przegląd powszechny założony w roku 1884 12/820/89 miesięcznik poświęcony sprawom religijnym, kulturalnym i społecznym JEZUICI - Warszawa WYDAWCA Prowincja Wielkopolsko-Mazowiecka Towarzystwa Jezusowego RADA REDAKCJI Witold Adamczewski SJ Jacek Ambroziak Henryk Bogacki SJ Jacek Bolewski SJ Kazimierz Dziewanowski Ryszard Otowicz SJ ZESPÓŁ REDAKCYJNY Tadeusz Filas SJ Michał Jagiełło Maria M. Matusiak Stanisław Opiela SJ (red. naczelny) Grzegorz Schmidt SJ OPRACOWANIE GRAFICZNE Teresa Wierusz REDAKTOR TECHNICZNY Jacek Herman-Iżycki „PRZEGLĄD POWSZECHNY" Redakcja i Administracja ul. Rakowiecka 61 02-532 Warszawa tel. redakcji 48-91-31 w. 211 49-02-39 tel. administracji 48-91-31 w. 214 48-09-78 PRENUMERATA roczna 8250 zł za 1 półrocze 4500 zł za II półrocze 3250 zł cena egzemplarza 750 zł Wpłaty Bank PKO VI Oddział w nr konta 1560-51624-136 ul. Bagatela 15 00-585 Warszawa Warszawie Prenumerata wyłącznie za pośrednictwem administracji „Przeglądu Powszechnego". Część nakładu jest do nabycia w kioskach „Ruchu" i w katolickich księgarniach. Skład i druk: Oficyna „Przeglądu Powszechnego", Warszawa, ul. Rakowiecka 61 Zam. 2/87, (A-37), nakład 8000+350 egz., ark. druk. 10,0 Papier druk. kl. V, 71 g., format Al Numer zamknięto 12 X 1989 r. Materiałów nie zamówionych redakcja nie zwraca Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. /.../ Albowiem Dziecię nam się narodziło. Iz 9,1.5 Aby łaska okazana przez Boga umacniała siły, stanowiła zachętę do wytrwałości oraz niewyczerpane źródło nadziei i wiary, życzy swoim Czytelnikom i Sympatykom Redakcja „PP" Boże Narodzenie 1989 Spis treści ks. Adam Przybecki Polskiego duszpasterstwa zmaganie się ze mszą świętą Duszpasterstwo w Polsce jawi się jako zespół luźnych i samo­ istnych inicjatyw, pozostających co najwyżej w ograniczonym związku ze mszą świętą. Zdzisław Najder Bitwa o umysł (dokończenie) W Polsce po 1946 r. stworzono bazę ekonomiczno-społeczną dlą „socjalistycznej" nadbudowy i głoszono ewidentną naukowość marksizmu, a mimo to walka w dziedzinie myśli była prowadzona przede wsiystkim środkami fizycznymi. Janusz Gazda 327 343 Ideologia przeciw moralności: w kręgu Pawlika M o r o z o w a (dokończenie) 364 Rewolucja rozumiana jako proces ciągły nie tyle odbyła się, ile zaczęła w 1917 r. Miała trwać w nieskończoność i polegać na robieniu nieustannych eksperymentów z człowiekiem. Stanisław Czapiewski SJ Przez zakratowane okienka. Wspomnienia syberyjskie (dokończenie) Wspomnienia polskiego jezuity deportowanego w połowie czerwca 1941 r. z Wilna do obozu na Syberii. Anna Micińska Aleksander W a t - elementy do portretu. Ballada więzienna . Wspomnienia A. Wata (1900-1967) z pobytu w rosyjskich wię­ zieniach i na zesłaniu przybliżają postać poety przywracanego polskiej kulturze po latach anatemy. Aleksander Wat Wiersze 395 379 409 325 Zrozumieć Grudzień (Andrzej Urbański) Bojkot? - Tak (Andrzej Dziurdzikowski) U w a g i o ratownictwie tatrzańskim (Władysław Cywiński) Notatki z Ziemi Świętej (II) (Małgorzata i Konrad Kucza-Kuczyńscy) Ucieczka z wielkiego m i a s t a (Roman Warszewski) 412 427 434 443 452 Książki - W. Chrostowski: Chrystologia w sytuacji dialogu (John Pawlikowski, „Jesus and the Theology of Israel") 461 W. Roszkowski: Wzrost i upadek wielkich mocarstw (Paul Ken­ nedy, „The Rise and Fali of the Great Powers") 464 Sztuka - J. S. Wojciechowski: Czerwone i czarne („Czerwone i białe", Hala „Gwardii"; „Polak, Niemiec, Rosjanin", d. Zakłady Norblina; Warszawa, sierpień - wrzesień 1989 r.) 468 Teatr - A. Szymańska: Czyste szaleństwo (Teatr St. I. Witkiewicza w Zakopanem, „Sonata b" według Stanisława I. Witkiewicza, „Jak wam się podoba" Williama Szekspira, reżyseria -'Andrzej Dziuk) 472 Książki nadesłane 478 Sommaire abbé Adam Przybecki L a pastorale polonaise au x prises avec la sainte M e s s e La pastorale en Pologne apparaît com m e un ensemble d'initiatives isolées et autonom es, offrant un rapport lim ité avec la sainte Messe. Zdzisław Najder Pour conquérir les esprits (fin) Malgré la m ise en place infrastructure économ ique et sociale propre à servir de base à une superstructure ..socialiste", et en dépit de la proclamation du caractère scientifique du marxisme, c'est esentiellem ent par contrainte physique au sens large du terme que les com m unistes en Pologne ont mené leur ..bataille des esprits" pour se les subjuguer. Janusz Gazda L'idéologie contre la morale: d a n s l'u nivers de Pavlik Morozov (fin) Comprise com m e processus, ce n'est pas que la révolution s'ac­ complit en 1917, date qui n'en a marqué que l'amorce. Elle devait durer indéfinim ent et consister en une incessante expérim entation sur l'hom m e. Stanisław Czapiewski SJ A travers des fenêtres grillées. Souvenirs de Sibérie (fin) 379 Témoignage d'un jésuite polonais déporté à la mi­juin 1941 de Vilno dans un camp en Sibérie. Anna Micińska Aleksander W a t - éléments pour un portrait. L a ballade carcérale Les souvenirs d'Aleksander Wat (1900-1967) de sa détention dans des prisons soviétiques et de sa déportation en URSS nous rapprochent ce poète restituée à la littérature polonaise au bout des années d'anathème. Aleksander Wat 327 343 364 395 Poésies E s s a i s et comptes rendus 409 412 przegląd powszechny 12'89 327 Ks. Adam Przyhecki Polskiego duszpasterstwa zmaganie się ze mszą świętą Być może srebrny jubileusz „Constitutio de Sacra Litur­ gia" II Soboru Watykańskiego, który minął w ubiegłym roku, byłby wystarczającym uzasadnieniem poniższych rozważań. Istnieją jednak inne jeszcze - kto wie czy dla Kościoła spełniającego swą pastoralną posługę w Polsce nie ważniejsze - powody, dla których podjęcie tego zagadnienia jawi się wprost j a k o wezwanie. Chodzi przede wszystkim o czas mierzony dniami upływającymi od chwili skądinąd wzruszającego i podniosłego momentu zakończenia II Kra­ jowego Kongresu Eucharystycznego. Wspomnieć też należy, mniej czy więcej wyraźnie głoszoną i dyskutowaną tezę, zgodnie z k t ó r ą - j a k się twierdzi w pewnych kręgach konsekwentna recepcja Vaticanum II dokonała się u nas jedynie w zakresie odnowy liturgii. Pamiętne i odtąd wielokrotnie aż d o znudzenia cytowane w publikacjach zdanie soborowej Konstytucji przypomina, że: Liturgia jednak jest szczytem, do którego zmierza dzia­ łalność Kościoła, i jednocześnie jest źródłem, z którego wy­ pływa cała jego moc . Istotne znaczenie tego sformułowania wynika przede wszystkim z faktu podkreślenia, że liturgia nie tylko odzwierciedla sakramentalną strukturę Kościoła, ale także zajmuje centralne miejsce wśród jego czynności i zadań. By uniknąć nieporozumień, ważne jest dostrzeżenie wcześniejszego określenia odnotowanego w tej samej Kon­ stytucji, według którego liturgia nie wyczerpuje całej działal­ ności Kościoła (KL 9). W niczym zatem nie umniejszając potrzeby innych czynności liturgia jest z natury swojej szczy­ tem i źródłem całego posłannictwa Kościoła, ponieważ w niej osiąga o n w najwyższym stopniu cel wszelkiej działal­ ności pasterskiej, mającej ostatecznie doprowadzić do Boga 1 ' Konstytucja o liturgii świętej, w: Sobór Watykański II. Konstytucje, dekrety, dekla- " racje. Tekst iacińsko-polski, Poznań 1968, nr 10. 328 przez Chrystusa. T a droga realizacji posłannictwa Kościoła w liturgii j a k o szczycie i źródle została określona przez samego Boga. Odtąd uczestnictwo w tajemnicy Chrystusa przez wiarę i sakramenty jest konieczne do osiągnięcia zba­ wienia. T a k więc akt wiary - jak podkreślają komentatorzy - winien zawierać choćby niewyraźne pragnienie przyjęcia sakramentów, one zaś nie powodują swego skutku bez wiary. Z kolei wszystkie sakramenty skupiają się wokół Eucharystii, udzielając łaski tylko o tyle, o ile w ich przyjęciu kryje się mniej czy więcej wyraźnie zawarte pragnienie przy­ jęcia Eucharystii. O n a jest celem wszystkich sakramentów i wraz z nimi stanowi ów wspomniany szczyt oraz źródło życia Kościoła . Lata, które minęły od zakończenia II Soboru Watykań­ skiego, znaczone były w dziedzinie odnowy liturgicznej bar­ dzo złożonymi procesami przeobrażeń. Ich wynikiem jest niezmiernie skomplikowany obraz doświadczeń, które ukształtowały świadomość poszczególnych Kościołów lokalnych, nawiedzonych tu i tam stagnacją, a nawet, boles­ nym regresem uczestnictwa wiernych w liturgii eucharysty­ cznej. Na tym tle polska sytuacja wypowiadająca się zatło­ czonymi w każdą niedzielę świątyniami bywa odczytywana j a k o szczególny fenomen, budzący zrozumiałe zaintereso­ wanie i przedmiot wnikliwej obserwacji. Zakończony przed dwoma laty w obecności J a n a Pawła II Krajowy Kongres Eucharystyczny, a także zjawiające się w pewnych wypo­ wiedziach akcenty samozadowolenia i triumfalizmu, skła­ niają d o spokojniejszej analizy tego bezsprzecznie zdumie­ wającego faktu. Rodzi się przede wszystkim pytanie o to, w jakim stopniu rzeczywistość ta jest wynikiem zamierzonej działalności duszpasterskiej, wyrosłej z przemyślenia i przemodlenia soborowego dziedzictwa, wjakim zaś stanowi owoc innych, może nie zawsze najistotniejszych, co nie zna­ czy złych inspiracji. 2 O d rutyny do sukcesu, czyli msza ś w i ę t a w polskim duszpasterstwie Refleksja wokół roli i znaczenia Eucharystii w życiu rodzimej wspólnoty kościelnej obudzona, przynajmniej w pewnych kręgach polskich katolików, kongresowymi przy­ gotowaniami stała się okazją kolejnej oceny tzw. odnowy 329 liturgicznej zainspirowanej przez Vaticanum II. Rzeka pu­ blikacji, tych przed kongresem i tych p o jego zakończeniu, przyniosła górę teoretycznych rozważań, skądinąd potrzeb­ nych i ważnych, natomiast ze świecą szukać odważnych i uczciwych analiz liturgicznej praxis. Te, które ujrzały światło dzienne, przypominają wątłą strużkę pośrodku upalnego lata. A przecież idea kongresu, obok zewnętrz­ nego uczczenia Eucharystii, niesie wezwanie do rewizji stopnia naszej świadomości eucharystycznej. Czyżby sprawa przedstawiała się tak wspaniale, że nie wymaga wspólnego namysłu i podjęcia drogi wprost ewangelicznego nawrócenia? Osobiście śniło mi się powszechniejsze poru­ szenie, chociażby na wzór tego, jakie wywołały na początku lat siedemdziesiątych publikacje zamieszczone na ten temat w „Tygodniku Powszechnym" przez ks. A d a m a Boniec­ kiego, „wietrzącego" odnowę Tadeusza Żychiewicza czy ks. prof. Franciszka Blachnickiego . Spodziewałem się, że jeśli nie co innego, to REKOLEKCJE EUCHARYSTYCZNE, które w obli­ czu naszej opieszałości przyszło poprowadzić samemu Ojcu Świętemu staną się wreszcie powodem wspomnianego poru­ szenia. Nie można zatem dziwić się bolesnym dla nas stwier­ dzeniom, niekiedy może nawet złośliwym, że polską p o ­ bożność eucharystyczną obrazuje najlepiej ów - salva reverenda utrudzonym organizatorom - szczególny pojazd przemierzający warszawskie ulice podczas uroczystej p r o ­ cesji w dniu zakończenia kongresu. * Przeprowadzona w Polsce p o II Soborze Watykańskim odnowa liturgiczna bezsprzecznie ożywiła uczestnictwo wiernych we mszy świętej, istotną rolę odegrała tutaj decyzja o wprowadzeniu do oficjalnych nabożeństw języka narodowego, co uznać muszą nawet przeciwnicy tego roz­ wiązania, przez długie lata nie mogący się z nim pogodzić. Pozostaje oczywiście pytanie, j a k dalece można zaakcepto3 Por. S. Cżerwik, Wprowadzenie do Konstytucji o liturgii świętej, tamże, s. 33-34. Por. A. Boniecki; Na paryskim bruku, „TP ~ 1972, nr 47 i następująca po nim dyskusja: T. Żychiewicz, Szósty Francuz. Wietrzyć odnowę, „TP" 1973, nr 1 ; S. Wilka­ nowicz, Rachunek sumienia szóstego Francuza, „TP" 1973, nr 3; Po artykule „Szósty Francuz" (listy czytelników), tamże; „Szóstego Francuza" ciąg dalszy (listy czytelni­ ków), „TP" 1973, nr 5; F. Blachnicki, Prawdy i mniemania. Na marginesie dyskusji wokół „Szóstego Francuza", „TP" J973, nr 8; A. Boniecki, I może przyjdzie ktoś najbardziej prosty, tamże. 2 3 lt 330 wać całkowitą eliminację łacińskiej tradycji, dokonującą się obok czy wielokrotnie wbrew intencjom Kościoła za sprawą bigotów odnowy'- żeby odwołać się do określenia jednego ze znanych publicystów! Niezależnie jednak od wszystkich zastrzeżeń język narodowy w liturgii otwarł przed jej uczest­ nikami nie dostrzegane dotąd w pełni bogactwo treści świę­ tego misterium. Jeszcze wyraźniejsze stało się wezwanie, które jest adresowane d o każdego człowieka. Zrodziła się oto - przy koniecznym minimum otwartości - szansa.przełamania bezdusznej i rutynowej jeno obecności na mszy św. wspieranej dotychczas m.in. barierą niezrozumiałego dla większości języka. W tym sensie można chyba mówić tutaj o najbardziej spektakularnym etapie odnowy, stosunkowo łatwym do przeprowadzenia. W miarę j e d n a k zgłębiania dotąd mało zrozumiałych treści wymagania wiernych zaczęły rosnąć. Z całą ostrością zauważali oni niedbałość w recytacji tekstów mszalnych, niekiedy wprost lekceważący sposób sprawowania Naj­ świętszej Ofiary, jak również brak duchowego wyciszenia i skupienia oraz wewnętrznego ZAPLECZA U tych, którzy prze­ wodniczą zgromadzeniu eucharystycznemu. Refleksja ta nabierała szczególnego znaczenia na tle działalności pewnej grupy duchownych, dla których odnowa liturgiczna stała się bardzo wdzięcznym polem zewnętrznej aktywności. Uczy­ nili oni ze mszy św. teren ćwiczebny do tego stopnia, że uczestnictwo w niej bardziej przypominało wojskową musz­ trę aniżeli sprawowanie wielkiej tajemnicy wiary. Nie­ ustanne admonicje, nie znające końca komentarze, które przesłaniały prostotę słowa Bożego, czy wreszcie nękający instruktaż na temat najwłaściwszej p o n o ć postawy ciała oto tylko część.instrumentów szkolenia. Dla rozbieganych wewnętrznie celebransów prawdziwą męką stawały się chwile ciszy zalecane przez nowe „Ordo Missae" w kilku miejscach akcji liturgicznej. Zreformowana bowiem w swym zewnętrznym kształcie po II Soborze Watykańskim celebracja eucharystyczna zakłada duchową głębię życia tego, który przewodzi zgromadzonemu wokół ołtarza ludowi. Rosnące na tym tle wewnętrzne napięcie, u pewnej przy­ najmniej grupy wiernych, przełamywała liturgia sprawo­ wana w r a m a c h pojawiających się z czasem, coraz liczniej 331 grup i ruchów religijnych. Wolny od nerwowej bieganiny i nieustannego popędzania ze strony księdza kształt mszy św. stawał się swoistą oazą dla ludzi umęczonych hałasem,duchową p u s t k ą l - niestety - szokującą błazenadą panującą w niektórych zgromadzeniach liturgicznych. Jednakże ten • specyficzny charakter małych wspólnot zc względu na izola­ cję od większych społeczności zaowocował tu i tam dewia­ cjami, które są drugim krańcem wspomnianej wcześniej rutyny i aktywizmu. Płaczliwe zawodzenie, wielogodzinne roztrząsanie wobec wspólnoty własnych „wydaje mi się", „ja sądzę, że Pan Bóg powinien", nie kończąca się litania poleceń wydawanych Bogu na najbliższy tydzień przy okazji modlitwy powszechnej, a wszystko to kosztem otwarcia na innych i w atmosferze przerażającego CHCIEJSTWA, które nie owocuje czynami miłości wobec ludzi spotykanych na d r o ­ dze własnego życia. Osobny problem posoborowej świadomości eucharysty­ cznej Kościoła w Polsce stanowi ograniczenie liturgii wyłą­ cznie d o mszy św. Objawia się on z jednej strony nie prze­ myślaną eliminacją wielu nabożeństw paraliturgścznych, z drugiej - przesadnym mnożeniem liczby mszy św. Pierwsze spowodowało zubożenie skarbca typowo polskich n a b o ­ żeństw wyrosłych na gruncie rodzimej i oryginalnej tradycji, drugie wpłynęło na dewaluację w świadomości wiernych samej celebracji eucharystycznej, kapłanów zaś wystawiło na próbę nieustannych binacji i trynacji mszy św., a w ostateczności ulegania groźnej rutynie. Zapaleńcy odnowy zauroczeni przemianami zapomnieli, że niektóre z nowych propozycji liturgicznych mają swoje odpowiedniki w trady­ cyjnych nabożeństwach ciągle jeszcze żywych, przynajmniej w pewnych regionach Polski, i że m o ż n a było owe istniejące nabożeństwa uzupełnić jedynie nowymi elementami, któ­ rych wprowadzenie postulowały dokumenty posoborowe. Dotyczy to chociażby tzw. nabożeństw słowa Bożego moż­ liwych do wpisania w nieszpory niedzielne czy nabożeństw pokutnych, mających swe odpowiedniki w polskich Gorz­ kich Żalach czy Drodze Krzyżowej. Efektem tychże p o ­ spiesznych poczynań jest dzisiaj w większości parafii rze­ czywisty zanik jednych i drugich. Także w jakiejś mierze charakterystyczny dla polskiej religijności fakt wiązania mszalnego misterium z ważnymi 332 wydarzeniami społeczno-narodowymi przy całej głębokiej wymowie religijnej tej rzeczywistości niesie wiele zagrożeń świadomości eucharystycznej. Potrzeba doprawdy dużej wrażliwości i duchowego wyrobienia, zarówno u kapłanów jak i świeckich wiernych, aby uchronić to specyficzne zgro­ madzenie od pokusy przenoszenia doświadczeń i nawyków nabytych podczas ulicznych wieców i manifestacji. Na kan­ wie wydarzeń ostatnich zwłaszcza lat odczuwa się w więk­ szych zbiorowościach liturgicznych nieustanne napięcie między stylem przeżywania mszy św. j a k o obecności we wspólnocie pielgrzymów wiary a wizją zastępczego wiecu czy galowej akademii zorganizowanej z takiej czy innej okazji. Towarzyszy temu wielokrotnie barbaryzacja obycza­ jów objawiająca się, delikatnie mówiąc, brakiem osobistej kultury i niegrzecznością wobec innych uczestników zgro­ madzenia liturgicznego. Wreszcie nie sposób przemilczeć faktu ciągle ograniczo­ nego u nas zaangażowania świeckich wiernych w spełnianie właściwych im funkcji liturgicznych. Zdumienie budzi ol­ brzymia klerykalizacja liturgii, jaką ciągle jeszcze można obserwować, mimo upłynięcia 25 lat od chwili zakończenia Vaticanum II. Tej skazy nie była pozbawiona nawet cele­ bracja Kongresu Eucharystycznego, kiedy to zaangażowa­ nie laikatu ograniczało się dp uczestnictwa w procesji z darami czy ewentualnie do lektury jednego z wezwań m o ­ dlitwy powszechnej. Niewiele w Polsce można znaleźć parafii, w których z zasady, a nie tylko od wielkiego święta, świeccy wierni wypełniają podczas mszy św. właściwe im posługi.. Nierzadko także w tej sytuacji z niezmiernie wielką pieczo­ łowitością dba się o to, aby zatrzeć wszelkie zewnętrzne znaki ich przynależności do stanu świeckiego. D u s z p a s t e r s t w o , k t ó r e j e s t drogą do o ł t a r z a Centralna rola Eucharystii, w której właściwie wypowiada się sama istota duszpasterstwa, bywa niekiedy ukazywana w obrazie drogi prowadzącej do ołtarza, a p o spełnieniu Naj­ świętszej Ofiary - od ołtarza ku człowieczej codzienności. Gdyby pozostać przy tym obrazie, to trzeba stwierdzić, że etap drogi prowadzący w stronę ołtarza wygląda u nas jeszcze stosunkowo dobrze, gorzej natomiast sprawy przed- 333 stawiają się w relacji powrotnej. Ciągle jeszcze m a m y wypełnione wiernymi świątynie, co niejednego przyprawia o gigantyczny zawrót głowy, zwłaszcza wtedy, kiedy punktem odniesienia stają się bolesne doświadczenia Zachodu. Ludzie odczuwają mniej czy więcej wyraźną potrzebę obec­ ności na niedzielnej mszy św. Nie przeżywamy też, dzięki Bogu, tak wielkiego braku księży, jak to bywa w innych Kościołach lokalnych. Jednakże stan ten nie może przesła­ niać n a m całej prawdy o sytuacji. Coraz częściej zjawia się pytanie, w jakim stopniu owo ciążenie ku ołtarzowi jest wynikiem świadomego wyboru wiary. Nie brak bowiem stwierdzeń, które sugerują ruty­ nową obecność na mszy Św., opartą głównie na sile ciągle żywej w Polsce tradycji tzw. chodzenia do kościoła w nie­ dzielę. Wskazuje się również na zastępcze traktowanie li­ turgii eucharystycznej j a k o ucieczki dla ludzi psychicznie osłabionych, nie wytrzymujących