<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Przegląd Powszechny &#187; Artykuły</title>
	<atom:link href="http://www.przegladpowszechny.pl/category/artykuly/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.przegladpowszechny.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 Jan 2012 13:41:45 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Musi się chcieć</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Jan 2012 14:37:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1072</guid>
		<description><![CDATA[Osoba pozostawiona z problemami psychicznymi sama sobie wcześniej czy później „wyląduje” u lekarza. Bo zła kondycja psychiczna zawsze obciąża zdrowie fizyczne. Z profesorem Mirosławem Dłużniewskim rozmawia Krzysztof Ołdakowski SJ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Osoba pozostawiona z problemami psychicznymi sama sobie wcześniej czy później „wyląduje” u lekarza. Bo zła kondycja psychiczna zawsze obciąża zdrowie fizyczne. Z profesorem Mirosławem Dłużniewskim rozmawia Krzysztof Ołdakowski SJ<span id="more-1072"></span></strong></p>
<p><strong><em>- Jak stan psychiczny wpływa na zdrowie fizyczne?</em></strong></p>
<p>- Kiedy ktoś, kto jest w słabej formie psychicznej, przeżywa kolejny stres, albo, co jest najgorszym obciążeniem, trwa w przewlekłym stresie, to źle zasypia, źle śpi, a w dzień nawracają kolejne złe myśli. Odczuwa kołatanie serca, przyśpieszone tętno, bo cały czas się niepokoi. Wydzielają się nadmierne ilości  hormonów stresu. „Skacze” mu ciśnienie. Rozregulowuje się jego układ wegetatywny, wydziela się więcej kwasu w żołądku, obkurcza się mięśniówka gładka w przewodzie pokarmowym.</p>
<p>Zawsze zła kondycja psychiczna przekłada się niekorzystnie na poczucie dobrostanu, a właściwie jego brak, czyli w konsekwencji obciąża nasze zdrowie. Ukuto nawet takie powiedzenie „zdrowie psychosomatyczne”, czyli jeżeli masz dobrą „psyche”, to masz dobrą „somę” – ciało. Jeżeli widzimy, że ktoś nie jest w dobrej formie  psychicznej, to w końcu trafi do lekarza. Wielokrotnie z uśmiechem podkreślałem, że w Stanach Zjednoczonych każdy ma swego psychoanalityka. Jednak rolę tego psychoanalityka może także pełnić lekarz, żona czy mąż, ksiądz, psycholog, ktoś, kto pomaga nam zanalizować nasze problemy, „rozebrać” je  na części i w konsekwencji uspokaja naszą psychikę.<br />
Natomiast człowiek zostawiony z problemami psychicznymi sam sobie wcześniej czy później „wyląduje” u lekarza. Jeżeli ten zapisze jedynie lekarstwa, to przegra; przegra z chorobą i nie pomoże choremu. Lekarz powinien mieć czas i możliwość, by zapytać pacjenta o środowisko, okoliczności, w których żyje i pracuje. Czasem przychodzą do mnie młodzi ludzie, którzy wyglądają na okazy zdrowia, ale „serce im kołacze”. Osiągnęli dobrobyt ekonomiczny, ale boją się z niego skorzystać, bo nie mają czasu, boją się, że stracą pracę. Pracują więc w korporacjach po dwadzieścia godzin na dobę, w nieustannym stresie. Żaden organizm tego nie wytrzyma. Lekarze od tysiąca lat wiedzą, że jeżeli człowiek nie ma spokoju, dobrobytu psychicznego, to jego ciało będzie sygnalizowało różne dolegliwości.</p>
<p><em><strong>- Lekarze mogą leczyć ludzkie organizmy, natomiast nie wyleczą nas z presji kulturowej, nie uwolnią od współczesnych wymagań. Czy nie należy przemyśleć tego, w jakiej atmosferze żyjemy i jakie ma ona konsekwencje dla psychiki?</strong></em></p>
<p>- Lekarz, jeżeli ma czas i empatię, może pomóc, może wskazać przyczynę dolegliwości. Ale nie ma prawa decydować o wybieranych przez konkretną osobę wartościach. Może jej jedynie pokazać, jak te wybory przekładają się na zdrowie. Jeżeli dalej ten ktoś będzie spędzał w korporacji dwadzieścia godzin, to nie będzie miał już kołatania serca ani skoków ciśnienia, tylko zawał, udar lub inną katastrofę zdrowotną istotnie związaną ze stresem.</p>
<p>Serce jest specyficznym narządem. Na przykład, kiedy doznamy urazu na przykład nogi, trochę to nas boli, ale ból przechodzi i o nim zapominamy. Ale jeżeli mieliśmy napad arytmii, to będzie on się potem śnił przez wiele miesięcy.</p>
<p>Młody człowiek, który to przeżył, jest przerażony. Mówię mu: „To jest klasyczny objaw, że serce jest z pana niezadowolone”. Co to znaczy? Tłumaczę prostym językiem. Chodzi o codzienną gonitwę, niepokój, ileś wypitych kaw, używki, stres w pracy, w domu, niezdrowe współzawodnictwo, czyli tak zwany wyścig szczurów.</p>
<p><em><strong>- A co z naturalnymi lękami, jak te związane z upływem czasu, utratą sprawności, ze śmiercią? Jak one na nas wpływają?</strong></em></p>
<p>- Naprawdę liczy się nie wiek kalendarzowy, tylko wiek biologiczny. Od kiedy zaczyna się problem? Nie ma takiej daty. Jeden z moich profesorów, który uczył fizjologii, powiedział, że proces starzenia zaczyna się zaraz po urodzeniu, bo niektóre komórki żyją krócej, inne dłużej. Osoba dojrzała zwraca uwagę na te problemy, kiedy po raz pierwszy cierpi na jakąś istotną dolegliwość i po raz pierwszy widzi swoje ograniczenia.</p>
<p>Można spotkać osiemdziesięcioletnią kobietę, która cały czas żyje w dobrej formie. Nie biega, ale spaceruje; radzi sobie, normalnie funkcjonuje. I nie ma poczucia upływającego czasu. Jeżeli jest w dobrej formie fizycznej i w dobrym stanie psychicznym, otoczona rodziną, to ma frajdę z życia. Ale jeżeli pięćdziesięciolatek po raz pierwszy złamie nogę albo ma jakiś inny problem, który go błyskawicznie skieruje do szpitala, jest to dla niego pierwszy sygnał, że dzieje się coś niedobrego. Wówczas zaczynają zachodzić procesy, które nie przez wszystkich są rozumiane, niestety także nie przez wszystkich lekarzy.</p>
<p><em><strong>- Jakie?</strong></em></p>
<p>- Kiedy mówimy o dobrostanie, mówimy o „homeostazie organizmu”. Oznacza to rodzaj pełnej równowagi, kiedy wszystko dobrze funkcjonuje. Dla wieku podeszłego ukuto określenie „homeostenoza” („stenoza” czyli „zwężenie”), i polega ona na tym, że, mówiąc obrazowo, osoba może funkcjonować normalnie i nie zauważa tego, że droga, którą szła, robi się coraz węższa, dopóki po raz pierwszy się nie przewróci. Potem zaczyna się efekt domina, wszystko się sypie. Ktoś złamał nogę, dostał się na oddział ortopedyczny, ale zaraz wzywają nas, kardiologów. Chory ma niedomogę serca, za szybkie tętno, złe ciśnienie albo krążenie. A do wczoraj był zdrowy. To złamanie nogi jest tak dużym stresem i obciążeniem dla organizmu, że wszystko przestaje dobrze funkcjonować, bo nasze rezerwy są już ograniczone.</p>
<p>Kiedy w serialu „Czterdziestolatek”, Karwowski pytał sekretarkę o choroby dyrektorów powiedziała mu, że chorują na „-siątki”, czyli pięćdziesiątki, sześćdziesiątki, siedemdziesiątki. Uczę lekarzy, żeby pamiętali, że osoba w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat powinna przejść określone badania. Wcześniej też. Z wieku wynikają pewne ograniczenia. Czy można do nich przygotować pacjentów? Tak do końca nie. Nie możemy zapewnić wszystkim nieśmiertelności ani pełnego zdrowia do określonego wieku. Jak ma się ucieszyć siedemdziesięciolatek, któremu mówimy, żeby spacerował wolniej albo nie nosił siatek z zakupami po schodach? Żeby zaakceptować swój wiek, muszą się pojawić tak zwane wartości dodatkowe.</p>
<p><em><strong>- Co to znaczy?</strong></em></p>
<p>- Pacjent musi czuć oparcie. To jest moim zdaniem najważniejsze, co daje lekarz, choć bezpośrednio nie należy to do jego pracy. Osoba w chorobie czy stresie musi mieć oparcie. Oczywiście powinni je dawać przede wszystkim rodzina i przyjaciele.</p>
<p>Studenci, którzy do mnie przychodzą, myślą, że będę ich namawiał do tego, żeby się tylko uczyli. Przekonuję ich, że ważny jest także sport i życie towarzyskie. Na studiach zawsze mi się wydawało, że szkoda tracić czas tylko na naukę i sam działałem w Zrzeszeniu Studentów Polskich, uprawiałem sport, rozglądałem się za dziewczynami i oczywiście się uczyłem. Kiedy się połączy te elementy, to wydaje się, że wszystko jest poukładane. Nie ma wówczas przekonania, że w dorosłym życiu jest coraz trudniej. Jeśli ktoś przegra mecz, to może uda mu się „randka”.</p>
<p>Natomiast osobom starszym, które narzekają na pracę mówię, że dopóki są potrzebne, będą szczęśliwe, choć może jeszcze o tym nie wiedzą. Nieszczęśliwe zaczną być, kiedy przestaną być potrzebne. Pacjenci złapali mnie dziś w Klinice na korytarzu o 6:30 i zapytali zatroskani: „Panie profesorze, co tak wcześnie?”. Odpowiedziałem im, że ja na szczęście lubię swój zawód, więc proszę mnie tak nie żałować. Szybko się otworzyli, zaczęła się rozmowa, powiedzieli, że to szczęście, że lubię swoją pracę. Mówili też, co sami robią, mieliśmy krótką acz głęboką pogawędkę. Więc nie próbujmy żałować osób, które są zapracowane. Jeżeli ktoś nie lubi swojego zawodu i ze wstrętem myśli i obowiązkach, to nie będzie szczęśliwy. Oparcie może znaleźć w rodzinie, przyjaciołach, w pasji. Często zupełnie niezwiązanej z pracą, nawet jeśli dla innych to jakieś dziwne hobby.</p>
<p>Rok temu od żony, dzieci, wnuków, zięciów dostałem na urodziny pianino. Wiedzieli, że kiedyś jako dziecko trochę grałem, potem pianino było u cioci, i gdy tata przestał ciocię odwiedzać, ja przestałem grać. W domu robimy czasem spotkania z przyjaciółmi naszych dzieci i ich dziećmi. To miłe spotkania, przyjaciele dzieci to już dorosłe osoby,  którym zawsze proponuję, żebyśmy sobie mówili po imieniu. Część z tego korzysta, część nie, dalej wolą bym był dla nich „profesorem”, a moja żona „znakomitym kardiologiem”. Pytają nas często nasi rówieśnicy, czy nam się chce. To prawda, kiedy wychodzą, rzeczywiście jesteśmy zmęczeni. Ale relacje z nimi dają nam wsparcie. I ja sam mam satysfakcję, kiedy ktoś z młodszego pokolenia się mnie czy mojej żony radzi w ważnych dla nich sprawach. Czasem wolą porozmawiać z nami, swoimi przyjaciółmi niż z rodzicami. Mają do nas zaufanie.</p>
<p>Warto się otwierać, na przykład zaprzyjaźnić się z sąsiadami. Pomóc im, kiedy mają problem. Mało kto sam radzi sobie z problemami. I bez tego ten proces starzenia się będzie bardzo trudny. Najgorsze, co obserwuję u osób starszych, to nie problem choroby, ale samotności. Osoba samotna, która ma jakiekolwiek dolegliwości, jest w trudnej sytuacji z większą szansą na przegraną. Musi mieć kogoś, kto ją pocieszy.</p>
<p><em><strong>- Czy osobę, która akceptuje to, że nie jest nieśmiertelna, łatwiej się wyleczy?</strong></em></p>
<p>- Kiedyś starsi asystenci, za którymi w szpitalu nosiłem historię choroby, pokazywali mi pacjentów w trudnym stanie i mówili tak: „Ta pani będzie żyła – ona chce żyć”. Trochę mnie to na początku rozśmieszało, bo brzmiało jak jakieś szamaństwo. Potem z pokorą patrzyłem, ile w tym było racji. Wola życia się liczy. Najczęściej ona się wiąże z motywacją: mam dla kogo żyć, nie chcę kogoś zostawić, nie chcę umrzeć. Zaczyna się walka. I tę walkę widać.</p>
<p>Największy problem jest wówczas, gdy pacjent w trudnym stanie mówi, że nie chce żyć, a na proste pytanie: „Ale zaraz, przecież ma pan dla kogo żyć?” – mówi: „Nie mam”. Wtedy szanse lekarzy zdecydowanie się zmniejszają. Lepszą odporność, lepszy układ immunologiczny ma osoba zmotywowana do życia. Wiele chorób nowotworowych jest spowodowanych przez wirusy, które układ odpornościowy może pokonać. Wiemy jednocześnie, że układ immunologiczny pilnuje komórek, żeby się nie namnażały w sposób niekontrolowany. Osoba, która ma motywację do życia, ma też lepszy układ immunologiczny.</p>
<p>Podobnie jest z dziećmi w przedszkolu. Mówi się często, że chorują. Czy dlatego, że dzieci przynoszą infekcje? To tylko część prawdy. Druga część jest taka, że dzieci tęsknią za rodzicami, czyli są w stresie i mają gorszy układ odpornościowy.<br />
Chory w konsekwencji ciężkiej choroby, wcześniej czy później, może umrzeć. Powinien być otoczony odpowiednią atmosferą. Obecnie jest to bardzo trudne. Mało się o tym mówi, a jeszcze mniej robi, by tak było. Chory nie powinien umierać na szpitalnym korytarzu. Nie powinien umierać bez osób bliskich.</p>
<p>Warto pamiętać o jednym: lekarze walczą o zdrowie psychiczne, o większą odporność, żeby pacjent miał napęd, żeby miał chęć do życia. To są proste zabiegi. Mamy to szczęście, że w naszej klinice uczą się zawodu młodzi fizjoterapeuci. Te młode dwudziestoparoletnie osoby działają na chorych fantastycznie. Kiedy wejdą do sali panów trzy młode, pełne uroku dziewczyny albo do pań trzech młodzieńców, to choćby nie wiem co, pacjenci wstają z łóżka, dają się zaprowadzić na spacer.</p>
<p>Jeżeli do tego obok jest rodzina, jeżeli widzę na obchodzie, że do łóżka pacjenta są przyklejone kartki, laurki od dzieci, wnuków, to mówię: „Jest dobrze”. Jest dla kogo żyć. Z takim pacjentem rozmawia się inaczej. Wtedy, na przykład przed ryzykownym zabiegiem, którego się obawia, ten pacjent powie: „Dobrze, róbcie to, muszę być zdrowy”.<br />
Sam przekonałem się na sobie, jaką motywację dają wnuczęta.</p>
<p>Kiedy wchodzę ze studentami do sali pacjentów, mówię im zawsze: „Szukajcie znaków”. Co to znaczy? „Patrzcie na pacjenta. Pamiętajcie, że każde słowo, które tu powiemy, on będzie przetrawiał. Popatrzcie, czy widać po nim chorobę, w jakim on jest stanie psychicznym? On wielu rzeczy nie powie, nawet jak go zapytacie. Patrzcie, jakie wam wysyła znaki, to może go łatwiej zrozumiecie”. Potem studenci mówią, że zrozumieli, o co chodziło.</p>
<p><em><strong>- Jakie są te znaki?</strong></em></p>
<p>- Pamiętajmy, że zwykle w sali pacjent nie leży sam, dlatego nie o wszystkim chce głośno powiedzieć, czasem się wstydzi albo boi się, że ktoś przekaże informację rodzinie. Jeżeli widać u niego napięcie, lęk, to znaczy, że będzie jakoś sygnalizował, chęć powiedzenia czegoś jeszcze. Te sygnały trzeba wyciągać, bo inaczej terapia będzie niepełna albo nieudana. Miałem wiele takich przykładów, było już niby wszystko dobrze, ale wyczułem jakiś sygnał i mnie olśniło. Pytam: „No dobrze, proszę pani, a jak tam życie rodzinne, jak syn?”. I trafiłem.</p>
<p><em><strong>- Pozornie nie ma to wiele wspólnego z kardiologią.</strong></em></p>
<p>- Tak jest. Otworzyła się lawina żalu, nieszczęścia, kłopotów, o których ta pani by nie opowiedziała. Jak ja mam ją dobrze leczyć, jeśli nic o tym nie wiem? Oczywiście na rozmowę potrzeba czasu.</p>
<p><em><strong>- W obecnym systemie liczy się to, żeby pacjent szybko wrócił do domu.</strong></em></p>
<p>- Tak, i to jest najsłabszy punkt polskiego systemu opieki zdrowotnej. Mało uwagi poświęca się problemom pacjenta. Zamiast mówić o chorobie, mówimy o procedurze; nie ma pacjenta chorego na coś, jest tylko „procedura rozszerzenia naczynia”, „procedura wszczepienia stymulatora”. Mówi się nie o człowieku i jego problemie, tylko o tym, za co będzie płacone. Narodowy Fundusz Zdrowia nie płaci za dobry stan pacjenta, ale za wykonanie procedury. Jeżeli politycy różnych opcji politycznych nadal będą psuli relację pacjenta z lekarzem, rozwijając obecny system z Narodowym Funduszem Zdrowia, wycenami procedur i pośpiechem, to pójdziemy w złym kierunku.</p>
<p><em><strong>- Mówił pan wcześniej o przeżywaniu śmierci. Bywam w hospicjach, w ciągu ostatnich lat zwiększyła się w nich ogromnie liczba młodych wolontariuszy, którzy mają potrzebę zbliżenia się do tajemnicy życia i śmierci.</strong></em></p>
<p>- Też to obserwuję. Zawsze zastanawiałem się, z czego to wynika. W hospicjach, miejscach dla przewlekle chorych pacjentów, czasu jest więcej. Osoby, które tam idą z wyboru, mają potrzebę niesienia pomocy, dania serca potrzebującemu. To powinno być także częścią zawodu lekarza. Na pierwszym miejscu musi być pacjent, a nie procedura.</p>
<p>Jest bardzo dużo dobrych młodych ludzi, co rok na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym przychodzi nowa grupa studencka. Staram się zawsze pierwszego dnia mieć z nimi spotkanie, wykład, rozmawiam. Chcę, żeby to było prawdziwe spotkanie pytam, co robią, jakie specjalizacje ich interesują. Potem od razu mają dobre nastawienie. Ważne, żeby się nie wykrzywili, żeby nie zauważyli, że zawód może dać łatwe pieniądze i uznanie, tylko żeby dostrzegli, o co naprawdę w tym zawodzie chodzi.</p>
<p>Potrzebne przykłady i autorytety. Kiedyś byłem świadkiem rozmowy, kiedy ktoś próbował dokuczać naszemu przyjacielowi, panu ministrowi profesorowi Zbigniewowi Relidze, że chodzi na pochody pierwszomajowe. Nie wytrzymałem, wtrąciłem się, powiedziałem tak: „Zapytaj go, jaki ma komfort z tego pochodu, zapytaj się, dlaczego on to robi? Bo ja mam pełne przekonanie, że po to, by stworzyć pacjentom większe możliwości”. W starych komuszych czasach wyrywał to, co się dało, dla kliniki i pacjenta. Potem dla wielu ludzi, i lekarzy, i pacjentów stał się autorytetem.</p>
<p>Oczywiście, można powiedzieć dzisiaj, że szkoda, że palił, może jeszcze by żył, bo jest potrzebny także dzisiaj. Żyje na szczęście pamięć o nim, są jego uczniowie. Każdy, kto się zajmuje kardiologią, ma do Religi jakiś sentyment, ale potrzebne są też te mniejsze przykładziki. Przykładzikiem jest dla studenta asystent w klinice. W jego stosunku do pacjenta musi być autentyczne zaangażowanie, które widać. Wtedy student będzie dobrze ukształtowany.<br />
Wszystko utrudnia tempo, w jakim żyjemy. Ale, kiedy patrzę na naszych studentów, jestem pełen nadziei.</p>
<p><em><strong>- Nie wiem, czy to tempo się da w jakiś sposób zatrzymać.</strong></em></p>
<p>- Jednak ludzie z jakiegoś powodu chcą się ze sobą spotykać, mimo że biznesu na tym się nie robi. Razem wyjeżdżają, siedzą do drugiej w nocy, rozmawiają, śmieją się. Świat przyśpieszył, więc młody człowiek nie musi czekać pięćdziesięciu lat na mieszkanie, może wziąć kredyt i je zbudować wcześniej. Musi tylko wyważyć, co jest dla niego wartością.</p>
<p><em><strong>- Jakie psychiczne udręki naszych czasów najbardziej osłabiają ciało?</strong></em></p>
<p>- O pośpiechu już mówiłem. Myślę, że poczucie nieustannego zagrożenia, które się wiąże głównie chyba z bezpieczeństwem socjalnym rodziny. Rodzina potrzebuje warunków do bezpiecznego wychowania dzieci, które trzeba też nakarmić, ubrać i puścić do szkoły. Cywilizowane państwo powinno dostrzegać i dbać o ludzi chorych, którym trzeba pomóc. Potrzebne jest minimum bezpieczeństwa. Jeżeli w domu panuje miłość, można jeść tańsze parówki.</p>
<p>Zawsze mówię, że jestem zdeklarowanym prawicowcem, jeżeli chodzi o wartości, i zdeklarowanym lewicowcem, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo socjalne. Lekarz nie może być inny. Powiedziałem w jednym z wywiadów, że lekarz bez wiary w ogóle nie powinien wychodzić z domu. Bo po co? Mam na myśli wiarę w to, że mogę pomóc pacjentom. W to, że mi się uda. W umiejętności. Jeśli lekarz nie ma wiary, którą zarazi pacjenta, niech lepiej zostanie w domu.</p>
<p>Ja znam wielu kolegów, którzy mówią: „Ja tu przyszedłem zrobić badania. Ja tu przyszedłem wyciąć…”. Kiedy to słyszę, to myślę sobie „Uciekasz od problemów swojego zawodu, chcesz być technokratą”. Nie da się uniknąć spojrzenia na pacjenta jak na całego człowieka.</p>
<p><strong>Mirosław Dłużniewski,</strong> profesor zwyczajny, doktor habilitowany nauk medycznych, kierownik Kliniki Kardiologii, Nadciśnienia Tętniczego i Chorób Wewnętrznych II Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.</p>
