostawić je wyłącznie w rękach włoskich biskupów. Inna teoria spiskowa, wyznawana przez znanego watykanistę Marco Politiego z „La Repubblica”, mówi, że Benedykt XVI, zdając sobie sprawę z postępującej sekularyzacji w Europie Zachodniej, postanowił przystąpić do „rekonkwisty”, a poletkiem doświadczalnym i początkiem ofesywy mają być właśnie Włochy, które Joseph Ratzinger świetnie zna i ma dosłownie za oknem. Praktycznie jednym z najważniejszych aspektów „rekonkwisty” ma być walka z liberalną ofensywą lewicy, która chce w ustawach zapisać niezgodne z nauką Kościoła regulacje dotyczące bioetyki, rodziny czy nauki religii, a więc kwestie z punktu widzenia Watykanu najwyższej wagi. W obliczu tych wyzwań, wojna Berlusconi – włoski Kościół mogłaby się skończyć klęską Berlusconiego i Watykanu, i to bez względu na to, czy teoria Politiego jest prawdziwa. Tak czy inaczej, Watykan postanowił uśmierzyć ją w zarodku. Z wielu powodów.</p>
<p><strong>„Dorośli katolicy”</strong></p>
<p>Watykan ma kłopot z włoskim Kościołem, bo lewicowa frakcja, historycznie nazywana katokomunistami, ma w nim spore wpływy. Nie tyle chodzi o hierarchów, choć i tacy się zdarzają, ile o wiernych, i to na szczytach polityki. Bo oczywiście nie jest tak, że włoscy katolicy głosują hurmem na centroprawicę. Lewicowi katolicy, którzy przed rozpadem chadecji na ogół potrafili się odnaleźć w jednej z jej frakcji, w 1992 r., gdy skandal korupcyjny zdmuchnął ze sceny politycznej chadeków (i socjalistów), znaleźli się bez politycznego domu. Błąkali się po różnych partiach, by w 2000 r. przybić do przystani Margherita. Partia mogąca liczyć wówczas na 15% głosów, sprzymierzyła się z postkomunistami i dziś razem stanowią trzon opozycyjnej lewicowej Partii Demokratycznej. Politycznie najbardziej wpływowym katokomunistą był dwukrotny premier Włoch Romano Prodi. W 2005 r., gdy kard. Ruini i Watykan wezwali do, jak się potem okazało skutecznego, bojkotu referendum w sprawie liberalizacji ustawy o sztucznym zapłodnieniu (nie było kworum), Prodi poszedł głosować „za” stwierdzając, że jest „dorosłym katolikiem”.</p>
<p>Od tej pory tym terminem określa się niemałą i wpływową grupę włoskich wiernych, którzy uważają się za skrzydło postępowe, a z racji domniemanej dojrzałości i intelektualnego wyrafinowania, mogą brać nie do końca serio i poddawać pod dyskusję wiele elementów nauki Kościoła. Według tej koncepcji, istnieje „katolicyzm dziecięcy”, czyli naiwny, przyjmujący bezkrytycznie każde stanowisko Kościoła i „dorosły”, który może sobie pozwolić na inne zdanie. Naturalnie Watykanowi z „dorosłymi katolikami” nie jest po drodze, ale przecież nie może dla nich zabraknąć miejsca we włoskim Kościele. Oczywiście „dorośli katolicy” są zagorzałymi przeciwnikami Berlusconiego. W tej sytuacji jest jasne, że na włoskiej scenie politycznej jedynym pewnym i poważnym sojusznikiem Watykanu w walce o kształt interesującego Kościół ustawodawstwa jest właśnie Berlusconi, pod tym względem sempre fedelis, nawet na forum Unii Europejskiej, gdzie bezskutecznie walczył o uwzględnienie tradycji i wartości chrześcijańskich w preambule Konstytucji dla Europy.</p>
<p><strong>Szkoły katolickie</strong></p>
<p>Są solą w oku włoskiej lewicy. Ta tłumaczy, że Kościół prowadzi tam religijną indoktrynację, a na dodatek korzysta z dotacji państwowych, okradając w ten sposób obywateli świeckiego przecież państwa. Te zarzuty lewicy, od lat stanowiące propagandowy oręż w walce z Kościołem, w kontekście włoskiej rzeczywistości są czystą demagogią. Po pierwsze, lekcje religii w szkołach katolickich nie są obowiązkowe i sporo uczniów nie bierze w nich udziału. Stopnie stawia się za wiedzę o religii, a nie za pobożność. Po drugie, subwencjonowanie przez państwo szkół katolickich tylko z pozoru wygląda na przywilej wymuszony na państwie przez Kościół. Z 9 mln włoskich uczniów niemal milion uczęszcza do szkół katolickich. Uczeń szkoły publicznej kosztuje państwo 6 tys. euro rocznie, szkoły katolickiej, gdzie trzeba płacić czesne – 10 razy mniej. Cofnięcie dotacji państwowych praktycznie zmusiłoby włoski Kościół do zamknięcia swoich szkół. A gdyby tak się stało, państwo, w ramach konstytucyjnego obowiązku zapewnienia ich uczniom bezpłatnej edukacji, musiałoby wykładać 5 mld euro rocznie, a nie pół miliarda jak obecnie, nie mówiąc o konieczności budowy i utrzymania kilku tysięcy szkół.</p>