wielkich napięć naszej codzienności. Objawia się to w postawach odrywania mszy św. od realiów życia, sprowadzania jej d o uczestnictwa w miłej wyłącznie atmosferze spotkania przyjacielskiego, bez podejmowania wezwań, które przynosi Najświętsza Ofiara. Niepokój budzi także przejmująca bierność wyglądająca cudu, który by zastąpił ludzki wysiłek i odpowiedzialne zaangażowanie. Przy wszystkich pozytywach sytuacji wydaje się, że nasze zorientowanie w stronę ołtarza jest tylko pozorne i zewnętrz­ ne. To prawda, że akcentujemy wyraźnie obecność przy ołtarzu, ale nie stanowi on centrum duszpasterstwa. Ołtarz jest jakby przybudówką do -czegoś, co biegnie zupełnie innym nurtem obok niego, Ślady takiego myślenia można odnaleźć nawet w koncepcji nowych świątyń, tak licznie u nas ostatnimi czasy powstających, gdzie przestrzeń sakralna nie jest organizowana wokół ołtarza. Wszystko tam jest ważne i piękne, tylko nic miejsce Najświętszej Ofiary. Nasze duszpasterstwo jawi się raczej j a k o zespół luźnych i samoistnych inicjatyw, pozostających co najwyżej w ograni­ czonym związku ze mszą św. Wielokrotnie Eucharystia sta­ nowi jedynie nobliwą ozdobę czy tło dla innych - jak powia­ damy - istotniejszych działań, będących owocem ludzkiej przemyślności. Katecheza pozostaje działaniem samym dla siebie, swoistą repliką chorej polskiej szkoły, zatracając cha- 334 rakter inicjacji wiary. Jej związek z Najświętszą Ofiarą sprowadza się do obowiązkowej AKADEMII przy ołtarzu z okazji rozpoczęcia i zakończenia roku katechetycznego czy pierwszopiątkowej komunii św. kwitowanej niejednokrotnie podpisem księdza lub katechety. Podobnie rzecz ma. się z pojmowaniem sakramentów, które odrywane od źródła, jakim jest dla nich Eucharystia, urastają do roli kolejnego jedynie środka wychowawczego, tym skuteczniejszego, że popartego już nie tylko ludzkimi, ale nadprzyrodzonymi sankcjami. Bywa, że nawet poszczególnych części mszy św. nie traktuje się w powiązaniu z całością Najświętszej Ofiary, czego najwymowniejszym przykładem staje się kazanie, pojmowane przez pewną grupę księży j a k o centrum nie­ dzielnego zgromadzenia bez jakiegokolwiek odwołania się do sprawowanego tu i teraz misterium Eucharystii. Zewnętrzny jedynie charakter nakierowania duszpaster­ stwa na ołtarz potwierdza także bierność dostrzegania w postawie uczestników liturgii eucharystycznej. Wierni świeccy przekonani, że organizacja liturgii jest wyłącznie domeną kapłana, nie wykazują zbytniego zaangażowania w przygotowanie świętego zgromadzenia. Nastawiają się w większości na przyjmowanie tego, co zastają w danym miejscu. Księża zaś - poza nielicznymi wyjątkami - wyka­ zują tendencję mechanicznego niejako powielania raz ukształtowanych wzorców i nie starają się pobudzać świec­ kich do inwencji w tym względzie. Sytuacja stale jeszcze wypełnionych świątyń w jakiejś mierze nie zmusza żadnej ze stron do podjęcia poszukiwań. W efekcie pogłębia się postawa rutynowego uczestnictwa, gdzie nikt nie czuje się zobligowany do zmiany czegokolwiek. Wspomniane zjawi­ sko rysuje się jeszcze wyraźniej na tle budzącego wielki szacunek starania naszych sióstr i braci ze wspólnot kościel­ nych dotkniętych bolesnym procesem laicyzacji. Chciałoby sic przenieść do naszych tłumnych zgromadzeń choć cząstkę ogromnej troski i zaangażowania w przygotowanie mszy ŚW., jakie tam możemy spotkać, mimo że świątynie wypeł­ niają jedynie kilkunastoosobowe gremia wiernych. Jakie zatem podjąć inicjatywy, aby tę naszą drogę do ołtarza, w licznych sytuacjach już tylko zewnętrznie żywotną, pogłębić i wpisać w całokształt duszpasterskiego działania? 335 Punkt wyjścia z całą pewnością stanowi permanentnie budzona, zarówno wśród kapłanów jak i świeckich wier­ nych, świadomość wielkości oraz znaczenia misterium, które aktualnie sprawujemy i w którym uczestniczymy. Będzie to podtrzymywana pamięć o wielorakiej obecności Chrystusa w zgromadzeniu liturgicznym, także pamięć o znaczeniu i wymowie poszczególnych MIEJSC celebrowanej liturgii, wyrażająca się wrażliwością na święte znaki. Nic bez wpływu na taką postawę pozostaje sam sposób sprawowa­ nia Najświętszej Ofiary przez kapłana, który ułatwia lub utrudnia dostrzeżenie jej sakralnego charakteru. Winna ona pozostać wolna od stale obecnej pokusy przenoszenia czysto świeckich wzorców i zachowań. Równocześnie trzeba zadbać o wyraźne powiązanie litur­ gii z tym, co określa codzienność jej uczestników. Nie może stać się ona miejscem ucieczki dla ludzi, którzy stronią od podjęcia odpowiedzialności za świat i powierzone im przez Boga zadania. Dlatego nieustannie należy się strzec przero­ stu formy nad treścią, co dzisiaj jawi się - zwłaszcza w liturgii środowisk młodzieżowych i mniejszych wspólnot j a k o stale żywe zagrożenie/Niewątpliwie duże znaczenie ma przyjacielska atmosfera tworzona w poszczególnych zgro­ madzeniach, ale nie jest ona ostatecznym celem. Trzeba także zadbać, aby rozbudowanej i skądinąd przepięknej oprawie muzycznej pewnych zgromadzeń liturgicznych towarzyszyła także pogłębiona w swej treści homilia, uświa­ damiająca wymiar sprawowanej Ofiary oraz uwrażliwiająca na zobowiązania, jakie przynosi czytane w niej słowo Boże. W przeciwnym razie zamienią się one jedynie we wspaniałe koncerty, które będą gromadziły fanów takiej czy innej muzyki. Ważne jest również przestrzeganie podczas mszy św. granicy między zdrową spontanicznością a koniecznym minimum dyscypliny charakterystycznej dla postawy czło­ wieka, który świadomy prawdy o samym sobie pragnie jak najpełniej otworzyć się na Boga. Kolejny postulat dotyczy katechezy dziecięcej i młodzie­ żowej. Winno sieją powiązać wyraźniej z wprowadzeniem w tajemnicę mszy św. dokonywanym w ramach samej liturgii. G o d n a uwagi jest propozycja, aby dla każdej grupy kateche­ tycznej choćby raz na kwartał sprawować Najświętszą Ofiarę, którą by przygotowali jej uczestnicy. Możliwości, 336 jakie dla formacji liturgicznej stwarza mała wspólnota, nie zastąpi bowiem uczestnictwo w liturgii wielkiego i tłocznego zgromadzenia. Z tego ostatniego pozostanie najczęściej wspomnienie ciżby ludzkiej i widok pleców osoby stojącej przede mną. Aby człowiek był zdolny uwolnić się od tych negatywnych doświadczeń i mimo wszystko odnalazł swoje miejsce w niekiedy bardzo licznym niedzielnym zgromadze­ niu, musi kilka przynajmniej razy w życiu stanąć tak blisko ołtarza, że zobaczy niejako samo serce misterium. Wtenczas nawet największy tłok, najgorsze warunki nie przesłonią samej istoty tego, co jest sprawowane na ołtarzu. Inną sprawą jest przezwyciężenie postępującej barbaryzacji i infantylizacji obyczajów coraz bardziej przenikają­ cych styl sprawowania i uczestnictwa we mszy św. Dotyczy to zarówno języka używanego podczas liturgii, który niepo­ kojąco zaczyna przypominać gazetową nowomowę, oraz banału obecnego w pieśniach kościelnych zastępowanych przez tzw. piosenkę religijną, jak i kolejkowo-stadnych zachowań rodem z naszej zwulgaryzowanej codzienności. Niebezpieczeństwo tych zjawisk nabiera znaczenia w chwili, gdy uświadomimy sobie istotny wpływ liturgii na kształ­ towanie modlitewnej praxis jej uczestników. Trzeba też zwracać uwagę na sposób sprawowania Eucharystii przez celebransa, zagrożony swoistym niechlujstwem, obecnym w recytacji tekstów mszalnych czy graniczącym z lekcewa­ żeniem świętego misterium stylem zachowania się przy ołtarzu. Wielokrotnie towarzyszy temu autentyczne prag­ nienie uwolnienia liturgicznej celebracji od rzekomego bizantynizmu. Wśród inicjatyw pogłębienia naszej drogi do ołtarza nie sposób przemilczeć propozycji ożywienia tradycji katechez mystagogicznych związanych ze sprawowaną aktualnie mszą św. Wydaje się, że winna ona na trwałe zagościć w liturgii dni powszednich, w której bierze udział w większości stałe grono osób. Dla wiernych, choćby intuicyjnie wyczu­ wających wagę i znaczenie codziennego udziału we mszy Św., to systematyczne wprowadzenie w tajemnicę Najświęt­ szej Ofiary może się stać źródłem pełniejszej formacji chrześcijańskiej. Równocześnie ludzie ci stworzą świadomą grupę uczestników niedzielnej liturgii, którzy swoim stylem obecności i zaangażowania pomogą pozostałym wiernym 337 dostrzec pewien wzorzec własnego przeżywania Eucharystii konkretnej wspólnoty parafialnej. Wbrew wszystkiemu nie wolno lekceważyć tutaj roli i wpływu określonych wzorców, które dla większości wiernych mają z całą pewnością więk­ sze znaczenie w kształtowaniu ich podejścia d o mszy św. niż najmądrzejsze pouczenia czy instruktaże docierające z wysokości ambony. W ślad za tym winno podążać pełniejsze włączenie świec­ kich wiernych w sprawowanie należnych im funkcji w litur­ gii, czego zresztą od lat domagają się oficjalne dokumenty kościelne. Trzeba zrozumieć, że kwitnąca u nas kłerykalizacja liturgii z całą pewnością nie ułatwia laikatowi odnalezie­ nia, własnej podmiotowości w ramach zgromadzenia eucha­ rystycznego. Stąd konieczność szerszego włączenia odpo­ wiednio do tego przygotowanych świeckich, chociażby w lekturę czytań mszalnych, wezwań modlitwy powszechnej, które mogliby wespół z księdzem wcześniej sformułować, czy ogłoszeń parafialnych. Księża muszą zrozumieć, że msza św. będzie ważna nawet wtedy, kiedy i oni w pewnych momentach celebracji eucharystycznej będą słuchaczami słowa Bożego, i że spełniając funkcje należne świeckim czy­ nią to zawsze w ostateczności. Być może w niejednym przy­ p a d k u trzeba będzie popracować n a d cnotą pokory, która ułatwi p o h a m o w a n i e zbytnio rozwiniętego przekonania o własnych niezastępowałnych uzdolnieniach czy nadmiernej skłonności do dominacji we wspólnocie. Celebrans przede wszystkim winien pracować nad własną dojrzałością duchową, tak by stawał się z każdym dniem coraz bardziej świadom odpowiedzialności za swoją i powierzonych mu wiernych drogę do ołtarza. Nie do przyjęcia jest postawa celebransa, który zatraca własną tożsamość przewodzącego zgromadzeniu liturgicznemu, stając się wyłącznie entuzja­ stycznym uczestnikiem określonej przez konkretną wspól­ notę atmosfery przyjacielskiego tylko spotkania. Pośród formułowanych propozycji należałoby wspom­ nieć o konieczności wiązania homilii z czytanym podczas mszy św. słowem Bożym, a także odniesieniem jej do aktualnie sprawowanego misterium Eucharystii. Zaniedba­ nie tej sprawy przyczynia się d o zagubienia w świadomości wiernych sakralnego charakteru tworzonego zgromadzenia. Jego kształtowaniu mają również służyć nakazane w 338 ramach celebracji eucharystycznej chwile ciszy i skupienia, będące męczarnią dla wszelkiego rodzaju aktywistów i ludzi wierzących jedynie w moc własnego słowa. Nie należą do odosobnionych głosy, którym świadectwo daje opubliko­ wana w jednym z polskich miesięczników wypowiedź: Słu­ chać nie znaczy słyszeć - mówi. mi pewien starszy znajomy, zaangażowany w Kościele katolik. - Ja bym to wiązał z inflacją słów w Kościele. Popatrz, ile czasu trwa Liturgia Słowa wraz z homilią - ciekawe, że im mniej dany kaznodzieją ma do powiedzenia, tym dłużej prawi. Przed Soborem, który zabrał nam mszę ojców, może i niektórzy wierni zasypiali w ławkach. Ale inni mogli choć raz w tygodniu skupić się, odciąć od powszechnego zgiełku, pomyśleć trochę o Bogu i o sobie, pomodlić się po własnemu z głębi duszy, a nie na ogólną komendę. Muzykę kościelną też zarżnięto, bo to, co teraz upycha się między zbiorowe recytacje, to nie jest w ogóle muzyka. Na tle ciszy czy organów mowa wrażała się w pamięć . Niektórym celebransom warto by przypomnieć, że w obowiązującym mszale mamy do dyspozycji dziesięć wersji modlitwy eucharystycznej, a nie tylko jedną, tę najkrótszą, używaną dzień w dzień w wielkim pośpiechu, bo ponoć zawsze nie starcza czasu. Z n a m takich, którzy po wydaniu nowego mszału proponowali druk jego wersji uproszczonej z standardowymi jeno tekstami i drugą - najbardziej zwięzłą - modlitwą eucharystyczną, bo przecież kto miałby cierpli­ wość wyszukiwania odpowiednich na dany dzień formula­ rzy. Tymczasem owo bogactwo tekstów ma służyć m.in. pogłębieniu naszego uczestnictwa we mszy Św., stąd postu­ lat pełniejszego ich wykorzystania. A jest to przecież nie tylko kwestia treści modlitwy eucharystycznej, ale także wielorakość aklamacji i admonicii, błogosławieństw i mo­ dlitw, prefacji oraz formularzy mszalnych itp. "Wreszcie na koniec warto zwrócić uwagę na formę tzw. nabożeństw eucharystycznych, które mogą mieć wpływ na tę drogę, którą człowiek pokonuje w stronę ołtarza. Nie ulega wątpliwości, że w tradycyjnym swym kształcie wspom­ niane nabożeństwa przeżywają znaczny kryzys. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy - jak się wydaje - jest ich zdominowanie przez słowo na niekorzyść milczenia i ele­ mentu indywidualnej adoracji. Być może w przeszłości ist4 339 niała potrzeba wypełnienia czasu, który człowiek przeżywał wobec Najświętszego Sakramentu, przez różnego rodzaju wspólne rozważania, litanie, czytania tekstów itp. Dzisiaj jest on spragniony przede wszystkim ciszy, chce choć w tym momencie pozostać w skupieniu, z dala od męczącego zgiełku i hałaśliwej reklamy codziennego życia. Przykładem tego jest duże zainteresowanie, nawet wśród młodych, róż­ nego rodzaju nocami czuwania i modlitwy. Potrzeba tutaj odwagi przemyślenia pewnych tradycyjnych form, które zanikają, aby wyjść naprzeciw potrzebom dzisiejszego czło­ wieka i nie zaprzepaścić zarazem wartościowego dzie­ dzictwa. N a d r o d z e p o w r o t u od o ł t a r z a ku codzienności W życiuchrześcijanina wszelka aktywność, także duszpa­ sterska, bierze swój początek z Eucharystii. F a k t ten wyzna­ cza jego drogę do ołtarza j a k o miejsca sprawowania Naj­ świętszej Ofiary, a następnie - p o jej spełnieniu - drogę powrotu od ołtarza ku codzienności, którą pragnie przepoić bogactwem otrzymanego daru. Obserwacja naszej rzeczy­ wistości wykazuje, że ta właśnie droga powrotu od ołtarza nie wygląda najlepiej. Istnieje spory rozziew między tłumną obecnością na mszy św. a postawami ludzi w konkretnych sytuacjach codzienności. Odnosi się wrażenie, że uczest­ nictwo w zgromadzeniu eucharystycznym ma bardzo zni­ komy wpływ na życie wiernych. Tymczasem serio trakto. wana obecność ołtarza Eucharystii w centrum chrześcijań­ skiego życia będzie je przenikała w każdym wymiarze. Jeśli człowiek z całą świadomością angażuje się w Najświętszą Ofiarę, jeśli pragnie zająć stanowisko wobec słowa Bożego, to bez dodatkowych pouczeń zauważa, że od tego ołtarza rozlega się wołanie o odpowiedź, której trzeba udzielić własnym życiem. Oczywiste staje się dla niego przekonanie, że poznanej prawdy i otrzymanego daru miłości nie sposób zatrzymać tylko dla siebie, że trzeba się nimi dzielić. Liturgia nie jest wtedy sposobem ucieczki przed odpowiedzialnością, ale przeciwnie^mobilizuje chrześcijanina do działania, staje się źródłem mocy na każdy dzień. 4 N Z. Modzelewska, Co słyczać w sali katechetycznej? „Więź" 1988, nr 4, s. 27. 340 Wydaje się, że jakiś podstawowy błąd naszego duszpa­ sterstwa, będący osłabieniem drogi p o w r o t u od ołtarza ku codzienności, tkwi w niedocenianiu roli Eucharystii j a k o centrum aktywności Kościoła. Aprobując werbalne znacze­ nie Eucharystii w praktyce budujemy na czymś zupełnie innym. Zamiast wychodzić w działaniu od mszy św. przej­ mujemy doświadczenia świeckich organizacji. Rozpoczy­ namy od wielogodzinnych zebrań i posiedzeń, komisji i zespołów roboczych, które niczego nie wnoszą poza tomami sprawozdań, wytycznych i deklaracji. Ten niebezpiecznie rozwijający się duch sowietyzacji (ros. sowiet = n a r a d a , rada) zakrada się do Kościoła wypierając zeń wrażliwość i otwartość na religijne źródła dynamizmu. Zdumienie muszą budzić wywody odpowiedzialnych za pastoralne inicjatywy osób, nakazujących proboszczowi ożywienie parafii przez organizowanie zebrań z wiernymi. Realizowane na najróż­ niejszych poziomach mają stanowić punkt wyjścia pracy duszpasterskiej. Oczywiście nie można lekceważyć znacze­ nia tego rodzaju spotkań, ale przecież odgrywają one drugo­ rzędną rolę w stosunku d o zgromadzenia liturgicznego. Potrzeba zatem stałego przeciwstawiania się pokusie b u d o ­ wania Kościoła wyłącznie za pomocą informacji (alias p r o ­ pagandy) i organizacji. Raczej należałoby odwoływać się d o świadectwa zastępującego informację oraz do partycypacji, która zajęłaby miejsce przed organizacją . Wiąże się to z innym niż dawne pojmowaniem parafii, stanowiącej najbardziej podstawową: formę zgromadzenia wiernych zebranych na sprawowaniu liturgii . Każda para­ fia z założenia winna dążyć do tego, aby stać się braterską wspólnotą ludu Bożego. Ta ostatnia zaś zawiązuje się w bezpośrednich, międzyludzkich k o n t a k t a c h , nie zaś w a n o ­ nimowym tłumie. Dlatego w punkcie wyjścia trzeba podjąć decyzję budowania parafii j a k o wspólnoty wspólnot i roz­ począć od stworzenia pierwszej żywej k o m ó r k i , czyli „małej grupy". Ta grupa objawia się j a k o Kościół przez liturgię, zwłaszcza eucharystyczną, k t ó r a jest szczytem i źródłem całej działalności. T o właśnie w niej będzie się kształtować wspólnota członków, a następnie - już w ramach liturgii niedzielnej - wspólnota z innymi grupami. Przy ołtarzu dojrzewać też będą zespoły współpracowników, którzy 5 6 341 przejmą w parafii różne zadania i odpowiedzialność za zba­ wienie drugich . Z innych spraw negatywnie wpływających na kształtowa­ nie drogi p o w r o t u od ołtarza ku codzienności trzeba wymienić różnego rodzaju próby instrumentalizacji zgro­ madzenia liturgicznego. Nieustannie obecne zagrożenie wykorzystywania go do innych celów powoduje albo zatratę religijnego wymiaru sprawowanego misterium wiary, albo całkowite oderwanie Eucharystii od związku z realiami codziennego życia. Negatywnie też trzeba ocenić wszelkie próby eliminacji tradycji liturgicznej danego miejsca czy konkretnej Wspólnoty. Trzeba bowiem wiedzieć, że w litur­ gii konkretnej wspólnoty czy miejsca wypowiada się w pewien sposób specyfika wezwań i zadań charakterysty­ cznych dla danego środowiska. T o zaś nie pozostaje bez wpływu na tę odpowiedź, której udziela przeżywający ją człowiek. Zamazywanie misyjnego posłania Eucharystii służy rów­ nież zbytnia czy przesadna koncentracja na zewnętrznych jedynie - często nie aż tak istotnych - sprawach związanych .. ze sposobem uczestnictwa w mszalnej celebracji. Myślę tu choćby o zupełnie niepotrzebnym w pewnych kręgach roz­ grzewaniu dyskusji na temat formy przekazywania znaku pokoju czy nawet postawy przyjmowania komunii św. Pochłania to tyle energii, że już nie starcza sił na sprawy istotniejsze. Dotyczy to wreszcie - powracając do jednego z p u n k t ó w wyjścia naszych rozważań - inicjatyw wyrosłych na kanwie Kongresu Eucharystycznego. Niepokój budzi .czysto mechaniczne przenoszenie pewnych postulatów z minio­ nych epok bez próby najmniejszego wysiłku przełożenia ich na język współczesnych potrzeb i sytuacji. Z całą pewnością istnieje konieczność ożywienia kultu Eucharystii, wątpliwe jednak czy pod hasłem tzw. Krucjaty Eucharystycznej, która to nazwa kojarzy się dzisiaj z czymś daleko odbiegają7 Por.F.Blachmcki,Ewangelizacjawprocesiebudowania„nowejparafir,,,Kiólov/a. Apostołów" 1989, nr 5, s. 3-4. , Por. Konstytucja oliturgii świętej, dz. cyt., nr 42. Szerzej na tęri temat zob. W. Głowa, Duszpasterstwo małych grup parafialnych, „Coltectanea Theologica", A. 56: 1986 fasc. 1 s. 55-60. 