<p><strong>Krzysztof Ołdakowski SJ,</strong> redaktor naczelny „Przeglądu Powszechengo”.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/musi-sie-chciec/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Egzegeza zdrowieje od głowy</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/egzegeza-zdrowieje-od-glowy/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/egzegeza-zdrowieje-od-glowy/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Jan 2012 14:30:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Sławomir Zatwardnicki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1076</guid>
		<description><![CDATA[Benedykta XVI troska o interpretację Pisma Świętego]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Benedykta XVI troska o interpretację Pisma Świętego</strong></p>
<p>W licznych wystąpieniach – czy to oficjalnych papieskich, czy książkowych w imieniu własnym – Benedykt XVI zwraca uwagę na niebezpieczeństwo takiego badania Biblii, które ogranicza się do metody historyczno-krytycznej. Papież proponuje zastosowanie w egzegezie wskazówek nieprzyjętych tej pory soborowych. Czy jednak o samą metodę tu chodzi, czy może – jak chciałby jeden z polskich biblistów, ksiądz Grzegorz Rafiński – o reanimację trupa biblistyki? Bo w gruncie rzeczy sprawa rozbija się może o wiarę (niewiarę) egzegetów, która leży u podstaw przyjętej metody.</p>
<p><strong>Kręcenie się w kółko</strong></p>
<p>W przedmowie do pierwszej części „Jezusa z Nazaretu” Benedykt XVI zwraca uwagę na coraz większe pęknięcie między „historycznym Jezusem” a „Chrystusem wiary”. Wskutek rozwoju badań historyczno-krytycznych ujawniano coraz to nowe warstwy tradycji, zresztą często przeciwstawne sobie, ale sam obraz Jezusa stawał się coraz bardziej zamazany. Stanowi to zagrożenie dla wiary chrześcijańskiej, <em>ponieważ niepewny staje się punkt jej odniesienia: zachodzi obawa, że wewnętrzna przyjaźń z Jezusem, do której przecież wszystko się sprowadza, trafia w próżnię1)</em> . Taki Jezus – kontynuuje papież w drugiej części swojej książki – <em>jest w swej treści nazbyt ubogi, żeby mógł wywierać znaczący wpływ na historię; jest za bardzo zamknięty w przeszłości, żeby możliwe było nawiązywanie z Nim relacji osobowych</em>2).</p>
<p>Również w oficjalnych wypowiedziach papieskich pojawił się ten temat, aby w końcu znaleźć miejsce w adhortacji apostolskiej poświęconej Słowu Bożemu w życiu i misji Kościoła. Ten dokument o wysokiej randze świadczy, że papież uważa za niebezpieczne dla życia Kościoła tendencje występujące we współczesnej katolickiej egzegezie. Wskazuje on na ryzyko dualizmu – rozróżnienia dwóch poziomów interpretacji Biblii, do czego dochodzi nawet na najwyższych poziomach akademickich. Odrzucenie w egzegezie tego, co papież nazywa „hermeneutyką wiary” (chodzi o zasady interpretacji biorące pod uwagę Boski wymiar Biblii), powoduje, że jej miejsce zajmuje hermeneutyka zlaicyzowana, pozytywistyczna, która ogranicza się do interpretacji czysto ludzkich negujących historyczność elementów Boskich. (<em>Notabene</em> taka liberalna egzegeza wzbudza w wierzących tak silny sprzeciw, że nierzadko całkowicie odrzucają oni naukowe podejście do Biblii i zajmują pozycje fundamentalistyczne). A <em>tam, gdzie egzegeza nie jest teologią, Pismo Święte nie może być duszą teologii, i na odwrót, tam, gdzie teologia nie jest zasadniczo interpretacją Pisma Świętego w Kościele, teologia pozbawiona zostaje fundamentu</em>3).</p>
<p>Trzeba zdawać sobie sprawę – peroruje autor „Jezusa z Nazaretu” – z ograniczeń metody historyczno-krytycznej. Jest ona metodą historyczną, bada więc kontekst wydarzenia i chce zrozumieć czasy, w których autor żył, jednak <em>chcąc dochować wierności sobie samej, (…) musi nie tylko analizować słowo jako powiedziane w przeszłości, ale w przeszłości je także pozostawić</em>4), a więc nie może uczynić aktualnym Słowa (a to przecież jest właściwym zadaniem egzegezy). Słowo traktuje jako tylko ludzkie, a jedność ksiąg Pisma <em>nie jest dla niej bezpośrednią daną historyczną</em>5). I w końcu w swoim poznaniu przeszłości nie może przekroczyć obszaru hipotezy. To wszystko powoduje, że metoda ta wymaga poszerzenia, w przeciwnym razie – uznania jej samowystarczalności – nie może rościć sobie prawa do pełnej interpretacji. Nie jest prawdą, że niewierzący poszukujący sensu jedynie wyrazowego mogą dojść do tych samych wniosków, co czytający Pismo wierzący. Zresztą, samo odrzucenie sensu duchowego jest już wyjściem poza mentalność autorów Nowego Testamentu (dla przykładu: egzegeza Starego Testamentu w wydaniu apostoła Pawła).</p>
<p>Nie znaczy to żadną miarą, że Ojciec Święty nie docenia metody naukowej. W „Verbum Domini” podtrzymał stanowisko ojców synodalnych, którzy stwierdzili, że <em>pozytywne efekty stosowania współczesnych metod historyczno-krytycznych są niezaprzeczalne</em>6), a w swojej książce podkreśla, że napisał ją <em>nie przeciwko współczesnej egzegezie, lecz jako dowód wielkiej wdzięczności za to wszystko, co nam dała i co nadal daje</em>7). Nie można odrzucać naukowego podejścia do Biblii, ponieważ wynika ono wprost z realizmu wcielenia – jeśli <em>Słowo stało się Ciałem</em>, oznacza to, że historia zbawienia jest prawdziwą historią (a nie mitologią), którą można i trzeba badać. Pamiętać trzeba jednak o tym, że ani metody naukowe nie wyczerpują interpretacji, ani sama metoda historyczno-krytyczna nie jest pozbawiona ograniczeń.</p>
<p>Papież wymaga przywrócenia równowagi, bo wysokiemu poziomowi egzegezy akademickiej nie odpowiada analogiczne studium wymiaru teologicznego tekstów Pisma. Polski teolog, ksiądz Rafiński przytomnie zwraca uwagę, że <em>metodologia przyjęta w dzisiejszej biblistyce sprawia, że bibliści informują, ale nie zapalają. Biblistyka poprzedniej epoki wydała mnóstwo świętych; dzisiejsza biblistyka wydaje wielu naukowców i nielicznych świętych</em>8).</p>
<p>Warto zdawać sobie sprawę ze szkód w życiu Kościoła, do których niebezpieczne zachwiane równowagi – akcent na metody naukowe – prowadzi. Przede wszystkim rodzi się <em>zwątpienie co do podstawowych tajemnic chrześcijaństwa i ich wartości historycznej, takich jak na przykład ustanowienie Eucharystii i zmartwychwstanie Chrystusa</em>9). Słusznie zauważył Benedykt XVI, że takie uderzenie w podstawowe prawdy wiary wynika z hermeneutyki filozoficznej zaprzeczającej możliwości wejścia w historię i obecności w niej elementu Boskiego. Dalszą konsekwencją jest rozdział między egzegezą naukową a teologią czy <em>lectio divina</em>, a wszystko to z kolei ma negatywny wpływ na życie duchowe i duszpasterstwo. A jeśli nie ma, to tylko dlatego, że głoszący Słowo (na szczęście) wykazują się zdrowym podejściem do lektury Biblii; ksiądz Grzegorz Rafiński zauważa, że w <em>kaznodziejstwie używa się intuicyjnie metody interpretacji duchowej Pisma Świętego, której nikt nie uczy w seminariach, a metody analizy krytycznej, której naucza się w seminariach potem się prawie nie stosuje. To, czym się zajmują bibliści z reguły nie nadaje się do wykorzystania w kazaniu. To inny język. Inne problemy. Bibliści tworzą trochę »świat dla siebie«</em>10).</p>
<p><strong>Spojrzenie wstecz, w głąb i ponad</strong></p>
<p>Tradycja chrześcijańska od samego początku próbowała mierzyć się z problemem pomiędzy „literą” a „duchem” (ba! nawet sama Biblia wskazuje na oba sposoby lektury). Powstawały szkoły egzegetyczne: aleksandryjska stawiająca na sens alegoryczny czy antiocheńska akcentująca sens wyrazowy (historyczny), a w średniowieczu stosowano zasadę czterech sensów (dosłowny, alegoryczny, moralny i anagogiczny). Do niebezpiecznego przesunięcia w kierunku sensu wyrazowego doszło dopiero w nowożytnej egzegezie. To dlatego zgromadzenie synodalne, a za nim papież, zalecili wsłuchiwanie się na nowo w Ojców Kościoła i uczenie się od nich metod interpretacji, a przede wszystkim religijnego podejścia do Pisma. <em>Pozostajemy wierni intencjom zawartym w tekstach biblijnych tylko w takiej mierze, w jakiej staramy się odkryć, w ich sformułowaniach, rzeczywistość wiary, którą one wyrażają, i jeśli łączymy tę rzeczywistość z doświadczeniami ludzi wierzących naszych czasów</em>11).</p>
<p>Już Pius XII w encyklice „Divino afflante Spiritu” sprzeciwił się dualizmowi egzegezy naukowej i duchowej, a także podkreślił wartość teologiczną sensu dosłownego oraz przynależność sensu duchowego do nauk egzegetycznych. W sprawie równowagi między badaniami naukowymi a spojrzeniem wiary wypowiedziała się również Papieska Komisja Biblijna w dokumencie „Interpretacja Biblii w Kościele”. W końcu konstytucja dogmatyczna „Dei Verbum” Soboru Watykańskiego II w numerze 12. podkreśliła konieczność dociekań naukowych i interpretacji wiary pozwalających uwzględnić bosko-ludzką naturę Słowa.</p>
<p>Dla uchwycenia wymiaru boskiego Słowa adhortacja „Verbum Domini” w numerze 34. podaje (za soborowym dokumentem), że należy: pamiętać o tym, że Pismo stanowi jedną całość (tak zwana egzegeza kanoniczna), uwzględniać żywą tradycję Kościoła oraz analogię wiary. Trzeba podkreślić, że interpretacja Słowa Bożego w duchu, jakim zostało ono napisane, do tej pory rozumiana była niewłaściwie (badano „ducha” epoki i kulturę), tymczasem papież zdaje się przywracać soborowe rozumienie „ducha Pism”, które muszą być czytane w tym samym Duchu, który stoi za ich natchnieniem.</p>
<p>Urząd Nauczycielski Kościoła wypowiada się jednoznacznie za interpretacją naukową i teologiczną, za równowagą „litery” i „Ducha” czy też może właściwiej: odczytywaniem duchowego sensu – przechodzeniem od litery, która zabija, do Ducha przynoszącego życie (por. 2 Kor 3,6). W sprawie odnalezienia sensu duchowego Benedykt XVI wprost odwołał się do stwierdzenia Papieskiej Komisji Biblijnej, której dokument określa sens duchowy jako <em>sens wyrażany przez teksty biblijne, odczytywane pod natchnieniem Ducha Świętego w kontekście tajemnicy paschalnej Chrystusa i nowego życia (…), którym jest życie w Duchu Świętym</em>12).</p>
<p>Bez wiary nie ma autentycznej hermeneutyki Biblii, przy czym nie chodzi tylko o wiarę indywidualną, ale także zakorzenioną w wierze Kościoła, co pozwala <em>przypomnieć podstawowe kryterium hermeneutyki biblijnej: właściwym miejscem interpretacji Biblii jest życie Kościoła</em>13); jest to wymóg wynikający z samej natury Pism powstałych we wspólnocie wierzących.</p>
<p>Zwrócić też trzeba uwagę na powiązanie sensów: duchowy musi opierać się na wyrazowym. <em>Decydujące znaczenie ma uchwycenie przejścia od litery do ducha. Nie jest to przejście automatyczne i spontaniczne; konieczne jest raczej wzniesienie się ponad literę</em>14), które dokonuje się nie tylko intelektem, ale również przez włączenie w kontekst życia w Duchu, które z kolei zakłada również życie eklezjalne. W tym przechodzeniu należy dostrzegać jedność całego Pisma Świętego (słynne Augustynowe <em>Nowy Testament jest ukryty w Starym, natomiast Stary znajduje wyjaśnienie w Nowym</em>) i czytać je w kluczu chrystologicznym, bez którego nie można otworzyć drzwi do zrozumienia Pisma: <em>Misterium Paschalne Chrystusa jest w pełni zgodne – jednakże w sposób, który był nie do przewidzenia – z proroctwami i aspektem prefiguratywnym Pism; jednakże zawiera wyraźne aspekty braku ciągłości względem instytucji Starego Testamentu</em>15).</p>
<p>Interesujące i słuszne jest stwierdzenie papieża, że interpretacja Biblii nie będzie pełna, jeśli nie weźmie się pod uwagę rozumienia Pisma przez świętych, czyli <em>tych, którzy pozwolili się kształtować Słowu Bożemu przez słuchanie go, czytanie i wytrwałe rozważanie</em>16). Cenne dla życia Kościoła, a i może dla samej egzegezy, będzie prowadzenie dialogu między egzegetami a pasterzami i teologami. W dziedzinie studiów egzegetycznych i teologicznych należy wystrzegać się koncepcji badań naukowych uważających się za neutralne wobec Pisma Świętego, a studium musi przebiegać równolegle z rozwojem życia duchowego.</p>
<p><strong>Metodologiczny krok naprzód</strong></p>
<p>Autor „Jezusa z Nazaretu” ma nadzieję, że wraz z dostrzeżeniem granic metody historyczno-krytycznej <em>stało się jasne (…) że metoda ta z samej swej istoty wskazuje na jakąś dalszą rzeczywistość i zawiera w sobie wewnętrzną otwartość na metody uzupełniające</em>17). Sam w trakcie pracy nad książką korzysta z owoców egzegezy historycznej, ponieważ domaga się tego biblijna wiara odnosząca się do autentycznego historycznego wydarzenia – factum historicum należy do istotnych składników wiary chrześcijańskiej. Egzegeza kanoniczna nie stoi w sprzeczności z historyczno-krytyczną, ale stanowi jej kontynuację. Ta ostatnia nie ma narzędzi, by doszukać się wszystkich wymiarów słowa, nie jest w stanie również uznać, że Pismo nie jest li tylko rodzajem literatury, ale rodziło się w łonie wspólnoty wierzących. Dlatego – tłumaczy Benedykt XVI – <em>spróbowałem tylko, oprócz interpretacji historyczno-krytycznej, zastosować nowe metodologiczne spojrzenie, które umożliwia nam teologiczną interpretację Biblii, a postulując oczywiście wiarę, absolutnie nie rezygnuje (…) z poważnego traktowania historii</em>18).</p>
<p>Dla wielu to papieskie „tylko” będzie czytane jako „aż”. W drugiej części książki wzywa papież raz jeszcze do zmiany spojrzenia: <em>Jeśli naukowa interpretacja Pisma nie chce poprzestać na stawianiu ciągle nowych hipotez i stracić przez to znaczenie dla teologii, musi dokonać metodologicznie nowego kroku i uznać się ponownie za dyscyplinę teologiczną, nie rezygnując przy tym ze swego charakteru historycznego</em>19). A w dalszych słowach wskazuje na pozytywistyczne przesłanki stojące za naukową egzegezą, które nie wyczerpują poznania rozumowego, ale stanowią jedynie jego aspekt (w adhortacji przywołuje papież również trafne słowa swojego poprzednika, według którego każda metoda hermeneutyczna opiera się na koncepcji filozoficznej20)). W takiej zlaicyzowanej hermeneutyce rozum rości sobie prawo do wydawania sądów na temat możliwości wkroczenia Boga w dzieje ludzi i przemawiania do nich ludzkimi słowami21).</p>
<p>Chodzi papieżowi o połączenie obydwu hermeneutyk – historycznej i wiary (która poprawnie przeprowadzona jest zgodna z tekstem) – razem mogą tworzyć jedną metodologiczną całość pozwalającą uniknąć skrajnych zagrożeń racjonalizmu i fideizmu, i „dziś” doprowadzić do spotkania żywego Pana, który objawił się w historii. Podkreślić należy, że lekarstwem na przeciwstawienie obu metod nie jest ich proste zestawianie, ale wzajemne powiązanie uznające wartość teologiczną sensu dosłownego oraz przywracające sens duchowy do zakresu nauk egzegetycznych. <em>Nie śmiem twierdzić</em> – pisze z właściwą sobie skromnością papież – <em>że w mojej książce to połączenie obydwu hermeneutyk dokonało się już w całej pełni. Mam jednak nadzieję, że zrobiłem w tym kierunku właściwy krok</em>, po czym dodaje tyleż delikatnie wyrażone, ile wstrząsające w swojej wymowie jedno krótkie zdanie: <em>W gruncie rzeczy trzeba wreszcie zacząć stosować zasady metodologiczne, sformułowane dla egzegezy przez Sobór Watykański II (w „Dei Verbum” 12), czego niestety dotychczas </em>[przez prawie pół wieku! – S.Z.]<em> właściwie prawie nie czyniono</em>22).</p>
<p>Wprost trudne do uwierzenia jest to, że trzeba było papieskich oficjalnych wypowiedzi oraz przykładu książki napisanej we własnym imieniu, aby podjąć próbę wstrząśnięcia akademicką egzegezą nieproporcjonalnie skoncentrowaną na ludzkim poziomie Pisma Świętego. Można by zapytać gładkim językiem dyplomatycznym: czy uda się zrobić ten krok metodologiczny, do którego nie tylko wzywa papież, ale który i sam wykonuje jako pierwszy? Albo – już mniej dyplomatycznymi słowami – zaapelować, jak zrobił to cytowany wyżej ksiądz Rafiński: <em>Trzeba wlać ducha w biblistykę. Potrzebne jest nowe otwarcie, które powinno pójść w kierunku syntezy nauki i duchowości. (…) Czas odejść od bożka nauki ku wypróbowanej drodze Kościoła, którą jest duchowość. (…) potrzebne jest integralne spojrzenie na biblistykę. Wlanie ducha w tego trupa23).</em> (Musi bardzo leżeć na sercu [wątrobie] polskiemu teologowi stan egzegezy, skoro decyduje się wypowiedzieć takie słowa w czasie wystąpienia poświęconemu wcale nie stanowi biblistyki!).</p>
<p>Benedykt XVI z wdzięcznością przyjmuje do wiadomości, że po wydaniu pierwszej części książki <em>dyskusja nad metodą i hermeneutyką egzegezy, rozumianej jako dyscyplina historyczna i równocześnie teologiczna, ożywia się</em>24). Oby tylko nie skończyło się na naukowych opracowaniach oficjalnych papieskich wypowiedzi w tej sprawie – bo tak naprawdę nie tylko o metodę tu chodzi. <em>Hermeneutyka chrystologiczna, która w Jezusie Chrystusie widzi klucz całości i uczy się w jego perspektywie rozumieć Biblię jako jedność, zakłada decyzję wiary i nie może się opierać na samej metodzie historycznej</em>25). I może tu leży klucz – czyżby egzegetom brakowało wiary? Wtedy rację miałby ksiądz Rafiński, kiedy mówi nie o kroku metodologicznym, ale o reanimacji trupa.</p>
<p><strong>Sławomir Zatwardnicki,</strong> ur. 1975, student Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu (IV rok), autor książki „Abraham. Meandry wiary” (W Drodze, 2011) oraz redaktor cyklu książek z serii „O świeckich, przez świeckich, dla świeckich” (Homo Dei, 2011). Redaktor naczelny serwisu rodzinnego portalu OPOKA (www.rodzina.opoka.org.pl), koordynator portalu dla laikatu (www.gazetaswiecka.pl). Współpracuje z „Biblioteką Kaznodziejską”, publikował w różnych periodykach katolickich, także naukowych. Jest żonaty, ma dwoje dzieci. Mieszka w Zabrzu.</p>
<p><strong>Przypisy</strong></p>
<p>1) J. Ratzinger(Benedykt XVI), Jezus z Nazaretu, cz. 1: Od chrztu w Jordanie do Przemienienia, Kraków 2007, s. 6.</p>
<p>2) Tamże, cz. 2: Od wjazdu do Jerozolimy do Zmartwychwstania, Kielce 2011, s. 8.</p>
<p>3) Benedykt XVI, adh. Verbum Domini, nr 35.</p>
<p>4) J. Ratzinger (Benedykt XVI), Jezus z Nazaretu, dz. cyt., cz. 1, s. 9.</p>
<p>5) Tamże.</p>
<p>6) Benedykt XVI, adh. Verbum Domini, nr 34.</p>
<p>7) J. Ratzinger –(Benedykt XVI), Jezus z Nazaretu, dz. cyt., cz. 1, s. 14.</p>
<p>8 ) G. Rafiński, Tajemnica osoby św. Pawła, „Christianitas Antiqua”, vol. III (2010), s. 36.</p>
<p>9) Benedykt XVI, adh. Verbum Domini, nr 35.</p>
<p>10) G. Rafiński, dz. cyt., s. 36-37.</p>
<p>11) Benedykt XVI, adh. Verbum Domini, nr 37.</p>
<p>12) Tamże.</p>
<p>13) Tamże, nr 29.</p>
<p>14) Tamże, nr 38.</p>
<p>15) Tamże, nr 40.</p>
<p>16) Tamże, nr 48.</p>
<p>17) J. Ratzinger –(Benedykt XVI), Jezus z Nazaretu, cz. 1, dz. cyt., s. 10.</p>
<p>18) Tamże, s. 14.</p>
<p>19) Tamże, cz. 2, s. 6.</p>
<p>20) Jan Paweł II, enc. Fides er ratio, nr 55: „Kto zajmuje się badaniem Pism Świętych, powinien zawsze pamiętać, że różne metodologie hermeneutyczne również opierają się na określonych koncepcjach filozoficznych, należy je zatem wnikliwie ocenić przed zastosowaniem ich do analizy świętych tekstów”; por. Benedykt XVI, adh. Verbum Domini, nr 36.</p>
<p>21) Por. Benedykt XVI, adh. Verbum Domini, nr 36.</p>