<p><strong>Lekcje religii</strong></p>
<p>Innym kierunkiem natarcia lewicy na Kościół są naturalnie lekcje religii. Zdaniem włoskiej lewicy, w imię świeckiego charakteru państwa najlepiej byłoby ten przedmiot znieść. Ale zrealizować ten plan trudno, bo ponad 90% włoskich rodziców i ich dzieci chce lekcji religii, i to w szkołach. To oczywiście lewicowym ideologom nie przeszkadza. Nie przeszkadza im też, że nie jest to przedmiot obowiązkowy, ani to, że zazwyczaj szkoły państwowe oferują alternatywne zajęcia i przedmioty: od etyki przez naukę egzotycznych tańców po strzelanie z łuku. Uszczęśliwianie na siłę w imię ideologii realizowane jest więc w ramach zmyślnej stretegii rozmiękczania. Niedawno 24 organizacje ateistyczne, islamskie, judaistyczne i wyznań niekatolickich wniosły pozew do sądu administracyjnego, skarżąc się, że szkoły oferują wyłącznie nauczanie katolickie, dyskryminując uczniów innych religii i wyznań. Dlatego zażądali, by ocena z religii nie była wliczana do średniej ocen, nie miała wpływu na wyniki egzaminu maturalnego, a katecheci nie mogli na pełnych prawach uczestniczyć w posiedzeniach rad pedagogicznych, na których oceniane są postępy uczniów. I sąd przyznał im rację, motywując decyzję prawem do wolności sumienia i swobodą wyznania. Wyrok wywołał głośne protesty rodziców i uczniów, którzy twierdzą, że to właśnie oni są dyskryminowani przez krzykliwą, zideologizowaną i marginalną mniejszość. Minister edukacji zdecydowała, że żadnych zmian nie będzie i zaskarżyła wyrok do Rady Stanu. Jako że kard. Zenon Grocholewski w liście do episkopatów skrytykował próby rugowania religii lub obniżania jej rangi w szkołach, tuba włoskiej lewicy „La Repubblica” w artykule redakcyjnym napisała: „Watykan chce, byśmy mieli państwo katechetów lub wręcz ministrantów”.</p>
<p><strong>Bioetyka</strong></p>
<p>W tej chwili w decydującą fazę wkraczają prace nad ustawą o tzw. testamencie biologicznym, czyli prawie do eutanazji. We Włoszech eutanazja jest zakazana, ale dzięki niejasnemu prawodawstwu i kruczkom prawnym zwolennikom „słodkiej śmierci” udało się w majestacie prawa wysłać na lepszy ze światów Piergiorgio Welbiego, a w lutym tego roku Eluanę Englaro, o czym szeroko donosiły światowe media. Proponowany obecnie kształt ustawy, która ma rozwiązać złożony problem, jest w zasadzie po myśli Kościoła. Uznaje sztuczne odżywianie i nawadnianie pacjenta za niezbywalną część leczenia, z której nie można zrezygnować, nawet gdyby pacjent sobie tego życzył lub zapisał wcześniej w testamencie biologicznym. Lewicowe i liberalne eutanazyjne lobby jest mocne, nawet w łonie Ludu Wolności, partii Berlusconiego. A Gianfranco Fini, obecnie przewodniczący Izby Deputowanych, chce, by w głosowaniu nad ustawą tak w komisji legislacyjnej jak i w parlamencie, nie obowiązywała dyscyplina partyjna, co nie wróży dokumentowi najlepiej.</p>
<p>Podobnie, choć z punktu widzenia Kościoła nieporównanie gorzej, mają się sprawy z tabletką poronną RU 486. Włochy są jednym z niewielu krajów w Europie, gdzie jeszcze nie została ona dopuszczona do użytku, jeśli pominąć eksperymenty. Przeszła jednak wszelkie możliwe testy i pewnie już trafiłaby do włoskich aptek, gdyby nie ostatnia przeszkoda, którą postawiła rządząca większość Berlusconiego. Zażądała opinii komisji parlamentarnej, czy stosowanie tabletki jest zgodne z ustawą o aborcji. Póki co, wygląda to na grę na czas, ale szanse na delegalizację RU 486, choć małe, istnieją.</p>