5 6 7 cym od ducha pięknej skądinąd inicjatywy. Podobne wąt­ pliwości rodzą się wokół sposobów realizacji wezwania do ożywienia praktyki adoracji Najświętszego Sakramentu. Zastępowanie mozolnego wysiłku budzenia świadomości i wrażliwości na obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii gromadnymi jedynie wymarszami do najbliższej Kaplicy Wieczystej Adoracji jest zaiste wielkim nieporozumieniem. Nie można się potem dziwić, żc w pewnych wspólnotach owoce Krajowego Kongresu Eucharystycznego kojarzą się z wysiłkiem wprowadzenia ponownie zwyczaju przyklękania na czas udzielania błogosławieństwa mszalnego. Nie widzi się też problemu w tym, że wielka wrzawa organizacyjna kongresu przesłoniła bardzo pokorną i cichą, ale zarazem wyraźnie zaznaczoną prośbę ludzi starszych i chorych o dar codziennej komunii św. Wiązałoby się to z wprowadzeniem u nas praktykowanej już w innych Kościołach lokalnych możliwości roznoszenia komunii św. przez wiernych świec­ kich. Przejście d o p o r z ą d k u dziennego nad tym faktem moim zdaniem - jest najlepszą odpowiedzią na pytanie o stan naszej świadomości eucharystycznej, a także śladem swoistego zmagania się polskiego duszpasterstwa ze mszą świętą, która ciągle nie znajduje się w jego centrum. La pastorale polonaise aux prises avec la Le fait que les églises polonaises se remplissent toujours de fidèles, ce qui donne lieu à des accents de satisfaction béate et quelquefois de triomphalisme, amène l'auteur de l'article à analyser le phénomène. 11 s'interroge dans quelle mesure ce fait, réconfortant en soi, est le résultat d'une pastorale sainte Messe délibérée, procèdent d'une réflexion féconde sur l'héritage du lie Concile du Vatican, et dans quelle autre il tient à des inspirations moins essentielles. La question est aussi de savoir quelles en sont les conséquences pour la formation des catholiques polonais. przegląd powszechny 12'89 343 Zdzisław Najder Bitwa o umysł (dokończenie) 9. Kim byli filozoficzni przeciwnicy marksizmu? Ich głównym (i narzuconym) wspólnym mianownikiem był fakt, iż NIE byli marksistami, a więc naukowa ideologia kla­ syfikowała ich j a k o wrogów postępu. Łączyło ich wszakże jeszcze parę podzielanych poglądów: nie-marsistowscy filo­ zofowie polscy tego okresu (przeważnie, do czasu, wykła­ dowcy uniwersytetów), przy wszelkich różnicach stanowisk byli zgodni w obronie niezależności nauki od polityki: odrzucali tezę, że wszystkie ich poglądy wyrażają (świado­ mie lub nic) interesy klasowe burżuazji; nie przejmowali postulatu „partyjności" i uważali stalinowską koncepcję czterech zasad materializmu dialektycznego za prymitywną lub wręcz bezsensowną. Niewątpliwie największy wpływ wywierała szkoła łwowsko-warszawska wywodząca się od Twardowskiego, a re­ prezentowana wspaniale przez Kazimierza' Ajdukiewicza (którego uważam za najwybitniejszego filozofa polskiego X X w.), Tadeusza Kotarbińskiego i wielu jeszcze, także pracujących w innych dyscyplinach', jak przede wszystkim Stanisław Ossowski. T r u d n o sobie wyobrazić postawę filo­ zoficzną bardziej odległą od reprezentowanej przez ówczesny marksizm; same wymogi logicznej i semantycznej precyzji wypowiedzi stanowiły uderzający kontrast zc slo­ ganowo niejasnym, pełnym wieloznacznych abstraktów gadulstwem marksistów. Ale tak się złożyło, że jeden z czo­ łowych wówczas w Polsce reprezentantów marksizmu w naukach humanistycznych i wielki ich reformator, także organizacyjny, Stefan Żółkiewski, jako student i młody naukowiec był p o d d a n y wpływom i formalizmu w nauce 0 literaturze, i neopozytywizmu, bliskiego szkole lwowsko-warszawskiej, w filozofii. Grzmiąc tedy :na idealizm, „duchologię", fideizm i irracjonalizm przeciwników mar­ ksizmu - strzelał do nich z Carnapa, szydząc z mętniactwa 1 niesprawdzalności. Do dzisiaj nie potrafię powiedzieć, jak * 344 Żółkiewski (osobiście zresztą człowiek i odważny, i przyz­ woity, choć wygadujący rzeczy horrendalne i w d o d a t k u całkiem nieczuły na wartości estetyczne) godził w swojej głowic powoływanie się na Koło Wiedeńskie z inkantacjami na cześć bezwstydnie spekulatywnej filozofii marksistow­ skiej i pochwałami nowatorskich osiągnięć humanistyki radzieckiej. Z zewnątrz wyglądało to p o prostu tak, że rygory logicznego empiryzmu były dobre j a k o oręż w walce z niewiernymi, ale samych marksistów nie obowiązywały. Z perspektywy lat czterdziestu wygląda to dziecinnie prosto - ważna była funkcja polityczna, a nie takie teorety­ czne wymogi, j a k wewnętrzna spójność. Zresztą ulubioną metodą załatwiania się z nic-marksistowskimi poglądami filozoficznymi było w Polsce ich fizyczne wyciszanie. W „Studiach Filozoficznych" rzadko pojawiały się barwne epi­ tety, tak chętnie stosowane przez towarzyszy radzieckich i chińskich (pamiętam, jak bawiliśmy się - rzecz jasna dys­ kretnie - kiedy „ Voprosy Fiłosofii" nazwały Kotarbińskiego, który był niewielkiego wzrostu i szczupły, reakcyjnym wielo­ rybem). Natomiast konsekwentnie pozbawiono wszystkich „burżuazyjnych filozofów", od Dąmbskiej do Tatarkiewicza, prawa nauczania; niektórzy - jak Ąjdukiewtcz i Kotarbiń­ ski - ocaleli j a k o logicy. Najlepsze ze znanych mi w jakim­ kolwiek języku wprowadzenie do filozofii, „Zagadnienia i kierunki filozofii: teoria poznania i metafizyka" Ajdukiewicza wydano w 1949 r. w malutkim nakładzie, dostęp­ nym księgarniach tylko specjalistom legitymującym się odpowiednim zaświadczeniem; to samo stało się z Eli t o m e m „Historii filozofii" Tatarkiewicza wydanym w rok później. Żadna z tych książek nie zawierała bezpośredniej polemiki z marksizmem; ich grzechem śmiertelnym było omawianie marksizmu z takim samym dystansem, z jakim były traktowane inne teorie. Nawet Kotarbińskiemu, który był t r a k t o w a n y stosunkowo pobłażliwie j a k o ateista i sym­ patyk lewicy, nie wznowiono jego klasycznych „Elementów teorii poznania, logiki formalnej i metodologii nauk", wydanych jeszcze w 1929 r. 10. Jednakże istotnym składnikiem sytuacji, w której toczyła się bitwa o umysł, był fakt, że zanim jeszcze władze 345 roztoczyły bardziej troskliwą kontrolę n a d wydawnictwami, ukazało się w Polsce parę prac, które chętnych młodych ludzi mogły przygotować do spotkania z marksizmem. Najważniejsze były wśród nich, jak sądzę, studium Narcyza Łubnickiego „Teoria poznania materializmu dialekty­ cznego" (1947) oraz książeczka ks. prof. Kazimierza Kłósaka „Materializm dialektyczny" (1948). Obie prace wywo­ dziły się z tradycji szkoły lwowsko-warszawskiej i obie trenowały czytelników w trzeźwej i skrupulatnej analizie. Kiedy się d o nich dodało wspomniane wyżej wprowadze­ nie Ajdukiewicza (rozszerzony wstęp do przedwojennego podręcznika licealnego zawierającego znakomitą antologię fragmentów z klasyków filozofii; wyznam, że wychowałem się na jego lekturze), trzy tomy „Historii filozofii" Tatarkie­ wicza oraz znakomitą rozprawę Ajdukiewicza z 1948 r. o „Zmianie i sprzeczności" (poświęconą analizie marksi­ stowskiego twierdzenia, że wewnętrzne sprzeczności należą d o istoty wszelkiego bytu) - m o ż n a się było uodpornić na hałaśliwe niechlujstwo i werbalizm marksistów. Z ponurym rozbawieniem wysłuchiwałem potem wykładów o imperia­ listycznej filozofii logicznego pozytywizmu. Nie potrafiłem brać na serio „Materializmu i empiriokrytycyzmu" Lenina (książki, którą Kotarbiński określił poczciwie jako dzieło amatora). Musiałem brnąć ze wstrętem przez nieprzeliczone strony „Wstępu d o teorii marksizmu" Schaffa; ale, pomija­ jąc j u ż całą żonglerkę nieostrymi pojęciami, j a k można było poważnie traktować dzieło naukowe, którego teksL podlegał zmianom (dokonywanym cichaczem) od jednego ideologicznego plenum K C d o drugiego? T a k więc k t o nie godził się n a bierną rolę łupu w bitwie o umysły, mógł się był sam uzbroić i wziąć, choćby w zaci­ szu własnego mózgu, udział w walce przez samodzielne rozważanie argumentacji o b u stron. Nie było to łatwe - b o , jak powiedziałem, dostęp do nieortodoksyjnych publikacji był ograniczony i coraz trudniejszy, nawet w bibliotekach uniwersyteckich - ale było możliwe. Nie zgadzam się też z zarzutem ksi prof. Józefa Tischnera, że zawodowi filozofowie uniwersyteccy nie tylko nie dostrze­ gali marksizmu jako przeciwnika filozoficznego, ale że ich skryta pogarda dla marksizmu przerodziła się w postawę nie% 346 zaangażowania w moralny i ideowy konflikt narodu™. Owo „niezaangażowanie", tzn. - milczenie, zostało im siłą narzucone. Póki mogli, stawiali opór. Ajdukiewicz n p . ogłosił wymowną obronę wolności/ nauki jeszcze w 1948 r.; w rok później p o d o b n a publikacja byłaby nie­ m o ż l i w a . I on, i Kotarbiński, oskarżani o „idealizm" i inne okropności, ogłosili obszerne odpowiedzi n a posta­ wione im zarzuty; ale wolno im było tylko wykazywać sprzeczności w tekstach partyjnych krytyków, nie zaś wykazywać mętniactwo i prymitywizm ich poglądów. Nie zgadzam się również z ogólniejszym twierdzeniem ks. Tischnera, że filozofowie polscy przed wojną - poza bardzo nielicznymi wyjątkami - nie przygotowali polskiej inteligencji na konfrontację z marksizmem . Wyrabianie przez szkołę lwowsko-warszawską rygorów jasnego i precyzyjnego myś^ lenia oraz wymogów świadomości metodologicznej było najlepszym przygotowaniem, aby stawić czoło intelektual­ nej żonglerce, którą przedstawił marksizm. Przejrzyte i lo­ jalne przedstawienie ogromnej rozmaitości d o r o b k u filozo­ fii europejskiej w dziele Tatarkiewicza uczyło rozumienia i szacunku dla'myślących inaczej niż my w tej chwili; łącze­ nie przez S. Ossowskiego analizy semiotycznej z socjologią empiryczną (brał też pod uwagę prace marksistów) torowało drogę pełniejszemiu zrozumieniu zjawisk i procesów społecznych. Jakże jednak mieli nas przedwo­ jenni humaniści przygotować na pancerny najazd bredni odzianej w zbroję ideologii postępu, jedynie prawdziwej wiedzy i naukowego poznania nieuchronnych procesów dziejowych? Były zresztą dostępne, wydane w 1936 r., dwa tomy „Wieku dziewiętnastego" Bertranda Russella (tytuł oryginału: „Freedom and Organization 1814-1924"), ze znakomitą analizą krytyczną teorii Marksa i Engelsa. Próba stalinizmu była próbą zarówno intelektualną jak i moralną, a najlepszym sposobem, jakim filozofowie polscy mogli się do niej przygotować, było wytwarzanie dobrej filozofii. Filozofia II Rzeczypospolitej stała na poziomie światowym. Jest jasne: gdyby Polacy spodziewali się katastrofy pod­ dania komunistyczno-stalinowskiej dominacji, mogliby przedsięwziąć jakieś kroki przygotowawcze. Spośród tych, którzy tę katastrofę przewidzieli, Witkacy popełnił samo19 10 347 bójstwo, a niektórzy inni zdecydowali się poprzeć Nowy Ład. Rozpatrywany j a k o konstrukcja intelektualna ówczesny marksizm rzeczywiście zasługiwał na pogardę. Motywy jego akceptacji rzadko miały coś wspólnego z filozoficznymi zaletami marksizmu albo nawet z faktem (rzekomego) urzeczywistniania tej teorii przez system realnego socja­ lizmu. Widać to całkiem wyraźnie zarówno w „Zniewolo­ nym umyśle" Miłosza, j a k i w znacznie bogatszej faktogra­ ficznie „Hańbie domowej" Trznadla. Rzeczywista rola polskich filozofów nie-marksistowskich, przede wszystkim ze szkoły*lwowsko-warszawskiej, w bitwie o umysł została najpełniej opisana i j a k sądzę nąj-właściwiej oceniona w ogromnej, bardzo szczegółowej i specjalistycznej (a w Polsce prawie nie znanej) księdze Zbigniewa J o r d a n a „Filozofia i ideologia: Rozwój filozofii i marksizmu-leninizmu w Polsce od Drugiej wojny świato­ wej", wydartej w 1963 r. Cytuję: M e jest przesadą powie­ dzieć, że wynik mógłby być inny, gdyby filozofia polska od pokoleń nie była uodporniana przeciwko wszelkim formom irracjonalizmu przez systematyczne uprawianie logicznych i innych naukowych procedur i gdyby nie_ mogła czerpać z tych zasobów /.../ Gdyby jilozofowie polscy /.../ ulegli poza-logicznym naciskom lub zaprzestali stawiania oporu mętnemu myśleniu i błędnym rozumowaniom, zostałoby prze­ grane coś więcej niż tylko teoretyczna debata . Odnosi się to nie tylko d o filozofów; naukowcy polscy, pracujący w (in­ nych dziedzinach, również mogli i często potrafili korzystać z bezcennego d o r o b k u , jakim były umocnione lub wytwo­ rzone w okresie II Rzeczypospolitej wysokie standardy metodologiczne i logiczne pracy badawczej. 21 J, Tischner, dz. 'cyt., s. 26, Na s. 139 autor pisze, iż „materializm historyczny dziwriym zbiegiem okoliczności znalazł się poza zasięgiem zainteresowań katolików", Ależ nic podobnego, wręcz przeciwnie (ks. Piwowarczyk mi świadkiem); ale pisanie 0 materializmie historycznym wciągało natychmiast do bezpośredniej konfrontacji politycznej, a tu już czuwała cenzurą. .,' K. Ajdukiewicż, Co to jest[wolnośćnauki, „Życie Nauki" 1948, nr 6. Tekst zresztą ocenzurowano, w pełnej wersji ukazał się dopiero w 1957 r.; K. Ajdukiewicż, Jeżyk 18 19 1 poznanie, t. II, Warszawa 1985, s. 266-281. ? J. Tischner, dz. cyt., s. 1$8. ' Z. Ą. Jordan, Philosophy and Ideology. The Development of Philosophy and Marxism-Leninism in Poland since the Second World War, Dordrecht 1963, s. XII. 2 2 348 11. Znamienne, że walcząc z metafizyką i niezliczonymi wcieleniami wszędobylskiego idealizmu (popularna była odpowiedź Lenina na pytanie, czy gorszy jest idealizm obiektywny, czy subiektywny: Oba są gorsze) niechętnie korzystano z wypowiedzi żyjących filozofów polskich, takich jak Kotarbiński. Oni sami bowiem, upierający się przy swoich „burżuazyjnych" przekonaniach, byli przed­ miotem surowej krytyki. Natomiast z Carnapa' i jemu podobnych cudzoziemców strzelano najchętniej do filozo­ fów katolickich. Nie tworzyli oni bynajmniej jednolitej grupy; większość stanowili naotomiści, ale byli wśród nich i myśliciele bliscy szkole Iwowsko-warszawskiej. A t a k o w a n o ich frontalnie i z jednakowym ferworem j a k o fideistów; słowu temu na­ d a n o charakter pogardliwej obelgi. Wiara w Boga uważana była przez marksistów (miłosiernie opuszczam nazwiska) j a k o nie tylko jawnie reakcyjna, ale równfeż intelektualnie kompromitująca. Z drugiej strony jednak istnienie Boga było dopuszczanym przez cenzurę tematem polemik: kato­ likom przyznającym się do śmiesznego anachronizmu pozwalano się wypowiadać w jego materii; inne debaty, namacalnie bliższe praktycznych odniesień, tłumiono bar­ dziej surowo. W a r t o o tym pamiętać, bo Kościół bywa nie­ kiedy oskarżany o egocentryczne skupianie się na proble­ mie ateizmu j a k o podstawowym. Wynikało to nie tylko •z uzasadnionego pryncypializmu, ale i ze względów prak­ tycznych. Po 1949 r, otwarta krytyka marksizmu na jakiejkolwiek innej płaszczyźnie stała się prawie niemoż­ liwa. , Filozofowie uniwersyteccy rozporządzali w pierwszych latach po wojnie swoimi specjalistycznymi czasopismami, które wkrótce zresztą zlikwidowano. Myśliciele katoliccy byli jeszcze przez krótki okres - d o początku 1953 r. włą­ cznie - w sytuacji nieco lepszej, b o istniało parę niezależ­ nych pism, z „Tygodnikiem Powszechnym" na czele. J a k zasadnicze, żywe i nadal aktualne starali się toczyć pole­ miki, m o ż n a się przekonać n p . spoglądając na interwencje cenzury w wydanym w 1985 r., a więc po blisko czterdzie­ stu latach zbiorze artykułów ks. J a n a Piwowarczyka „Wobec nowego czasu"; szczegółowe i uporządkowane 349 omówienie zawartości „Tygodnika Powszechnego" a także innych czasopism katolickich z lat 1945—53 zawiera sta­ ranna książka Michała Jagiełły „«Tygodnik Powszechny* i komunizm (1945-1953)" . Nie będę streszczał tej arcyciekawej publikacji; dla celów niniejszego szkicu będą przydatne dwa stwierdzenia, których dokumentację m o ż n a w niej zna­ leźć. P o pierwsze, Kościół i katolicy polscy nie potępiali nowego ustroju i wiązali z nim nadzieje na wzrost sprawied­ liwości społecznej: Jeżeli inne rozwiązania, nie rękami kato­ lików dokonywane, wydają się ten cel na pewnym odcinku osiągać, to nie wolno katolikom tych, choćby tylko częścio­ wych osiągnięć odrzucać™. Zdawali się nawet łudzić co do możliwości owocnego współistnienia: w kwietniu 1947 r. Episkopat uważał za realistyczne postulowanie, w m e m o ­ riale skierowanym do premiera Cyrankiewicza, by Polska została określona w konstytucji j a k o pgtństwo chrześcijań­ skie. Po drugie, Kościół i katolicy wielokrotnie deklarowali gotowość d o lojalności i otwartości, która może zdumiewać w świetle nie tylko późniejszych doświadczeń, ale i ówczes­ nej wiedzy o zakresie i metodach prześladowań polity­ cznych. Zajmowali więc pozycję czysto obronną. 22 12. Jakimi sposobami prowadzili bitwę nacierający? Nie tylko słowem i nie głównie słowem. Chociaż stworzono bazę społeczno-ekonomiczną dla „socjalistycznej" nadbu­ dowy i chociaż głoszono ewidentną naukowość marksizmu, walka w dziedzinie myśli toczona była przede wszystkim środkami fizycznymi. Wykładowcom odbierano prawo nauczania, zwalniano ich z pracy lub przesuwano d o zajęć nie pozwalających na kontakt ze studentami, zamykano wydziały filozoficzne i socjologiczne, likwidowano pisma i stowarzyszenia zawodowe, odmawiano ogłaszania i ' wznawiania książek uznanych za sprzeczne z marksizmem, a t a k o w a n o i szantażowano opornych, wyrzucano ze stu­ diów itd. Przyjęcie oficjalnej ideologii stawało się podsta­ wowym kryterium awansu we wszelkiej działalności intelek­ tualnej. Jak pisze Bohdan Cywiński, niszczenie niezależ22 Wyd. Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1988. J, Turowicz, W stronę uspołecznienia, „Znak" 1946, nr. 1. 23 352 & ' > myślenia. Decydującą rolę w walce o los narodu naszego odegrało państwo, zbudowane na zasadach materializmu społe­ cznego: ono, rzecz zrozumiała, musi mieć wpływ i na dziedzinę naszej myśli. Czołgami i armatami państwo to dowiodło wobec historii, że jego system jest słuszny. /.../ Jastrun podobnie: przypomina, że okres między dwiema wojnami cechuje wiara w wartości irracjonalne . A t a k o w a n o kult eksperymentu, oderwanie od potrzeb społecznych, i tak dalej. Ani słowa jeszcze o realizmie socjalistycznym: p r o ­ gramem był humanizm i przykład ludzi radzieckich. Borowy uważa, że argumenty były wszystkim dobrze znane. On pierwszy odpowiadał; jego polemika, uprzejma i rzeczowa, skupiona n a faktach, a nie teoriach, spotkała się z aplauzem słuchaczy i sprawiła, że prelegenci spuścili z tonu i odżegnali się od intencji zmuszania uczestników d o czegokolwiek. Tak to przebiegało na początku; później brakło zarówno polemistów j a k i rzeczowości, nie brakło pogróżek. Zresztą królowała demagogia. A także strach. Bohdan Korzeniewski wspomina w „Sła­ wie i infamii", że W 1949 r. podczas narady w Oborach, poświęconej teatrowi, najostrzej atakował go, j a k o reakcjo­ nistę, Cz. Miłosz, który chciał w ten sposób zasłużyć na p o ­ wrót za granicę... 