<p>22) J. Ratzinger (Benedykt XVI), Jezus z Nazaretu, dz. cyt., cz. 2, s. 7.</p>
<p>23) G. Rafiński, art. cyt., s. 37.</p>
<p>24) J. Ratzinger (Benedykt XVI), Jezus z Nazaretu,, dz. cyt., cz. 2, s. 6.</p>
<p>25) Tamże,  cz. 1, s. 11.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/egzegeza-zdrowieje-od-glowy/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/egzegeza-zdrowieje-od-glowy/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/egzegeza-zdrowieje-od-glowy/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/egzegeza-zdrowieje-od-glowy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Psychika pod presją cywilizacji</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/psychika-pod-presja-cywilizacji/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/psychika-pod-presja-cywilizacji/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Jan 2012 14:27:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>PP</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Numery archiwalne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1067</guid>
		<description><![CDATA[Przegląd Powszechny Miesięcznik poświęcony sprawom religijnym, kulturalnym i społecznym założony w roku 1884 Spis treści Krzysztof Ołdakowski Cierpienia psychiczne współczesnych ludzi Andrzej Kokoszka Zaburzenia psychiczne: rola jednostki, rola społeczeństwa Wyjaśnianie objawów zaburzeń psychicznych sytuacją społeczną jest kuszącym sposobem zachowania dobrego obrazu samego siebie w obliczu złego otoczenia. W większości przypadków takie wyjaśniania są iluzją. Musi [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><strong>Przegląd Powszechny</strong></p>
<p style="text-align: left;">Miesięcznik poświęcony sprawom religijnym, kulturalnym i społecznym założony w roku 1884<span id="more-1067"></span></p>
<p>Spis treści</p>
<p>Krzysztof Ołdakowski<br />
<strong>Cierpienia psychiczne współczesnych ludzi</strong></p>
<p>Andrzej Kokoszka<br />
<strong>Zaburzenia psychiczne: rola jednostki, rola społeczeństwa</strong><br />
Wyjaśnianie objawów zaburzeń psychicznych sytuacją społeczną jest kuszącym sposobem zachowania dobrego obrazu samego siebie w obliczu złego otoczenia. W większości przypadków takie wyjaśniania są iluzją.</p>
<p><strong>Musi się chcieć</strong><br />
Z profesorem Mirosławem Dłużniewskim rozmawia Krzysztof Ołdakowski SJ<br />
Osoba pozostawiona z problemami psychicznymi sama sobie wcześniej czy później „wyląduje” u lekarza. Bo zła kondycja psychiczna zawsze obciąża zdrowie fizyczne.</p>
<p><strong>Cierpienia psychiczne a przemiany psychiatrii</strong><br />
Z Richardem Rechtmanem, psychiatrą i antropologiem, rozmawia Natalie Sarthou-Lajus<br />
Psychiatrów z praktyką, specjalistów w dyscyplinach pokrewnych oraz polityki interesuje dziś zwłaszcza cierpienie psychiczne jako znak niesprawiedliwego cierpienia.</p>
<p>Agnieszka Lewandowska-Kąkol<br />
<strong>Muzyka i mózg</strong><br />
Badacze są zgodni co do tego, że nasze muzyczne uzdolnienia stały się możliwe dzięki wykorzystaniu układów mózgowych, które powstały w innym celu. Jesteśmy jednak gatunkiem w nie mniejszym stopniu muzycznym niż mówiącym. </p>
<p>Dk. Bogdan Sadowski<br />
<strong><em>Bóg powiedział raz, dwa razy usłyszałem (Ps 62,12)</em></strong></p>
<p>Emilian, wąchaj czas<br />
<strong>Z Emilianem Kamińskim rozmawia Klaudia Iwanicka</strong><br />
Wiem, co to jest bieda czy bezdomność. Skąd wiem – to moja rzecz. Wiem, co to znaczy przegrać. To znaczy – sporo już wiem.</p>
<p>Jan Kłossowicz<br />
<strong>Pan Adam</strong><br />
O Adamie Hanuszkiewiczu (1924–2011)<br />
Należał do reżyserów, którzy zadecydowali o wielkości naszego teatru w drugiej połowie XX wieku. Był pośród nich postacią najbardziej barwną i był też najbardziej kontrowersyjnie oceniany. Tak go zapamiętam.</p>
<p>Maria Kąkol<br />
<strong>Obojętność wobec zła</strong><br />
Zjawisko moralne w aspektach filozoficznym i psychologicznym<br />
Skoro tak wiele osób opuszcza własną a potrzebującą rodzinę, trudno ufać, że ktokolwiek uszanuje prawo moralne w odniesieniu do obcych.</p>
<p>Ewa Pluta<br />
<strong>Uziemieni</strong><br />
Reportaż</p>
<p>Grzegorz Dobroczyński SJ<br />
<strong>Jak młodym mówić o Bogu</strong><br />
Z debaty, którą przeprowadziłem z setką licealistów w Toruniu, wynika, że wbrew wielu obiegowym opiniom młodzież wykazuje się wiedzą religijną na poziomie pojęciowym. Młodzież oczekuje wyjaśnienia bulwersujących ją w Kościele spraw. Chce dialogu.</p>
<p><strong>Po świata krawędzie</strong><br />
Z Jackiem Moskwą, autorem czterotomowej biografii „Droga Karola Wojtyły”, rozmawia Magdalena Bajer<br />
Może ta książka powinna się nazywać „Świat Karola Wojtyły”, bo jest w niej dużo o świecie. O świecie w epoce przełomowej i o wpływie, jaki Wojtyła wywarł.</p>
<p>Jacek Głażewski<br />
<strong>Przypowieść o kostce cukru</strong><br />
Międzypokoleniowe zerwanie obserwowane we współczesnym życiu intelektualnym wynika z unieważnienia więzi, która wymaga wspólnoty, spotkania i dialogu. W pewnym sensie zignorowano potencjał tkwiący w młodej generacji.</p>
<p>Sławomir Zatwardnicki<br />
<strong>Egzegeza zdrowieje od głowy</strong><br />
Benedykta XVI troska o interpretację Pisma Świętego<br />
W licznych wystąpieniach Benedykt XVI zwraca uwagę na niebezpieczeństwo takiego badania Biblii, które ogranicza się do metody historyczno-krytycznej.</p>
<p>Jan Tomkowski<br />
<strong>Ostatnia miłość</strong><br />
Może być darem i oczyszczeniem, choć bywa tragedią i przekleństwem. Zawsze jest buntem przeciwko starości, przemijaniu i śmierci. Oczywiście buntem daremnym, ale jakże heroicznym.</p>
<p>Jerzy Gaul<br />
<strong>W orszaku wodza</strong><br />
Uwagi na marginesie „Dzienników ze Spandau” Alberta Speera<br />
Zagadką III Rzeszy nie byli ludzie z nizin, którzy zwietrzyli szansę wdarcia się na dawniej niedostępne szczyty władzy, lecz porządni obywatele, którzy masowo przeszli na stronę nazistów. Albert Speer należał do najwybitniejszych ich przedstawicieli.</p>
<p><strong>Sesje – sympozja</strong></p>
<p>Paulina Czaja, Natalia Nicholls<br />
Schyłek sekularyzacji – początek nowej duchowości?<br />
II Kongres Religioznawczy „Religie i Religijność w Świecie Współczesnym”, 12-15 września 2011 roku, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu; organizator: Polskie Towarzystwo Religioznawcze</p>
<p><strong>TEATR</strong> </p>
<p>Paulina Borek-Ofira: Malutka rodzinna wiwisekcja<br />
(Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie, „Sieroty”, Dennis Kelly; reżyseria – Grażyna Kania)</p>
<p><strong>MUZYKA</strong> </p>
<p>Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Mistrzowski wieczór<br />
(„Koncert monograficzny Krzysztofa Pendereckiego w Filharmonii Narodowej”)</p>
<p><strong>FILM</strong></p>
<p>Sławomir Kwiecień: W zgodzie z naturą<br />
(Syberia, Monamour, reżyseria – Sława Ross)</p>
<p>Marek Kotyński CSsR: Kino szukające wartości<br />
(27. Warszawski Festiwal Filmowy 2011)</p>
<p><strong>TELEWIZJA</strong></p>
<p>Jan Kłossowicz: Homo sapiens digitalis<br />
(„Jak urządzić nasz cyfrowy świat?”) </p>
<p><strong>KSIĄŻKI</strong> </p>
<p>Mieczysław Orski: Pod presją ciała<br />
(Marta Magaczewska, „Bahama yellow”)</p>
<p>Marcin Cielecki: Tyle o tym<br />
(Mariusz Czubaj, „Kołysanka dla mordercy”) </p>
<p>Bartosz Wieczorek: Metafizyka powraca na katedry<br />
(Sebastian Tomasz Kołodziejczyk /red./, „Przewodnik po metafizyce”)</p>
<p>Jacek Uglik: W stronę poezji nieelitarnej<br />
(Brian Patten, „Teraz będziemy spać, leżeć bez ruchu lub ubierzemy się na powrót”)</p>
<p>Krzysztof Ołdakowski SJ: Zapis zmagań o prawdę i wolność<br />
(Anka Kowalska, „Folklor tamtych lat”)</p>
<p>Emilia Kolinko: „Mogłaby to być opowieść o ciszy”<br />
(Monika Bułaj, „Boży ludzie”)</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/psychika-pod-presja-cywilizacji/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/psychika-pod-presja-cywilizacji/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/psychika-pod-presja-cywilizacji/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2012/01/05/psychika-pod-presja-cywilizacji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Emigranci &#8211; wędrowcy szukający domu</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 02 Dec 2011 16:04:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1052</guid>
		<description><![CDATA[Jestem gościem na ziemi – te słowa z Psalmu 119 wyrażają istotę życia ludzkiego na świecie. Bycie emigrantem streszcza w sobie kondycję człowieka - pielgrzyma i wędrowcy szukającego stałego miejsca. Na ziemi nigdy nie będziemy do końca czuli się u siebie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><em>Jestem gościem na ziemi</em> – te słowa z Psalmu 119 wyrażają istotę życia ludzkiego na świecie. Bycie emigrantem streszcza w sobie kondycję człowieka &#8211; pielgrzyma i wędrowcy szukającego stałego miejsca. Na ziemi nigdy nie będziemy do końca czuli się u siebie.</strong></p>
<p>Procesy migracyjne osiągnęły dzisiaj skalę niespotykaną w historii. Powoduje to powstawanie coraz większej społeczności, która utraciła więzi z macierzystą kulturą, z korzeniami, i zaczyna tworzyć jakby nową społeczność planetarną. Ludzie zwykle przemieszczają się w ślad za przepływającym kapitałem, aby podnieść standard życiowy. Dziś łatwo pokonywać ogromne odległości &#8211; nie tylko fizycznie, ale także poprzez sieci informatyczne. Widzowie na całym świecie oglądają te same seriale i programy rozrywkowe. Wiele osób odreagowuje to większym przywiązaniem do własnej tradycji i języka. Nie chcą być wtłaczani w ujednolicony model kulturowy wypreparowany z tego, co lokalne i swojskie.</p>
<p>Stosunek to emigrantów jest wskaźnikiem jakości człowieczeństwa i kryterium rozwoju społeczeństwa. Różnice kulturowe nie powinny zanikać, ale otwierać się na siebie. Z drugiej strony tylko jasna świadomość tego, kim się jest, oraz przywiązanie do własnej tożsamości prowadzą do postawy otwartości i szacunku dla innych, obcych i przybyszów.</p>
<p>Migrują miliony. Dane Organizacji Narodów Zjednoczonych mówią o 214 milionach emigrantów o uregulowanym statusie, 15-20 milionach o nieuregulowanym. Około 20 milionów osób to uchodźcy.</p>
<p>Migracje występują w każdym typie społeczeństwa. Polacy rozsiani są po całym świecie. Wyjeżdżali z kraju w różnych okresach, zarówno za chlebem, jak i w poszukiwaniu wolności. Dziś coraz częściej wyjeżdżają w celu znalezienia pracy, zdobycia wykształcenia i podniesienia kwalifikacji zawodowych. O skali emigracji i przywiązaniu Polaków do tradycji świadczy choćby fakt, że około stu profesorów na Uniwersytecie Federalnym w Kurytybie w Brazylii przyznaje się do polskich korzeni.</p>
<p>Emigracja rodzi poważne skutki w wielu dziedzinach życia. Poszczególne jej fale różnią się od siebie. Emigracja postsolidarnościowa jest odmienna od tej po otwarciu granic w 2004 roku. Tej obecnej często towarzyszy rozłąka z rodziną przez wiele miesięcy, poczucie osamotnienia i silna potrzeba znalezienia oparcia. Emigranci mieszkają w ubogich dzielnicach Londynu, w skromnych warunkach, czasami w jednym pokoju, z toaletą na korytarzu. Pracują na zmiany. Żyją w wolnych związkach. Pojęcie ojczyzny w tradycyjnym znaczeniu staje się wielu rodakom obce. To jedna z przyczyn utraty poczucia sensu istnienia. Owszem, obecna fala zasiliła środowisko emigracyjne, ale wprowadziła nowe podziały na „my” i „wy”. Dostrzega się, że młodzi bywają bardziej nastawieni na konsumpcję. Pocieszające natomiast jest to, że coraz więcej rodzin przybywa z dziećmi, aby osiedlić się na stałe.</p>
<p>Mobilność współczesnych migrantów stanowi ważne wyzwanie dla Kościoła. Powinien on towarzyszyć w przygotowaniu do wyjazdu oraz w budzeniu gotowości do przyjęcia obcego. Jako wspólnota o uniwersalnym zasięgu Kościół jest z natury migracyjny. Cały czas powinien przypominać: jesteście w drodze, wy też możecie wyjechać, nie powinniście tworzyć narodowego getta i zamykać się na przybyszów. W Szwecji na przykład wśród żyjących tam 150 tysięcy katolików są przedstawiciele 80 różnych narodowości. Migracje to widzialny znak Kościoła Pięćdziesiątnicy. Przeżycie religijne to oczywiście nie tylko problem znajomości języka lokalnego, ale przede wszystkim kwestia języka serca. Obserwujemy postępujące wyczerpywanie się modelu duszpasterstwa emigracyjnego opartego na związku narodu z katolickością, ale z drugiej strony wiadomo, że religijność nie może być bezdomna. Z tego wynika naturalne pragnienie kontynuowania drogi duchowej w swojej kulturze i tradycji. W Wiedniu jest szesnaście Kościołów, w których w niedziele jest odprawiana Msza Święta po polsku. Jest na to konkretne zapotrzebowanie. Różnie bywa z uczestnictwem emigrantów w praktykach religijnych. Na Wyspach Brytyjskich w niedzielnej Mszy Świętej bierze udział regularnie od 7 do 10 procent Polaków. Parafia pełni funkcje nie tylko ściśle duszpasterskie. Zajmuje się pośrednictwem w załatwianiu wielu spraw, począwszy od zasiłku aż po wszelakie formy pomocy w zdobyciu mieszkania i pracy.</p>
<p>Człowiek chce mieć świadomość konkretnej przynależności, tym bardziej że globalna cywilizacja pozbawiona jest głębszego wymiaru duchowego. <em>Ethos </em>polskiego emigranta związany jest z dziedzictwem kulturowym, a ono opiera się na chrześcijaństwie. Warto także zauważyć, że miłość ojczyzny nigdy się nie zacieśnia, ale otwiera się na drugiego człowieka, również obcego i emigranta. Trzeba zatem łączyć otwartość na innych ze świadomością powołania do wygania i diaspory. Oto prawda ludzkiego losu.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Krzysztof Ołdakowski SJ</strong></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/12/02/emigranci-wedrowcy-szukajacy-domu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jezus z Twittera</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/jezus-z-twittera/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/jezus-z-twittera/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 04 Nov 2011 14:46:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Andrzej Draguła</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=1002</guid>
		<description><![CDATA[Teologia, która nie mówi o ludzkiej rzeczywistości, nie jest nikomu potrzebna – mówi ksiądz Andrzej Draguła.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Teologia, która nie mówi o ludzkiej rzeczywistości, nie jest nikomu potrzebna – mówi ksiądz Andrzej Draguła.</strong> <span id="more-1002"></span><strong><em> </em></strong></p>
<p><strong><em>- Na ile współczesny język teologiczny komunikatywnie opisuje niewidzialną rzeczywistość? </em></strong></p>
<p>- Problem zaczyna się już od samego pytania, bo w gruncie rzeczy należałoby zdefiniować, czym są język teologiczny, język teologii, język religijny i język religii. Moim zdaniem to nie jest to samo. Mam tutaj na myśli język relacji ksiądz-człowiek i Kościół-człowiek. Chyba najlepiej to nazwać pewną odmianą języka kościelnego, którego używa się w duszpasterstwie, czyli będzie to przepowiadanie w Kościele, przepowiadanie katechetyczne. Potem także działalność medialna, na przykład publicystyczna.</p>
<p>Profesor Dorota Zdunkiewicz-Jedynak zaproponowała bardzo ważne rozróżnienie: zrozumiałość to nie jest komunikatywność – komunikatywność to nie jest zrozumiałość. Istnieje tendencja, żeby sprowadzać komunikatywność języka do komponentu intelektualnego, do zrozumienia. Jeżeli jestem zrozumiały, to znaczy, że jestem komunikatywny. Ale język może być komunikatywny także poza sferą intelektualną. Zasadniczo komunikatywność języka nie zamyka się jedynie w jego zrozumiałości leksykalnej, ale zawiera się także w kontekście, w jakim się wypowiada. Chodzi na przykład o mowę ciała i kontekst liturgiczny. Jeśli chodzi o język liturgiczny, ludzie przychodzą do kościoła ze świadomością, że jest to język, który ma prawo, a nawet powinien zawierać jakiś komponent sakralności, tajemniczości, misteryjności. W dawnej Litanii do Serca Pana Jezusa było wezwanie: „Serce Jezusa, pożądanie wzgórz wiekuistych”. Konia z rzędem, kto mi wyjaśni, co to znaczy dokładnie: „wzgórza wiekuiste”.</p>
<p><strong><em>- To wyobrażenie radości nieba?</em></strong></p>
<p><em>-</em> We mnie to zostało jako piękna metafora. Samo słowo „pożądanie” wyrzuciliśmy z języka religijnego, bo nam się źle kojarzy, a tu właśnie chodzi o „pożądanie”, a nie tylko pragnienie. Język, który będzie operował metaforą, nie musi być zrozumiały w intelektualnym tego słowa znaczeniu. Inaczej będzie oczywiście, kiedy przejdziemy od języka liturgicznego do języka katechetycznego, czy do języka kaznodziejskiego. On musi tę komponentę zrozumiałości mieć silniejszą.</p>
<p><em><strong>- Musi sferę misteryjną odnosić bardziej do codzienności?</strong> </em></p>
<p>- Teologia, która nie mówi o ludzkiej rzeczywistości, nikomu nie jest potrzebna. Ona musi się posługiwać sferą wyobrażeniową, która jest dla ludzi bliska. To bardzo jasno widać, kiedy z  Biblii czerpiemy język kaznodziejski, a są tam słowa, które wyrosły w kulturze agrarnej. Ksiądz czyta Ewangelię o „oraczach i o wiejadle w ręku”. To rzeczywistość tak obca współczesnemu człowiekowi żyjącemu w Warszawie lub w Nowym Jorku, że trzeba dokonać tłumaczenia jeszcze nie na poziomie sensu teologicznego, ale leksykalnej. Inaczej człowiek nie rozumie fabuły.</p>
<p><strong><em>- Co trzeba zrobić?</em></strong></p>
<p>- Należy posługiwać się przykładami z życia. W sierpniu błogosławiłem związek małżeński. Wziąłem do rąk tekst Ewangelii niedzielnej. Były w nim słowa: „kto chce pójść za Mną”. Widziałem wcześniej film, przygotowany przez amerykańską agencję reklamową, który mówi o naśladowaniu Jezusa za pomocą Twittera, gdzie jest funkcja „follow me”. To film, który pokazuje historię Jezusa, od powołania uczniów do śmierci. Jest też licznik „followers”, czyli zwolenników. Widać, jak ich liczba wzrasta, gdy są cuda, rozmnożenia, wskrzeszenia, a kiedy już jest Ogrójec, sąd, śmierć, liczba naśladowców spada. To nic nowego, Ewangelie mówią o tym samym. Ale uczepiłem się tego „follow”, bo przecież w angielskim „follow me” oznacza „idź za Mną”. Ktoś inteligentnie sobie pomyślał: tu jest „follow” i na Twitterze też jest „follow” – pokojarzmy to.</p>
<p>Wielu ludziom, którzy byli w kościele i nie wiedzą, co to jest Twitter, powiedziałem, że to taka ulepszona wersja Naszej-klasy. Ale są tacy, którzy twittują albo siedzą regularnie na Facebooku i dla nich te konteksty są zrozumiałe. Przykład Twittera jest jednym ze sposobów na przetłumaczenie sfery scenograficzno-fabularnej Biblii, ale jeszcze nie płaszczyzny sensu. Jednak bez rozumienia tej płaszczyzny scenograficzno-fabularnej, nie można zrozumieć sensu Ewangelii. Naszym pierwszym zadaniem jest więc wprowadzenie przez język katechetyczny i język kaznodziejski na nowo w świat Biblii, także przez próbę jej parafrazowania w nowoczesnym sposobie mówienia. Co zyskujemy? Nie dość, że zahaczamy o świat językowy współczesnych ludzi, to jeszcze zaczepiamy się o ich codzienne doświadczenie. Bo ich codziennym doświadczeniem jest na przykład Twitter i oni wiedzą, co to znaczy „iść za kimś”. Więc mogą sobie potem to przekombinować, jak to jest, iść za Panem Jezusem. To jest absolutnie konieczne.</p>