<p>Trzecia batalia na tym polu toczy się o sztuczne zapłodnienie. Póki co, obowiązuje restrykcyjna ustawa, która nie dopuszcza do śmierci zarodków, a zezwala na zabieg jedynie małżeństwom w wieku płodnym. Lewica już raz próbowała liberalizacji tej ustawy w referendum i z pewnością nie powiedziała w tej sprawie ostatniego słowa.</p>
<p><strong>Geje</strong></p>
<p>Włoska lewica, podobnie jak jej współwyznawcy zagranicą, za jeden ze sztandarowych celów uznali walkę z homofobią. Chce doprowadzić do prawnego uznania związków nieformalnych (nie tylko gejowskich), co zrównywałoby je, choć nie do końca, z małżeństwami, bo nie ma zgody na adopcję dzieci. To wszystko można wyczytać w manifestach i programach lewicy wydanych z okazji wyborów tak w 2006 r., jak i rok temu. Za rządów Prodiego powstał już projekt odpowiedniej ustawy, wzorowanej nieco na regulacjach francuskich, ale lewicowa koalicja upadła zbyt szybko, by sprawę przeprowadzić przez parlament. Koalicja Berlusconiego, podobnie jak Kościół, uważa, że obecny system prawny wystarczająco chroni nieformalne związki przed dyskryminacją w ramach praw przysługujących jednostce i nie zamierza niczego w tej sprawie zmieniać.</p>
<p><strong>Pax Vaticana</strong></p>
<p>Nic więc dziwnego, że Watykan, biorąc pod uwagę ten cały katalog ważnych spraw, powstrzymał szarżujących na Berlusconiego włoskich biskupów. Gdyby do władzy doszła lewica, prędzej czy później załatwiłaby je po swojemu. Oczywiście w tej chwili włoska lewica jest na to zbyt słaba. Jednak zmasowany atak Kościoła na Berlusconiego, wraz z niesłabnącą kampanią lewicy, decyzją Trybunału Konstytucyjnego, która, odbierając premierowi immunitet, stawia go przed sądem w procesach o korupcję, a też wewnętrznej opozycji wywodzącej się z Sojuszu Narodowego, mógłby zmusić go do rezygnacji. Skutków takiego kataklizmu przewidzieć nie sposób, bo Berlusconi tak zdominował prawą stronę włoskiej sceny politycznej, że jego odejście musiałoby skończyć się implozją. Powstała w ten sposób próżnia mogłaby wessać nieprzewidywalne siły polityczne. Z tych wszystkich względów Watykan, biorąc pod uwagę obecny układ sił we Włoszech, niejako skazany jest na dyskretne wspieranie Berlusconiego i rozładowywanie konfliktów z włoskim Kościołem. W tym właśnie kluczu interpretowane było spotkanie papieża, wylatującego do Czech, na rzymskim lotnisku z wracającym z Nowego Jorku Berlusconim, który również potrzebował tego gestu jak powietrza. Zresztą obie strony zdążyły już wielokrotnie podkreślić, że stosunki na linii Watykan – włoski rząd są znakomite. Takich deklaracji nie składa się bez celu.<br />
I wreszcie 7 października doszło do spotkania Berlusconiego z sekretarzem stanu kard. Bertone z okazji otwarcia artystycznej wystawy w Rzymie „Władza i łaska”. Obie strony podkreśliły doniosłość chrześcijańskich korzeni Europy, a kard. Bagnasco i Berlusconi uścisnęli sobie ręce. Tego samego dnia Trybunał Konstytucyjny kontrowersyjną decyzją odebrał Berlusconiemu immunitet i rzucił go sądom na żer. Nazajutrz zarówno „L’Osservatore Romano” jak i „Avvenire” wyraziły pewne wątpliwości co do decyzji Trybunału, a co ważniejsze, opowiedziały się za trwaniem tego rządu, czyli Berlusconiego. O wymowniejszy dowód na to, że Pax Vaticana wszedł w życie, trudno.</p>
<p><strong>Piotr Kowalczuk</strong>, dziennikarz BBC w Londynie, Warszawie, od 2000 r. w Rzymie. Po rozwiązaniu polskiej sekcji BBc korespondent radia VOX.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/04/we-wloszech-pax-vaticana/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/04/we-wloszech-pax-vaticana/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/04/we-wloszech-pax-vaticana/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2009/11/04/we-wloszech-pax-vaticana/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