11 28 14. Sięgam do własnej pamięci. Połowa października .1950 r., n a r a d a produkcyjna (taka była oficjalna nazwa!) warszawskiej polonistyki. Przedmiotem skoncentrowanego ataku jest jeden z naszych profesorów, właśnie W. Bo­ rowy. W swoich wykładach i podczas zajęć zachowywał się ostrożnie; stwierdzał tylko, kiedy temat tego wymagał, że nie jest marksistą. Teraz kohorty S. Żółkiewskiego zarzucają mu religianctwo, irracjonalizm, idealizm i reakcyjność; „dowodów" dostarcza wydana przed d w o m a laty książka „O poezji polskiej w wieku XVIII", w której Borowy przypisał wielu wierszom religijnym tamtego stule­ cia wysoką wartość estetyczną. Paru z nas odważa się wystąpić w obronie profesora, wzorowego naukowca i znakomitego pedagoga. Następnego dnia dostajemy p o głowie od „Trybuny Ludu", na szczęście litościwie bez nazwisk, j a k o wrogowie ludu; Borowy natomiast umiera na udar. 353 Styczeń 1952 r. Piszę, pod pseudonimem Bogusława Grodzickiego (ukłon w stronę „Nieba w płomieniach") do „Tygodnika Powszechnego" recenzję tomu szkiców kryty­ cznych Ryszarda Matuszewskiego „Literatura, na przeło­ mie", wykazując, że sądy oceniające autora nie mają logi­ cznego związku z wyłożonymi przez niego kryteriami. Cenzura konfiskuje tekst w całości. Podejmuję tenże temat na konwersatorium z teorii literatury zachęcony przez opiekuna kursu, Andrzeja Wasilewskiego. Zostaję przez kolegów zmiażdżony j a k o burżuazyjny obiektywistwa, padają aluzje do zachodnich imperialistycznych inspiracji, .opiekun uśmiecha się rozkosznie. Przed egzaminami z materializmu dialektycznego i histo­ rycznego nasi zorganizowani w partii i Z M P koledzy (i k o ­ leżanki; te bywały szczególnie zajadłe) sporządzali listy osób ideowo niedojrzałych, które przekazywano egzaminato­ rom. Przesądzały one o możliwości uzyskiwanych stopni nawet najbardziej obkuty wróg klasowy nie mógł liczyć na więcej niż troję, chyba że udało mu się wślizgnąć na egza­ min d o samego prof. Schaffa, któremu j a k o członkowi K C i w ogóle Wielkiej Figurze list nie podsuwano. Pamię­ tam skandal, jakim było uzyskanie od Schaffa piątki przez koleżankę Irenę Stasiewicz, która kiedyś na naradzie pro­ dukcyjnej w przystępie szaleńczej odwagi zadeklarowała się j a k o „idealistka". (Nie uchroniło jej to od skierowania p ó trzech latach do pracy zamiast ną studia magistranckie.) I p a m i ę t a m własny egzamin z historii filozofii składany przed Henrykiem Hollandem już p o uprzednim zdaniu (na bardzo dobrze) dwóch egzaminów specjalistycznych z te­ goż przedmiotu przed W. Tatarkiewiczem. Egzaminator wykrył ten fakt przy oglądaniu mojego indeksu i p o t r a k t o ­ wał mnie odpowiednio; udało mi się jakoś przebrnąć, ale zostałem d o d a t k o w o skarcony za to, że nie umiałem na pamięć obowiązujących formuł, które określały rodzaj i stopień niedorastania do marksistowskich wyżyn Malebranche'a i Leibniza. Ale każdy, kto owe lata pamięta, może sypać podobnymi - a także o wiele bardziej ponurymi - historyjkami. WyleW. Borowy, Z .Dziennika, „Znaki Czasu" 1986, nr 1, s. 31-35. M. Szejnert, Sława i infamia. Rozmowa z prof. Bohdanem Korzeniewskim, Wydawnictwo Pokolenie, Warszawa 1988, s. 60-61. 27 28 354 cenie ze studiów powodowało wówczas zwykle zesłanie na prowincję do pracy j a k o nauczyciel czy bibliotekarz, ale nieraz oznaczało p o prostu nędzę, b o trędowatym niechętnie dawano pracę. Janusz Szpotański żył, p o usunięciu z U W , jakiś czas z roznoszenia mleka i zbierania butelek... • . 15. Marksizm-leninizm oraz program realizmu socjalisty­ cznego nie zostały w całości importowane z zewnątrz - miały w Polsce swoich autochtonicznych zwolenników wśród par­ tyjnych intelektualistów i pisarzy. Idea generalnej odnowy kultury w duchu „proletariackim", droga przedwojennej lewicy, zyskała nagie upajające szanse realizacji. A chociaż rozdźwięk między słowami a czynami, między hasłami wyzwolenia człowieka a rzeczywistością wszechmocy tajnej policji ujawniał się od pierwszej chwili - przez blisko dzie­ sięć lat komunizm odnosił sukcesy w walce o umysły. Jed­ nakże nie działo się tak dzięki sile racjonalnych argumen­ tów. Pierwsze z zacytowanych powyżej zdań ze „Zniewolo­ nego umysłu" jest dokładną odwrotnością prawdy - to brutalny nacisk systemu nadawał wywodom marksistow­ skich ideologów większość ich mocy. Nie tylko dlatego, że wzniecał strach, ale dlatego, że budził respekt dla potęgi nieubłaganych Praw Historii. Ówczesne „dyskusje", których aż nadto wiele słyszałem, szybko i nieodmiennie ześlizgiwały się z płaszczyzny rozu­ mowań na płaszczyznę obiektywnej wymowy ideologicznej poglądów nic-marksistowskich (które służyły „obiektyw­ nie" imperializmowi...), politycznych wyzwisk i pogróżek. Dość zresztą zajrzeć do takich tekstów, jak n p . „Aktualny etap walki o marksistowskie literaturoznawstwo w Polsce" S. Żółkiewskiego , by stwierdzić, że osią wszelkich d o ­ wodów teoretycznej słuszności było odwołanie się do mas walczących o wyzwolenie i nowy ustrój i zwycięskiej walki proletariatu, klasy przodującej, zbrojnej w przodującą teorię. Kto był górą, miał rację. Musiał mieć rację. Zdarzali się ludzie tacy, jak mój profesor, Julian Krzyża- nowski, którzy, posiadając znaczny autorytet naukowy, z wielką wiedzą kojarzyli dyplomację i umiejętność chy­ trych manewrów. Władze wyższe szanowały ich gotowość do współdziałania np. na gruncie edytorskim; konkurenci 29 355 bali się erudycji i ostrego języka. My, studenci-niemarksiści, podziwialiśmy ich, ale bez zapału. Nie była to bowiem obrona, ale uniki; olśniewające nieraz i zachęcające do pracy, ale nie stanowiące wzoru m o r a l n e g o . Nie chcę jednak sprawiać wrażenia, żc kuszę się o pełnię obrazu środowiska naukowego tamtych czasów. Chodzi mi w tej chwili o sprowadzenie do właściwych wymiarów roli czynnika intelektualnego w przyjmowaniu marksizmu. D o d a m jeszcze, że jeśli chodzi o szczegółowe składniki dok­ tryny, to - jak pokazał niedawno Stefan Amsterdamski na przykładzie Trofima Łysenki, skutecznego niszczyciela g e n e t y k i - o ich intronizacji decydowały nie treści meryto­ ryczne, ale układy koniunkturalne i p e r s o n a l n e ' . I to był modelowy stan rzeczy. 30 3 16. Cz. Miłosz martwił się niedawno zdumiewającą łatwością z jaką Polskawypluła marksizm i przywołał auto­ rytet jednego z najwybitniejszych umysłów Europy, Jean-Paui Sartre'a, który nic żałował czasu na borykanie się z tzw. rozumem dialektycznym . Zostawiając już na boku fakt, że Sartre (którego gwiazda zbladła do. zaniku) mógł j a k o filozof konkurować w mętniactwie z najtęższymi mędrcami stalinizmu, zapytajmy, czy znamy jakiś naród, któryby przełknął marksizm i nie musiał za to gorzko pła­ cić? W ZSRR trzeba teraz stosować silne środki wyksztuśne. T r u d n o się zgodzić z sugestią, że przejście przez chorobę wiary w konieczność historyczną, zbawienną moc dykta­ tury proletariatu i detenninizmu ekonomicznego jest warunkiem dobrego zdrowia duchowego narodu. Czegóż jeszcze mieliśmy się byli nauczyć podczas przymusowych ćwiczeń- z teorii i p r a k t y k i marksizmu? Czego jeszcze dowiedzielibyśmy się, dłużej i z większym zapałem studiując, na temat współczesnych procesów społecznych i ekonomicznych (nie mówiąc już o biologii i fizyce)? Czy przygotowałoby to nas lepiej do zrozumienia 32 Referat na Zjazd Literacko-Naukowy Polonistów, Warszawa 8-12 maja 1950; „Twórczość" 1950, nr 6, s. 105, 123. · Autocharakterystykę analogicznej postawy zawierają wspomnienia B. Korze­ niewskiego, dz. cyt., np. s. 70. *,· " , S . Amsterdamski, O patologu życia naukowego - casus T. D. Łysenko, „PP" 4/1989, s. 76-77. · · . · ; . . Cz. Miłosz, Jakby na opak, „Kultura" 1988, nr 6, s. 126.. 25 J0 32 I 356 tego, co się dzisiaj dzieje w ZSRR, na Węgrzech lub w Polsce? A przecież: im bardziej serio brało się marksizm j a k o filozofię, tym staranniej należało się przyglądać i podsta­ wowym pojęciom doktryny, i jej wewnętrznej spoistości, i jej praktycznym konsekwencjom (skoro głosiła, że jest filozofią ludzkiej praktyki). Przymykanie oczu na spekulatywność i logiczne luzy teorii podawanych j a k o racjonalne i mmkowe, na ich mijanie się z doświadczeniem i na ich bezpośrednie okropne skutki można było uzasadnić polity­ cznie albo psychologicznie, potrzebami walki albo stra­ chem. Nie m o ż n a tego było obronić na płaszczyźnie rozumowej. Myślę, że rolę istotną odegrało w naszej polskiej walce 0 umysły rozumienie etyki j a k o odnoszącej się nie do świata teorii, ale do świata rąk, oczu, mięsa i krwi, jak to ujął Bolesław Miciński . Dlatego też nie ma się co wstydzić owego łatwego wyplu­ cia ani faktu, że motywy odrzucania marksizmu bardzo często nie miały nic. wspólnego z teoretycznym rozumowa­ niem, a nawet ze znajomością tej doktryny. Bodźcem do wyplucia była świadomość setek tysięcy pomordowanych 1 zamęczonych, setek tysięcy więzionych. W imieniu ideo­ logii, opartej na marksizmie, d o k o n y w a n o tylu zbrodni i okrucieństw, wypowiadano tyle kłamstw i tak brutalnie przymuszano do fałszu, że sama dotykalna rzeczywistość wystarczała, by tę ideologię odrzucić bez rozumowych zastanowień. 33 17. Ci, którzy się marksizmowi przeciwstawiali, dokony­ wali wyboru - odrzucając marksizm przyjmowali coś innego. Był to wybór o p a r u obliczach. Nie tylko intelek­ tualny, ale także (w praktyce: nade wszystko) moralny, a również ludzki, środowiskowy. Przykład innych odgrywał w tych czasach niszczenia dawnych więzi społecznych ogromną rolę - większą niż dzisiaj - szczególnie dla mło­ dzieży. Opis bitwy o umysły byłby groteskowo niepełny bez wspomnienia roli „Tygodnika Powszechnego". Tym, czym na płaszczyźnie filozoficznej były nauki szkoły Iwowsko-warszawskiej, tym na płaszczyźnie zbiorowego przykładu stało się dla wielu krakowskie środowisko „tygodnikowe". 357 Nie było to jednak środowisko jedyne. Powojenne oblicze katolicyzmu polskiego i stosunku d o ń inteligencji bywają przedstawiane w sposób moim zdaniem upraszczający. A d a m Michnik pisze w swoim świetnym skądinąd szkicu „Kłopot", że etos polskiej inteligencji był antykościelny i że szukając remediów na stalinowskie dogmaty patrzono na Kościół katolicki krytycznie i nieufnie *. T o , co pamiętam, nie zgadza się z tak generalnymi twierdzeniami. Jeżeli' etos polskiej inteligencji to nie jakaś teoretyczna abstrakcja, ale rzeczywiście funkcjonujący zespół norm postępowania ludzi należących do określonej warstwy, to trzeba powiedzieć, że ogromna część, może i większość, polskiej inteligencji wcale antykościelna nie była. Co najwy­ żej nie zachowywała się j a k posłuszni wykonawcy kościel­ nych poleceń. T o samo dotyczy polskich intelektualistów: nie byli antykościelni Borowy ani Konopczyński, Kutrzeba ani Tatarkiewicz, Kleiner ani Parandowski; wyliczam nazwiska z różnych parafii. Nie chodzi mi tu jednak o p o ­ lemikę na temat tworzenia pojęć porządkujących zachowa­ nia zbiorowe. Chodzi mi o dokładniejszy obraz faktów. W latach 1949-50 zetknąłem się w Warszawie ze środowi­ skiem, które było i inteligenckie, i niepokorne a zarazem katolickie i w Kościele widzące swojego sprzymierzeńca. Zbieraliśmy się dość często w mieszkaniu Zosi Lewinówny przy Łowickiej. Bywali tam: Donia Abakanowicz, Marysia Dernałowicz, Julek Eska, Leszek Kuc, Felek Sawicki, Adam Stanowski i wielu innych, których nazwisk nie pamiętam (byłem wśród nich najmłodszy). Toczyliśmy uczone i żwawe dyskusje na tematy filozoficzne i społeczne; marksizm, jeżeli się w nich pojawiał, to j a k o wyzwanie ideowe do zaangażowania się p o stronie pokrzywdzonych, niejako problem intelektualny. Prawie wszyscy z tych ludzi trafili wkrótce pod niedaleki adres więzienia na Rakowiec­ kiej, gdzie już przebywał m.in., z podobnymi środowiskami inteligencji katolickiej związany, Władysław Bartoszew­ ski... 1 W tomie Podróże do piekieł, 1937; cyt. wg B. Miciński, Pisma, Kraków 1969, „ s. 69. A. Michnik, Kłopot, w tomie Obecność: Leszkowi Kołakowskiemu w 60. rocznicę urodzin, Londyn 1987,.s'. 200. !| 33 34 1 358 Nie wątpię, że takich kręgów było znacznie więcej. To była ważna część ówczesnej rzeczywistości, w której wybór był wcale nie taki prosty, jak w wierszu Miłosza o Borow­ skim: między gładką ścianą Wschodu a murami polskimi Ciemnogrodu. Ci ludzie nie odtwarzali wzoru nacjonalisty­ cznego Polaka-katolika i tyiko demagog mógłby ich pomówić o „reakcyjność". M a m wrażenie, że nawet życzliwi skłonni są dziś przypisywać ówczesnemu polskiemu katoli­ cyzmowi oblicze i bardziej j e d n o r o d n e , i bardziej ubogie, niż to było w rzeczywistości. Michnik na przykład myli się twierdząc, że świat kulturalny „Tygodnika" [Powszechnego] był smutny i ubogi, poprawnie tradycyjny i poczciwie poboż­ ny. Był to, na owe czasy, świat bogaty i swobodny - mimo wszystkich pastwień się cenzury. Podobnie też kiedy przy­ nosiłem o. Stanisławowi Wawrynowi do „Przeglądu Pow­ szechnego" swoje (pseudonimowe) rozważania na temat n p . „Alchemii słowa" Parandowskiego albo „Europejskiej filo­ zofii współczesnej" ks. Innocentego Bocheńskiego - nic czu­ łem nigdy skrępowania wymogami konfesyjnymi; i to pismo było enklawą wolności*. Cytowany przez Michnika Aleksander Wat twierdzi, że przed ulegnięciem stalinowskiemu totalizmowi, ocalił Pola­ ków masowy katolicyzm narodu, właśnie ów" parafialny, obskurancki, tak często obskurny katolicyzm polski, który przecież oczyścił się i pogłębił „w katakumbach"} i znalazł rzeczywiście pasterza w osobie Prymasa Wyszyńskiego. Ten katolicyzm uczynił duszę polską nieprzeńikiiwą dla magii „ideologii" oraz dla knuta praxis, i nie zbuntowani literaci, nie rewizjoniści sprawili polski Październik, ale - obok wykru­ szania się mocy i spoistości stalinizmu - wytrwały, ciągły, nieugięty opór-psychiczny katolickiego narodu. Myślę, że to efektowne - ale materii pomieszanie. Masowy i obskurancki katolicyzm polski godził się znakomicie z kolaboracją; przykładem „księża patrioci" i liczne rzesze partyjnych dewotów; p a t r o n e m takie go współistnień i a może być Jan Dobraczyński. Opór mas polegał nie na samej wierze, ale na wierze połączonej z wiedzą - ze świadomością tego, jakie są naprawdę (a nie na szpaltach gazet i stronach książek) rezultaty działań sy'stemu. I bez poznańskich robotników, bez opierających się kolektywizacji chłopów rewizjoniści pozostaliby Hamletami w bibliotekach. 359 18. Kiedy szukam słowa-klucza, słowa-zworńika, które by ujmowało wspólną istotę niezgody i oporu, znajduję jedno; proste - wierność. Ale wierność to pojęcie formalne: nie mówi nic o tym, czemu czy k o m u jest się wiernym; wartość wierności zależy także od jej treści. Dla różnych ludzi rozmaite rzeczy były najcenniejsze, rozmaite stawiali na pierwszym planie wier­ ności. Jedni byli wierni przede wszystkim religii, inni prawdzie, inni - pamięci tych, którzy oddali życic za ideały teraz gwałcone, inni - kultowi Polski niepodległej. Jednych podtrzymywała w ich wierności wiara, innych duma i wstyd, które razem stoją u psychicznych podstaw poczu­ cia honoru. (Świadectwom zachowania godności przez intelektuali­ stów polskich poświęcił ważną książkę „Z dziejów honoru w Polsce" A d a m Michnik. Jest to przejmujący d o k u m e n t myśli działacza, krytyka i więźnia, zasługujący na wnikliwą analizę, a także na poważną, z szacunkiem przeprowadzoną polemikę, bo Michnik zbytnio rozszerza tytułowe pojęcie / z honorem sensu stricto m a m y d o czynienia wśród omawianych przez niego a u t o r ó w tylko u Herberta i Szczepańskiego/ i nieco na siłę łączy ze sobą lubianych pisarzy, zamazując istotne różnice np. między Miłoszem a d w o m a właśnie wymienionymi. Ale nie tu miejsce na taką dyskusję.) Postawa wierności jest postawą z natury anty-praktyczną. Jest postawą właściwą etyce kodeksowej, której normy obowiązują niezależnie od zmiennych okoliczności i nieza­ leżnie od konsekwencji, jakie mogą spaść na działającego. T a m t e czasy wielkiej próby, kiedy wybór moralny, wyra­ żony jednym słowem iub gestem, mógł zadecydować o ca­ łym losie człowieka - stawiały przed nami pytania zasadni­ cze, które łatwiej jest formułować w ich wersji starożytnej niż w języku współczesnym, przesiąkniętym psychologizmern. Kiedy się wiedziało o losach bohaterów Podziemia zatłukiwanych po więzieniach, o wileńskich i wołyńskich akowcach wywiezionych w głąb Rosji, kiedy się czytało * Autor publikował w „PP" 1951-1952 jalio Bogusław Grodzicki oraz M.K. (Marian Kowalski). Obszerne omówienie książki o, I. Bocheńskiego zostało w ca­ łości skonfiskowane przez cenzurę (red.). 360 oficjalne kalumnie rzucane na powstańców Warszawy, kiedy się było świadkiem zgarniania przez UB na cmentarzu ludzi składających kwiaty na grobie Baczyńskiego, kiedy się widziało dokoła tryumfy obłudy i cynizmu - miało się pokusę, by powtórzyć za Kochanowskim: Fraszka cnota! Nie opłaca się być przyzwoitym; nie m a sensu się poświęcać; te wartości, którym służyli, za które oddali życie nasi starsi koledzy, są tylko majakami. Odrzucenie takiego cynizmu (który płynął nieraz z roz­ paczy raczej niż z tchórzostwa) prowadziło d o uznania, że pewne wartości moralne pozostają wartościami bez względu na t o , jaki los spotyka tych, którzy potrafią je ocalić. Postawa ta kazała patrzeć na własne życie j a k o na przed­ miot: n i e j a k o na wartość najwyższą, ale j a k o na okazję do tworzenia wartości. Fiat iustitia, ruat coelum - niech się stanie-sprawiedliwość, chociaż runą niebiosa - jest skrajnym wyrazem etyki kode­ ksu. Postępuję w określony sposób nie dlatego, że spodzie­ wam się jakichś korzyści czy choćby aprobaty, ale dlatego, że takie są wymogi moich zasad. Jest to więc postawa sprze­ czna nie tylko z utylitaryzmem, ale w ogóle z tendencjami pragmatycznymi przeważającymi w moralności Zachodu od lat dwustu. Jest również nieczuła na argumenty prakty­ czne w rodzaju tych, które wytaczają w świetnym opowia­ daniu J a n a Józefa Szczepańskiego „Koniec legendy" trzeźwi i rozsądni intelektualiści, schowani p o d nazwiskami Sicińskiego i Wielgosza, tłumaczący w styczniu 1945 r., że trzeba być realistą, podporządkować się konieczności, Zachód zos­ tawił nas samych itd. Jest to, słyszeliśmy tysiące razy, etyka szaleńców, którzy narażają siebie i innych dla obrony abs­ trakcyjnych ideałów. Nie odwołuje się d o nadziei ani prze­ życia, ani nagrody. Ale w obliczu przemocy jest to jedyna postawa pozwalająca ocalić własną godność i honor. I tylko to jest jej nagrodą. Pełnym poetyckim wyrazem tej postawy jest Herbertowskie „Przesłanie P a n a Cogito": bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy /.../ idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek do grona twoich przodków. Gilgamesza Hektora Rolanda 361 obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów Bądź wierny Idź Postawa ta pociągała za sobą twarde konsekwencje. Upierając się przy wierności mimo wszystko człowiek sta­ wiał się wówczas poza Współczesnością, poza dziejącą się właśnie historią. Było to wyłącznie bolesne i nienaturalne. Wspominałem już o tym, że poczucie, iż zamknęła się bez­ powrotnie jedna epoka dziejów i otworzyła inna - było po 1945 r. powszechne, przeżywane po sześciu latach wojny nie tylko psychicznie, ale biologicznie. Kto się d o tego nowego etapu nie włączał, sam siebie usuwał na jakiś pozahistoryczny margines; a włączenie się bez współuczestnictwa było bardzo trudne, zwłaszcza dla młodych. N a co niby mieli czekać? Ówczesne tak częste w literaturze i humanistyce ucieczki w przeszłość - d o powieści i eseju historycznego, do dłuba­ nia się w starożytnościach, do antycznych motywów w poezji - były nie tylko manewrami pozwalającymi omijać pułapki aktualności i czujność cenzury. Były także zabie­ gami pozwalającymi się przenieść do innej rzeczywistości, umieścić się poza współczesnym konkretem. Historia PRAW­ DZIWA działa się kiedyś dawniej; fałszywa dzisiejszość zasłu­ giwała na odtrącenie. Kiedy sobie człowiek uświadomił sztuczność takiego stanowiska, robiło mu się głupio. Wyłą­ czanie się ze współczesności odczuwaliśmy j a k o coś wstydliwego; „emigracja wewnętrzna" nie dawała bynąj-^ " mniej poczucia komfortu psychicznego. 