<p><strong><em>- Tylko czy ta pogoń za formą nie spowoduje w pewnym momencie wypłukania sensu?</em></strong></p>
<p>- Moim zdaniem nie. Jestem przeciwny czysto formalnym poszukiwaniom. Ważna jest treść. Chodzi o to, by mówca, czyli kaznodzieja, był zanurzony w języku współczesnego człowieka. Niestety, w sposób naturalny, przez to że seminarium, plebania i wszystko inne separuje go od normalnej rzeczywistości, następuje rozdźwięk między jego światem językowym a światem językowym słuchacza.</p>
<p>W kazaniach moich studentów wykreślam zdania typu: „musimy dzisiaj zawierzyć się Maryi”. Bo uważam, że zwykły człowiek tego zdania nie rozumie. Do tego zdania trzeba dorosnąć. Inne przykłady: „Otwórzmy dzisiaj serca Jezusa na Jego łaskę, pochylmy się nad swoimi grzechami…”. Normalni ludzie tak nie mówią. A ksiądz musi rozmawiać z normalnymi ludźmi. Posługiwanie się bełkotem spirytualnym, zrodzi u słuchaczy przekonanie, że to nie dla nich, że nie są w stanie osiągnąć tego, o czym słuchają. Sam ksiądz to rozumie intuicyjnie, a zwykły człowiek? „Macie naśladować Jana Pawła II”. To jest kolejne zdanie, które zawsze wykreślam. Bo jeżeli się tego naśladowania Jana Pawła II nie zoperacjonalizuje, jak mówi socjologia, jeśli się go nie przełoży na jakieś konkrety, to ten prosty człowiek sobie myśli: „Boże, Jan Paweł II, święty człowiek, błogosławiony, papież, a ja, jak ja mam go naśladować? Cóż ten ksiądz od nas chce?”.</p>
<p><strong><em>- Co można powiedzieć o języku listów Konferencji Episkopatu Polski, które są często czytane zamiast kazań i homilii? Czasami słyszę, że jak ludzie słyszą zapowiedź listu, to automatycznie się wyłączają, czyli po prostu zamykają uszy. W nich właśnie mnoży się formuły, o których ksiądz mówi.</em></strong></p>
<p>- To, że listy czytane są zamiast homilii, jest oczywiście bezprawne. I homileci o tym nieustannie przypominają. Żadne przepisy na to nie pozwalają. Profesor Katarzyna Skowronek zrobiła studium językoznawcze listów pasterskich w latach 1945-2005: „Między sacrum a profanum”. Interesujące jest to, i taki jest jej wniosek, że listy pasterskie są straconą okazją na propedeutykę teologiczną. W dużym stopniu są elementem przedwyborczej debaty lub rocznicowej celebracji. List pasterski ma swoje określone zadanie. W gruncie rzeczy to jest taki „statement”, czyli opublikowanie stanowiska Kościoła w jakiejś sprawie. I być może taka treść domaga się określonych formuł, które pochodzą ze stylu oficjalnego czy też poetycko nacechowanego. Profesor Skowronek udowadnia rzecz przykrą: listy mówią mało o Panu Jezusie. Nie są forum przepowiadania Ewangelii, nie są forum katechizowania. Są miejscem publikacji oficjalnego stanowiska Kościoła w jakiejś kwestii, także oczywiście etycznej, co – nie ulega wątpliwości – jest ważne, ale w niewielki zakresie skłaniają do zastanowienia, jak żyć z Panem Jezusem w dzisiejszych czasach. Jak się usłyszy w pierwszym czy trzecim zdaniu o zwiększającym się konsumizmie, hedonizmie, relatywizmie, liberalizmie, permisywizmie i może jeszcze promiskuityzmie, to jest to bardzo zniechęcające.</p>
<p><em><strong>- Czy w listach biskupów często nie pobrzmiewa totalna krytyka współczesnej kultury?</strong> </em></p>
<p>- Trudno zgodzić się z taką jej totalną krytyką. We współczesnej kulturze są bardzo różne zjawiska, cudowne i takie z pazurem diabelskim, gdyby ktoś dobrze poszukał. Ale ta czarna wizja świata to jest co innego. Natomiast operowanie terminami, którymi normalny człowiek się nie posługuje, zwiększa dystans między nadawcą a odbiorcą. W językoznawstwie mówi się o funkcji fatycznej języka. Polega ona na nawiązaniu kontaktu. Jeżeli tekst rozpoczyna się od tego typu zdań, to na pewno nie spełnia funkcji fatycznej i do tego kontaktu nie zachęca. Ludzie się po prostu wyłączają. I ja ich rozumiem.</p>
<p><strong><em>- Na ile język język nauczania kościelnego, potrafi skutecznie zapalać dzisiaj ludzi, by chcieli podążać drogą ideałów ewangelicznych? Dlaczego na twarzach ludzi w kościele rysuje się smutek i przygnębienie?</em></strong></p>
<p>- Problem jest złożony. Moim zdaniem nie jest aż tak źle. Drugorzędne motywy przychodzenia do kościoła, typu presja społeczna, wychowanie, tradycja rodzinna, odgrywają coraz mniejszą rolę. Badania socjologiczne pokazują, że dokonuje się pewnego rodzaju – nie wiem, czy to jest dobre słowo – oczyszczenie. To znaczy, że ludzi bywa w kościele mniej, ale za to motywację mają silniejszą. Jestem przekonany, że ci ludzie jednak przychodzą do kościoła z takim pragnieniem: „niech nam ksiądz powie coś, co uczyni nasze życie sensowniejszym, co pozwoli nam to życie lepiej przeżyć, co da nam siłę na ten tydzień”.</p>
<p>W końcu po to jest religia. Ona mówi, owszem, o wiecznym zbawieniu, ale ono musi się w jakiś sposób objawiać dzisiaj, Królestwo Boże jest zaczątkowo obecne tu i teraz, objawia się w nas. Jestem przekonany, że ludzie przychodzą z takimi właśnie pytaniami: „Jak my z tym wszystkim mamy teraz żyć? Co nam o tym mówi Pan Bóg, co nam wskazuje Ewangelia? Co nam daje to, że Pan Jezus się urodził?”. Jaką mamy odpowiedź? Papież Benedykt XVI kładzie bardzo silny akcent na to, by mówić młodym ludziom, że Chrystus niczego nie zabiera, a dużo daje. Wiara nie ogranicza, ale wyzwala. Wierzyć jest oznaką siły, a nie słabości. Tego przesłania nam brakuje.</p>
<p><em><strong>- Może za rzadko mówimy, co Bóg czyni dla nas, a za często, co my powinniśmy zrobić dla Niego?</strong> </em></p>
<p>- Zapewne tak. Może moje myślenie jest zbyt radykalne, ale argumentacja w naszym przepowiadaniu oparta jest przede wszystkim na poczuciu winy, na żalu, na przeproszeniu i na dobrych uczynkach. Bardzo mało mamy katechezy – w szkole i w Kościele – o Bogu wyzwalającym, zbawiającym, darmo dającym łaskę, o tym, że już jesteśmy zbawieni, a nie, że dopiero musimy to zbawienie wypracować, wycierpieć, zarobić na nie. Widziałem taką reklamę jednego z Kościołów: „Nasza strategia rekrutacji nie opiera się na poczuciu winy”. Coś w tym jest. W protestantyzmie więcej mówi się o tym, że już jesteśmy zbawieni, pozostaje nam tylko się tym cieszyć i tym zbawieniem z wdzięcznością żyć. Tego nam bardzo brakuje. Ludzie nie mają tej przemieniającej świadomości, że są zbawieni. Czasami katechetka, katecheta czy ksiądz powie dziecku, że jak nie będzie robiło dobrych uczynków albo jeśli się nie poprawi w Adwencie, to Pan Jezus nie przyjdzie. To bzdura i wielka herezja. Pan Jezus przyjdzie bez względu na wszystko. Święty Augustyn mówił: że wzywany czy niewzywany, Bóg przyjdzie. Pytanie, czy ja Go przyjmę?</p>
<p><em><strong>- Ale ta perspektywa, nawet jak najpiękniej przekazana, na niewiele się zda, jeśli nie przejdzie przez osobiste doświadczenie, jeśli pozostanie na poziomie głowy.</strong> </em></p>
<p>- Musimy wskazać, jak to się w życiu człowieka dokonuje, gdzie już to wyzwolenie widać. Jest koncepcja, która mówi, że homilia polega na interpretacji ludzkiego doświadczenia. Słowo Boże to jest dialog słowa w Biblii ze słowem, które Bóg mówi poprzez życie człowieka, i dopiero z tego dialogu wyrasta rzeczywiste Słowo Boże. To jest najtrudniejsza rzecz w kaznodziejstwie, bo to jest funkcja prorocka, czyli zdolność do interpretowania rzeczywistości. Trzeba interpretować tę rzeczywistość przede wszystkim jako zbawioną. Mamy z tym trudność.</p>
<p>Owszem, jest to rzeczywistość, w której dokonuje się zmaganie dobra ze złem, ale musimy pamiętać, że to zmaganie już w pewnym sensie się skończyło. Owszem, ono się ostatecznie wypełni w eschatonie, ale w historii zbawienia nic ważniejszego po Zmartwychwstaniu już się stać nie może. Paruzja tylko to uzupełni. Zdarza mi się to czasami mówić w kazaniach, zwłaszcza w Wielkim Poście, że trochę jesteśmy jak na wojnie z Krzyżakami po Grunwaldzie – jeszcze walka trwa i ona będzie trwała do końca życia, bo przecież znamy tę apokaliptyczną wizję o „wężu starodawnym” i „niewieście”. Ale ja się upieram, naprawdę się upieram, jak tylko mogę i gdzie tylko mogę, żeby ludzie w okresie paschalnym śpiewali pieśni paschalne, żeby to orało ich świadomość, że żyjemy w okresie, kiedy jest „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana”. Niestety, bardzo szybko Jezus, który zwyciężył śmierć, piekło i szatana, ustępuje miejsca Bernardce dzieweczce, która szła po drzewo w las. Bo przychodzi maj…</p>
<p><strong><em>- W trakcie Wielkiego Postu  mamy różne nabożeństwa: Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale. Pod tym względem okres wielkanocny jest trochę pusty, kiedyś było coś takiego jak „risus paschalis”, trzeba było rozśmieszać wiernych w okresie wielkanocnym, by na ich twarzach pojawiał się uśmiech i żeby zapraszać ich do tego chrześcijaństwa paschalnego. Dzisiaj z tym jest gorzej?</em></strong></p>
<p>- Zamiast „risus paschalis” mamy na twarzach taki trochę „rigor mortis”&#8230; Może trzeba by nawet pieśni paschalne śpiewać co niedzielę, żeby sobie uświadamiać, że my tu świętujemy mękę, śmierć i zmartwychwstanie Pańskie? Moim zdaniem tego rysu paschalnego w naszej mentalności katolickiej jest za mało. Także w świadomości teologicznej księży jest go za mało. Nad tym trzeba pracować.</p>
<p><strong><em>- A na ile propozycje Kościoła w dziedzinie moralności jest dla współczesnych zrozumiałe i koresponduje z ich doświadczeniem? </em></strong></p>
<p>- Jest to oczywiście znowu kwestia języka, ale jest to także problem wzajemnego niezrozumienia motywacji, którymi ludzie się kierują. Jeśli chodzi o kwestie moralne, to najtrudniejszy jest dzisiaj problem (współ)życia przedmałżeńskiego. Księża opowiadają o tym, że chodzą po kolędzie do ludzi związanych nawet z duszpasterstwem akademickim i okazuje się, że oni mieszkają ze sobą, jak to się kiedyś mówiło, „na waleta”. I nie widzą w tym problemu. Albo widzą w tym problem, ale nie potrafią się oprzeć pewnej tendencji. Bo jest taka moda, żeby razem mieszkać. Taki jest prąd kulturowy i oni po prostu wchodzą w to. Nie chcą być wyśmiani.</p>
<p><strong><em>- Jest na to przyzwolenie usankcjonowane powszechnym obyczajem społecznym?</em></strong></p>
<p>- Często w ich domu nikt już o tym nie wspomina, rodzice to już zaakceptowali, społeczność dookoła też to zaakceptowała i właściwie zostają z tym problemem sami. Mam wrażenie, że ci młodzi ludzie nie rozumieją go do końca, także trochę z naszego powodu, ponieważ problem zamieszkania przed ślubem sprowadziliśmy do kwestii współżycia, a moim zdaniem to nie jest to samo. Zamieszkanie ze sobą przed ślubem to nie jest tylko sprawa seksu, to jest przede wszystkim kwestia budowania relacji, to jest problem istotnego znaczenia przysięgi małżeńskiej, płaszczyzna psychologiczna i tak dalej. Obserwuję pary, które mieszkają ze sobą i wcale nie jestem przekonany, że to im dobrze służy, choć oni są pewni, że tak jest dobrze, bo oni się „próbują”. Ludzie kiedyś się nie „próbowali” i byli ze sobą dziesiątki lat, dlatego że ważniejsze dla nich były fundamentalne aspekty życia małżeńskiego typu zobowiązanie i wierność niż jakieś tam, nazwijmy to, mniej lub bardziej niedopasowanie codzienne, seksualne, jakiekolwiek inne. Ostatnio zapytałem pewnego młodego człowieka, czy w tym okresie mieszkania razem dowiedzieli się czegoś nowego o sobie. Przyznał, że nie.</p>
<p><strong><em>- Co można powiedzieć o stosunku ludzi do nauczania Kościoła w sprawie „in vitro”?</em></strong></p>
<p>- Mamy poważne trudności z mówieniem o poczęciu i o śmierci. Kiedyś, gdy ktoś umierał, człowiek mówił prosto, że to „Bóg go zabrał”. I koniec. A w liturgii mówimy, że „powołałeś go do siebie, zabrałeś go do siebie”. A co się dzieje z dzieckiem, które przychodzi na świat? Jeżeli to jest dziecko poczęte w sposób absolutnie naturalny, to rodzice powiedzą, że „Bóg dał nam dziecko”. Co mają powiedzieć ludzie, którzy mają dziecko z „in vitro”? Czy można użyć takiej formuły, że „Bóg dał nam dziecko”? To jest bardzo ważne pytanie natury teologicznej.</p>
<p>Czy przy tym poczęciu nie ma Boga? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie jest jedna: jest, bo albo Bóg jest, albo Go nie ma. Nie ma tutaj czegoś pomiędzy. Słyszałem teologa, który mówił: „tak, ale tutaj przymuszamy Bożą wolę”. Czy można przymusić Bożą wolę? Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że mamy trudności w nazywaniu rzeczywistości początków życia. My zaraz mówimy, że to jest właśnie „dziecko załatwione” albo „dziecko sztuczne”, albo – co gorsza – „produkt”, który nie ma duszy nieśmiertelnej czy ma jakąś gorszą duszę nieśmiertelną.</p>
<p>Chcę być dobrze zrozumiany, ja tutaj nie bronię „in vitro”. Próbuję pokazać trudność w mówieniu na ten temat. My zaraz włączamy jakieś negatywne rejestry, które moim zdaniem są z teologicznego punktu widzenia nieuprawnione. Nie należy mylić oceny moralnej czynu rodziców z ontologią dziecka. Nie możemy powiedzieć o tym dziecku, że ono jest gorsze, że ono jest niepełnym człowiekiem. I w znaczeniu biologicznym, i w znaczeniu psychicznym, i w znaczeniu teologicznym jest takim samym dzieckiem Bożym jak każde inne. Ma tak samo duszę nieśmiertelną i ma ten sam grzech pierworodny jak każdy inny, nie jest bardziej czy mniej teologicznie obciążone. Ono może być obciążone w sensie psychologicznym, jak będzie wiedziało, w jaki sposób zostało poczęte. Pewnie sobie nie uświadamiamy, ilu ludzi spośród naszych słuchaczy w Kościele to są osoby poczęte „in vitro”. Musimy mieć świadomość, że w Kościele są też prawdopodobnie i tacy ludzie. W przypadku „in vitro” mamy konflikt norm moralnych i ludzkich pragnień. Wiadomo, że te ludzkie pragnienia nie unieważniają norm moralnych, ale to nie znaczy, że my nie musimy się z tymi ludzkimi pragnieniami liczyć. Musimy próbować je rozumieć.</p>
<p>Nie jestem przekonany, że to jest zawsze tak, że ludzie myślą egoistycznie: „nam się należy dziecko”. Znam wiele małżeństw, które czują się niepełne przez to, że nie mogą mieć dziecka. Po prostu czują się niezrealizowane, gorsze. I może też nie mamy pomysłu na to, żeby jakoś  „waloryzować” te małżeństwa. Księżom, którzy się świadomie wyrzekają ojcostwa, trudno jest zrozumieć, że ktoś może się nie czuć bez niego w pełni wartościowy. Jesteśmy także teologicznie obciążeni, bo sama tradycja biblijna mówi, że bezpłodność jest karą Bożą. Jeżeli tak, to mamy już kolejną grupę ludzi, która nam mówi: „adieu”. Znajdą sobie Kościół bardziej inkluzywny, w którym zostaną przyjęci bez żadnych wstępnych warunków.</p>
<p>Nie chodzi o to, że my mamy zrezygnować z norm, tylko nie możemy tymi normami zabijać ludzi. Trzeba się liczyć z ludzkimi uczuciami i trzeba o nich z tymi ludźmi rozmawiać. Być może będzie to długa rozmowa, zanim uwrażliwimy ich na to, że są jakieś inne sposoby wyjścia z sytuacji, na przykład adopcja. Ktoś mi ostatnio powiedział: „a jak to było z Abrahamem, Sarą i Hagar?”. Myślę sobie, rzeczywiście, to jakby matka zastępcza. Jak to teraz teologicznie potraktować? Oczywiście, interpretując tamtą historię biblijną, że trzeba patrzeć w innych kategoriach, ale ludzie mówią, że to nie jest tak, że to się nigdy w tradycji judeochrześcijańskiej nie wydarzało. Dzisiaj mamy inną świadomość podmiotowości człowieka, jego relacji oraz płciowości. Ale chodzi o to, żebyśmy mieli większą wrażliwość w mówieniu o tych sprawach z ludźmi, że to nie może być po prostu mówienie zamykające wszelką dyskusję. Nie można rzucać gotowymi formułami, które zabijają. Być może czeka nas długa rozmowa, być może ci ludzie odejdą nieprzekonani i powiedzą: trudna jest ta mowa, nie da się jej słuchać. Być może tak będzie.</p>
<p><strong><em>- Ale może warto pójść z nimi dokąd się da? </em></strong></p>
<p>- Być może takie pytanie kiedyś usłyszymy: „jak daleko z nimi poszedłeś w tej rozmowie?”. Mój świętej pamięci proboszcz mawiał: „najpierw się nawróć, a potem pogadamy”. Tak się już nie da. Z ludźmi trzeba rozmawiać. Jest takie zdanie, które mi się podoba. Timothy Radcliffe, dawny przełożony generalny dominikanów, mówił, że Kościół ma kłopot z kreowaniem własnego wizerunku. To nie znaczy, żeby kreować go w sposób sztuczny, ale żeby dbać o ten wizerunek. Przydałoby się takie PR-owskie działanie, polegające na uświadamianiu, że Kościół ma dla ludzi Słowo. Bóg też ma dla nich Słowo, Słowo wybawiające i Słowo zbawiające. Wiem, że ono jest bardzo trudne, ale jest.</p>
<p><strong><em>- Co zrobić w sytuacji, gdy nasze słowa są dla wiernych niezrozumiałe w kontekście ich doświadczenia albo wręcz naszych słów nie akceptują?</em></strong></p>
<p>- Ludzie mają naturę, powiedzmy, ekonomiczną, robią to, co im się jakoś opłaca, niekoniecznie w rozumieniu merkantylnym. Robią to, co daje im zaspokojenie, sens, krótko mówiąc – nie działają bezmyślnie. Wiele problemów natury etycznej wynika z tego, że ludziom potrafimy powiedzieć to, czego im nie wolno, a mamy trudności z powiedzeniem, dlaczego im nie wolno. Oni pytają, dlaczego coś jest złe. Nie da się w konfesjonale czy z ambony mówić językiem filozofii o tym, że człowiek samoudziela się drugiemu człowiekowi w pełnym akcie małżeńskim. My to wiemy, my to możemy pisać w pracach doktorskich, habilitacyjnych i to jest właściwe formułowanie tych problemów, ale z płaszczyzny języka akademickiego trzeba przejść na płaszczyznę języka bardzo ludzkiego.</p>
<p>Przecież – jak mówił błogosławiony Jan Paweł II – „człowiek jest drogą Kościoła”. Chodzi o jego dobro. Ludzie bardzo często oskarżają nas, Kościół, że przedkładamy idee nad człowieka, a to jest wówczas ideologia. Często jesteśmy o to oskarżani, dlatego właśnie, że ludzie nie rozumieją, jakie dobro stoi za danym zakazem.</p>
<p>Wróćmy do kwestii wspólnego mieszkania przed ślubem. Być może ludzie nie pytają tylko o zło, ale i o dobro: „Niech nam ksiądz powie, jakie będzie dobro w tym, że my ze sobą nie zamieszkamy?”. Bo jak zapytają o to, jakie to będzie zło, to mamy gotową odpowiedź: „bo współżyć ze sobą jest wykroczeniem przeciwko VI przykazaniu, będziecie popełniali grzech ciężki”. Tylko że oni to wiedzą, a mimo to podejmują taką decyzję. „Niech nam teraz ksiądz powie, jakie dobro wyniknie z tego, że my razem ze sobą nie będziemy? – mówią. – Jakie dobro wyniknie z tego, że my nie zdecydujemy się na zapłodnienie in vitro? Proszę nam to przedstawić jako alternatywę. I to taką alternatywę, która wygra z naszymi pomysłami. Niech ksiądz nam powie, dlaczego my mamy tego nie robić? Co my będziemy z tego mieć? Życie wieczne. No dobrze, ale my chcemy tutaj na ziemi choć trochę być szczęśliwi”.</p>
<p><strong><em>- Szczęście nie oznacza drogi łatwej i przyjemnej, ale może po prostu szczęście to jest życie godne i uczciwe?</em></strong></p>
<p>- Powiedziałbym: przyzwoite. Tak, ale otwiera się kolejny problem językowy. O przywrócenie człowiekowi wierzącemu i przywrócenie kaznodziejstwu słowa „szczęście”. Jakbyśmy nie mieli prawa do szczęścia. Trochę nas w to wciągnęła pobożność ludowa przez te wszystkie „łez padoły”  i „łez doliny”. Ostatnio pytałem na kazaniu: „Rzeczywiście chcecie uciekać z  tego łez padołu? Wcale nie chcecie, fajnie nam tu. Boli, owszem, ale fajnie nam tu. Jakoś nikt nie zwiewa”.</p>
<p>Szczęście, niestety, kojarzy nam się bardzo przyjemnościowo, a przyjemność wcale nie jest jakimś najważniejszym komponentem szczęścia. Ludzie potrafią być szczęśliwi nie mając w tym przyjemności, co wymaga wysokiego stopnia autorefleksji. Ale na pewno trzeba przywrócić kaznodziejstwu i katolicyzmowi prawo do bycia szczęśliwym tu na ziemi. Oczywiście, to szczęście będzie inne niż tamto, i może dlatego tak trudno jest nam mówić o niebie, w którym będzie szczęście ekstremalne. Ale jak myśleć o szczęściu ekstremalnym, kiedy nie bardzo wiemy, jak to szczęście ma wyglądać tu? To też jest ciekawy rozdział w mówieniu teologicznym i w mówieniu kaznodziejskim. Bo przecież niebo to w gruncie rzeczy nie jest ziemska przyjemność podniesiona do ekstremum. Nie da się jeść tortu całą wieczność, bo się człowiek zamuli. Wiemy, że przyjemności mnożone przestają być przyjemnościami. Mamy trudności w mówieniu o rzeczach ostatecznych. Może dlatego współcześnie tak mało mówimy o niebie i o piekle.</p>
<p>Nie mamy języka, by to opisać. Język, który się wykształcił w średniowieczu czy baroku, dzisiaj nie funkcjonuje. Jest obecny w popkulturze, ale nie w kaznodziejstwie. Nie wyobrażam sobie, żeby dzisiaj straszyć płomieniami i robakami, które wyżerają oczodoły, bo to będzie farsa, a nie kazanie. Więc jak tu powiedzieć człowiekowi, że piekło będzie takim stanem samopozbawienia się Boga? To brzmi zbyt teoretycznie. Trzeba się uciec do języka poetyckiego. Pewnie, że w traktatach teologicznych trzeba używać słów trudnych, pochodzących z greki czy z łaciny, bo to musi być precyzyjne, ale Ewangelia nie jest pisana jak traktat teologiczny i posługuje się językiem poetyckim. I może tak właśnie trzeba mówić?</p>
<p>Dam na koniec przykład dotyczący możliwości języka poetyckiego. Ktoś mi podesłał link do takiego oto filmu reklamowego: na ulicy siedzi niewidomy człowiek, zbiera pieniądze. Na kartonie ma napisane „Jestem niewidomy. Wspomóż mnie”. Ktoś przechodzi, coś rzuci. Ale przechodzi koło niego kobieta, zauważa kartonik, bierze go, na drugiej stronie pisze coś innego i stawia przed niewidomym. Ludzie idą i rzucają. I kiedy ona wraca, on ją rozpoznaje po krokach i pyta: „Co pani tam napisała?”. Ona mówi: „Dzisiaj jest piękny dzień, a ja nie mogę go zobaczyć”. Zmieniając słowo, zmieniamy świat. Myślę, że potrzeba nam trochę takiego kreatywnego myślenia w języku, które wcale nie jest obce Kościołowi, wcale nie jest obce językowi teologicznemu i wcale nie jest obce Biblii. Bo tę samą prawdę typu „jestem niewidomy”, powiedzianą abstrakcyjnie, można przekazać w sposób bardziej życiowy i bliższy doświadczeniu.</p>
<p>Ktoś powie, że to jest manipulacja. Moim zdaniem nie. Tak może powiedzieć tylko ktoś, kto jest właśnie wychowany w świecie abstrakcyjnych konstatacji, które są zimne, bo nie wywołują emocji. Może piekło to taka niemożliwość oglądania piękna Boga na zawsze? Chociaż „na zawsze” już jest niedobre, zbyt abstrakcyjne. Mamy trudności z mówieniem obrazowym, metaforycznym, biblijnym, ale trzeba szukać takich możliwości. Kiedy Jezus uzdrawia niewidomego i pyta się go, czy widzi, ten niewidomy nie mówi, że już widzi trochę albo że już widzi trochę lepiej, albo że jest na wpół niewidomy. Mówi „widzę ludzi jak drzewa”. Żebrak w pustynnej Palestynie był poetą, ponieważ poezja jest czymś bardzo pierwotnym w człowieku. Teoretyczna, abstrakcyjna i zimna konstatacja jest wtórna. Trzeba szukać takiego języka, który będzie wynikał z naszego życiowego doświadczenia. Myślę, że jeżeli będziemy tak do ludzi mówić, będą mieli wrażenie, że słowa nie wyrastają z jakiejś teorii, z książki, abstrakcyjnej konstatacji, ale z doświadczeniu wiary, o którym można powiedzieć w żywy sposób.</p>
<p><strong>Ks. Andrzej Draguła, </strong>ur. 1966. Dr hab. teologii, publicysta. Kierownik Katedry Teologii Pastoralnej, Liturgiki i Homiletyki na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego. Wicedyrektor Instytutu Filozoficzno-Teologicznego im. Edyty Stein w Zielonej Górze. Autor książek „Eucharystia zmediatyzowana. Teologiczno-pastoralna interpretacja transmisji Mszy Świętej w radiu i telewizji” (2009) i „Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji” (2010). Ksiądz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.</p>
<p><strong>Krzysztof Ołdakowski SJ, </strong>redaktor naczelny „Przeglądu Powszechnego”.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/jezus-z-twittera/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/jezus-z-twittera/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/jezus-z-twittera/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/jezus-z-twittera/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przekaz wiary wobec nowych wyzwań</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/przekaz-wiary-wobec-nowych-wyzwan/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/przekaz-wiary-wobec-nowych-wyzwan/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 04 Nov 2011 14:34:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=999</guid>
		<description><![CDATA[Żyjemy w czasie przyspieszenia kulturowego, które związane jest z postępem naukowym, rozwojem cywilizacyjnym oraz rewolucją technologiczną. Stawia to przed Kościołem zadanie zrozumienia złożoności przemian oraz dostarczenia inspiracji dla ich przeżywania, aby dobrze służyły człowiekowi. Z drugiej strony rodzi się potrzeba nowego języka w przekazie orędzia, który byłby zrozumiały dla współczesnych ludzi. ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Żyjemy w czasie przyspieszenia kulturowego, które związane jest z postępem naukowym, rozwojem cywilizacyjnym oraz rewolucją technologiczną. Stawia to przed Kościołem zadanie zrozumienia złożoności przemian oraz dostarczenia inspiracji dla ich przeżywania, aby dobrze służyły człowiekowi. Z drugiej strony rodzi się potrzeba nowego języka w przekazie orędzia, który byłby zrozumiały dla współczesnych ludzi.</p>
<p>Naukowy i techniczny „czas cudów” staje się „wielkim skokiem”. Wiedza świata podwaja się co trzy lata i staje się coraz bardziej wyspecjalizowana. Przyśpieszenie nie może jednak trwać bez końca. Pojawia się pytanie: czy nauka może się skończyć? Czy wszystkie tajemnice zostaną wyjaśnione i wyprowadzone z jakiegoś najogólniejszego „wzoru na Wszechświat”, z najbardziej podstawowego prawa natury? Zanim uzyskamy odpowiedź na to pytanie warto zatrzymać się przy zeszłorocznych osiągnięciach geniuszu ludzkiego. Należą do nich między innymi komputer „Watson”, testy genetyczne stwierdzające skłonności do różnych chorób, odkrycie wyższych uczuć u zwierząt oraz języka porozumiewania się roślin, pojawienie się widma superbakterii, kwitnienie roślin wywoływane „na zamówienie”, możliwość sklonowania ssaka z odległych czasów. Równoległy świat rządzony mechaniką kwantów, hipoteza planety Nemezis oraz mięso z owadów dopełniają obrazu „wielkiego skoku”. To tylko niektóre odkrycia ubiegłego roku. Dokąd zaprowadzą nasz świat, czas pokaże.</p>
<p>Ludzie fascynują się dzisiaj zarówno skalą osiągnięć naukowych, jak i sposobem ich eksponowania. Instytucje takie jak Centrum Nauki Kopernik pozwalają zwiedzającym na samodzielne odkrywanie tajemnic nauki, eksperymentowanie i prowadzenie doświadczeń. To droga edukacji nieformalnej, w której liczy się przede wszystkim pasja poznawania.</p>
<p>Trzeba przyznać, że często mamy problem z jednoznacznym odczytaniem wartości moralnej postępu naukowego i przemian technologicznych. Nie wszystkie zastosowania zdobytej wiedzy muszą dobrze służyć człowiekowi. Odczuwamy naglącą potrzebę spójnej wizji, która połączyłaby rezultaty osiągnięć naukowych z respektowaniem podstawowych zasad etycznych.<strong> </strong>Uznaje się dość powszechnie, że nie ma konfliktu między nauką a religią, wiarą a rozumem. Są to dwa różne sposoby opisywania świata. Dynamiczny rozwój nauki pozostaje wielkim wyzwaniem dla wiary. Nasz świat mądrzeje, coraz więcej wie. Pogłębiać powinniśmy także wiarę. Inaczej stanie się ona archaiczna, nieżyciowa, a nawet śmieszna. Wzmacniając ją trzeba sięgnąć do tematów zapomnianych i częściowo niemodnych. Wiele z nich zostało wypchniętych ze świadomości wierzących. Przede wszystkim dlatego, że zwracają uwagę na kruchość i przemijalność obecnego porządku, a także dlatego że przypominają o przekraczającej ramy doczesności odpowiedzialności za własne postępowanie.</p>
<p>Ludzie na ogół niechętnie słuchają wskazań i napomnień, które wyrywają ich z dobrego samopoczucia. Chodzi tutaj również o wydobycie ukrytych treści, które zawierają się w prawdach wiary dobrze znanych, ale jakby zawieszonych ponad głowami. Co mówi nam zdanie: „Bóg jest Ojcem”? Oprócz uznania, że jest trwającą nieprzerwanie troskliwą obecnością niesie przecież w sobie wiele istotnych wezwań. Po pierwsze, do tworzenia braterskiej wspólnoty ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, następnie do ochrony i promocji życia, którego Bóg jest pierwszym dawcą, do szacunku dla środowiska naturalnego, a także do troski o ubogich i wykluczonych, którym mamy jakby Jego zastąpić.</p>
<p>O ile z przyjęciem różnych prawd natury teologicznej nie ma większych problemów, o tyle w akceptacji podstawowych zasad moralnych daje się zauważyć spore zróżnicowanie. W ogólności istnieje zgoda co do potrzeby przestrzegania zasad dekalogu. Problem zaczyna się wtedy, gdy odnosimy je do konkretnych sytuacji. Czasami stwierdzamy, że głoszona prawda nie jest przyjmowana, ponieważ ludzie nie rozumieją, o co chodzi, albo jest to dla nich wygodne. Zamiast nerwowego reagowania trzeba spróbować zrozumieć sposób rozumowania drugiego człowieka, spytać o jego opinie, o to, co sprawia mu trudność, i szukać punktów wspólnych. Warto pójść najdalej, jak się da, i podsuwać do sytuacji rozwiązania &#8211; możliwe w konkretnym momencie życia słuchającego &#8211; bez oskarżania i potępiania, bez rozmywania wartości, ale i bez  zabijania prawdą. Zawsze można znaleźć dobre słowo.</p>
<p>Trudniejszy problem powstaje, gdy my mówimy rzeczy, których sami nie akceptujemy, i w które nie wierzymy, dlatego że nie uczyniliśmy ich treścią życia. Posługujemy się wtedy gotowymi formułkami wziętymi z katechizmu lub z innych podręczników. Niekoniecznie wierzymy jednak naprawdę w to, że te wskazania mogą sprawdzić się w życiu. Warto pogłębić rozumienie nauki Kościoła. Powinniśmy ją przyswajać w osobistym doświadczeniu, inaczej pozostanie czymś zewnętrznym i obcym.</p>
<p>Jeszcze kilka słów o samym sposobie docierania do współczesnych ludzi z orędziem nadziei. Posługiwanie się nowymi mediami w dziele ewangelizacji jest warunkiem dotarcia do jak największej liczby odbiorców, ale również samej wiarygodności przesłania. Starożytnym zwyczajem było podejmowanie dialogu z wychodzącymi i wchodzącymi przez główną bramę miasta. Dzisiejsze blogi funkcjonują w na podobnej zasadzie. Komentarze do Ewangelii umieszczane na popularnych portalach pozwalają dotrzeć do odbiorców, których nie dało by się spotkać w inny sposób. Franciszkanie prowadzący wideoblog „Bez sloganu” każdego tygodnia nagrywają siedmio-dziesięciominutowe katechezy, które następnie umieszczają w sieci. Wykorzystując aparat fotograficzny z możliwością nagrywania filmów przedstawiają naukę Kościoła katolickiego oraz odpowiadają na zadawane im za pomocą poczty elektronicznej pytania. Jak dotąd zamieścili prawie sto czterdzieści krótkich katechez. Tą drogą docierają do konkretnych ludzi, którzy czasami proszą o spowiedź lub spotkanie. Ewangelizacja na Facebooku zakłada z kolei umiejętność ciekawej samoprezentacji. Trzeba pisać o sobie, o swoich przekonaniach i działalności, nie bojąc się popaść w jakiś „minicelebrytyzm”, ufając że poprzez osobiste świadectwo słowo zachęty przeniknie do serca.</p>
<p>Nowe media wymagają dostosowania się do ich specyficznego języka. Twitter otwiera przestrzeń mikroblogowania, czyli publikowania i rozpowszechniania w sieci w dowolnym momencie krótkich, jedno- lub dwuwierszowych informacji. O możliwości owocnego użycia tego narzędzia mówi ksiądz Andrzej Draguła. W Ewangelii Jezus zwraca się do swoich uczniów z zaproszeniem: <em>kto chce pójść za Mną…</em> Jedna z amerykańskich agencji reklamowych przygotowała film, który mówi o naśladowaniu Jezusa za pomocą Twittera, w którym jest funkcja <em>follow me</em> (idź za mną). Ktoś inteligentnie sobie pomyślał: tu jest <em>follow</em> i na Twitterze też jest <em>follow</em> &#8211; pokojarzmy to. Dla ludzi, których codziennym doświadczeniem jest używanie Twittera, stosunkowo łatwo jest zrozumieć<em>, </em>co to znaczy <em>iść za kimś</em>. Więc mogą sobie potem to przełożyć na język codzienności, jak to jest i co to znaczy iść za Jezusem.</p>
<p>Nowe media to areopag, platforma, poprzez którą można wpuścić światło do realnego świata. Trzeba z tego korzystać.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/przekaz-wiary-wobec-nowych-wyzwan/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/przekaz-wiary-wobec-nowych-wyzwan/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/przekaz-wiary-wobec-nowych-wyzwan/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/11/04/przekaz-wiary-wobec-nowych-wyzwan/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Polska bieda, polscy biedni</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 10 Oct 2011 14:30:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Elżbieta Tarkowska</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=990</guid>
		<description><![CDATA[Bieda nie jest problemem wyłącznie ludzi biednych ani też badaczy ubóstwa, lecz całego społeczeństwa. Także tego, które od biedy się odwraca. ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Bieda nie jest problemem wyłącznie ludzi biednych ani też badaczy ubóstwa, lecz całego społeczeństwa. Także tego, które od biedy się odwraca.</strong><span id="more-990"></span></p>
<p>Opublikowane przez Główny Urząd Statystyczny w lipcu wyniki najnowszych badań budżetów gospodarstw domowych, odnoszące się do roku 2010, potwierdzają stabilny od kilku lat zasięg ubóstwa w Polsce. Ubóstwo, jak każde zjawisko społeczne, zmienia się w czasie, zmienia się jego zasięg, czyli tak zwana stopa ubóstwa. Prowadzone od połowy lat dziewięćdziesiątych przez GUS badania budżetów gospodarstw domowych dobrze pokazują tę dynamikę.</p>
<p>W pierwszym okresie transformacji, w początkach lat dziewięćdziesiątych nagły wzrost ubóstwa wynikał z procesów restrukturyzacji gospodarki i związany był z masowym bezrobociem. W połowie lat dziewięćdziesiątych, w latach 1995-1996 zasięg ubóstwa się zmniejszył, a począwszy od 1997 roku znów zaobserwowano tendencję rosnącą. Najwyższe wskaźniki ubóstwa odnotowano w latach 2004-2005, gdy ponad 20 procent społeczeństwa żyło w skrajnej biedzie (czyli poniżej tak zwanego minimum egzystencji), a ponad 20 procent w biedzie umiarkowanej (na poziomie 50 procent średnich miesięcznych wydatków gospodarstw domowych w Polsce).</p>
<p>Począwszy od 2006 roku zasięg ubóstwa wyznaczany różnymi miarami stabilizuje się i zaczyna wykazywać tendencję malejącą, by w 2010 roku (podobnie jak w latach poprzednich) osiągnąć poziom 5,7 procent ludności żyjącej w skrajnej biedzie, a 17,1 procent w biedzie umiarkowanej. To znaczy, że w ciągu ostatnich pięciu lat odsetek ludzi żyjących w skrajnej biedzie zmniejszył się aż o połowę. Pojawiające się często opinie o nienadążaniu badań za rzeczywistością i o rozszerzającej się w Polsce sferze ubóstwa nie znajdują podstaw w badaniach i we wskaźnikach pokazujących stan ogólny, mogą natomiast sprawdzać się w odniesieniu do niektórych kategorii społecznych czy zjawisk lokalnych.</p>
<p>Na przykład, niezależnie od stabilności wskaźników ogólnych w okresie 2009-2010 nastąpił pewien wzrost ubóstwa skrajnego w gospodarstwach domowych utrzymujących się z tak zwanych niezarobkowych źródeł, innych niż emerytury i renty, czyli z wszelkiego rodzaju zasiłków i zapomóg (z 19,0 do 22,4 procent), zwiększył się także zasięg biedy wśród samotnych rodziców wychowujących dzieci (z 6,4 do 7,8 procent) oraz wśród rodzin wielodzietnych (z 21,3 do 24,0 procent). Jednocześnie natomiast zmniejszył się lekko zasięg skrajnej biedy wśród rodzin rolników (z 9,3 do 8,9 procent) oraz rencistów (z 11,2 do 9,6 procent). Mimo tych zmian generalnie można mówić o pewnej stabilizacji ubóstwa w Polsce. Nie znaczy to wcale, że bieda przestała być ważnym problemem społecznym, skoro dwa miliony ludzi żyje w warunkach pozwalających na zaspokojenie zaledwie najbardziej podstawowych potrzeb, a ponad pięć milionów zmaga się z trudnymi warunkami życiowymi. By przybliżyć sytuację materialną tych ludzi, trzeba dodać, że skrajne ubóstwo w roku 2010 występowało wtedy, gdy rodzina złożona z rodziców i dwojga dzieci dysponowała miesięcznie kwotą 1 257 złotych lub mniej, a jednosoobowe gospodarstwo domowe miało do dyspozycji nie więcej niż 466 zł. Natomiast ubóstwo umiarkowane było wyznaczone kwotą 1 795 zł dla cztereoosobowej rodziny i 665 zł dla osoby samotnej.</p>
<p>Dane o zasięgu ubóstwa i jego dynamice to zaledwie bardzo wstępna charakterystyka problemu. Szukając odpowiedzi na pytania, jakimi cechami charakteryzuje się polska bieda i kim są polscy biedni, trzeba podkreślić, że mimo znacznej dynamiki zasięgu ubóstwa w Polsce w okresie transformacji społeczna charakterystyka ludzi ubogich nie uległa w ciągu tych lat większym zmianom, nie zmieniły się też zasadniczo czynniki sprzyjające popadaniu w biedę.</p>
<p>Klasyczną przyczyną ubóstwa jest bezrobocie i również dziś w Polsce ubóstwo jest pochodną bezrobocia, a ściślej rzecz ujmując – miejsca zajmowanego na rynku pracy, źródła utrzymania. Obok bezrobocia może to być niskopłatna praca, najczęściej związana z niskim poziomem wykształcenia; wyższe wykształcenie skutecznie chroni przed ubóstwem, wśród rodzin osób o tym poziomie wykształcenia właściwie nie ma skrajnego ubóstwa (około 0,5 procent), gdy dla rodzin osób z wykształceniem na poziomie gimnazjalnym odpowiedni wskaźnik wynosi 15 procent. Związek ubóstwa z niskim poziomem wykształcenia to stały element polskiej biedy w ciągu całego okresu transformacji.</p>
<p><strong>Młodzi mają gorzej</strong></p>
<p>Ubóstwo w Polsce dotyczy w znacznie większym stopniu dzieci i młodzieży niż ludzi dorosłych i pod tym względem polska bieda wyróżnia się niekorzystnie wśród innych krajów. Do najbardziej zagrożonych ubóstwem należą rodziny wielodzietne, wśród których wskaźnik ubóstwa skrajnego wynosił w 2010 r. 24 procent i był trzykrotnie wyższy od odpowiedniego odsetka dla rodzin samotnych rodziców, należących w wielu krajach do najbiedniejszych, zwłaszcza gdy dotyczy to rodzin samotnych matek. Czynnikiem wzmacniającym zagrożenie ubóstwem jest też niepełnosprawność lub choroba w rodzinie, zwłaszcza niepełnosprawność dziecka lub dzieci.</p>