19. Bitwa o umysł nie zakończyła się ani zc śmiercią Stalina, ani p o X X zjeździe KPZR, ani po październiku 1956 r.; trwała jeszcze przez J a t a sześćdziesiąte, choć prowadzona z malejącym ferworem ideowym i słabnącymi siłami. Kończy się ostatecznie na naszych oczach. J a k się kończy, każdy widzi. i Pokonany marksizm pozostawił p o sobie szkielety struk­ tur organizacyjnych narzuconych nauce polskiej i krępują­ cych jej rozwój; pozostawił wiele fatalnych p r o g r a m ó w nauczania i p o d r ę c z n i k ó w . Zostały też p o nim mętne osady w przyzwyczajeniach umysłowych dzisiejszych Pola35 Patrz np. J. Prokop, Stalinowskie dziedzictwo uniwersyteckiej edukacji, „Tygod­ nik Powszechny", 28 VII 1988. , V 35 przegląd powszechny 12'89 Rzut oka na Wschód 364 Janusz Gazda Ideologia przeciw moralności: w kręgu Pawlika Morozowa (dokończenie) Wieie było postaci podobnych do Pawlika Morozowa. Czternastoletni pionier z Buku Witalij Abralian postąpił tak, jak Paweł Morozów. Zorientował się, że ojciec jest wrogiem ludu i powiadomił o tym organa NKWD - pisała w sierpniu 1937 r. gazeta „Tawdinskij raboczij" . Wachlarz zachowań był różny i niekoniecznie trzeba było się zdobyć aż na złoże­ nie donosu d o władz bezpieczeństwa, aby naruszyć trady­ cyjny układ lojalności syna wobec ojca. Pisze Warłam Szałamow w opowiadaniu „Krzyż", któ­ rego bohaterem jest ociemniały duchowny: Starszy syn jeszcze w latach dwudziestych wyrzekł się ojca. Panowała wówczas taka moda na wyrzekanie się rodziców - niemało znanych później pisarzy i poetów rozpoczęło działalność lite­ racką od składania podobnych oświadczeń. Starszy syn nie był ani poetą, ani skończonym łajdakiem, po prostu bał się życia i dlatego, gdy zaczęto mu dokuczać w pracy rozmowami o „pochodzeniu socjalnym", złożył oświadczenie w prasie. Oświadczenie nie przyniosło mu żadnej korzyści; pozostał aż do śmierci z tym Kainowym piętnem na sumieniu . Przed tą modą nie potrafił się uchronić w młodości także wybitny poeta Aleksander Twardowski, zmarły prawie 20 lat temu redaktor miesięcznika „Nowyj Mir", do dziś wspo­ minany z szacunkiem nawet przez moralnych purystów. W tym samym mniej więcej czasie, gdy we wsi Gierasimowka na Uralu Pawlik Morozów uznawał własnego ojca za „wroga ludu", w Zagoriu podSmoleńskiem „rozkułaczano" wiejskiego kowala, Trifona- Twardowskiego, ojca poety. Samego poety, wówczas początkującego, nie było przy tym. Miał 20 lat, był zapalonym orędownikiem „nowych idei" i liJ 19 365 od pewnego czasu pracował j a k o dziennikarz w gazecie partyjnej w Smoleńsku. Musiał u c i e k a ć przed.synem •-·..··„ Rodzina Twardowskich została przymusowo wysiedlona na Ural, nad rzekę Lalę, właściwie w strony Pawlika M o r o zowa, gdyż do tego samego obwodu swierdłowskiego (daw­ niej: gubernia jekaterynburska - miejsce zamordowania przez bolszewików rodziny carskiej). Twardowscy napisali stamtąd list d o syna, Aleksandra. Otrzymali odpowiedź: Drodzy rodzice, bracia, siostry! Ani barbarzyńcą, ani bestią nie jestem. Proszę was, bądźcie silni, wytrzymajcie, pracujcie. Likwidacja kułactwa nie oznacza likwidacji ludzi, a tym bar­ dziej dzieci.,. I dalej: Więcej do was pisać nie będę... i wy nie piszcie do mnie także... Iwan Twardowski, młodszy brat poety, tak to skomentował w swych wspomnieniach: Słowa listu gorzko dźwięczały w naszej świadomości. Wzywały do przyznania się: tak, jesteśmy rodziną kułacką, więc siedźmy cicho. A nam, najmłodszym, jeśli wierzyć w słowa jego listu, nic przecież nie grozi. Cóż poważniejszego może jeszcze gro­ zić, gdy ludzie umierają z wycieńczenia i od tyfusu . Ojciec poety postanowił uciec z zesłania, spróbować zna­ leźć pracę gdzieś w europejskiej części ZSRR, a następnie wrócić nad Lalę i zorganizować ucieczkę całej rodziny. Uciekając zabrał ze sobą najmłodszego syna, który nosił zresztą takie samo imię, j a k główny bohater naszej opo­ wieści - Pawlik. Ucieczka udała się i po miesiącu obaj zna­ leźli się w Smoleńsku. Ogarnęła mnie chęć zobaczenia się z Szurka. Nie jest to już, oczywiście, Szurka, gdzież tam! Pomyślałem jednak, toć to przecież mój syn, nie przyjdzie mi go chyba nazywać Ale­ ksandrem Trifonowiczem. Stoimy przed Domem Sowietów, wiem przecież, że tu go znajdę. /.../A w sercu niepokój: 20 Cyt.za: JurijZierczanow, Ktoprichodit noczjuwchudom owczmnom tułupie... „Junost"', nr 5, 1989. Wszystkie informacje dotyczące Pawlika Morozowa, jego rodziny i wsi Gierasimowka zaczerpnięte z tego artykułu oraz z: Lew Sonin, Tragiedija • ·»·' wuralskojdieriewnie, J3pi",jaxl, 1989.Dalsze.cytatyz gazety„Tawdinsldjraboczij" - z artykułu L. Sonina. " Tłum: Ałła Sarachanowa. " Iwan Twardowskij, Srramcy/Heneżiiogp,,,Junost'", nr 3,1988. Wszystkie dalsze , odwołania do losu Twardowskich pochodzą z tegoż wspomnienia. · 18 366 przecież pamiętam, jaki list otrzymaliśmy tam, nad Lalą. Przychodzi też do głowy inna myśl: toż to rodzony syn! Może zaopiekuje się Pawłuszą. Bo czymże mii zawinił ten chłopak, rodzony jego brat? Naraz wychodzi, on, Aleksander. Boże drogi, jak to się mogło stać, że spotkanie z własnym synem wzbudza tyle obaw! Patrzyłem na niego ze wzruszeniem: wysoki, dobrze zbudowany, piękny- mężczyzna! Przecież to mój syn! Stoi i patrzy na nas w milczeniu. A potem, zamiast „Dzień dobry, ojcze", pyta - „Skąd się tu wzięliście?" - Szura! Synu! - .mówię. - Toć tam dla nas śmierć! Głód, zaraza, robią z nami, co chcą! - A więc, uciekliście? - zapytuje ostro, jakby nie sy-ioim głosem i przyciska mnie do ziemi wzrokiem, wcale do niego nie podobnym. Milczę - bo cóż tu można powiedzieć? I niechby już tak było, ale przecież patrzy na to Pawłuszą. Chłopaczyna żył tylko nadzieją na dobre słowo, na serdeczność, którą starszy brat powita młodszego, a tymczasem stało się tak, jak się stało! · · . . . - ' " · · - Mogę wam jedynie pomóc, by odstawiono was bezpłatnie tam, gdzieście byli! - dokładnie tak powiedział. W tym momencie zrozumiałem, że. żadne prośby, żadne błagania niczego już nie zmienią. Poprosiłem go tylko, by poczekał, bo chcę pojechać do Stołpowa, do kolegi, który jest mi winien pieniądze, a jak tylko tu wrócę, mówię mu, rób ze mną, co chcesz. Drgnęło mu serce. - No, dobrze - mówi - jedź. Teraz ojciec musiał uciekać przed własnym synem, a brat przed bratem. Stary Twardowski świadomie skłamał synowi, że wróci i p o d d a się jego woli, ale nie miał wcale takiego zamiaru. Po wielu dramatycznych i niebezpiecznych przejściach udało mu się „urządzić", dotrzeć następnie z powrotem na miejsce zesłania i ponownie uciecj tym razem z żoną i pozostałymi dziećmi. W tej rodzinie, poza Aleksand­ rem, wszyscy byli wobec siebie lojalni i pełni poświęcenia. Dla każdego z nich rodzina była ostoją i to im pomagało w przetrwaniu. Nawet cioteczny brat, z którym Trifon Twar­ dowski nie widział się 10 lat, w trudnej, niemal beznadziejnej sytuacji nie tylko przygarnął go bez wahania, odział, obuł, ale także, wiele ryzykując, oddał mu własny dowód osobi­ sty, dzięki czemu „rozkułaczony specprzesiedleniec" mógł otrzymać stałą pracę p o d innym nazwiskiem. Niegdyś etos 367 rodzinny był w Rosji bardzo silny. Przeciwko niemu rodził się właśnie mit Pawlika Morozowa. W y r y w a l i t ę ziemię tajdze / Zanim jednak ten mit powstał i zawładnął wyobraźnią wielu pokoleń, istniała konkretna rzeczywistość, konkretne miejsce i konkretni ludzie. Zaistniał taki, a nie inny splot okoliczności, które w tym miejscu, wśród tych ludzi wyzwo­ liły złą energię i takie zachowania, które później mogły być z łatwością p o d d a n e mitologizacji. Wiele było postaci podobnych do Pawlika Morozowa. Ale to on stał się boha­ terem mitu. Rodzina Morozowów przybyła na Środkowy Ural, do Gierasirnowki, z biednej, białoruskiej wsi spod Witebska. Przybyła w 1910 r., 8 lat przed urodzeniem Pawlika. Dwóch synów i trzy córki przywiódł tu 60-letni Siergiej Morozów, głowa rodziny, późniejszy dziadek Pawlika, człowiek z pew­ nością pracowity i odważny, skoro w tak późnym wieku zdecydował się na długą p o d r ó ż i rozpoczynanie życia od nowa. Biograf Pawlika nie wspomni jednak ani słowem o pracowitości dziadka, będzie bowiem pisał swą książkę wówczas, gdy gl-letni Siergiej Morozów, a także jego o rok młodsza żona Ksenia i 70-letni zięć Arseniusz Kułukanow (wszyscy uznani za „kułaków") zostaną oskarżeni o udział w zabójstwie Pawlika i skazani na karę śmierci przez rozstrzelanie. Pragnąc w oczach czytelników zdyskredytować parę sta­ ruszków biograf napisze, że Siergiej Morozów był w mło­ dości żandarmerii i że pewnego razu przyszło mu, wśród innych przestępców, konwojować także piękną keniokradkę, że zdarzyła się wówczas historia do złudzenia przy­ pominająca hiszpańską opowieść o Carmen, mająca jednak odmienne zakończenie - zakochany żandarm ożenił się z uwoinioną. dzięki niemu 18-letnią zalotnicą Ksenią-ziodziejką. W intencji autora ten motyw życiorysu nie był wcale romantyczny, lecz miał ilustrować modną w ówczes­ nej państwowotwórczej psychologii zasadę: Czym skorupka nasiąknie za młodu... Żandarm bowiem, szczególnie carski, był w ówcześnie lansowanych opiniach nie tylko osobni­ kiem obcym klasowo, aie także przedstawicielem wrogiego 368 klasowo aparatu ucisku, zaś koniokradka, do tego zalotnica - anarchicznym elementem nie dającym się politycznie zorganizować. Kiedy Morozowie znaleźli się w Gierasimowce, wieś dopiero powstawała, pierwsi osadnicy z Białorusi zjawili się tu zaledwie kilka lat wcześniej. Podobnie jak rodzina M o r o zowów dostali ziemię. Czy jednak to, co wówczas dostali, można było nazwać ziemią?- Otrzymali kawał tajgi, czyli syberyjskiegoTasu. I trzeba było najpierw tę tajgę, czyli syberyjski las, wyrąbać. Potem trzeba było wy karczować. Potern zaorać. To się tylko tak mówi. Wyrąbać, wykarczować, zaorać... I jeszcze postawić domy... Aby móc wy karmić rodzinę, mężczyźni szli za parobków do starszych mieszkańców tych okolic, do bogatej, sąsiedniej wsi Gorodiszcze. Zimą udawali się do Tawdy na wyrąb lasu i zwózkę drewna do tartaku kupca Łoginowa. A jesienią szli całą wsią do dzierżawcy jeziora Salokowo odławiać rybę... Ale przede wszystkim wyrywali własną ziemię tajdze. Tym większą ta ziemia miała dla nich "wartość, im więcej jej oddali własnego potu. A im więcej oddali jej potu, tym większym nieszczęściem musiało i n się wydawać później widmo kolektywizacji. · . Start każdej rodziny był jednakowy. Wszyscy dostali to samo, tyle sarno i w takich samych warunkach. A p o upływie mniej więcej ćwierć wieku jednych z nich, przeważnie leniów, zaczęto nazywać B^EDNIAKAMI, innych, statecznych, gospodarnych i zamożnych chłopów, określano mianem KUŁAKÓW. Słowo „kułak" w oficjalnym języku administracyjno-policyjno-ideologicznym oznaczało tyle, co „krwio­ pijca", „wyzyskiwacz", „drań". „Mirojed" - j a k dosadnie określano po rosyjsku. Zaczęto więc jednych popychać przeciwko drugim wyko­ rzystując słabości natury ludzkiej, takie jak zawiść, i słabości ludzkiego umysłu, takie j a k gotowość d o przyjęcia tezy, według której ten, kto rna więcej, ma niesłusznie i należy m u to odebrać. Rewolucja, jeśli rozumieć ją nie tylko j a k o jed­ norazowy akt przejęcia władzy, ale j a k o proces ciągły, słu­ żący utrzymaniu tej władzy, nie ODBYŁA się w 1917 r., ale wówczas się tylko ZACZCŁA, a trwać musi w nieskończoność (jej koniec jest tożsamy z końcem wyniesionej przez nią władzy) i polega na robieniu nieustannych eksperymentów z 21 369 człowiekiem, nieustannym wywłaszczaniu go i przekształ­ caniu stosunków społecznych z zamiarem zlikwidowania własności prywatnej, największej ostoi niezależności czło­ wieka i całych grup ludzkich wobec państwa. Specprzesiedleńcy Najpierw w Gierasimowce wysiedlono kilku najzamożniejszych gospodarzy. Normalnie wysiedla się na Syberię. Ale dokąd można wysiedlić kogoś z Syberii? J a k śpiewał Włodzimierz Wysocki, wysiedlono ich iz Sibiri w Sibir. Wysiedlono ich n a Daleki Wschód z ziemi, którą jeszcze niedawno, przed rozpoczęciem się bolszewickiej rewolucji, własnymi rękami wyrywali tajdze. Znalazło się nawet kilku „biedniaków", których wiosną 1930 r. władze rejonowe potrafiły skłonić do założenia komuny, ale już jesienią nie­ udani komunardzi, roztrwoniwszy przekazane im gospo­ darstwo jednego z rozkułaczonych sąsiadów, rozbiegli się do własnych domów. Trofim Morozów, ojciec Pawlika, był z pewnością obecny przy wysiedlaniu wielu miejscowych „kułaków". Ten wete­ ran wojny domowej (walczył p o d o b n o z oddziałami Kołczaka) aż trzykrotnie sprawował funkcję przewodniczącego . rady wiejskiej w Gierasimowce. Ostatnim razem objął ją p o d koniec grudnia 1930 r., a zrezygnował na przełomie lata i jesieni roku następnego. Nie m a m y opisu wysiedleń w Gierasimowce. Czyżjednak nie wyglądały one wszędzie podobnie? T a k je opisał Iwan Twardowski: 19 marca 1931 roku. Przedpołudniem zjawił się u nas sam przewodniczący rady wiejskiej. Razem z nim przy­ szli, jak później zrozumiałem, świadkowie: nasz dobry zna­ jomy, sąsiad A lek siej Iwanowicz i drugi, też sąsiad, Kuźma Iwanowicz Sawczenkow. /.../ Przewodniczący bacznie oglą­ dał nasze zaniedbane domostwo, wzruszał ramionami i coś sobie myślał, być może: „ Co innego spodziewałem się zoba­ czyć w waszym domu". Na przypiecku, nędznie ubrane, sie­ działy dzieciaki. Nasłuchawszy się różnych rzeczy, patrzyły na przewodniczącego z przestrachem i niepewnością, owym P. D. Sołomiein, W kutackom gniezdie, Moskwa - Swierdłowsk, 1933. Za: L. Sonin, dz. cyt. 21 370 dziecięcym wzrokiem, w którym kryło się przekonanie, że po nieznajomych nie należy się spodziewać niczego dobrego. Obok dzieci stała nasza mama, wymizerowana, zalękniona, z opuchniętymi odłez oczymi, spodziewając się, że znów usłyszy coś złego (głowy rodziny, Trifona Twardowskiego, nie było wówczas w Zagoriu, pracował w Donbasie - przyp. J.G.). Świadkowie przysiedli na ławie przy drzwiach, a przewod­ niczący wyszedł za przepierzenie rozdzielające chatę na dwie części. Były tu krzesła zwane wiedeńskimi, ale powiązane już przez ojca sznurkiem, z siedzeniami wytartymi do dziur. Prze­ niósł wzrok na stary stół, później na stojącą przy ścianie, pod oknem, zniszczoną, twardą kanapkę - miejsce, gdzie my, dzieci, spędzaliśmy zimowe dni i wieczory. Na ślepej ścianie widać było zasłonięte do połowy, jedyne w naszej rodzinie, stare łóżko ojcowskie, na którym pod wyblakłym nakryciem można się było domyślać zapadłych wnętrzności materaca. Niewielkie lustro w ramce ozdobionej naklejonymi rombikami wisiało na ścianie - zmętniałe, z rozlazłymi plamami przeżar­ tej srebrzanki. Następnie przewodniczący wyszedł do sieni, zajrzał do komory: była pusta; zasiadł obok świadków i ze splecionymi rękami, opartymi na kolanach, z pochyloną głową wydawał się o czymś myśleć, być może prywatnie nam współ­ czuł, ale zmienić niczego już nie mógł. Z Gierasimowki nie tylko wysiedlano. W odległości 6 km od wsi w y b u d o w a n o barak i przywożono doń specprzesiedleńców wysiedlonych z Kaukazu. Stykał się z nimi Trofim Morozów, poznawał ich los i warunki życia w miejscu zsyłki. Były prawdopodobnie zbliżone do warunków, jakie miała rodzina Twardowskich, chociaż ich miejsce zsyłki znajdo­ wało się 300 km od Gierasimowki: Stały tu dwa stare baraki. Znów prycze, ścisk, brud i wrzask. /.../ Wychodziliśmy codziennie do pracy przy spławianiu drewna. /.../ Wszystko robiono ręcznie. /.../ Zaczynał nas męczyć głód. Jedzenie było do niczego: brakowało chleba, do zrobienia czegoś gorącego wydzielano straszliwie mało kaszy, czasem, rzadko - trochę ryb. Otrzymywanego przydziału żywnościowego nie udawało się w żaden sposób rozdzielić na wszystkie dni i stało się zasadą, że przez dzień, dwa lub trzy nie było jużjv ogóle co jeść. Do tego jeszcze miejscowi dziesiętnicy odnosili się do nas ze złością i szyderstwem, ciągle się słyszało: „Szybciej!" „Szybciej!" „ Całe życie ludzie na was pracowali - popracujcie 371 teraz wy na ludzi!" I tak stale i stale, aż trudno było się uwolnić od myśli, że stopniowo przybliża się nasz koniec. /.../Przewa­ żająca większość tak zwanych specprzesiedleńców rekruto­ wała się spośród ciężko pracujących chłopów i w żaden sposób nie była podobna do malowanych na plakatach drapieżnych wyzyskiwaczy. Ich z pokolenia na pokolenie stwardniałe od pracy ręce, ich pokorna uległość wobec losu świadczyły o czymś zupełnie innym: o nieustannej walce o każdy kawałek chleba. /.../ Stosunek do specprzesiedleńców pogarszał się jeszcze bar­ dziej, ponieważ rozbrzmiewające wszędzie hasło „Likwidować kułactwo jako klasę!" przez większość aparatu kierowniczego niższego szczebla było rozumiane w ten sposób, że wszystko jest dozwolone wobec specprzesiedleńców, którzy całymi masami głodowali, chorowali na tyfus, umierali. Ojciec i syn Miał czemu się przyglądać i o czym myśleć Trofim M o r o ­ zów. Wysiedlanie porządnych sąsiadów, poniewierka przy­ byłych w pobliże Gierasimowski wysiedleńców z Kaukazu... A jednocześnie ciągłe przyjazdy różnych oddziałów specjal­ nych, grup i komisji „z rejonu" i wymuszanie od chłopów obowiązkowych dostaw, konfiskata bydła, odbieranie „nadwyżek zbożowych", c o w praktyce oznaczało zabiera­ nie chłopu wszystkiego, co posiadał. K o m u nie udało się zboża ukryć, ten skazywał siebie i swoją rodzinę na śmierć głodową. W kilka tygodni p o objęciu przez Trofima Morozowa funkcji- przewodniczącego rady wiejskiej w gazecie rejono­ wej „Tawdinskij raboczij" pisano: Gierasimowska rada wiej­ ska do tej pory nie wypełniła żadnego zadania państwowego. Były przewodniczący Filipow (poprzednik Morozowa przyp. J.G.) codziennie pił razem z kułakami, których popie­ rał. /.../Zorganizowana obecnie grupa WKP(b), nowy skład Rady wiejskiej, razem z towarzyszami przysłanymi przez komitet rejonowy prowadzą pracę polityczną, organizując biedotę iparobków, co pozwoliło ujawnić elitę kułacką. Zago­ rzałe w swej skrajności kułactwo w liczbie 18 osób zostało zatrzymane i odizolowane. Sąd skazał ich na wysiedlenie z 372 obwodu uralskiego, konfiskatę całego mienia i na 3 do 6 lat robót przymusowych w miejscu zsyłki. Nie mamy szczegółowych relacji, j a k się w czasie wysied­ leń zachowywał Trofim Morozów. Wiemy tylko, że dość szybko (mniej więcej p o pół roku) z funkcji zrezygnował. Wiemy także, iż w tym właśnie czasie zaczął dużo pić i zaniedbał swoje „biedniackie" gospodarstwo. A p o jego odejściu, wydawana w Tawdzie gazeta znów pisała o Gierasimowce w znanym tonie. Choć już poprzed­ nio ogłoszono, że gniazdo zniszczone, teraz tytuł brzmiał: „Zniszczyć gniazdo kułackie". A w tekście: Wgierasimowskiej radzie kułacy uwili sobie bezpieczne gniazdo i dążą do zerwania planu dostaw zboża. Kułacy nie oddali państwu ani jednego kilograma zboża, lecz chowają go na strychach, w łaźniach i stajniach. Rady wiejskie i oddziały komsomolskie patrzą na ich wszystkie poczynania ugodowo i nie podejmują żadnych środków. W kułackie sprawki i pracę rady wiejskiej powinien wkroczyć prokurator. Pawlik Morozów, syn Trofima, nie był nastrojony ugo­ dowo. Ten 12-letni chłopak chodził p o wsi razem z milicją w poszukiwaniu ukrytego zboża. Szpiegował sąsiadów, głów­ nie swoich wujów, i donosił później d o władz. Kiedy Arseniusz Kułukanow, mąż siostry jego ojca, wcześniej „rozkułaczony" i pozbawiony mienia, skosi w nocy zboże ze swego pola, wymłóci p o kryjomu i aby móc wyżywić rodzinę schowa w gospodarstwie teścia, Siergieja Morozowa (Pawlikowego dziadka) - Pawlik zawiadomi o tym kogo trzeba. W Pałacu Pionierów im. Pawlika Morozowa w Swierdłowsku przechowywana jest taśma magnetofonowa z o p o ­ wieścią jednej z nauczycielek: Kiedyś powiedziałam Pawlikowi: - Pawłusza, nie wiesz przypadkiem, gdzie Silin schował zboże? (Silin to drugi wuj Pawlika - przyp. J.G.) A on mi mówi: - Nie, nie wiem... - Komisja wychodzi już z siebie, a zboża znaleźć nie może... Na to Pawlik: - Spróbuję się wywiedzieć... Poprosił, by nauczycielka po lekcjach zatrzymała syna Silina, Kuźmę. Wracając potem z Kuźmą sam na sam potra­ fił tak go omotać podchwytliwymi pytaniami, iż ten nic- 373 opatrznie wygadał się, że zboże jest w stajni, p o d nawozem, na którym stoją konie. Następnego dnia, kiedy chłopcy byli na lekcjach, z gospodarstwa Silina wywieziono dwa wozy zboża i półtora wozu skór. Gdyby nawet relacja nauczycielki była ubarwiona fan­ tazją dla celów mitotwórczych, to i tak jest ona wymowna, wskazując, że chodzi tu o wykreowanie romantyki zajęć „małego policjanta", czy też „małego agenta bezpieki", który potrafi nie tylko szpiegować, ale także prowadzić przesłuchania. C z y m o t y w a c j a ideologiczna? Aby m ó c odegrać taką rolę, trzeba mieć odpowiednie cechy charakteru. Faktem jest, wbrew popularyzowanym opowieściom o oddziale pionierów walczących z kułactwem w Gierasimowce, że w całej wsi, wśród licznej młodzieży miejs­ cowej, znalazł się taki tylko jeden. We wszystkich opraco­ waniach przypisuje mu się motywację ideologiczną. A w tle kreśli się sylwetki energicznych komsomołek, młodych nauczycielek wiejskich, które kształtowały jego moralno-ideowe oblicze. Nauczycielki wiejskie, opiewane w wierszach, powieś­ ciach i filmach, to osobny, mało jeszcze opisany rozdział historii ZSRR. Opiewane j a k o te, które niosą kaganek oświaty, w gruncie rzeczy były propagatorkami nowej ideo­ logii. Ładniejsze, lepiej ubrane i bardziej swobodne niż miejscowe kobiety w ich wieku, potrafiły zawładnąć wy­ obraźnią i uczuciami swych wychowanków kreśląc im przed oczyma wizję lepszego, piękniejszego jutra, którego same, ze swoją urodą i swym uśmiechem, zdawały się wysłanniczkami. Kreśliły więc wizje świata, w którym nie ma bogatych i biednych, gdzie wszyscy mają co jeść, a wszystko jest . wspólne, gdzie świeci światło elektrycznych l a m p , w polu pracują maszyny, a stare matki mają uśmiech młodych nauczycielek. Trawestując słowa Tadeusza Borowskiego m o ż n a by powiedzieć, że nigdy nadzieja na lepsze j u t r o nie wyrządziła tyle zła co tu, w tym kraju, w tej rewolucji. Młode nauczycielki z zapałem przekonywały, że dla urze­ czywistnienia świetlanej przyszłości wszystkie środki są dozwolone. Wszak to ich przywódca, szef Komsomołu, 374 Aleksander Kosariew mówił latem 1931 r., mniej więcej wtedy, gdy Pawlik donosił na własnego ojca: M e możemy kierować się moralnością ogólnoludzką. Moralność ma cha­ rakter klasowy. Kilka lat później, w myśl zasady, którą sam głosił, Kosariew zostanie aresztowany, a następnie rozstrze­ lany. Dziś możemy o nim przeczytać w prasie radzieckiej j a k o o ofierze stalinizmu. Moralność nie jest ogólnoludzka, lecz ma charakter kla­ sowy, sąd nie jest sądem, lecz karzącym ramieniem rewolucji, zaś ciężko pracujący chłop nie jest chłopem, lecz złowrogim kułakiem. Własny ojciec bardziej niż ojcem może więc być podkułacznikiem, czyli poplecznikiem wroga. Ojciec Pawlika zrezygnował z funkcji w radzie wiejskiej - nie chciał dalej budować lepszego jutra. Ojcu nie podobało się (być może jest to jedynie cząstka sfabrykowanego mitu), że jego syn został pionierem. I wreszcie, ojciec zaczął wchodzić w komi­ tywę ze specprzesiedleńcamiz Kaukazu, co więcej - na blan­ kietach zachowanych z okresu pracy w wiejskim sowiecie zaczął wypisywać im zaświadczenia (podobno za pieniądze), że nie są kułakami, dzięki czemu, np. po ucieczce, mogli w innym miejscu znaleźć pracę, jak stary Trifon Twardowski znalazł ją dzięki dowodowi osobistemu ciotecznego brata. Ten motyw podejmie w odpowiednio oficjalnym tonie Stiepan Szczypaczow w „poemacie" „Pawlik Morozów" napisanym tuż p o wojnie: Całkiem możliwe, że kułacy,. Z zaświadczeniami wiejskiej rady, Zjeździwszy Rosję, gdzieś tam w pracy. Maszyny psują drańskie gady. Według zaświadczeń - to biedniacy. Wspomina cytowana już nauczycielka: Pawlik przychodzi do szkoły i mówi: - Oj, niedobrze! - Co znów niedobrze? - A no, ojciec sprzedaje kułakom dokumenty! - Co za dokumenty? - Zaświadczenia... Bo mój ojciec, nauczycielko, jest wro­ giem ludu. Nauczycielka przekonuje więc Pawlika, że należy powie­ dzieć o tym pełnomocnikowi rejonowego wydziału oświaty 375 ludowej, który właśnie przyjechał do rady wiejskiej. Pełno­ mocnik zawiadamia dalej kogo należy i Trofim Morozów zostaje aresztowany, a jego syn na sali sądowej oświadcza (cytat z akt procesowych): Mój ojciec urządzał jawną kontr­ rewolucję. Jako pionier mam obowiązek to powiedzieć. Mój ojciec nie broni interesów Października, lecz na różne sposoby pomaga kułakowi w ucieczce, stoi za nim murem. Ija, nie jako syn, lecz jako pionier, proszę o pociągnięcie mego ojca do surowej odpowiedzialności, aby na przyszłość odstraszyć innych od ukrywania kułaków i jawnego naruszania linii par­ tii. I jeszcze muszę dodać, że mój ojciec przywłaszcza sobie obecnie kułackie mienie. Wziął łóżko od kułaka Kułukanowa Arseniusza (tak mówi o własnym wuju - przyp. J.G.) i chciał jeszcze zabrać mu stóg siana, ale kułak Kułukanow siana mu nie dał i powiedział, że już lepiej jak pójdzie na skarb państwa. We wszystkich opracowaniach przypisuje się Pawlikowi motywacje ideologiczne. Były jednak i inne motywy, zwią­ zane z życiem rodzinnym Trofima Morozowa. i jego żony Tatiany. W p o n a d pół wieku od tamtych wydarzeń dzienni­ karz miesięcznika „Junost"' odnalazł w Gierasimowce 77letnią cioteczną siostrę matki Pawlika, A gafie Fokinę. Mówiła ona: Ubogo żyli Trofim z Tatianą. Przychodziłam do nich, żeby zemleć zboże; mieli kamienne żarna. Tatiana uro­ dziła aż czterech synów, a jakie to było życie? Trzeba było samej i prząść, i tkać, a Tatiana nie umiała. Trofim byt cichy i spokojny. Nie można powiedzieć, żeby był zły jako mężczyz­ na. Czy Trofim pił? Kiedy zrobiono go znowu przewodniczą­ cym, zmuszano go, aby zabierał ludziom ostatnią krowę, ostatnie zboże. Zajdzie do chałupy, dadzą mu zaraz wódki, więc krowy nie weźmie. A na drugi dzień znów musi przyjść... M a t k a Pawlika nie była kobietą zbyt zaradną. A w 1931 r. była już m o c n o zmęczona życiem. Tymczasem Trofim poznał dużo od siebie młodszą Ninę Amosową i wkrótce zamieszkał z nią porzucając żonę i 4 synów, z których naj­ starszy miał lat 12, a najmłodszy 5. Być może Pawlik nie wystąpiłby przeciw własnemu ojcu, gdyby ten nie był opuścił rodziny. T a k w każdym razie twierdzi stara ciotka Pawlika, Agafia Fokina. Być może względy ideologiczne były j e d y n i e okolicznościami sprzyjającymi, a głównym motywem była złość n a ojca porzucającego żonę i dzieci. Być może więc dla stworzenia mitu, rozbijającego etos rodziny, wykorzystano 376 rozpaczliwy gest chłopca, protestującego przeciwko rozbi­ janiu rodziny. Ale w konkretnych warunkach 14. roku rewolucji „gest" ten sprawił, że Trofim Morozów został skazany na 10 lat pozbawienia wolności. Nigdy z obozu nie powrócił. Ostatni akt Mniej więcej 10 miesięcy p o wydaniu ojca, 3 września 1932 r. Pawlik M o r o z ó w i jego młodszy, 8-letni brat udali się do lasu, by zbierać żurawiny. Nie jest wykluczone, że te ostatnie 10 miesięcy to był właśnie okres aktywności Paw­ lika we współpracy z milicją i śledzeniu sąsiadów (głównie wujów, którzy z aplauzem przyjęli nowy związek „małżeń­ ski" ojca Pawlika i nawet, według niektórych relacji, wy­ prawili m u „wesele"). Nie jest wykluczone, że przedtem taką działalnością się nie zajmował, zaś jej opisy są jedynie wy­ tworem wyobraźni autorów kreujących mit. Być może wydanie ojca było dla Pawlika przysłowiowym „rzemyczkiem", od którego się dopiero wszystko zaczęło, a potem potoczyło się jakby samo, gdyż Pawlikiem od tego momentu zainteresowały się w odpowiedni sposób odpowiednie oso­ by z odpowiednich służb. Z wyprawy p o żurawiny obaj bracia już nie wrócili. Po 3 dniach znaleziono ich ciała ze śladami ciosów zadanych jakimś ostrym narzędziem. Sprawie od początku n a d a n o sens polityczny (akt zemsty wroga klasowego), a na teczce z aktami jeszcze w czasie śledztwa umieszczono napis Terror!, co miało swoją wagę dla przyszłych sędziów, działających w okresie zaostrzającej się walki klasowej. Natychmiast aresz­ t o w a n o 9 osób, na które przedtem Pawlik donosił. W gaze­ cie „Tawdinskij raboczij" ukazała się informacja: Kułacka banda zabiła pioniera Morozowa. Część podejrzanych wkrótce zwolniono i na ławie oskarżonych znaleźli się członkowie najbliższej rodziny Pawlika ze strony ojca. Jed­ nego z wujów (Silina) uniewinniono, pozostałe osoby ska­ zano na karę śmierci przez rozstrzelanie: 19-letniego brata stryjecznego Daniłę - za dokonanie zabójstwa, 70-letniego wuja Kułukanowa - za podżeganie do zabójstwa, 81-letniego dziadka Siergieja Morozowa - za współudział, 80-letnią babkę Ksenię - także za współudział (rzekomo dowiedziała się na drugi dzień o zabójstwie i nie doniosła). 377 W Gierasimowce o p o w i a d a n o , że b a b k a zmarła w więzieniu najbliższej nocy p o ogłoszeniu wyroku. Emerytowany pułkownik milicji, który niegdyś (nie wia­ d o m o kiedy) analizował akta sprawy, pisał w 1989 r. w miesięczniku „ U r a ł " , że śledztwo było prowadzone wbrew najprostszym zasadom profesjonalnym, że właściwie żadnemu oskarżonemu nie udowodniono winy, -że przed­ stawiono „dowody" naciągane lub wręcz nieprawdopo­ dobne. Powstaje więc pytanie: Kto zabił braci Morozowów? Być może rzeczywiście zrobili to skazani, ale ów pułkownik milicji, a także dwaj dziennikarze, zajmujący się tą sprawą ostatnio na łamach „Uralu" i „Junosti", podają to w wątpli­ wość. Być może zrobili t o inni skrzywdzeni przez Pawlika mieszkańcy wsi. Jest również możliwe, że zabójstwa doko­ nali pracownicy O G P U (obwodowa służba bezpieczeń­ stwa), bowiem były potrzebne dowody, żę walka klasowa zaostrza się. Prawdy nie poznamy chyba nigdy. J e d n a k zbrodnia w lesie gierasimowskim była''faktem. F a k t e m tym okrutniejszym, że ofiarami padły dzieci, a jedno z nich, 8-letni Fiedia Morozów, zostało zamordowane jakby „przy okazji"; ten chłopiec bowiem nikomu w niczym nie zawinił. Specjaliści od zatruwania wyobraźni ludzkiej, czyli od propagandy, potrafili doskonale tę zbrodnię wyko­ rzystać. Pawlik Morozów, który wydaje ojca i dalej sobie żyje, nie miałby szans, aby stać się bohaterem poruszającym wyobraźnię. 13-letni Pawlik Morozów, który wydaje ojca i następnie zostaje brutalnie zamordowany - tak, to już jest materiał na mit. Ale byłby to tylko mit o kimś, kto został zamordowany z zemsty za popełnione czyny. Śmierć 8-letniego Fiedki nadała temu mitowi inny wymiar. Niewin­ ność Fiedki spłynęła także na Pawlika, który stał się dzięki temu bohaterem mitu o śmierci niewinnych młodzianków. T o ułatwiło propagandowe „uświęcenie" tej postaci. Nauczycielka w Gierasimowce wychowała sobie tylko jednego Pawlika. Ale jej następczynie, a także inne nauczy­ cielki wiejskie i nie tylko wiejskie, miały już sytuację ułat­ wioną. Mogły się posłużyć przykładem Pawlika. Miały bohatera poruszającego wyobraźnię. Mit Pawlika był popu­ laryzowany w różny sposób. Wspomina cytowany już puł­ kownik milicji: Pawlik Morozów to bohater naszego dzieciń22 2 2 E. Diewikow, Żertwa no - nie kumir. Komientarij jurista, „Urał", nr 2, 1989. 378 stwa. Pamiętam, jak w przedwojenne wieczory całkiem młodziutka jeszcze nasza mama stawiała na stołeczku tektu­ rowy, oklejowy czerwonym, angielskim płótnem rzutnik i my, dzieciaki, z zapartym tchem oglądaliśmy na pobielonej ścia­ nie, powiększone lampą projekcyjną przezrocza: „Kułak Kułukanow wypytuje młodego pioniera" - nawet rdzeń nazwi­ ska ujawniał straszliwego zdziercę... „A nocą swój strach zalewali wrogowie bimbrem..." „Aby zaspokoić głód Pawlik i malutki Fiedia poszli nazbierać żurawin..." „ W lesie oczeki­ wała ich zasadzka..." Tragedia dalekiej, nieznanej Gierasimowki, przedstawiona dzięki światłu rzutnika, ciągłe od nowa rozgrywała się na białej ścianie kwaterunkowego mieszkanka. Nie mieliśmy wątpliwości, że wszystko działo się naprawdę. I nasze dziecięce serca wypełniały się nienawiścią do wroga klasowego, który zabił pioniera i jego młodziutkiego brata. Przezrocza uczyły nas czujności klasowej, obrazowo pokazy­ wały, jak bardzo nieprzejednany i okrutny jest wróg, wzywały, abyśmy zastąpili padłego w nierównej walce towarzysza. Pierwszy biograf Pawlika Morozowa, początkujący dziennikarz o ambicjach pisarza, współtwórca mitu, po napisaniu książki często spotykał się z młodzieżą na różnego rodzaju pionierskich ogniskach. Zdawał kiedyś relację z takiego ogniska w liście do Maksyma Gorkiego: Po ognisku, na którym czytałem fragment książki, podeszła do mnie dwunastoletnia dziewczynka i mówi: - Dlaczego ich rozstrzelano? - Kogo? - Daniłkę, staruszków Morozowów, Kułukanowa? - A co, żal ci ich? - Nie - z nienawiścią powiedziała dziewczynka. - Ja bym najpierw kroiła ich powolutku, małym nożykiem, najpierw obcięłabym nos, uszy, usta, a potem powolutku podpiekała­ bym ich na ogniu. Ta dziewczynka, jeśli żyje, ma dzisiaj 68 lat. * Na początku 1989 r. w prasie radzieckiej ukazała się następująca informacja: Biuro Centralnej Rady Wszechzwiązkowej Organizacji Pionierskiej im. W. I. Lenina po ponownym przeanalizowaniu życiorysu Pawlika Morozowa potwierdziło słuszność swojej decyzji z 1955 r. o wpisaniu go do honorowej księgi pionierów. przegląd powszechny 12'89 379 Stanisław Czapiewski SJ Przez zakratowane okienka Wspomnienia syberyjskie (dokończenie) W szponach śmierci W ostatnich dniach września śnieg otula ziemię syberyj­ ską białym całunem. Minęły krew pijące komary i złośliwe muszki, lecz na ich miejsce przychodzą nowe bóle i troski w związku z ostrą i długą zimą. Bolszewików nie boli głowa o to, j a k ochronić niewolników przed mrozem. Powiadają, że posiadamy jeszcze wory ciepłych ubrań. Zresztą jest wojna... G d y zimą życie zasypia w przyrodzie, niewolnik na dale­ kiej północy zasnąłby ehętnie j a k biały niedźwiedź. Może zapomniałby o troskach i cierpieniach, może przyśniłaby się złota wolność... Lecz serca Polaków rwą się gdzie indziej, nie do urojeń, lecz do armii polskiej, która na południu Rosji odradza się jak feniks z popiołów. Wiemy o niej tylko tyle, że istnieje i to nas dźwiga na duchu, a równocześnie bardzo męczy. Nadzieja dotychczas stale zawodzi. Ktoś ją pod­ nieca, a inny znów gasi. /.../ Nadzieja wbrew nadzieinie jest pustym frazesem, zwłasz­ cza gdy treść tej zasady opiera się na głębokiej wierze religij­ nej. Toteż dla ratowania lućłzi uciekaliśmy się nieraz do środków bardzo mocnych, wmawiając tonem stanowczym 1 pewnym, że zwątpienie zabija ducha i ciało, że rychło będzie lepiej, jak Bóg na niebie, że zorza wolności zaświta w chwili, gdy może wszyscy już zwątpią. Bóg czuwa nad nami i Polska o nas myśli j a k najdroższa matka. Sursum corda! * W początkach listopada powędrowałem z dużą grupą ludzi uznanych za silnych do sąsiedniego obozu na zwózkę drzewa. Znowu te konie, które długo jak zmora stały mi przed oczyma. Wzdragałem się mimo woli, bo zwózka drzewa, zwłaszcza zimą, należy do najbardziej wyczerpują- 380 cych prac. W zestawieniu z nią wyrąb lasu jest prawie wygraną. Trzeba będzie wydobywać kłody z głębokiego śniegu i biegać za konikiem przez „wilcze doły" przez cały dzień, przy 40°C mrozu. K t o przetrzyma tę pierwszą zimę w lasach syberyjskich, ten zdaniem starych więźniów rosyj­ skich jest uratowany. Niech się dzieje wola Boża... W ostatecznej nędzy i umęczeniu, jakby przed progiem wieczności, dusza samorzutnie lgnie do Boga, widząc w Nim jedyny ratunek. J a k żarliwy był paciorek odmawiany p o drodze! Każde słowo modlitwy nabierało pełnej treści. „Ojcze": j a m skrzywdzone dziecię Twoje - ratuj mnie. Bądź wola Twoja - nie chcę się b u n t o w a ć , daj mi tylko moc wytrwania. Chleba naszego powszedniego - tego chleba, d o którego może ktoś nawet modliłby się bałwochwalczo. I odpuść nam nasze winy, bo własne cierpienia ofiaruję także za tych, którzy nie wiedzą co to pokuta. Kiedy indziej duch nasz koił się modlitwą „Pod Twoją obronę", rozczulając się nieraz aż d o łez serdecznych słowami na tym łez padole. Nigdy w mym życiu nie odczułem głębiej treści logicznej i uczuciowej tych ostatnich słów, jak właśnie na Syberii, gdy musiałem przeżywać sceny, które tu zamierzam opisać. Pewnego dnia zimowego w południe zjeżdża na pięknych konikach komisja sowiecka w liczbie siedmiu osób, celem przeglądu pracy w lesie. Wszyscy doskonale odżywieni, w ciepłych kożuchach, w luksusowych butach - nowoczes­ na burżuazja sowiecka. - N o , j a k się wam powodzi, rybiata? (dzieci) - pytają cynicznie. Ludzie śmielsi, władający dobrze językiem rosyjskim, występują z mocnym przemówieniem, pełnym konkretnych oskarżeń: brak wypoczynku, bezna­ dziejny głód, znęcanie się na ludźmi słabymi i chorymi, liczne mogiły p o d sosnami..! Nie słyszałem, by ktoś z taką determinacją i zimną krwią mówił Sowietom prawdę. Pada i nasze istotne pytanie: Kiedy wolność nam dacie? Komisja tłumaczy się wykrętnie, że to nie ich resort, że do nich należy tylko eksploatacja lasu. I znowu błędne koło: Jeżeli będzie­ cie wydajniej pracować, otrzymacie lepsze pożywienie. Zresztą i tu pracujecie dla zwycięstwa nad wspólnym wro­ giem. Dla zwycięstwa komunizmu!? W rezultacie zastosowano do nas jeszcze większy terror celem wciągnięcia do pracy wszystkich, którzy żyją. Nazwa­ no nas sabotażystami, których trzeba wyniszczyć doszczęt- 381 nic, ale bez użycia karabinu. Musimy wstawać bardzo wcześnie r a n o , choć krwawe słońce dopiero około godz. 8. zacznie się dźwigać leniwie na horyzont niebieski. Przy kop­ cącym łuczywie otrzymujemy swoją pajdą chleba, chowając ją skrzętnie w zanadrzu. Przy wymarszu d o lasu rozgrywają się prawie codziennie brutalne sceny. Kilku biedaków leży jeszcze na pryczach, nie myśląc dziś wyjść d o pracy. Jed­ nemu b r a k u b r a n i a na tak straszny mróz, drugi jest owrzo­ dzony (cinga-szkorbut), inny bardzo przeziębiony. Komisja z naczelnikiem obozu ściąga wszystkich z prycz. Ktoś p a d a z górnego piętra n a ziemię i otrzymuje brutalnego k o p ­ niaka, a na dodatek soczyste przekleństwo. Oprawców ogarnia j a k a ś diabelska pasja. Szarpią, popychają i kopią, byle tylko skompletować brygady robocze i w dziennym raporcie d o głównej k o m e n d y wykazać się według normy. Widzi to obecny lekarz, lecz musi milczeć, b o i jemu wyzna­ czyli normę zwolnień. /.../ Sytuacja lekarza obozowego jest bardzo trudna. Musi on patrzeć na maltretowanie więźnia, a jeżeli odważy się sprze­ ciwić bardziej stanowczo, sam powędruje do pracy w lesie. Brak lekarstw, urządzeń sanitarnych i pomieszczeń. W okresie największego nasilenia śmiertelności mógł on przyjąć do swojej izby chorych zaledwie trzech konających. Musiał przy nich czuwać nocami, a r a n o często wynosić trupy. Wiem z własnej obserwacji, że tak stało się prawie ze wszystkimi chorymi, których nadludzkim wysiłkiem usiło­ wał ratować od śmierci. * Znosimy na własnych barkach drzewo budulcowe na stosy, brnąc p o kolana w śniegu. W sąsiedniej grupie więź­ niów zapanował nagle jakiś tajemniczy ruch. Właśnie upadło drzewo, które przywaliło na śmierć młodego Lit­ wina. Wskutek wyczerpania i zniechęcenia do życia nie zdą­ żył usunąć się w porę. G d y przybiegłem, już nie żył. Udzieli­ łem m u absolucji warunkowej. Koledzy, zabrali gałązkę cedru pomazaną jego krwią, aby ją kiedyś wręczyć matce j a k o pamiątkę p o synu. Lecz czy któryś z was dzisiaj jeszcze żyje?... Spisano protokół, nieboszczyka pochowano p o d sosnami - i znowu spokój, jakby się nigdy nic nie wydarzyło. Kilka 382 dni później znowu drzewo przywaliło Litwina, który jeszcze niedawno był uosobieniem