<p>Kolejną cechą polskiego ubóstwa jest stosunkowo niezła – na tle innych grup ludności – sytuacja materialna ludzi starszych. Nie znaczy to, że nie ma biednych wśród emerytów: samo przejście na emeryturę oznacza gwałtowne obniżenie dochodów, ponadto typowe dla starszego wieku choroby, niepełnosprawność czy samotne prowadzenie gospodarstwa domowego może prowadzić do biedy. Dostrzega się ponadto niebezpieczeństwo wzrostu ubóstwa wśród tej kategorii wieku w przyszłości. Ma to różne przyczyny, takie jak proces starzenia się społeczeństwa, rosnąca długość życia, zwłaszcza kobiet, niewypracowane strategie przygotowania do starości, rozwiązania emerytalne. W tym kontekście ekonomiczna sytuacja ludzi starych, zwłaszcza samotnych kobiet, może się pogorszyć.<strong> </strong></p>
<p>Jedną z najbardziej charakterystycznych cech polskiej biedy jest jej wiejski charakter. Bieda w Polsce to przede wszystkim bieda wsi, a nie miasta i dotyczy to nie tylko okresu transformacji gospodarki w kierunku rynkowym, ale – jak pokazują prace historyków – także przeszłości, zarówno dawnej, jak i niezbyt odległej. Choć w ostatnich latach, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej i uruchomieniu nie tylko dopłat, ale i programów nastawionych na rolnictwo, ekonomiczna sytuacja wsi uległa poprawie, nadal ubóstwo mieszkańców wsi, mierzone różnymi miarami, jest dwa i pół raza większe niż w mieście, a w przypadku porównania z największymi aglomeracjami miejskimi wskaźnik ubóstwa skrajnego wsi jest aż dziesięciokrotnie wyższy!</p>
<p>Bieda wsi jest jednocześnie zjawiskiem niewidocznym ze względu na terytorialne rozproszenie osadnictwa wiejskiego, łatwiejszy dostęp do żywności czy idealizację życia wiejskiego jako sprzyjającego zdrowemu stylowi życia. Uwagę mediów i opinii publicznej przyciąga raczej bezdomność – zjawisko typowo miejskie – czy miejskie skupiska biedy, a nie trudności dostępu mieszkańców wsi do pracy, służby zdrowia, instytucji życia kulturalnego, co znacząco ogranicza ich możliwości oraz jakość życia, zwłaszcza ludzi młodych i dzieci.</p>
<p>Z wiejskim charakterem polskiego ubóstwa związane jest jego regionalne zróżnicowanie, również odznaczające się znaczną trwałością. Wśród obszarów o najwyższych wskaźnikach ubóstwa są tereny tak zwanej Ściany Wschodniej (województwa podlaskie i lubelskie) oraz Polski Centralnej (świętokrzyskie), które tradycyjnie należały do najuboższych, a także tereny szczególnie mocno dotknięte masowym bezrobociem w okresie transformacji, jak województwo warmińsko-mazurskie.</p>
<p>Obok regionalnego zróżnicowania ubóstwa trzeba też wspomnieć o koncentracji ubóstwa i innych negatywnych zjawisk w mikroskali miast, dzielnic czy wsi. Z jednej strony obserwujemy biedne sąsiedztwa, prawdziwe enklawy ubóstwa w podupadłych dzielnicach miejskich o substandardowych warunkach, a także nowe skupiska biedy i wykluczenia społecznego w postaci domów socjalnych czy kontenerów zlokalizowanych gdzieś na peryferiach. Nie jest to sposób przeciwdziałania ubóstwu czy łagodzenia jego skutków, lecz mechanizm utrwalania podziałów, odrębności i wzajemnej obcości. Z drugiej strony uwagę zwraca powstawanie zamkniętych bogatych osiedli w skali niespotykanej w innych krajach. Procesy wykluczania, izolacji i segregacji przestrzennej dokonują się w Polsce w coraz większym zakresie. Wiąże się z tym szerszy problem wzajemnych relacji między światem biedy i światem bogactwa.</p>
<p>Kolejną specyficzną cechą polskiej biedy jest niewielka rola czynnika etnicznego, będącego jednym z głównych wyznaczników ubóstwa i wykluczenia społecznego w świecie współczesnym, zwłaszcza w zachodnich metropoliach. W Polsce tego nie ma, wyjątkiem jest ubóstwo polskich Romów czy trudna niejednokrotnie sytuacja ekonomiczna i społeczna uchodźców. Skala tych zjawisk – niezależnie od ich dotkliwości dla osób ich doświadczających – jest jednak niewielka. Można sądzić, że wraz z rosnącą rolą Polski jako kraju przyjmującego migrantów, a nie tylko kraju ludzi migrujących w poszukiwaniu lepszych warunków życia, zjawisko etnicyzacji ubóstwa może się potęgować.</p>
<p><strong>Bieda jest kobietą</strong></p>
<p>Co się kryje za tak ogólnie zarysowanym obrazem polskiej biedy? Bliższe przyjrzenie się temu, co dzieje się w biednych rodzinach i jak wygląda ich życie codzienne, pokazuje nieustanne zmagania o zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb, o zdobycie niezbędnych środków, a także o to, by nie wyróżniać się niekorzystnie wśród otoczenia. Rodziny żyjące w złych warunkach stosują wiele różnych strategii celem zaspokojenia codziennych potrzeb, z jednej strony są to strategie pomnażania i uzupełniania dochodów, z drugiej – strategie oszczędzania i ograniczania potrzeb. Wszystkie one wymagają znacznych nakładów czasu, energii, sił fizycznych i psychicznych. Do najczęściej stosowanych strategii rodzin żyjących w ubóstwie, zresztą nie tylko w Polsce, należy korzystanie z pomocy rodziny i przyjaciół, z sieci wsparcia, podejmowanie dodatkowych zajęć, sprzedawanie własnego czasu, własnych wytworów, a w sytuacjach krytycznych także zasobów. Do typowych strategii zalicza się też bardzo niekiedy pomysłowe, czasochłonne i wymagające znacznego wysiłku strategie oszczędzania, takie jak zakupy w tanich sklepach, przygotowywanie posiłków „z niczego”, oszczędzanie wody, energii i wszelkich urządzeń ułatwiających życie. Rozmaitość tych praktyk jest imponująca.</p>
<p>Bliższy wgląd w funkcjonowanie biednych gospodarstw domowych w Polsce odsłania różne formy i postaci zjawiska nazywanego feminizacją ubóstwa. Przybiera ono postać dodatkowych ciężarów, które spadają na kobiety w warunkach niedostatku środków do życia. Stają się one prawdziwymi filarami biednych gospodarstw domowych i żyjących w biedzie rodzin. Zarządzają niedostatecznymi zasobami pieniężnymi rodziny tak, aby skromny budżet „się domknął”, podejmują czasochłonne i męczące, niekiedy upokarzające działania, aby uzupełnić brakujące środki, wykonują wszystkie lub większość domowych obowiązków. Dobrze widać w świetle badań, że ubóstwo znaczy dla kobiet – i nie dotyczy to tylko polskich kobiet – więcej obowiązków, więcej odpowiedzialności i mniej czasu. Z tego powodu kobiety czasem nazywa się „menedżerkami ubóstwa”, a ich sytuację określa się mianem „ubóstwa czasu”.</p>
<p>Życie w biedzie, codzienne starania o zaspokojenie podstawowych potrzeb są niszczące dla zdrowia, w tym dla zdrowia psychicznego. Pokazuje to dobrze przeprowadzone przeze mnie w 2005 roku badanie, będące powrotem po ośmiu latach do wybranych rodzin zmagających się przed laty z biedą celem sprawdzenia, jak potoczyły się losy młodego pokolenia. Ubocznym niejako efektem tego badania było dostrzeżenie niszczącego wpływu długotrwałej biedy na zdrowie rodziców młodych ludzi. Ludzie w wieku 50-55 lat okazali się osobami schorowanymi, cierpiącymi na rozliczne choroby i dolegliwości. Zwłaszcza kobiety w tych rodzinach, wielodzietne matki, które „zaciskały zęby” i pracowały ponad siły, by zabezpieczyć rodzinie możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb, zapłaciły za to zdrowiem, wieloma chorobami, w tym także natury psychicznej: różnymi „depresjami”, „załamaniami”, „nerwami”.</p>
<p>Ubóstwo bowiem to nie tylko brak środków do zaspokojenia potrzeb, nie tylko trudności dostępu do wielu dóbr i usług, z których korzysta człowiek współczesny, to nie tylko rozmaite ograniczenia i wyrzeczenia, lecz także ciągły stres i niepokój o dzień dzisiejszy i o przyszłość, zwłaszcza o przyszłość dzieci.</p>
<p><strong>Dobijani do gleby</strong></p>
<p>Nauki społeczne poświęcają dziś wiele uwagi nie tylko temu, jak radzą sobie ludzie z brakiem podstawowych środków do życia, ale i temu, co myślą i co czują ludzie żyjący w ubóstwie, jak reagują na sytuację biedy, jak sobie z nią radzą psychicznie, jak ją przeżywają. A także, z jakimi postawami wobec biedy się stykają, jak odbierają to, co na ich temat mówi się publicznie i jak ich się traktuje.</p>
<p>Prowadzone przeze mnie aktualnie badanie w ramach projektu „Dyskursy ubóstwa i wykluczenia społecznego” pokazują, że jednym z najtrudniejszych doświadczeń życia w warunkach ubóstwa są negatywne postawy i negatywne reakcje otoczenia. Ludziom biednym towarzyszy na co dzień pogarda, poniżenie, upokorzenie, wstyd. Na każdym kroku odczuwają brak szacunku i lekceważenie: w pracy, w urzędzie, w szpitalu, w sklepie, na wywiadówkach w szkole, dzieci w szkole i na podwórku.</p>
<p>Zygmunt Bauman twierdzi, że upokorzenie, jakiego doświadczają ludzie biedni i wykluczeni, jest dziś najważniejszym czynnikiem, charakteryzującym ich sytuację, odpowiednikiem wyzysku, pełniącego kluczową rolę w poprzednich epokach i systemach. Bieda jest czymś złym, negatywnym, wstydliwym, z czym należy się kryć przed innymi; kojarzy się nie tylko z nieudolnością i niezaradnością w świecie ideologii indywidualnego sukcesu, ale także  ze zjawiskami patologicznymi czy wręcz z przestępczością. Przykładem niech będzie wielokrotnie przeze mnie cytowana wypowiedź pewnego dyrektora gimnazjum w trakcie prowadzonych w 2005 roku badań na temat polskiego systemu edukacji i polskiej szkoły wobec problemu ubóstwa. Na pytanie, czy jest w szkole bieda i biedni uczniowie, dyrektor ów odpowiedział, że w jego szkole nie zdarza się, by jedno dziecko drugiemu ukradło śniadanie lub kurtkę z szatni. Wypowiedź ta dobrze pokazuje, jak bieda bywa rozumiana i z czym kojarzona.</p>
<p>Jeśli chodzi o stosunek Polaków do biedy i ludzi biednych, trzeba podkreślić, że często nie są to postawy zrozumienia, współczucia i pomocy, lecz przeciwnie – krytyki, pogardy, wyższości. Badania opinii publicznej na temat ubóstwa i jego przyczyn pokazują używanie negatywnego wizerunku biedy. Co więcej, wraz ze zmniejszaniem się zasięgu ubóstwa jego przyczyny w opiniach Polaków w coraz większym stopniu związane są z cechami indywidualnymi, z winą i odpowiedzialnością jednostek za ten stan, w mniejszym zaś zakresie z uwarunkowaniami zewnętrznymi, takimi jak masowe bezrobocie, transformacja gospodarki, polityka państwa, rządu, władz, jak to wcześniej bywało. W świecie sukcesu indywidualnego niepowodzenie, w tym bieda czy brak pracy, ma również charakter indywidualny i jest interpretowany w kategoriach winy czy nieudolności jednostki.</p>
<p>Z podobnymi postawami stykam się nie tylko jako nauczyciel akademicki, ale i przy wielu innych okazjach: w środowisku naukowym, wśród słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku, na forach internetowych. Rozmowy prywatne, gdy przypadkiem zejdą na tematy bezrobocia czy biedy, przekształcają się w opowieści o rzekomych bezrobotnych, pracujących na czarno, o leniach, pijakach i nierobach, korzystających z publicznych pieniędzy w formie różnych zasiłków i płodzących bez umiaru dzieci. Próby pokazania trudnych zmagań ludzi biednych o przetrwanie, ich aktywności i pomysłowości w celu zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb wraz z ich odczuciami: poczuciem odrzucenia, lękami i obawami, bywają kwitowane etykietką „socjologii lamentującej” lub po prostu „idealistycznego” podejścia do życia.</p>
<p>Takie postawy otoczenia nie sprzyjają procesowi wychodzenia z biedy, dążeniom do wyrwania się z tej sytuacji. Różne formy wykluczania i poniżania ludzi biednych sprawiają, że &#8211; jak powiedział jeden z rozmówców w moich badaniach &#8211; „sami czujemy się gorszą kategorią ludzi”, „człowiek schodzi na boczny tor”. Negatywne postawy otoczenia przyczyniają się do tego, że biedni popadają w apatię i jest to „równia pochyła w dół. Czyli nawet jeśli chcą się wyrwać, to co z tego, jak są dobijani do gleby”.</p>
<p><strong>Problem całego społeczeństwa</strong></p>
<p>„Wyrwać się” z biedy&#8230;  Dotykamy tu jednego z kluczowych problemów: jak wydostać się z ubóstwa, jak przerwać krąg biedy chronicznej, utrwalonej, przekazywanej nieraz z pokolenia na pokolenie? Proces radykalnego zmniejszenia się zasięgu ubóstwa w Polsce, którym wspomniałam na początku tego tekstu, dowodzi, że z biedy wyjść można. Jak to się dzieje? Kto, jakie instytucje w tym pomagają?</p>
<p>Polityka społeczna w Polsce okresu transformacji nastawiona była od samego początku przemian na łagodzenie ich skutków. Najpierw były to działania wspierające masy bezrobotnych, które pojawiły się w początku lat dziewięćdziesiątych, wysokie początkowo wsparcie bezrobotnych w postaci słynnych kuroniówek. Obok działań o charakterze doraźnym, ratowniczym pojawiły się później liczne programy i inicjatywy poświęcone aktywizacji bezrobotnych, wspierające a to absolwentów, a to długotrwale bezrobotnych, a to kobiety. Wreszcie w ostatnich latach zintensyfikowano działania nakierowane na wyrównywanie szans dzieci pochodzących ze środowisk ubóstwa i marginalizacji społecznej, czyli nastawiono się na tworzenie przedszkoli i żłobków. Wzrost liczny przedszkoli i żłobków, zlikwidowanych w latach dziewięćdziesiątych przez samorządy, bardziej zainteresowane finansowaniem infrastruktury komunalnej niż rozwojem dzieci. Polska polityka społeczna zmienia się, uwzględniając obok doraźnej pomocy i doraźnego łagodzenia niedoborów także bardziej perspektywicznie zorientowanymi działaniami aktywizującymi i wyrównującymi szanse.</p>
<p>Badania pokazują słabość instytucji przeciwdziałających wykluczeniu dzieci i młodzieży, takich jak na przykład szkoła, która nie jest (nie bywa) miejscem integracji społecznej, nie uczy równości i solidarności międzyludzkiej i nie ułatwia dzieciom i młodzieży ze środowisk ubóstwa i marginalizacji społecznej procesu edukacji. Pewne cechy funkcjonowania szkoły (dominacja dydaktyki nad funkcjami wychowawczymi i opiekuńczymi; nadmierna wielkość szkół i klas) i pewne praktyki (segregacje szkolne, naznaczanie, wykluczanie) okazały się szczególnie niekorzystne dla uczniów ze środowisk ubóstwa.</p>
<p>Jak pokazują badania – mam tu na myśli wspomniane wcześniej moje badanie z 2005 roku – które polegały na powrocie badawczym po ośmiu latach do kilku rodzin wielodzietnych, by prześledzić losy młodego pokolenia w tych rodzinach, skuteczne wyjście z ubóstwa młodych ludzi, którzy dorastali w biedzie, jest możliwe. Przykładem szczególnie optymistycznym była pewna rodzina z byłego PGR-u, w której cała piątka dzieci zdobyła wyższe wykształcenie lub była na najlepszej drodze do jego zdobycia. Złożył się na to splot wielu czynników, w tym pomoc wielu instytucji: szkoły, ośrodka pomocy społecznej, dalszej i bliższej rodziny i jej solidarnego wysiłku, życzliwych ludzi. Dzięki tym działaniom młodzi ludzie nie tylko zdobyli wykształcenie, kwalifikacje, doświadczenie zawodowe i mogli nawet pomagać młodszemu rodzeństwu.</p>
<p>Z kolei głębsze ubóstwo, liczniejsze młodsze rodzeństwo, splot niekorzystnych okoliczności, takich jak poważna choroba w rodzinie, a do tego brak pomocy lub życzliwego impulsu z zewnątrz sprawiały, że bieda i trudne warunki egzystencji trwają. Skuteczne wyjście ze sfery ubóstwa wymaga wysiłku wielu osób i wielu instytucji.</p>
<p>Przykład ten pokazuje dobrze, że bieda nie jest wyłącznie problemem samych ludzi biednych ani też badaczy ubóstwa, lecz całego społeczeństwa. Także tego, które odwraca się od biedy, nie dostrzega jej, a gdy dostrzeże, traktuje jako coś obcego. Nie tylko sama bieda i ludzie biedni, ale i nastawienie do nich całego społeczeństwa mówią dużo o samym tym społeczeństwie.</p>
<p><strong>Elżbieta Tarkowska,</strong> prof. dr hab., socjolog, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, redaktor naczelna kwartalnika „Kultura i Społeczeństwo”, członkini Zarządu Instytutu Spraw Publicznych. Zajmuje się badaniem ubóstwa i wykluczenia społecznego. Obecnie realizuje grant badawczy „Dyskursy ubóstwa i wykluczenia społecznego”, finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/10/10/polska-bieda-polscy-biedni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wychowywanie, czyli budowanie człowieka</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Sep 2011 12:42:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Ołdakowski SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=973</guid>
		<description><![CDATA[Wychowanie jest wielka sztuką, w której najważniejsze pozostaje osobiste świadectwo nauczyciela]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Wychowanie jest wielka sztuką, w której najważniejsze pozostaje osobiste świadectwo nauczyciela </strong></p>
<p>Oglądałem kiedyś film, w którym pewna matka powiedziała, że dzieci wychowują się najbardziej wtedy, gdy najmniej byśmy tego chcieli. Rodzice powinni pamiętać, że dzieci nie są ich własnością. Aby mogły się dobrze rozwijać, powinny być oczekiwane i kochane jeszcze przed narodzeniem, i to przez oboje rodziców. Doświadczą wówczas, że ich życie ma niepowtarzalną wartość. To stwarza podstawy procesu wychowania. Rodzice najlepiej pomagają wzrastać dzieciom, jeśli życiem i szczęściem dają świadectwo ideałom, które im przekazują. W procesie wychowania, w przestrzeni rodzinnej ważne jest zachowanie równowagi między kontrolowaniem i towarzyszeniem młodemu człowiekowi. Wartości nie wolno przekazywać w sposób autorytarny. Ogromne znaczenie ma również świadoma decyzja o „separacji” emocjonalnej, intelektualnej oraz światopoglądowej, by młody człowiek mógł podejmować decyzje coraz bardziej odpowiedzialnie. Każdy powinien być pewny wartości, które wyznaje.</p>
<p>Jeden z prekursorów współczesnej pedagogiki Jan Henryk Pestalozzi chciał wykształcić ludzi wszechstronnie rozwiniętych, przygotowanych do pełnienia różnych ról życiowych. Przedstawiał zasady wychowania wzorowane na trzech głównych siłach człowieka: fizycznej (podstawa zdolności do pracy), moralnej (stosunek do ludzi i otaczającego świata) oraz intelektualnej (zdolności poznawcze). Po tej linii integralnego wychowania idzie profesor Mark O’Connor z Boston College, którego artykuł zamieściliśmy przed rokiem w „Przeglądzie Powszechnym”. Zwraca on uwagę na potrzebę stawiania sobie pytania: jaką drogą pójść, aby uczynić życie spełnionym i szczęśliwym, czyli jak godnie i odpowiedzialnie żyć? To jest dla procesu wychowania pytanie kluczowe. Chodzi o zdobycie mądrości pozwalającej nadawać i odkrywać sens w życiu, a nie tylko przyswajać określony wycinek wiedzy.</p>
<p>Te zasady wydają się towarzyszyć „toruńskiej kolebce geniuszy”, w której oprócz e-learningu podkreśla się bezpośredni kontakt ucznia z nauczycielem, tutorem oraz dostęp do naukowego zaplecza badawczego, jakim dysponuje wyższa uczelnia. To może otworzyć przed uczniem nowe obszary zainteresowania oraz obudzić w nim pasję spędzania wielu godzin w bibliotece. Trzeba umożliwiać pójście indywidualną ścieżką rozwoju stosownie do potrzeb ucznia przy jednoczesnym budowaniu zespołu oraz kształtowaniu umiejętności pracy w grupie. Zasada działania szkoły wyrażona w zdaniu <em>Nauczyciel i uczeń dziwią się razem</em> prowadzi do odkrycia przez młodych, czym jest talent, którym zostali obdarzeni, jak mogą go rozwijać i przekazywać innym. Chodzi o świadomość, że korzystanie z tego talentu przyniesie korzyść zarówno im samym, jak i społeczeństwu. Niezwykłą aktualność pod tym względem zachowują wskazania profesora Jarosława Rudniańskiego formułowane w większości na początku lat osiemdziesiątych. Zwraca on uwagę na fakt, że współczesna szkoła zajęta jest głównie przekazywaniem wiedzy, nauką wypełniania coraz to bardziej skomplikowanych testów, a w dzisiejszych czasach wręcz domyślaniem się, co twórcy testów mieli na myśli. Wielokrotnie podkreślał, że o ile wiedza jest ważna – proces dydaktyczny powinien ograniczać się do nauczenia sposobów efektywnego jej przyswajania, samodzielnego myślenia (w tym zadawania i stawiania pytań) i wspierania procesu samokształcenia.</p>