zdrowia. W tym samym okresie przynoszą wieczorem na barkach zamarzniętego Litwina. Po ocuceniu rychło pożegnał ten świat. Pewien Estończyk popełnia samobójstwo przez powieszenie. Mój kolega Stach / . . . / rani sobie toporem rękę, by uzyskać zwolnienie od pracy przynajmniej na parę tygodni. W ciągu trzech dni umiera aż sześciu ludzi wskutek przeziębienia. Wśród nich człowiek w sile wieku, zawsze pogodny, nawet w najczar­ niejszych chwilach życia obozowego. Umierał jak święty spokojnie, z uśmiechem. Pewien Litwin zaziębia się umyśl­ nie, byle prędzej skończyć z tym nędznym żywotem. T a k to na ołtarzu syberyjskim składamy prawie codzien­ nie ofiary z życia, błagając Boga o litość. / . . . / Kolega obozowy, poeta Zdzisław Broncel, wyśpie­ wał swoje uczucia i bóle w j a k i m sonecie: Przyzywamy was nocą, zmarli przyjaciele W kręgu straszliwych ogni czekamy z biesiadą, Kiedy ciemność zarzęzi i godzinę Dziadów Obwieszczą skończone więzienne apele. Odsłońcie spod całunów czaszki i piszczele, Nie wstydźcie się nagości i ciała rozkładu, Znamy dobrze ciał gnicie i śmiertelny zaduch, Wrosłe w rany bandaże i czarne zgorzele. Przeżegnajcie swe truchła i siadajcie z nami: Oddajemy wam własne w pół złamane życie, Dzieląc się dni ostatkiem, wodą i chlebami. Lecz jeżeli bagnet światła przegna was o świcie W podziemną tajgę śmierci, nazwaną grobami, Zostawcie serca mięso - może nas wskrzesicie. /.../ J a k apostołowie P i o t r i J a n Jeszcze parę epizodów z tych ciężkich dni. Wracamy do obozu ciemnym wieczorem, później niż zwyczajnie. Deszcz leje bez przerwy. Przed bramę stoi t r a k t o r naładowany żyw­ nością. Prowiant trzeba umieścić p o d dachem - to przecież w naszym interesie. Nikt się nie spieszy, choć wszyscy są świadomi, że przyjdzie n a m czekać choćby do rana, bolsze­ wicy przecież nie ustąpią. Organizuję więc „spółkę" ludzi 383 silniejszych i w ciągu pół godziny prowiant znalazł się p o d dachem. W jednym worku któryś z „markierantów" wywąchał mięso. Trzema palcami (dwa gdzieś stracił) rozrywa worek i jak głodny sęp szarpie kawałek p o kawałku, zjada­ jąc na miejscu surową wątrobę przeznaczoną dla ciężko chorych. Musiał być beznadziejnie głodny. Pięknie chowały się cztery szczeniaki należące do naczel­ nika obozu. W początkach zimy widzieliśmy tylko jednego. Łatwo domyślić się, co się z resztą stało. Karmione naszą kaszą... Ostatniego od dawna upatrzyłem dla naszego „zwiena", do którego należał potwornie wycieńczony ks. Narcyz. Przez dłuższy czas zdawało się n a m , że nasz „ulu­ bieniec" gdzieś przepadł, nie pojawiał się bowiem w lesie. Aż kiedyś w połowie grudnia raczył nas odwiedzić. T o p o r y były ostre. Pracowaliśmy z ks. Narcyzem na skraju działki, zasłonięci krzakami. Głód dokuczał potwornie - mieliśmy wilcze apetyty. Nie wolno n a m ginąć z głodu! I taka wstą­ piła odwaga, że nie bałem się już niczego. Piesek był łakomy na kawałek chleba, jak zresztą i my na psie mięso. Przyjaź­ nie nastawiony piesek nie przypuszczał, że go tak nikczem­ nie zdradzę. W pieszczotach usiadłem na brzuszku, pysz­ czek ująłem mocno w garść i toporem „przejechałem się" parę razy p o gardle. Ręce nieco drgały od tej zbrodni, a umysł pracował gorączkowo nad sposobem ukrycia cennej zdobyczy. Najlepszym schowkiem okazał się śnieg przykry­ ty stosem gałęzi. Pod wieczór ugotowaliśmy sobie pierwszy uczciwy posiłek. Zamiast pieprzu użyliśmy ziarenek jałow­ ca. * Ładowanie drzewa na sanki transportowe odbywało się dniem i nocą, bez przerwy. D o tej ciężkiej pracy istniały również specjalne brygady nocne, pracujące w zasadzie na tych samych warunkach co .wszyscy inni. Pewna niewinna przygoda spowodowała, że i ja jedną noc musiałem przep­ racować karnie w takiej brygadzie. Zwoziłem przez cały dzień drzewo. Strażnik, wiedząc już, że jestem księdzem, szykanował mnie od pewnego czasu w sposób szczególnie przykry, napędzał d o pracy. Było mi już tego wszystkiego za wiele, więc raz odciąłem się ironicznie, pracując zresztą nadal sumiennie. Po powrocie z lasu zatrzymują mnie przy bramie i prowadzą do wartowni, robiąc zarzut lenistwa 384 i nieposłuszeństwa. Z miejsca, bez żadnego badania, pakują mnie do izolatora, pozbawiając nawet tej nędznej kolacji. Po godzinie maszeruję, oczywiście potwornie głodny, z bry­ gadą nocną do pracy, skąd niedawno wróciłem. Co wtedy przeżyłem, trudno dziś realistycznie opisać. Noc jest okrop­ nie zimna, mróz dochodzi d o - 4 5 ° C , toteż w rejonie pracy palą się aż trzy ogniska. Zrozumiałem rychło, że nie uratuje mnie wysiadywanie przy ognisku. Jeżeli będę ogrzewał twarz i front, przeziębię plecy i zachoruję na zapalenie płuc, jak wielu innych. Uratować mnie może jedynie ustawiczny ruch przy pracy. Krzątałem się więc przez całą noc, nie zachodząc prawie do ogniska. Rano koledzy z brygady przynieśli mi porcję chleba i kawałek ryby n a zaspokojenie pierwszego głodu. Dzień przespałem bez pamięci. Trzeba osobiście przeżyć taką makabryczną noc w głodzie i chło­ dzie, by to zrozumieć. Jakieś desperackie lenistwo o p a n o ­ wało moich towarzyszy. Całymi godzinami siedzieli w mil­ czeniu przy ognisku, głusi na krzyki i nawoływania „strełków". Opamiętali się dopiero nad ranem słysząc groźby władz, że posiedzimy tu choćby do wieczora, jeżeli nie zała­ dujemy przewidzianej liczby sanek transportowych. * Cały Związek Sowiecki obchodzi uroczyście rocznicę rewolucji październikowej. Na tę cześć wszyscy więźniowie otrzymują dzień wolny od pracy. Dzień naprawdę wolny. Na kolację, prócz zwykłej porcji zupy, otrzymujemy dziś trochę kaszy i kawałek mięsa. Święto! Przede wszystkim nasze święto - święto przyszłej wolności. Więc spokojnie zbieramy się w największej sali baraku, aby wysłuchać mszy św. Odprawiałem w sutannie, w intencji Polski i naszej umęczonej braci więziennej. Jeden z kolegów śpiewał Mat­ ko Najświętsza, do Serca Twego... Głos mu się załamał. Wszyscy byli rozczuleni d o łez. Po mszy św. huknęliśmy p o d niebiosy (po raz pierwszy w obozie) „Boże coś Polskę" cisza - nikt nie wpadł do baraku, nikt na nas nie doniósł. Widocznie władze więzienne bawiły się dobrze. Ośmieleni tak u d a n y m wyczynem powtarzamy nabożeń­ stwo w najbliższą niedzielę p o kolacji. Nabożeństwo od­ prawiał inny kapłan, ja słuchałem spowiedzi. Po Ewangelii kolega głosił homilię. Nagle wpada do sali naczelnik jak 385 rozjuszony byk. Rzuca się w tłum domagając się księdza. Dochodzi nawet do rękoczynu. Wartownicy krępują księ­ dza i wloką na wartownię. Wśród nas powstaje konsterna­ cja. Co robić? Wysłać delegację z petycją o zwolnienie kap­ łana, znaczy narazić się może na coś jeszcze gorszego. Na szczęście ksiądz szybko wraca, ale już bez pięknej kruczej brody. Pakuje swoje rzeczy, więc wyczuwamy, że będzie źle. Żegnam się z nim pocałunkiem kapłańskim. - Czy to twój brat? - pyta się naczelnik - że się z nim tak czule żegnasz? - T a k - o d p o w i a d a rezolutnie ksiądz - to mój brat w Chrystusie. - N o tak dawaj go z tobą. Więc i j a musiałem zameldować się na wartowni i p o d d a ć się operacji zgolenia brody. Odbywa się właśnie rewizja majątku mego kolegi księdza. Sprzętem liturgicznym za­ opiekowali się nasi koledzy. W pewnym momencie każą mi ładować jego rzeczy d o worka i odnieść do baraku. Chyba nie będzie tak źle, j a k przypuszczaliśmy. Po powrocie na wartownię wróciła mi rezolutność i zachciało się n a m dyskusji na temat modlitwy! - Po co wy się modlicie? - pyta naczelnik. - Przyjdzie czas, że i ty, naczelniku, będziesz się modlił. - Ja? - przenigdy! M a m lat 37 i dotychczas nigdy w życiu się nie modliłem. Zresztą patrzcie, świnia się nie modli, a przecież żyje i czuje się szczęśliwa - zawsze w korycie znajdzie coś d o żarcia. W tym miejscu aż język swędział, aby p o d adresem naczelnika użyć właściwych słów, ale roztropność każe być powściągliwym. Odpowiadamy spokojnie: Wspomnisz kiedyś nasze słowa - będziesz się modlił. Tego już było naczelnikowi za wiele. Za podszeptem oficera N K W D my, „bracia w Chrystusie", powędrowaliśmy do izolatora, za­ miast d o ciepłego barłogu w baraku. J a byłem bardzo lekko u b r a n y , kolega natomiast, zawsze chytry i przemyślny, otu­ lił się przezornie w ciepły kożuch. Izolator to mała k o m ó r k a o powierzchni dwóch k r o k ó w na cztery. Prawie całą prze­ strzeń zajmuje prycza, oczywiście bez materaca czy jakiejś wyściółki. Nie m a nawet najbardziej prymitywnych urzą­ dzeń do ogrzewania. Przed nami nikt nie siedział w izolato­ rze, więc stał otwarty - wyziębiony. Syberyjska zima była już 386 w całej pełni, toteż ściany otwartego izolatora były pokryte grubą warstwą szronu. Strażnicy zaryglowali za nami drzwi i odeszli. Co tu robić? - Najpierw odmówiliśmy pacierz na „dobra­ noc": „Pod Twoją obronę..." i wszystkie inne znane m o ­ dlitwy. Próbujemy zasnąć. Ks. Chmielewski (takie jest jego prawdziwe nazwisko - występował pod pseudonimem Sta­ nisława Kruczkiewicza) nie odczuwa zimna, więc drzemie pół godziny, aleja marznę i nie mogę zmrużyć oka. Drepcę więc z nogi na nogę mierząc w ciemności tę przestrzeń setki razy. To może skończyć się smutno. Trzeba będzie użyć forteli. Jest już godz. 11 w nocy. zaczynam więc głośno „psioczyć" na niesprawiedliwość, broniąc praw człowieka do życia i zdrowia. Nie przyszedłem tutaj zdychać jak pies pod płotem. Wydzieram się coraz głośniej łamanym języ­ kiem rosyjskim, bo chcę, by mnie usłyszał wartownik czu­ wający opodal na wieżyczce. Zaczynam tupać obcasami w drzwi coraz częściej i gwałtowniej, bez przerwy. Dopiero p o trzech kwadransach jest jakaś reakcja. Wartownik dzwoni do centrali obozu, widocznie będzie rozmawiać w naszej sprawie. Istotnie, p o dłuższej chwili słychać skrzy­ pienie śniegu. Strażnik otwiera drzwi, przeraźliwie łaje za nasze nocne brewcrie. Cała gama soczystych przekleństw rosyjskich. Aby go zagłuszyć, puszczam w ruch całą swoją elokwencję, wylewając w ciągu kilkunastu sekund cały mój żal, prośby i życzenia... Wartownik, zamykając z pasją drzwi, grozi, że posiedzimy aż do rana, jeżeli się nie uspokoimy. Przez chwilę był spokój. W miarę j e d n a k jak coraz dokuczliwiej odczuwam mróz, ogarnia mnie jakaś desperacka determinacja. Kolega zachowuje się dość biernie, bo wy­ trzyma w ciepłym kożuchu do rana. J a natomiast walę znowu obcasami wyjąc jak. lew w klatce, naśladuję ujadanie psa... Co tu m a m do stracenia? Śmierć z przeziębienia lub zwolnienie z izolatora. Przypowieść ewangeliczna o natrę­ ctwie. Wreszcie około godz. 1 w nocy zjawia się strażnik i w zupełnym milczeniu zwalnia nas obu. Każe zabrać manatki z wartowni i kłaść się spać. Wracamy radośni, jak apostołowie J a n i Piotr, żeśmy mogli pocierpieć dla imienia Chrystusa. Wątpię, czy oni broniliby się tak namiętnie przed śmiercią, jak ja. Oni jednak nie wiedzieli, co to są syberyjskie 387 mrozy... Noc była krótka i błoga, bez duszącej zmory, bez nękających snów. Zawitał dzień wolności Po wizycie gen. Sikorskiego w Moskwie w grudniu 1941 r. jakiś ożywczy prąd zadrgał w powietrzu. Dowiedzieliśmy się cichaczem, że coś się dzieje. W innych obozach 10. oddzielenia p o d o b n o już jesienią zwalniano Polaków. W po­ czątkach grudnia przyjeżdża do naszego obozu jakaś ko­ misja sanitarna, ale z tego niewiele można wywnioskować. Inna komisja bada Litwinów i Estończyków, pomijając Polaków. Dowiadujemy się o pierwszych wyrokach sądo­ wych, b o dotychczas wszyscy siedzieliśmy bez rozpraw. Wyroki dotyczą wyłącznie innych narodowości. Obojętne jest skazańcom czy otrzymają wyrok na trzy łata, na pięć, czy więcej - wszystkim towarzyszy ten sam cyniczny uśmiech, gdy o tym opowiadają towarzyszom niedoli. Komisja jeszcze raz b a d a dokładnie skład narodowoś­ ciowy mieszkańców obozu zajmując się drobiazgowo tymi wszystkimi, którzy się podają za Polaków. Stosunek do Polaków nie ulega j e d n a k żadnej zmianie. Wszyscy, którzy zaczęli się załamywać, nieco się ożywiają - nadzieją. Istot­ nie, p o tylu bolesnych zawodach trudno wierzyć pozorom. Ale w powietrzu coś drga... W takim nastroju zbliża się okres Bożego Narodzenia. Tym razem już urzędowo prosimy o dzień wolny od pracy w to największe nasze święto. Niestety, odpowiedź jest zde­ cydowanie negatywna, uzasadniona potrzebą wysiłku wo­ jennego. W takiej sytuacji nie prosimy już o pozwolenie na nabożeństwo i śpiewy religijne, obiecując sobie załatwić to skuteczniej bez ich łaski. W noc Bożego N a rod zen ia u bi egłego roku złożyłem Bogu pierwszą ofiarę mszy Św. J a k o ś nie mogłem pogodzić się z tą myślą, by w tak pamiętnym dla mnie dniu pracować w lesie. „Zachorowałem" więc poważnie na biegunkę i zostałem w obrębie baraków. Najbliżsi przyjaciele odłożyli rano po kawałku chleba i ryby na wieczerzę wigilijną. Prócz tego zdobyliśmy gdzieś 1 kg dżugaru i paczkę namiastki kawy i tymi darami zastawiliśmy sobie stół wigilijny. Nie trzeba było choinki, gdyż rosło ich tyle w lesie tuż za ogrodzeniem 388 obozu, a wszystkie bielutkie, uginające się pod ciężarem śniegu. Zresztą spamiętaliśmy je zbyt boleśnie z wyrębu i zwózki drzewa. P o prostu nie chcieliśmy mieć na stole wigilijnym symbolu umęczenia... Stół wigilijny zrobiliśmy z odpowiednio przesuniętych desek pryczy. Rzewny i niezapomniany nastrój biednej braci wygnań­ czej był spotęgowany życzeniami rychłej wolności i cicho nuconą kolędą. Bezpośrednio p o tych wzniosłych chwilach rozpocząłem przy tym samym stole wigilijnym pasterkę. Całą ozdobą ołtarza na pryczy były dwie świece, a jedynym strojem liturgicznym - skromna stuła. Była to bez wątpienia najbardziej przejmująca chwila w naszym życiu więzien­ nym. T r u d n o silić mi się na opis przeżyć i wzruszeń. Radosne „Gloria in excelsis D e o " wlało nową otuchę do serc jak zawsze, pod warunkiem, że ludzie przyjmą drugą część pozdrowienia anielskiego o „dobrej woli". N a m dziś tej dobrej woli naprawdę nic brakuje. Nasz poeta, Zdzisław Bronce!, tak przeżył tę mszę wigi­ lijną w baraku: W ciasnej nawie baraku, w katakumbach mroku, Nikła świeczka rozjarza niebieskie podwoje. I Bóg wstępuje w tajgę przez zbrojne konwoje, Kolczastym drutem tocząc krew ze swego boku. Starczą cudowi chleby z przaśnego pajoku I wystarczy Sybiru za krzyżowe znoje, Iżby w słowach najświętszych „Oto Ciało Moje..." Dopełniła się miara proroctw i wyroków. O Boże narodzony w więziennym barłogu, Gdzie zamiast osła i wołu ludzie w gnoju leżą, Gdzie nawet siana zabrakło przy świętym połogu. A Glorię gong zagłuszył pod strażniczą wieżą, Daj nam gwiazdę przewodnią jak Magom ze wschodu I aniołów budzących jak śpiącym pasterzom. T r a g i c z n a wolność Tak z dnia na dzień, coraz pełniejsi nadziei, czekamy cierpliwie chwili wyzwolenia z diabelskiej niewoli. Musimy jednak pracować ciężko bez żadnej ulgi. Nagle dnia 14 stycznia 1942 r. w nocy, gdy w skrytości piekłem placki na komunikanty, przychodzi do mnie z ku- 389 chni najserdeczniejszy przyjaciel Ludwik (Grela, Bonifra­ ter) i oznajmia, że za chwilę usłyszymy najradośniejszą nowinę o zwolnieniu Polaków. Z radości spożyłem wszyst­ kie placki i pobiegłem budzić kolegów, jak ci aniołowie z polskich kolęd spieszyli budzić śpiących pastuszków. Radość nie do opisania! Zal nam tych, którzy muszą zostać na Syberii bez widoków lepszego jutra... O godzinie 3 nad ranem istotnie przychodzą przedstawi­ ciele władzy i odczytują listę zwolnionych Polaków, którzy mają wyjechać pierwszym rzutem. Wczesnym rankiem m a m y zabrać nasze toboły i pieszo wędrować ku wolności. Pierwszym etapem ma być znane już n a m miasteczko Gari. Po prostu nic chce się wierzyć. Nie maszerujemy już w smutnym konwoju d o przymusowej pracy j a k wczoraj, ale idziemy na wolność. Zegnajcie lasy, żegnajcie tragiczne koniki, żegnajcie nieszczęśliwi koledzy Litwini, Estończycy, Łotysze... Te D e u m laudamus. A więc kto wygrał? - naiwny optymizm i u p a r t a nadzieja wbrew nadziei, która po łbach waliła ludzi słabych i załamujących się na duchu. * Ale p o pierwszym szale radości troska musiała zachmu­ rzyć nasze czoła. Bo gdzie to my właściwie jesteśmy? Bardzo daleko na północy... Połowa ludzi to cienie człowieka. Boimy się o nich, że wielu nie wytrzyma trudów podróży. Rzeki są zamarznięte, a drogi pokryte metrową pierzyną śniegu. J a k się stąd wydostać i dokąd pojechać? - oto nasze żywotne pytania. Oczywiście do Armii Polskiej! - to prze­ cież szczyt naszych marzeń. Ale gdzie 'jest jej miejsce postoju? Wiemy tylko tyle, że istnieje gdzieś na południu. Podróż z przeklętych obozów zagłady do miasteczka Gari była prawdziwą rozkoszą. Nikt nie czuł się słabym ni cho­ rym, b o wszyscy j a k b y na skrzydłach lecieli ku wolności. Wierzyliśmy, że wnet staniemy się nowymi ludźmi. Niestety, spuścizna nałogów obozowych jeszcze długo będzie się dawać we znaki i tak bardzo ciągnąć ku ziemi, że to dziwne społeczeństwo dumnych z wolności od wczoraj ludzi mało się różni od tych, którzy pozostali w obozach. Lęgną się stronnictwa, rodzą się podejrzenia, niesnaski i kłótnie o drobnostki. Proszę nas j e d n a k nie potępiać, bo jeszcze wiele przyjdzie nam cierpieć, zanim odzyskamy pełną swobodę 390 ducha i ciała. Z a n a d t o byliśmy przeżarci terrorem głodo­ wym i zbyt zrujnowali jego następstwami. Gdzie jest ta Polska Armia wymarzona? Po nitce do kłębka dowiadujemy się, że w Buzułuku. Ale mówią, że w ostatnim czasie wszystko powędrowało dalej na południe. Na wszelki wypadek obieramy Taszkient j a k o stację koń­ cową naszej wędrówki. W ciągu tygodnia otrzymujemy odpowiednie dokumenty, gratyfikację za nasze więzienie w sumie 70 rubli oraz prowiant wojskowy na siedem dni. Najbardziej wygłodzeni zjedli ten zapas w ciągu trzech dni! Rychło więc zaczęła się spekulacja, j a k w obozie. Inni wyprzedali resztki swego odzienia na wolnym, rynku, aby zdobyć choć trochę żywności. Po pięciu dniach czekania m a m y wreszcie ruszyć do stacji kolejowej Sośwa, odległej od Gari około 35 km. Wyłania się problem techniczny, mianowicie jakim sposobem jechać? Tyle sanek nie znajdzie się w całej okolicy - zresztą ten rejon to odludzie! Nie m a jednak w Rosji problemów nie do roz­ wiązania. .. Władze kazały więźniom sowieckim sklecić dwie wielkie budy, które łącznie muszą pomieścić około sto osób. Budy są zaopatrzone w piecyki i drzewo opałowe. Zdawało się, że troska o przyszłych żołnierzy polskich, sprzymie­ rzeńców Związku Sowieckiego, nie może być posunięta dalej. Dzień jest mroźny i wietrzny. Wsiadamy do naszych dziwnych wehikułów p o d wieczór i wnet ruszamy w drogę. W imię Boże! W naszych kajutach ciasnota nie do opisania. W żaden sposób nie można siąść czy nawet przykucnąć, a więc trzeba stać i dreptać z nogi na nogę. G d y transport ruszył, b u d a zaczęła trzeszczeć i powoli pochylać się na bok. Mróz dokucza niemiłosiernie, zwłaszcza w nogi, gdyż b u d a jest pełna szpar. Rychło powstają kłótnie, coraz częściej słychać przezwiska i przekleństwa, to za zabranie miejsca na przestawianie nóg, to za przesunięcie się o kilka cm w kie­ runku piecyka. Makabryczna noc! - gorsza od tej, którą karnie przepracowałem z brygadą nocną. Czarna rozpacz, prawie że widmo śmierci od ludzi oszalałych na skutek nerwowego napięcia. O północy okryłem się cały kocem, by tego wszystkiego nie słyszeć. Stworzyłem sobie własny świat myśli i przeżyć. Nuciłem cicho wszystkie znane pieśni religijne i świeckie, 391 komponowałem jakieś nowe melodie. Śpiewałem dla zabi­ cia czasu, dla uspokojenia nerwów, dla zagłuszenia niesna­ sek. Śpiewałem Bogu i sobie. Bardzo wczesnym rankiem, gdy jeszcze było szaro, wielu z nas dziękuje za chylący się wehikuł i pieszo