<p>Oczywiście szkoła nie działa w próżni kulturowej, podlega oddziaływaniu środowiska, które kształtuje wzorce myślenia i postępowania. Upadek realnego socjalizmu spowodował, że miejsce kolektywizmu zastąpił indywidualizm. Ideę bezpieczeństwa, stabilności zastąpiła idea ryzyka, gry, która daje szansę, ale stwarza również zagrożenia. Daje motywację do rozwoju oraz wydobywa z ludzi to, co najlepsze. Każdy ze swoimi zdolnościami i pracą może uczestniczyć we współzawodnictwie. Ale z drugiej strony rywalizacja może niszczyć, jeżeli staje się sposobem na życie. Jako mechanizm społeczny konkurencja niesie walory sprawiedliwości, otwartości, kreatywności, ale jeżeli staje się najważniejszym celem, zagraża osobowości człowieka. Ciągle mamy okazje śledzić rankingi szkół i wyższych uczelni. Konkurencja i rywalizacja wpisane są w życie codzienne. Zamknięcie życia w tej perspektywie stwarza niebezpieczeństwo zamknięcia się sobie, postawienia siebie ponad innymi.</p>
<p>Do takiego modelu postępowania przygotowujemy dziś w szkole dzieci. Wydaje mi się, że istota problemu polega na tym, że mimowolnie zaczynamy zgadzać się na taki sposób życia, ponieważ opanował on całą współczesną kulturę. I chociaż często czujemy się w tym źle, mamy świadomość, że jesteśmy za słabi, aby w pojedynkę stawić skuteczny opór takiemu nastawieniu. Nie chcemy żyć w społeczeństwie, w którym dominuje duch walki i rywalizacji ponad międzyludzką solidarnością. Nie godzimy się na to, aby człowiek był oceniany na podstawie tego, co zrobił, a nie tego, kim jest jako osoba. Nie godzimy się na byle jakie spojrzenie na drugiego człowieka. Chcemy widzieć w każdym niepowtarzalną istotę obdarzoną talentami, które mogą wzbogacić innych. Trzeba przestać udawać, że nie ma problemu oraz nieuchronnie poddawać się fali „wyścigu szczurów”. Należy wczuwać się w klimat społeczny i to, co nie pozwala ludziom oddychać pełnią człowieczeństwa. Warto pomagać ludziom ukazywać to, co w nich najlepsze. Trzeba wdrażać takie systemy edukacyjne, które nie tylko będą przekazywały wiedzę, lecz także będą pomagały korzystać z niej dla dobra człowieka. Inaczej coraz trudniej będzie cieszyć się życiem.</p>
<p>Wróćmy w tym kontekście do bardzo trafnych spostrzeżeń profesora Jarosława Rudniańskiego, który zwracał uwagę na to, że niepomiernie większy nacisk, niż na przyswajanie wiedzy, należy położyć na kształtowanie charakteru uczniów, na wskazanie im Dobra. Wręcz podstawowym zadaniem nauczyciela jest, aby możliwie największa liczba młodych ludzi postawiła przed sobą na pierwszym miejscu pytania: co mogę dać z siebie innym ludziom? Czym będę służył innym ludziom przez całe swoje życie? To właściwie nawet nie powinny być słowa. To powinno być coś, co się odczuwa. Lecz odczuwa tak głęboko, iż kieruje to całym postępowaniem człowieka. Wychowanie to coś więcej niż przekazywanie wiedzy. Ilu nauczycielom zależy dzisiaj bardziej na tym, jakim człowiekiem będzie ich uczeń, niż jakie zbierze oceny?</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/wychowywanie-czyli-budowanie-czlowieka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak wychować geniusza?</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Sep 2011 12:35:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Grzegorz Dobroczyński SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Temat numeru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=967</guid>
		<description><![CDATA[- Co daje nasza szkoła? Przede wszystkim możliwość kontaktu z podobnymi sobie młodymi, odkrycie: nie jestem sam - rozmowa z Arkadiuszem Stańczykiem, dyrektorem Zespołu Szkół Gimnazjum i Liceum Akademickie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>- Co daje nasza szkoła? Przede wszystkim  możliwość kontaktu z podobnymi sobie młodymi, odkrycie: nie jestem sam &#8211; rozmowa z Arkadiuszem Stańczykiem, dyrektorem Zespołu Szkół Gimnazjum i Liceum Akademickie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu</strong><span id="more-967"></span></p>
<p><strong>Grzegorz Dobroczyński SJ: – „Żadne państwo nie może pozwolić na marnowanie talentów, na stratę ludzkiego bogactwa, żadne państwo nie jest tak bogate, aby marnować talenty swoich obywateli” – takie słowa zawiera Raport Komitetu Kultury i Edukacji Komisji Europejskiej o edukacji dzieci zdolnych. Czy nasz system edukacji sprzyja wyławianiu talentów?</strong></p>
<p>Arkadiusz Stańczyk: – W Unii Europejskiej na badania i rozwój wydaje się około 1,5 procent PKB, w państwach skandynawskich 2-3 procent, w Japonii i w Stanach Zjednoczonych 2 procent. W Polsce przez wiele dziesięcioleci wydawaliśmy na to poniżej 0,5 procent! Dopiero obecnie – według ostatnich raportów – doszliśmy do poziomu nieco powyżej 0,6 procent PKB. W ten sposób nigdy nie dogonimy lepszych od nas. Dodajmy, że w tej kwocie mieszczą się także środki na tworzenie społeczeństwa innowacyjnego. Społeczeństwo takie powinno się budować od szkoły, od pokazania młodym ludziom, że warto niekonwencjonalnie myśleć, poszukiwać, być otwartym i patrzeć w przyszłość.</p>
<p>Dwadzieścia lat temu kilku pasjonatów, a wcześniej profesor Leon Jeśmanowicz i toruńskie środowisko edukacyjne, pomyślało, by stworzyć sieć szkół przy uniwersytetach, gdzie można by wyłaniać zdolnych ludzi, gotowych zamieszkać poza domem rodzinnym i zgłębiać wiedzę w kontakcie z wyższą uczelnią. Pojawił się wówczas pomysł gimnazjów akademickich. Nie chodziło o tworzenie czegoś zamiast systemu, ale o tworzenie instytucji z systemem współgrających. Powstała taka placówka, inicjatywy nie rozszerzono. Państwo – w trudnej sytuacji ekonomicznej – potrzebowało środków na inne cele. W intencji pomysłodawców ten system miał być jednym ze sposobów wyłaniania talentów, sięgania do małych środowisk i miejscowości, na wieś, z której dojazd dziecka do szkoły i z powrotem zabiera wiele czasu. Taki uczeń często nie ma szans na dostęp do bibliotek ani do zajęć pozalekcyjnych, a po późnym powrocie do domu już musi myśleć o odpoczynku i wczesnym wstaniu na kolejny dzień normalnych lekcji. A cóż powiedzieć o nauce języka obcego, lekturze prasy.</p>
<p><strong>– Dziś pomaga internet.</strong></p>
<p>– Jednak nie oznacza to, że takie szczególne szkoły straciły rację bytu. Prócz e-learnignu niezbędny jest bezpośredni kontakt z nauczycielem, tutorem, który pokaże pewne niuanse, a nade wszystko otworzy przed uczniem nowe obszary zainteresowań. Do naszej szkoły przychodzi bardzo zdolna młodzież z Torunia, okolic i całej Polski. Ale często dopiero kontakt z nauczycielem bądź z koleżanką i kolegą, którzy mają inne zainteresowania, otwiera oczy na nowe perspektywy. Środowisko może być katalizatorem rozwoju.</p>
<p>Szkoła pomaga dziecku sprawdzić czy dotychczasowa pasja ukierunkuje go na całe życie. Nie wystarczy usiąść przed komputerem albo posłuchać nagranego wykładu – wiele rzeczy trzeba bezpośrednio doświadczyć i to dopiero jest impuls rozwoju. Ani internet, ani telefon, ani nawet książka nie wystarczą ani nie zastąpią kontaktu z żywym człowiekiem, z zapleczem naukowym. Większość ludzi odkrywa pasję spędzania godzin w bibliotece dopiero na studiach. Nasi uczniowie osiągają to w szkole. Warto im przy okazji pokazać, że szkoły wyższe nie są innym, dziwnym światem, by młody człowiek idąc na studia nie tracił roku na odnajdywanie się w tej rzeczywistości. Nasza młodzież w większości tego problemu nie ma. Oni wiedzą, co to jest uniwersytet, jakie są rytuały, kim jest dziekan, rektor, bo przez sześć lat wychowywali się w tym środowisku. Nie mówię, że jest to jedyny, dobry sposób na kształtowanie młodych zdolnych ludzi.</p>
<p><strong>– Jakie są recepty na wykształcenie geniusza?</strong></p>
<p>– Genialnych ludzi jest bardzo niewielu. Wśród wybitnie zdolnych jest ich zapewne mały odsetek i nie wiem czy da się wychować geniusza. Z tym trzeba się urodzić, ale konieczne jest później odpowiednie kształtowanie takiego człowieka. Badania amerykańskie ukazują też, że nawet wśród naprawdę zdolnych zaledwie nieliczni osiągają sukces. Na drodze życiowej powstają przecież problemy psychologiczne, osobowościowe, a pamiętajmy, że mówimy o ludziach wyjątkowych pod wieloma względami, również w aspekcie charakterologicznym. Co daje nasza szkoła? Po latach pracy widzę, że daje przede wszystkim możliwość kontaktu z podobnymi sobie młodymi, odkrycie: nie jestem sam. Że są tacy, którzy też lubią czytać, fascynują się historią starożytności albo chemią organiczną do tego stopnia, że sprowadzają książki ze Stanów Zjednoczonych. Są w stanie poświęcić znaczną część kieszonkowego na zakup, bo często nie ma tej pozycji w bibliotekach nawet uniwersyteckich. Odkrywają, że nie są sami na bezludnej wyspie, ale takich jak oni jest więcej. A skoro tak, to znaczy, że są „normalni”. Nie ma stygmatyzacji kogoś zdolnego, rodzynka w klasie, chwalonego za wybitność i chronionego przez nauczyciela, przy jednoczesnym piętnowaniu przez rówieśników jako kujona.</p>
<p>Często szkoły nie są w stanie zapewnić warunków rozwoju zainteresowań i pasji, w pewnym stopniu de facto przeszkadzają. Trzeba się więc zastanowić, jak znaleźć indywidualną ścieżkę rozwoju.</p>
<p><strong>– Jak ją znaleźć?</strong></p>
<p>– Obecnie państwo robi sporo: zmieniły się rozporządzenia dotyczące pomocy psychologiczno-pedagogicznej dla uczniów wymagających takiego wsparcia. Dopiero od przyszłego roku szkolnego będziemy to wszystko wdrażać. Najważniejsze, żeby było jak najmniej biurokracji. Jako nauczyciel wolałbym poświęcać czas na indywidualną pracę z uczniem i wspólne uczenie się, nie na papierki.  Motto naszej szkoły brzmi: „Mistrz i uczeń dziwią się razem”. Chciałbym się trochę podziwić razem z tym uczniem, podziwiać świat, odkrywać jego tajemnice, a nie wypełniać kolejne rubryki w raportach.</p>
<p>Prócz modelu realizowanego według wzorca naszej szkoły jest wiele innych sposobów odkrywania talentów. Są różne fundacje, na przykład Fundacja na Rzecz Dzieci i projekt zbierania uczniów z różnych stron kraju, by mogli się spotkać na neutralnym gruncie i poznawać wzajemnie nowe możliwości. Nasi uczniowie także korzystają z tego funduszu i są bardzo zadowoleni. To przekłada się na normalne życie. Ostatnio odwiedził mnie absolwent naszej szkoły, obecnie student prawa na Uniwersytecie Warszawskim i powiedział, że pobyt na jednym tylko spotkaniu naukowym w ramach tego funduszu zaowocował poznaniem kolegów, z którymi obecnie mieszka. Razem łatwiej było znaleźć mieszkanie i zorganizować życie. System powinien takie kontakty ułatwiać. Można to osiągać w różny sposób: przez organizację zajęć, jak to czyni Stowarzyszenie Talent wyłaniające utalentowanych informatyków, organizując wyjazdy i obozy naukowe. Mamy w Polsce wiele takich przedsięwzięć.</p>
<p>Ministerstwo, władze lokalne (w naszym województwie kujawsko-pomorskim zakupiono do szkół podstawowych tablice interaktywne, przyznano środki na stypendia doktoranckie) reagują i zaczyna się wiele dziać. Powiem przewrotnie – owszem, na to potrzeba pieniędzy, ale nie aż tyle dodatkowych. Moim zdaniem środki na tę młodzież już są w systemie, podobnie jak na szkoły muzyczne, plastyczne, baletowe, sportowe czy dla dzieci z dysfunkcjami. Ci, którzy decydują o subwencjach i prawie oświatowym boją się znaleźć podobne miejsce w systemie dla szkół (bo nie jesteśmy już dzisiaj jedyną taką szkołą) funkcjonujących przy publicznych szkołach wyższych i są szkołami publicznymi, które kształcą małe zespoły klasowe, oferują liczne dodatkowe zajęcia. Pamiętajmy, że chodzi też o młodzież, która pochodzi z rodzin potrzebujących pomocy finansowej ze strony państwa.</p>
<p>Dziś korzystamy z pomocy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, bez czego nie dalibyśmy sobie rady. Jeśli u nas klasa liczy od siedemnastu do dwudziestu czterech uczniów, a klasa w przeciętnym liceum miejskim ma ponad trzydzieści osób, to różnica w subwencji oświatowej jest na naszą niekorzyść. Tę różnicę musimy wyrównać sami i udaje się to dzięki Uniwersytetowi, głównie w formie dodatkowych zajęć stwarzających możliwości rozwoju ucznia. Część kosztów Uniwersytet bierze na siebie bezpośrednio delegując pracowników do pracy u nas czy przez przyjmowanie naszych uczniów na zajęcia uniwersyteckie (około pięćdziesięcioro z prawie stu czterdziestu licealistów na nie uczęszcza). Tak odkrywają oni życie uczelni, poznają co to jest wykład, czym są ćwiczenia, laboratoria i tak dalej. Dzięki tej orientacji mogą wykorzystać czas na studiach na szybsze ukończenie nauki, podjęcie drugiego kierunku, wyjazd na stypendium zagraniczne. Jest im łatwiej. Większość szkół ponadgimnazjalnych nie ma na to czasu i możliwości. Nauczyciel ma de facto dwa i pół roku, zważywszy, że klasa maturalna w drugim semestrze skupia się na przygotowaniu do ostatniego egzaminu. Zanim na dobre pozna się ucznia, ten już szkołę opuszcza. Szkoła ponadgimnazjalna bazuje na własnych absolwentach z gimnazjum, lecz jeśli uczeń przychodzi z zewnątrz, brakuje czasu, by na przykład zmienić orientację jego zainteresowań. Jeśli stanie się to pod koniec drugiej klasy, jest za późno. Brakuje wtedy czasu na konkursy i olimpiady, na działalność społeczną, publiczną, wolontariat. Całą energię musi ten uczeń skupić tylko na przygotowaniach do matury.</p>
<p>Im wcześniej się rozpozna zdolności ucznia, tym więcej możliwości rozwojowych i aktywności jest w jego zasięgu. Między innymi dlatego w naszej szkole zrezygnowaliśmy ze skróconego, pięcioletniego cyklu (trzy plus dwa), i uczniowie sobie to chwalą. Mogą pielęgnować swoje pasje, wielu z nich uprawia sport, niektórzy uczęszczają do szkoły muzycznej. A potrzebny jest jeszcze – nawet i w klasie maturalnej – czas na refleksję o tym, co właściwie ów młody człowiek chce w życiu robić. Czy faktycznie studia gwarantują jego rozwój, a może powinna to być praca zawodowa albo podróże? Wszyscy nasi absolwenci wprawdzie idą na studia, ale to nie oznacza, że potem nie rezygnują z nich i nie podejmują nauki na innym kierunku od początku.</p>
<p>Szkoła ma także uczyć pracy w grupie. Często zdolna młodzież przypomina atomy samotnie krążące na swych orbitach. Tutaj mają możliwość wzajemnego odnajdywania siebie. Pochodzą z całej Polski, wnoszą w naszą kulturę doświadczenia środowisk lokalnych. Mamy uczniów z Mazur, z Warmii, z Lubuszczyzny i Lubelszczyzny, górali, z Mazowsza i z naszego regionu Kujaw i Pomorza. To wszystko sprawia, że potem łatwiej im odnaleźć się w środowisku studiów, w innym miejscu, poza domem rodzinnym i nawet jeżeli ktoś z nich wychowywał się na wsi lub w małym miasteczku, nie ma większych trudności z adaptacją w Warszawie, Krakowie czy Łodzi. Sześcioletni pobyt poza domem, dwieście-trzysta kilometrów od miejsca pochodzenia uczy samodzielności i podejmowania decyzji. W tym okresie wychowawcy oczywiście pomagają, ale nie starają się wyręczać.</p>
<p><strong>– To, co pan mówi, zbiega się ze stereotypem powtarzanym w środowisku nauczycielskim, że wystarczy tylko zebrać grupę wybitnych jednostek i dalej wszystko idzie jak z płatka. Czy to sztuka mieć znakomite wyniki nauczania, jeśli bazuje się na elitarnej grupie?</strong></p>
<p>– Nie, nie da się tak. To nie jest tak, że rzucimy klocki na stół, a one same się poukładają. Potrzeba koncepcji pracy z młodym człowiekiem. Taka koncepcja była od początku istnienia naszej szkoły. Reguła podstawowa brzmi: maksymalnie zindywidualizować pracę, stosownie do potrzeb ucznia, przy jednoczesnym budowaniu zespołu oraz kształceniu umiejętności pracy w grupie. Uważam, że nam się to w znacznym stopniu udało, choć nie było łatwe. Wielokrotnie się potykaliśmy, wiele rzeczy dopiero odkrywaliśmy, a całość budowaliśmy wraz z naszymi uczniami. Pierwszy dyrektor szkoły, dr Jerzy Wieczorek, zaszczepiał w nas ideę otwartości na uczniów, uczył słuchania ich. Wiele lat temu zaskoczeniem było dla nas to, że o swoich potrzebach mówili wprost.</p>
<p>Nie od razu mieliśmy sukcesy w konkursach, olimpiadach czy ogólnopolskich rankingach, nic nie wydarza się samoistnie. Zresztą wychowanie olimpijczyków</p>
<p>nie jest celem samym w sobie. Nie można mieć pretensji do tych, którzy mając nawet potencjał, nie angażują się w takie współzawodnictwa. Realizują się w inny sposób. Zdarza się, że powstaje swoista tradycja przekazu z pokolenia na pokolenie uczniowskie pewnej wiedzy i doświadczeń oraz wartości tak zgromadzonych. Mam nadzieję, że to buduje też bardziej trwałą więź między uczniami i ze szkołą. Najważniejszym osiągnięciem jest docenienie wartości współdziałania, zachowania istniejących więzi.</p>
<p>Naszym marzeniem jest wychowywanie młodych ludzi, by byli świadomi talentu, którym zostali obdarzeni, by mogli go rozwijać i przekazywać innym wszystko, czego się nauczyli. By mieli świadomość, że korzystanie z talentu przynosi korzyść także społeczeństwu.</p>
<p><strong>– Czy uczeń zdolny, nawet w tak elitarnej szkole, może się „obijać” osiągnąwszy określoną sprawność, chcieć spocząć na laurach? Czy są przypadki zdolnych, a źle się uczących?</strong></p>
<p>– Bardzo wiele jest takich przypadków. Stereotypem jest przekonanie, że uczeń bardzo zdolny musi osiągać znakomite wyniki edukacyjne. Wielu zdolnych młodych ludzi, nie tylko w naszej szkole, doznaje tak zwanego syndromu nieadekwatnych osiągnięć: nie odnoszą sukcesu. Zjawisko to opisane jest literaturze. Na ten syndrom ma wpływ wiele czynników: środowisko szkolne i rodzinne, konstrukcja psychiczna, neurotyczny perfekcjonizm, który zmusza ich, by wszystko robili idealnie. Jeśli coś „nie gra” – coś, co taka osoba wymyśli – mogłoby nie być idealne w jej wykonaniu, przestaje się tym zajmować. Wtedy perfekcjonizm, który z natury jest dobry, może blokować działanie. Na przykład, zadana praca domowa albo w ogóle nie będzie oddana, albo będzie oddana w ostatniej chwili, z obawy czy spełni wymagania. Przyczyną tego jest też przekonanie, że otoczenie wymaga więcej, niż dana osoba może udźwignąć. Musimy rozumieć takiego ucznia, jego słabości, a także jego naturalne potrzeby młodości: chęć rozerwania się, pójścia do kina, spotkania z rówieśnikami. Jeśli nie napotka tu zrozumienia, wycofa się. Niekiedy przy zmianie szkoły przychodzi fascynacja i chęć zajmowania się wszystkim. Ale nie na wszystko wystarcza czasu. Wynik w nauce nie nadąża za możliwościami. Dodatkowo, ten typ młodzieży ma często własne zdanie, potrafi się zbuntować wobec rodziców i nauczycieli.</p>
<p><strong>– Jeśli pojawiają się takie trudności, jaka metoda jest najlepsza: przysłowiowego kija czy marchewki?</strong></p>
<p>– Rozmowy. Wysłuchanie i powiedzenie, co ja o tym myślę. Odbywam takie niemal codziennie. Mam przykład z tego roku. Pewien uczeń wszedł w konflikt z nauczycielem i przyszedł do mnie na rozmowę bardzo wzburzony. Najpierw starałem się go wyhamować, pokazać, jak powinien rozmawiać z drugim człowiekiem, zwłaszcza dorosłym, jeśli rzeczywiście chce przekazać, z czym przyszedł, a nie pozostać na przekazie niewerbalnym: nadruchliwości, niespokojnym głosie, braku spójności w artykulacji treści. Uczeń ten nie tylko doszedł do tego, jak ma się wysłowić, ale także szczerze wyznał, że nikt mu dotąd takich spraw nie naświetlił. Okazało się, że dzięki samej formie wyrażania się problem konfliktu zniknął. To klasyczna sytuacja, kiedy młody człowiek pełen energii chce wyrzucić z siebie od razu wszystko, a osoba dorosła tego nie akceptuje. Kilka lat temu, w trzeciej klasie gimnazjum, z którą miałem bardzo dobry kontakt, zaczęły dominować zupełnie dziwne zachowania. Poświęciłem całą godzinę geografii na szczerą rozmowę. Wypowiedziałem swoje racje dając szanse i im wyrażenia, co w nich siedzi. Okazało się, że na siłę szukali wroga. W bardzo przyjaznym młodzieży środowisku nauczycielskim naszej szkoły nie było to łatwe, więc pewna grupa w klasie uczyniła z tego metodę integracji przez konfrontację z domniemanym „przeciwnikiem”. Tłumaczyłem, że tę inwencję lepiej jest wykorzystać twórczo. Po lekcji przychodzili do mnie uczniowie z podziękowaniem za tę rozmowę, za to, że mogli wypowiedzieć się o sprawach, które w nich nabrzmiewały, a niekoniecznie dostrzegane były przez nauczyciela. Jako wychowawca jestem wdzięczny uczniom, że od nich uczę się mnóstwa rzeczy. Oni są zbiorowym nauczycielem. Wśród trzystu uczniów jest tak wiele osobowości, że trzeba się uczyć, by nie przemawiać jak do bezwładnej masy, lecz mówić zarazem do wszystkich i każdego z osobna.</p>
<p>Często nie wiemy, co dzieje się w domach naszych uczniów, co się zmieniło, jakie wewnętrzne konflikty przeżywają sami ze sobą. Nie wystarczy więc odnotować złymi ocenami w dzienniku braków w wiedzy. Może się okazać, że przyczyna nie jest w zaniedbaniu ucznia, ale w konflikcie między rodzicami, w braku kontaktu z ojcem albo matką, fizycznie bądź psychicznie nieobecnymi, albo w konfliktach z rodzeństwem lub uczuciowych rozterkach po rozstaniu się z sympatią. Rzadko wtedy uczeń sam się otwiera, nie przyjdzie porozmawiać, nie wytłumaczy, że jego umysł jest zaprzątnięty innymi sprawami niż szkoła. Trzeba pamiętać, że dojrzewanie wiąże się ze zmianą priorytetów. Najpierw młody człowiek uczy się dla kogoś: dla taty, mamy, dziadków, rodziny, a na końcu dopiero dla siebie. W pewnym momencie chce doznać czegoś innego. Trzeba znaleźć sposób, aby w tym krytycznym momencie nie zgubić tych talentów, a system często je gubi. Brak nam narzędzi, aby móc pomóc za każdym razem. W naszej szkole radzimy sobie dzięki świetnej kadrze: pedagoga, psychologa, wychowawców internatu dla ponad 130 uczniów. Są to świetni fachowcy, praktycy, wyczuwający, jak pewne sprawy poukładać. Okazuje się, że ci młodzi często lubią pewien dryl; niekoniecznie są zadowoleni z luzu na lekcji czy w internacie. Lubią, żeby wszystko było poukładane i nawet jak co innego mówią, to większość lubi harmonijny świat, w którym czują się bezpiecznie.</p>
<p>Młodzież ta uwielbia pracę w zespołach. Widzę, jak ich to wzmacnia, jak pozytywnie działa z jednej strony przekazanie części odpowiedzialności grupie, a z drugiej zauważenie ich dorobku dla grupy. Jest to ważne, bo jako społeczeństwo jeszcze nie wypracowaliśmy takich mechanizmów. Powinniśmy też pozwalać uczniom na popełnienie błędów. Porażka czy problem, inaczej niż w potocznym rozumieniu jako „totalna klęska”, winny uczyć wyciągania wniosków. W naszej mentalności niepowodzenie kojarzy się z karą: minusem, jedynką w dzienniku i tak dalej. A przecież na takim doświadczeniu można przez pozytywną motywację pokazywać, że uczeń może osiągnąć coś więcej.</p>
<p><strong>– Przy elitarności szkoły zawsze istnieje groźba snobizmu. Spotyka się pan z nim?</strong></p>
<p>– Różnie z tym bywa. Często wynika on z oceny środowiska zewnętrznego. To środowisko stygmatyzuje: „O, to są ci z GiLA” albo takiej lub innej szkoły. Siłą rzeczy i młodzież dochodzi do wniosku, że skoro tak o nas mówią, to przejmujemy i my ten sposób myślenia. Staramy się otwierać naszą młodzież na współpracę z innymi, są wyjazdy międzynarodowe (na przykład MEP – Młodzieżowy Parlament Europejski), konkursy, staramy się o współpracę z Młodzieżową Radą Miasta. Chodzi o to, żeby odkrywali, że nie są tylko wyspą. Jeśli zaś mają zdrowe podejście i przeświadczenie, że fajnie jest im w szkole, to dobrze. W tym roku na gali laureatów konkursu jedna z uczennic powiedziała, że życzy sobie, aby ona, jej koledzy i koleżanki szli z podniesionym czołem, że odnieśli sukces, ale nie z zadartym nosem. Pozwoliłem sobie od niej zapożyczyć tę myśl i cytować. Skoro u piętnastolatków jest taka świadomość i mówią to publicznie, to myślę, że tak źle z nimi nie jest.</p>
<p><strong>– A jaka jest postawa rodziców uczniów? Mówią sobie w duchu: „Znaleźliśmy dobrą szkołę, dziecko się zakwalifikowało, a ja mam teraz problem z głowy”?</strong></p>
<p>– Jest różnie. Ale niestety jest często właśnie i tak. Część osób traktuje szkołę jako rozwiązanie osobistych lub rodzinnych problemów. Jako dobry sposób, by widzieć dziecko raz w tygodniu czy raz na dwa tygodnie. Wtedy jest ono królewiczem lub królewną, ale znaczna część odpowiedzialności za wychowanie spada na innych. Czasem też szkoła staje się sposobem oddzielenia dziecka od problemów domowych. To się jednak nie udaje. Nie chodzi nam o to, aby dzieci wyciągać z domu i izolować od niego. Od kilku lat w internacie wprowadziliśmy wyjazdowe weekendy i przymusiliśmy uczniów do tego, aby – jeśli mieszkają blisko – przynajmniej raz w tygodniu jechali do domu. Oni sami nie tak chętnie chcieliby tam wracać albo przynajmniej nie wszyscy z nich. Staramy się, by kontakt rodziców z dziećmi nie był zachwiany. Wiemy, że jest on dla młodych ludzi najważniejszy. Szkoła i internat nie są ideałem, nie stanowią najlepszego rozwiązania ani dla rodziców, ani dla dzieci. Skoro już jednak rodzice godzą się z pobytem dzieci w internacie, to my staramy się nawet kalendarz szkolny układać tak, aby i ci mieszkający bardzo daleko mogli jednak raz na półtora miesiąca odwiedzić rodziców.</p>
<p>Zdarzały się też sytuacje choroby dziecka i reakcji rodziców: „To się nim zaopiekujcie”. Często musimy wielokrotnie telefonować, prosić, błagać. Podziwiam panią dyrektor internatu Elżbietę Karczewską–Musiał i wychowawców, że z takim oddaniem biorą na siebie obowiązki, których nie musieliby przyjmować. Widzimy też, jak młodzież sama tęskni za internatem, jak chętnie ze sobą przebywa i tutaj wraca. Oni potrzebują wspólnych rozmów, potrzebują wysłuchania i nie boją się tego. Uważam to za wielki sukces, że nie ukrywają swojego „ja”, nawet jeśli niekiedy się nie zgadzamy z ich wieloma poglądami i ich nie podzielamy.</p>
<p>Raz jedna osoba na egzaminie wstępnym przy oddawaniu formularza sprawdzianu zamaszystym ruchem (i jako pierwsza z sali) dodała: „Mam to z głowy, ja tu nie chcę chodzić, to rodzice chcą mnie tu przysłać”. Po wielu latach, ta sama osoba odwiedziła nas i powiedziała: „Wie pan, nie żałuję pobytu tutaj. To była szkoła dla mnie”.</p>
<p><strong>– Co pan najbardziej sobie ceni w pracy z taką młodzieżą?</strong></p>
<p>– Po trzynastu latach wiem, że praca z młodzieżą, która wie, czego chce, to wielka przygoda, nie tylko intelektualna. To także przygoda odkrywania siebie i mobilizowania się do pracy. Patrząc na tę młodzież, nabiera się nadziei, że można jeszcze wspaniale wykorzystać lata, które nam pozostały. Przy uczniach codziennie ładuję akumulatory, mam świadomość, że wszystko jest przede mną. A za rok przyjdą nowi, którzy zadadzą takie pytania, jakich nikt wcześniej nie zadał. To nas wzbogaca i oddala moment zawodowego wypalenia. Uczniowie wiedzą, że my, dorośli, nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale poszukujemy razem z nimi. Sukces naszej szkoły jest wypadkową pracy setek uczniów, dziesiątków nauczycieli, pracowników administracji i obsługi, środowiska Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Życzyłbym sobie, żebyśmy dalej się tak rozwijali i nie byli źle postrzegani. Chcemy wzbogacać system kształcenia dzieci zdolnych, a nie być w edukacyjnej przestrzeni zadrą, z którą nie wiadomo, co zrobić. Staramy się budować przyszłość i tradycję tej młodej szkoły ufając, że jeszcze wielu uczniów będzie miało szansę przyjechać do Torunia i tu uczyć się życia.</p>
<p><strong>Arkadiusz Stańczyk, </strong>ur. 1970, nauczyciel geografii i przysposobienia do przedsiębiorczości, dyrektor Zespołu Szkół Gimnazjum i Liceum Akademickie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/09/05/jak-wychowac-geniusza-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sztuka potrzebuje skandalu</title>
		<link>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/12/sztuka-potrzebuje-skandalu/</link>
		<comments>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/12/sztuka-potrzebuje-skandalu/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 12 Jul 2011 10:50:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kaja Werbanowska</dc:creator>
				<category><![CDATA[Artykuły]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.przegladpowszechny.pl/?p=918</guid>
		<description><![CDATA[Ile razy podczas oglądania wystawy sztuki najnowszej myślimy sobie: „Ja też tak potrafię!”? Przez poruszanie najprostszych, ale i najważniejszych tematów, musi się ona wyróżniać, szokować. Jednak sztuka najnowsza naprawdę wcale nie jest łatwa.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Polacy nigdy nie potrzebowali sztuki. Kiedy wybudowali Wawel, nie powiesili tam obrazów, tylko arrasy, żeby było ciepło. Dwór szlachecki – ówczesna klasa średnia – miał wschodnie kobierce i dwie szable skrzyżowane na ścianach. Nikomu nie przyszło do głowy, na przełomie XIX i XX wieku – kiedy cała Europa balowała w Paryżu, a przy tym byli w Polsce ludzie bogaci – żeby z litości dla artysty kupić parę dzieł. Kupiły wszystkie państwa wokół nas, tylko nie my </em>– mówi Andrzej Starmach, krakowski marchand sztuki. Jest w tym trochę prawdy. Dlaczego? Oto kilka powodów.</p>
<p align="center">* * *</p>
<p>Nie oceniaj książki po okładce – przysłowie to świetnie pasuje do problemu niezrozumienia sztuki współczesnej w Polsce. My, Polacy, myśląc o tak zwanym dziele sztuki, wyobrażamy sobie piękny przedmiot, który cieszy oko. Zachwycamy się rzeźbami Canovy, wedutami Wenecji Canaletta czy impresjonistycznymi pejzażami. I nic w tym dziwnego. W sztuce współczesnej nie chodzi już o to, by była piękna i zachwycała. Wręcz przeciwnie – celowo szokuje i budzi kontrowersje.</p>
<p>Przykładów nie trzeba szukać daleko. W 2000 roku na wystawie z okazji stulecia warszawskiej Zachęty oburzenie wzbudziła rzeźba włoskiego artysty Maurizio Cattelana „Dziewiąta Godzina”. Przedstawia ona Jana Pawła II przygniecionego meteorytem. Praca wywołała tak duże emocje, że jeden z polityków Ligi Polskich Rodzin podczas trwania wystawy chciał „ratować” papieża i usunąć kamień (co zresztą mu się udało!).</p>
<p>Kilka miesięcy później w tym samym miejscu Piotr Uklański pokazał zdjęcia aktorów, którzy w swojej karierze wcielali się w role nazistów. Zbulwersowany Daniel Olbrychski –jego portret też się tam znalazł – przyszedł na wernisaż z szablą i w towarzystwie ekipy telewizyjnej. W akcie sprzeciwu zniszczył kilka fotosów i zarzucił Uklańskiemu propagowanie nazizmu. Po tym wydarzeniu ekspozycję zamknięto.</p>
<p>Rok później, w 2001 roku, Dorota Nieznalska pokazała pracę „Pasja” – zdjęcie męskich genitaliów na krzyżu. Za <em>obrazę uczuć religijnych i znieważenie przedmiotu kultu religijnego</em> (Kodeks Karny, paragraf 196.) artystka została pozwana do sądu. Dopiero rok temu (sic) uniewinniono ją na podstawie artykułu 73. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, który mówi o <em>wolności twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolności nauczania, a także wolności korzystania z dóbr kultury</em>.</p>
<p>A „Piramida zwierząt”, praca dyplomowa Katarzyny Kozyry? Składała się ona z ustawionych na sobie martwych, wypchanych zwierząt: konia, psa, kota i koguta. Za tę pracę artystkę posądzono o brutalizm i znęcanie się nad biednymi stworzeniami.</p>
<p>Aby zrozumieć sztukę najnowszą, należy najpierw poznać jej przesłanie i kontekst. Prościej mówiąc – dowiedzieć się, co artysta miał na myśli. Może nie podchodzilibyśmy wtedy do sztuki tak emocjonalnie i sceptycznie? Bo przecież rzeźba Cattelana to papież, który ugina się pod ciężarem grzechów tego świata. Uklański w „Nazistach” pokazuje, jak w kulturze masowej funkcjonuje wizerunek „złego Niemca” – przystojnego i eleganckiego mężczyzny. Praca jest próbą zwrócenia uwagi na zatarcie prawdy o nazizmie. <em>Portret nazisty w kulturze masowej jest dla mnie najbardziej wyrazistym okazem przekłamywania prawdy o historii, o ludziach. Jest to dla mnie tym bardziej ważne, że stanowi główne źródło informacji o tamtych czasach, dla wielu jedyne</em> – tłumaczył artysta. A „Pasja”, która oprócz krzyża składa się z instalacji wideo, mówi przecież o problemie płci męskiej i kultu męskiego ciała. Nieznalska przyznała, że nigdy nie chciała nikogo obrazić. Katarzyna Kozyra z kolei chciała w swojej pracy zwrócić uwagę na problem zabijania zwierząt, a sama została o to posądzona.</p>
<p align="center">* * *</p>
<p>Na sztukę wpływ mają czas i miejsce, w jakich powstaje. Dwudziestowieczna trauma wojenna odcisnęła szczególne piętno na sztuce i jej historii. Artyści przestali ukazywać piękno świata. Przeciwnie – odeszli od figuracji, a poszli w stronę deformacji i abstrakcji. Twórcy w każdym państwie na swój sposób wyrażali wojenne doświadczenia. W Stanach Zjednoczonych był to ekspresjonizm abstrakcyjny, we Francji surrealizm, a w Niemczech ekspresjonizm niemiecki. Przyzwyczajeni jesteśmy do dzieła sztuki w formie obrazu, rysunku, rzeźby czy mebla. Przedmiotu, który chętnie widzielibyśmy w swoim domu. W czasach technologii cyfrowych, telewizji, a przede wszystkim komputerów i internetu nie powinno dziwić powstanie i rozwój takich mediów jak wideo art, instalacja, fotografia czy grafika komputerowa. Bo odzwierciedlają czasy, w jakich przyszło nam żyć.</p>
<p>Polityka, wojna, przemoc, seksualność, Kościół – to główne tematy poruszane dziś w sztuce. Mirosław Bałka często nawiązuje do zagłady Żydów. W instalacji „Mydlany korytarz”, w której czujemy zapach mydła, nasuwają się dwa skojarzenia – czystości i oczyszczenia, ale też Holocaustu. Z kolei Krzysztof Wodiczko na budynki użyteczności publicznej rzuca ogromne obrazy lub wideo, poruszając tematy przemocy, wojny, bezrobocia. Jego sztuka trafia do tysięcy często przypadkowych odbiorców i robi ogromne wrażenie. Natalia LL w latach siedemdziesiątych tworzyła fotografie, w których robiła kobietom zdjęcia w dwuznacznych sytuacjach. Był to na świecie czas sztuki feministycznej, z którą utożsamiała się artystka. Ważny jest kontekst i miejsce, w którym dane dzieło powstaje. Instalacja Bałki, wideo Wodiczki czy fotografia Natalii LL to media, które dają możliwość lepszego odbioru i wyrazu.</p>
<p align="center">* * *</p>
<p>Ile razy podczas oglądania wystawy sztuki najnowszej myślimy sobie: „Ja też tak potrafię!”? A przecież artysta, który tworzy na przykład malarstwo abstrakcyjne, ma też świetny warsztat artystyczny. Dlaczego więc tworzy abstrakcję? Bo idzie za tym idea, chęć wyrażenia nowych, głębszych wartości <del datetime="2011-05-31T15:24" cite="mailto:Anna%20Gogut"></del>przez sztukę. W tym miejscu najlepszym przykładem będzie „Czarny kwadrat na białym tle” (1913) Kazimierza Malewicza. Rosyjski artysta oprócz abstrakcji tworzył też prace figuratywne. A kwadrat namalowany na płótnie to wyraz idei suprematyzmu, zgodnie z którą figura ta jest symbolem przewagi człowieka nad chaosem.</p>
<p>Za inny przykład niech posłuży „Fontanna” (1917) Marcela Duchampa, będąca najzwyklejszym pisuarem. Umieszczony w przestrzeni galeryjnej i podpisany przez artystę „R.Mutt” (nazwiskiem rzekomego producenta urządzeń sanitarnych) stał się dziełem sztuki. Żaden problem wymyślić coś podobnego? To prawda. Jednak gdy prześledzimy cały dorobek artystyczny Duchampa, dowiemy się, że na początku tworzył piękne postimpresjonistyczne obrazy. A „Fontanna” to sztandarowy przykład <em>ready-made</em> (przedmiotu gotowego), który jest wyrazem wolności tworzenia i wypowiedzi.</p>
<p>Problem niezrozumienia sztuki nowoczesnej polega także na słabej edukacji i jej zaprezentowaniu. W Polsce prawie nie ma specjalistów od sztuki najnowszej. Oczywiście znajdzie się specjalista od antyku, średniowiecza, baroku, a nawet sztuki współczesnej. Ale już sztuka XXI wieku wydaje się być omijana szerokim łukiem albo uczona pobieżnie. I nieważne, czy jest to gimnazjum, liceum czy studia historycznosztuczne. A czy <del datetime="2011-05-31T15:26" cite="mailto:Anna%20Gogut"></del>czytelnik nie odnosi często wrażenia, że gdy przyjdzie na wystawę, brakuje mu opisów, podpisów pod pracami lub też ogólnego zarysu tego, co zaraz zobaczy? Kuratorstwo wystaw w Polsce często przygotowywane jest z myślą o osobach, które mają większe pojęcie o historii sztuki. Zatem problem leży także u podstaw.</p>
<p align="center">* * *</p>
<p>Do niedawna w Polsce nie istniało zbyt wiele miejsc, które dawałyby możliwość obcowania ze sztuką najnowszą. A nawet jeśli, to większość z nich nie spełniało koniecznych warunków – bo sztuka współczesna to często ogromne realizacje wymagające dużej przestrzeni. Dziś powstają nowe placówki – ms2 w Łodzi, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Krakowie (MOCAK), niedługo też w Warszawie. „Bywanie” w muzeach, które prezentują sztukę współczesną, zaczyna być modne. Niestety daleko nam jeszcze do zachodniej kultury chodzenia do muzeów, gdzie na przykład w weekendy do londyńskiego Tate Modern przychodzi więcej ludzi niż do centrum handlowego.</p>
<p>Sztuka najnowsza jest trudna. Wymaga doszukiwania się ukrytych znaczeń, wyjaśnienia samego twórcy czy historyka sztuki. Jest tak naprawdę dodatkiem do naszego życia. Czymś, bez czego większość z nas może żyć. Dlatego też przez poruszanie najprostszych, ale i najważniejszych tematów musi się wyróżniać, szokować. Inaczej byłaby po prostu niezauważalna.</p>
<p><strong>Kaja Werbanowska, </strong>absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz Art &amp; Business w Sotheby’s Institute of Art w Londynie. Publikuje w kwartalniku „Exit”, dwumiesięczniku „Take me” i artinfo.pl. Specjalizuje się w sztuce współczesnej i fotografii.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/12/sztuka-potrzebuje-skandalu/"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/12/sztuka-potrzebuje-skandalu/" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/12/sztuka-potrzebuje-skandalu/" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.przegladpowszechny.pl/2011/07/12/sztuka-potrzebuje-skandalu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