maszeruje w kierunku Sośwy, brnąc po kolana w śniegu. Ożywczy prąd ciepła wstępuje do organizmu. D o Sośwy docieramy w południe, wyprzedzając wehikuł o trzy godziny. Miesz­ kańcy niechętnie, a raczej nieufnie przyjmują gości w czap­ kach więziennych. Po prostu boją się i uprzedzają, by nie prosić o nocleg. Jakże smaczny był gorący czaj syberyjski, którym poczęstowała naszą grupkę pewna rodzina! Po raz pierwszy p o ośmiu miesiącach znaleźliśmy się w prywatnym mieszkaniu. Wnętrze jest skromne, ale chędogie. T r u d n o wciągnąć gospodarzy do rozmowy. System szpiegowski życia sowieckiego wywarł i tutaj znamienne piętno. Miesz­ kańcy doszli do niesłychanej wprawy w zachowaniu ostroż­ ności. Zamieszkaliśmy czasowo w baraku przeznaczonym dla uchodźców wojennych. Prowiantu nie m o ż n a było nigdzie kupić za żadną cenę, chyba tylko za ubranie i tytoń. Pie­ niądz nie posiadał żadnej wartości. Piekarnie były dla nas absolutnie niedostępne, gdyż nawet jeden gram chleba nie może być sprzedany bez kartek żywnościowych. Prowiant wydany n a m na podróż, już d a w n o się skończył, a o wyjeź­ dzie nic konkretnego nie słychać. Pociąg może przyjechać może dopiero za tydzień. Na stacji stoi przeznaczony dla nas wagon towarowy (bydlęcy), taki sam jakim jechaliśmy z Wilna, tylko bez zakratowanych okienek. Nikt nie ma ochoty w nim mieszkać ze względu na przeraźliwe zimno. Mroźny wiatr wieje całymi dniami, często nawet nosa nie można wychylić na świeże powietrze. W naszym b a r a k u zainstalowała się „spółka rzeźnicka", która prawie codziennie zabijała jednego psa. Na szczęście byłem już w nieco lepszej sytuacji, więc nie korzystałem z ich usług. Inni włóczyli się od stołówki d o stołówki (jadło­ dajnie miejskie), aby spożyć choćby raz dziennie ciepłą strawę. Zresztą do tego mieliśmy p r a w o aż do samego wyjazdu z Sośwy. Ze względu na dokuczliwe mrozy chodziłem w Soświe w sutannie. Ludzie starszego pokolenia, patrząc na mnie, 392 popadali w jakąś zadumę, gdyż w ich pamięci odżyła dawna wolność religijna. Młodzież natomiast reagowała w swoisty sposób: dowcipkami, według recepty propagandy antyreligijnej. W sali miejskiej, gdzie właśnie wyświetlano jakiś film propagandowy, podbiega d o mnie kilkoro dzieci sowiec­ kich. Biorę je serdecznie za ręce i pytam: - Czy wierzycie w Boga? - Boha niet - odpowiadają rezolutnie. - A skąd wy to wiecie, moi przyjaciele? - Nauczyciel tak powiedział! - T o ty idź i powiedz m u , że o n nie jest mądry, iż w Boga nie wierzy. On nic o Bogu nie wie. Widzicie, ja jestem „świaszczennik" (ksiądz) - wierzę w Boga, bo 12 lat uczyłem się o Nim, by G o poznać i ukochać. Dzieciaki tak się ośmieliły i tak im się to p o d o b a ł o , że jeden z nich samorzutnie wsypał mi d o kieszeni garść „dro­ gocennej" machorki. W wielu domach m o ż n a jeszcze widzieć ikony, na ogół ukryte w jakimś zakątku izby. Stare pokolenie p o dawnemu żegna się i bije pokłony. Brak cerkwii i organizacji życia religijnego każe przypuszczać, że odrodzenie wiary nie będzie sprawą łatwą. Wreszcie w ostatnich dniach stycznia, na nowo skromnie zaopatrzeni w żywność, jedziemy w daleki świat przycze­ piani często do różnych pociągów towarowych. Nieraz musieliśmy czekać parę dni na stacji, aby otrzymać możli­ wość dołączenia do odpowiedniego pociągu. Podróż d o Taszkientu będzie trwała nie siedem dni, j a k nas zapew­ niano, ale siedem tygodni... Jest nas w wagonie 90 osób z tobołami. Duszno i ciemno, a robactwo znowu zgryza nasze ciała. Brak najbardziej elementarnych urządzeń sani­ tarnych. Ludzie chorują. Jeden umiera już w pierwszych dniach. Sześciu zostawiamy p o różnych szpitalach miej­ skich, gdzie, jak się dowiedzieliśmy później, wszyscy kończą życie. W dodatku ludzie są skłóceni o kawałek chleba, o większą cebulę, o miejsce przy piecyku dla zgotowania strawy. Zaczynamy rozumieć tajemnicę wolności sowiec­ kiej, która nas Polaków, ogólnie biorąc, kosztowała bez mała tyle samo ofiar, co życie w więziennych obozach przymusowej pracy i n a posiołkach. Wzdłuż całej trasy spo- 393 tykało się tysiące takich samych nędzarzy jak my. „Łazarze" jadą na wolność, tacy okropni, jakich ich widział nasz poeta Zdzisław. My także już cuchniemy, tak jak brat twój Marto, Gdy kazano mu wynijść związanemu w płótna Łaska przerażająca, święta i okrutna, Jak wolność, której ogrom przed nami otwarto. Dla powstających z ziemi, czy też dla mar to Owa droga wśród śniegów osiedlami smutna? Przez glob wleczemy ciała - procesja pokutna, Wyciem hymnów wałcząca z kruków ćmą zażartą. Patrzycie na nas z bliska, jak na.drogie zwłoki, Z lękiem, że twarz się nagle w kościotrup wytrzeszczy Kto z was spoglądał prawdzie w oczodół głęboki I tak się nie uśmiecha? Kto się waży mierzyć, W jaką czeluść wejść trzeba, by spełnić wyroki I by Łazarzem powstać - jak trzeba uwierzyć. W jaką czeluść wejść trzeba, by odzyskać wolność... Święte słowa, których treść przeżył każdy z nas do, samej głębi. Nie wiem, czy była to umyślna złośliwość, czy brak organizacji sowieckiej, czy skutek bałaganu wojennego, że kiedy od władz pobieraliśmy prowiant na cały stan naszego transportu, kilkakrotnie pociąg ruszał w dalszą drogę bez tych, którzy ofiarowali się pójść po żywność do punktu aprowizacji wojskowej. N a to samo narzekali ludzie z in­ nych transportów. Nikt nie mógł poinformować dokładnie, kiedy pociąg ruszy. To wywoływało niesłychane zamiesza­ nie. Nic więc dziwnego, że cały transport jechał przez kilka dni głodny, nie mając pojęcia, kiedy otrzyma następny przydział żywności, ewentualnie kiedy ludzie z prowiantem dołączą do swoich, by ich nakarmić. Na każdym postoju przy wagonie można było oglądać formalny j a r m a r k z miej­ scową ludnością. Za lepioszkę chleba dawaliśmy chętnie resztki ubrania, żyjąc błogą nadzieją, że za niewiele już dni zrzucimy łachmany, by wdziać m u n d u r żołnierza polskiego. Ten żołnierz malował-się w naszej rozgorączkowanej wyo­ braźni w najcudniejszych kolorach, bo nie widzieliśmy dotąd ani jednego. Pierwsze spotkanie z polskim żołnierzem w Czkałowie wywarło na nas niesamowite wrażenie. Zasy­ pywaliśmy go tysiącem pytań, a on odpowiadał na wszyst- 394 kie cierpliwie, nawet p o dziesięć razy. Spełnił swoją misję znakomicie! Pewnego dnia trafił do nas egzemplarz „Orła Białego" z artykułem o unii polsko-czechosłowackiej. Pierwsze pol­ skie wolne słowo na obcej ziemi, w kraju, który jeszcze wczoraj nas gnębił, ale dziś z racji, politycznych nazywa się naszym sprzymierzeńcem. * Przestanę już rozwodzić się nad realizmem życia w Sowie­ tach, nad radością i r ozezarowanicm. Inni powiedzieli już więcej i lepiej ode mnie, opisując tragedię tysięcy czy nawet setek tysięcy Polaków, którzy zginęli wzdłuż rzeki Amu-Darii i p o zapadłych kołchozach Kazachstanu. Statystyki bez wątpienia wykazały, gdzie są nasze cmentarze, p o któ­ rych dziś już pewnie nie ma śladu, bo „kałmuk" zabrał na opał nawet ten maleńki krzyżyk z polskiej mogiły, albo jak szakal rozkopał ziemię, aby w niej znaleźć wielki skarb stary łachman! Inni mogą świadczyć dosadniej o tych okropnościach, b o mój los, dzięki Bogu, układał się zna­ cznie pomyślniej. Z chwilą wstąpienia do Armii Polskiej sytuacja zmieniła się zupełnie. G d y w marcu 1942 r. w przeddzień Wielka­ nocy stanąłem z moim oddziałem na wolnej ziemi Iranu, w głowie pozostał tylko mglisty zamęt, jakby zatarta świa­ domość ogromnej skali przeżyć bolesnych i krzepiących. Sama natura jakby instynktownie dążyła do zapomnienia wszystkiego, co jeszcze straszyło koszmarem niewoli rosyj­ skiej. Za wróconą wolność Bogu niech będą nieskończone dzięki! przegląd powszechny 12'89 395 Anna Micińska Aleksander Wat - elementy do portretu. Ballada więzienna Tekst, który drukujemy poniżej, jestfragmentem większej całości, która będzie poprzedzać wydanie tomu „Poezji zebranych" autora „Pieśni Wędrowca" w Wydawnictwie Znak w Krakowie. Nie miejsce tu na rekonstruowanie całej biogra­ fii A. Wata ni podsumowanie jego dorobku literackiego. Przypomnijmy tylko, że Aleksander Wat (1900-1967) - urodzony w Warszawie, zmarły w Paryżu, skandalizujący futurysta z początku lat dwudziestych, około 1926 r. zbliżył się do komu­ nizmu. W 1928 r. wraz z grupą lewicujących intelektualistów (Broniewski, Stawar, Władysław Daszewski, Leon Schiller, Hempel, Stande, Wandurski, Bruno Jasieński) rozpoczął redagowanie „Miesięcznika Literackiego", jedynego komuni­ stycznego w Polsce Dwudziestolecia pisma, które miało prawdziwie szeroki zasięg i odegrało przełomową rolę w kształtowaniu światopoglądu wielu z pokolenia, które w latach trzydziestych wchodziło w życie. W1931 r. po wielu perypetiach „Miesięcznik" zostałjednak skonfiskowany i zamknięty, a Wat z grupą współpra­ cowników (Stawar, Hempel, Broniewski) aresztowany i osadzony w więzieniu. Wypuszczony po kilku miesiącach na wolność podjął pracę kierownika literac­ kiego w firmie wydawniczej Gebethnera i Wolffa, gdzie pracował aż do wybuchu wojny. Lata te to okres ostatecznego dojrzewania intelektualnego poety, okres, który - przy pełnej świadomości tego, co dzieje się w stalinowskiej Rosji doprowadził go do zdecydowanego odwrotu, a wreszcie zerwania z wyznawaną dotąd w najlepszej wierze ideologią. „ Towarzyszka Ananke" nie tak łatwo wszakże wypuszcza odstępców ze swoich pazurów. W maju 1939 r. A. Wat znalazł się na liście osób wyznaczonych przez Komisariat Rządu do Berezy Kartuskiej. Tam wprawdzie już nie zdążył, uciekając jednak z Warszawy przed Gestapo, które także miało go na swojej liście, do Lwowa - trafił, niemal prosto, do więzienia na Zamarstynowie... Swą sześcioletnią epopeę w rosyjskich więzieniach i na zesłaniu Wat dokładnie relacjonuje w swoim „pamiętniku mówionym" „Mój Wiek" (Lon­ dyn 1977). To, czego nie zdążył nagrać, dopowiada w swej książce wspomnień „ Wszystko, co najważniejsze" (Londyn 1984) żona poety, Ola Watowa. Wszystkie przytoczenia w „Balladzie więziennej" pochodzą zatem z tych dwóch źródeł; dla ułatwienia lektury rozdziału jednakże zrezygnowano z dokładnej ich lokalizacji. Ufamy, że publikacja w „Przeglądzie Powszechnym" „Ballady więziennej" A. Wata wraz z kilku jego wierszami dotyczącymi tego okresu stanowić będzie nie tylko nasz udział w dyskusji nad „białymi plamami" w historii polsko-rosyjskiej, lecz także przybliży czytelnikom dramatyczną i wspaniałą postać Aleksandra Wata, który po latach anatemy wreszcie przywracany jest polskiej kulturze. A.M. 396 Co do liczby przebytych przez W a t a więzień i pobytów w szpitalach - Aleksander i Ola nigdy nie mogli się pogodzić. Zanim wszakże rozpoczął poeta swą do końca niepoliczoną więzienno-szpitalną tułaczkę, przeżył - jak większość war­ szawiaków - wrześniową wędrówkę na wschód i kilka mie­ sięcy w zajętym przez Rosjan Lwowie. „Zakończyłem Warszawę j a k o okres straszliwego smut­ ku. Smutku i pewności strasznych rzeczy, które oczekują mnie i ogół. Nie śmierci, lecz potwornych przeżyć, tak że żywi będą zazdrościli umarłym. A gdy wojna wybuchła, to wszystko jakby zostało zmiecione. Pierwszego dnia, kiedy b o m b y zaczęły padać, pewien węzeł został przecięty. Nie ulga, ale przestaje się istnieć na planie cerebralnym, duchowym, moralnym, istnieje się już tylko na planie odru­ chów, którym się poddaje, impulsów. Więc właśnie, szó­ stego dnia wojny, impuls szalony, imperatyw, że muszę uciec, musimy uciec z Olą, z Andrzejem. / . . . / Pierwszych Rosjan widziałem w Łucku. / . . . / Te twarze mongolidów, te szmatławe mundury, te hełmy mongolskie, takie szmaciane pikielhauby. Buty, buty; i ten dziegieć, i pot nóg, i zaduch machorki. Więc to, nad czym w czasie komunizowania przechodziłem do porządku dziennego - oblicze azjatyckie. I w dekomunizacji swojej też o tym nie myślałem. Azja E u r o p a - uważałem, że to jest gadanina publicystyki antysowieckiej, że to należy do XIX w. i jest bardzo powierz­ chowne. A tu naraz - Azja absolutna." Opowieść poety o czterech miesiącach, które spędził we Lwowie - od przyjazdu do aresztowania - nosić powinna podtytuł „Jaggahath" lub też: „...tak to historia krotochwilna, brzydkiego figla n a m wypłata". Zasłużony redak­ tor „Miesięcznika Literackiego" - lecz przecież już exkomunista, „renegat" - staje oko w oko ze sławioną ongiś rzeczywistością komunistycznego raju i jego prawami. Okres ten - omawia go dokładnie w „Moim Wieku" - uważa za najgorszy w całym swoim życiu, nie w sensie konkretnych doznań, lecz własnej wobec nich postawy. „Lwów - mnóstwo bieżeńców, uciekinierów z Warszawy, kolegów. Nie mają gdzie mieszkać, nie mają z czego żyć, bieda o k r o p n a . W kołach literackich strach przed meduzą." - „Już nie wiem, kto zwołał zebranie lewicy literackiej, lewicy w najszerszym sensie. Sala pełna, ściągnięto wszyst- 397 kich, którzy coś z literaturą mieli wspólnego, było ich już dużo. Przemówienie Korniejczuka: - «Nie macie do nas zaufania - i wcale od was z góry nie wymagam żadnego zaufania. Przyglądajcie się n a m , m a m y czas. Spodoba wam się - świetnie, nie s p o d o b a - t r u d n o . To jest wasza sprawa. Ale my wam damy tymczasem dobre warunki egzystencji, żebyście mogli żyć, pisać, przyglądać się n a m w akcji. Naci­ sku na żadnego z was nie będziemy wywierać, żadnej propa­ gandy wobec was nie będziemy stosowali. Sami wyróbcie sobie sąd...» - to był tenor jego przemówienia." „Do zarządu org-komitetu został wybrany D a n , Bro­ niewski, kilku Ukraińców, dwóch żydowskich literatów, z Polaków byli jeszcze Boy-Żeleński i ja. A później, kiedy przyjechała W a n d a Wasilewska, d o k o o p t o w a n o także i ją. / . . . / Zarząd zajmował się na razie głównie sprawami byto­ wymi: szukanie mieszkań, zaopatrywanie w pieniądze, urządzanie stołówki / . . . / Tymczasem we Lwowie rośnie panika, coraz więcej ludzi jest aresztowanych." „Wielkie aresztowania zaczęły się w połowie października 1939. Więc najpierw aresztowali wszystkich związanych z rządem, szczególnie p r o k u r a t o r ó w , sędziów, policjantów. / . . . / Drugie masowe aresztowania były w połowie listopada, a trzecia masówka w styczniu 1940, kiedy nas aresztowano. To był najobrzydliwszy okres mojego życia, te kilka mie­ sięcy we Lwowie. Tchórzyłem, kłamałem. Wiedziałem, że mnie zaaresztują, że Ola i Andrzej zginą - drżałem p o prostu / . . . / a ponieważ i tak od kilku lat wycofałem się z literac­ kiego życia, więc był to dla mnie doskonały pretekst do powiedzenia, że się skończyłem j a k o literat. Trąbiłem o tym." - „Nie składałem żadnych samokrytyk, bo mnie nikt o to nie prosił, gdyby mi kazali, to bym złożył." „Zaczęto mnie wreszcie namawiać, żebym wstąpił do «Czerwonego Sztandaru», że to,jest najbezpieczniejsze dla mnie miejsce. Dość długo się wahałem / . . . / Przez sześć czy siedem tygodni pracy w « Czerwonym Sztandarze » zdołałem umieścić trzy czy pięć małych notatek o zebraniach w fabry­ kach. D r u g a funkcja, którą spełniałem w «Czerwonym Sztandarze», to była nocna korekta, drżałem robiąc korektę. Najmniejsza omyłka, a nie tylko zecer idzie do m a m r a , także i korektor oczywiście za to odpowiada. A ja miałem obsesję. Ciągle mi się zdawało, że w końcu za mojej 398 korekty wyjdzie straszna gafa, jedna literka będzie zmie­ niona i wyjdzie Sralin zamiast Stalin. Ciągle pilnowałem tego Sralina. / . . . / Nie wytrzymywałem. Więc zrobiłem jedną rzecz bardzo groźną, mianowicie przeczytałem będąc w redakcji (Ważyk przy tym był, mieliśmy biurka obok siebie) przemówienie Mołotowa o cieniu Polski, o upiorze, który nigdy nie powstanie itd. T o był przedruk z «Prawdy». I wtedy wybuchnąłem. Powiedziałem: co jak co, ale polskie pismo, w języku polskim, nie ma prawa takich rzeczy dru­ kować. I inne jeszcze wybuchy. / . . . / Z a c z ę ł a się wokół mnie robić pustka. W redakcji zacięci komuniści bali się już ze mną rozmawiać; w Związku nie byłem już sekretarzem." Aresztowanie poety nie nastąpiło jednak w „normalnym" trybie. Z a r ó w n o on sam w „Moim Wieku" jak i Ola Watowa we „Wszystko, co najważniejsze" dokładnie opisują prze­ bieg tzw. lwowskiej prowokacji, w wyniku której - 24 I 1940 r. - p o sproszeniu przez Władysława Daszewskiego na spotkanie do restauracji grupy znajomych i przyjaciół, a następnie wywołaniu przez „przypadkowego" współtowa­ rzysza „pijackiej" burdy - zostało zaaresztowanych kilkuna­ stu literatów polskich, w tym Wat, Broniewski, Peiper, Stern i in. „Byłem oszołomiony niezwykłością aresztowania. Zaraz p o wtrąceniu mnie do celi przyszła sanitariuszka wię­ zienna. Pokiwała głową i kazała mi chuchnąć, żeby opisać w protokole, że jestem pijany." - „I w kilka dni po naszym aresztowaniu, co mój śledczy pokazał j a k o dowód mojej winy, ukazał się artykuł w «Czerwonym Sztandarze« bardzo głośny. Opisywali nas w nim j a k o bandę ciemnych typów, kryminalistów, pijaków, kurwiarzy, rozpustników, którzy urządzali orgie, napadali na kelnerki w tym klubie, gdzie nas aresztowano. Chodziło o to, żeby w oczach tzw. polskiego społeczeństwa konserwatywnego nas obrzydzić, zohydzić, żeby wytarzać w błocie. T a k się robi!" „[Więc] to co mnie łapało za gardło, to nie to, że mnie zaaresztowali, nie groza, b o już wtedy groza mnie nie obchodziła - bałem się tylko o nich [tj. o rodzinę], ale brzydota tego aresztowania. I to już mi w stosunku do komunizmu zostało: kategoria brzydoty. Nie j a k o kategoria estetyczna, ale brzydoty estetyczno-moralnej, jakiegoś szmatławienia charakterów, miast, rze­ czy. Wszystko tam szmatławiało." 399 Swoim doświadczeniom i przeżyciom, które zgromadził podczas - od m o m e n t u aresztowania niedobrowolnego pobytu n a ziemi rosyjskiej, d o p o w r o t u do Polski w 1946 r., poświęcił A. W a t p o n a d 400 stron „Mojego Wieku". O ile nie miejsce tu na detaliczne ich streszczanie (choć wiele „elementów do portretu" poety pozostanie w ten sposób w cieniu), należy przytoczyć przynajmniej parę podstawowych faktów. „W ogóle przeszedłem przez jedenaście więzień. Ola się ze mną kłóci, że nie m o ż n a mówić 11, bo w dwóch byłem tylko p o jednej dobie. I rzeczywiście ma rację. Dla statystyki, dla urody statystyki - 11. A jak d o d a m jeszcze dwa więzienia polskie, to będzie razem 13. Ł a d n a liczba. Ale na dobrą sprawę, przeżycia moje bardzo takie ważne, to są dwa wię­ zienia lwowskie, przy czym głównie Zamarstynów. natural­ nie, bo już w Brygidkach siedziałem niedługo. T o - dwa. Trzecie: Kijów. Niedługo, 10 dni, ale szalenie interesujące, bardzo dla mnie pouczające, bo to była pieriesylnaja tiurma. To trzy. Ł u b i a n k a - cztery, Saratów - pięć. Iii - sześć. I Trietijc Otdielenie - siedem. Siedem takich ważnych wię­ zień. Przy czym każde inne, każde inny wariant, każde inny świat. Więc to jest olbrzymi materiał." Rzecz istotna - we wszystkich tych więzieniach Wat prze­ bywał w nieustannym śledztwie. D o właściwego procesu i wyroku ostatecznie nie doszło - najpierw na skutek amnestii dla obywateli polskich w 1941, p o powtórnym aresztowaniu w Iii w 1943 r. z p o w o d ó w dla samego Wata niepojętych. Kierunek i przebieg owego „śledztwa" - a także własną ewoluującą w jego toku postawę - kwituje krótko: „Miałem bez przerwy bardzo ciężkie doprosy, niesłychanie męczące, całonocne, bardzo długie. Bez brutalności, krzyczeli na mnie, ale nigdy nie uderzyli, nie miałem też tych reflekto­ rów, za to doprosy psychicznie ciężkie, bardzo uporczywe, ciągnące się przez jakiś czas bez końca i bez przerwy. Oskar­ żenie było w takiej skali - od papizmu poprzez syjonizm, trockizm i szowinizm polski. Bardzo szeroki wachlarz. Właściwie cały tryb był taki, że mieli mi dać zaraz wyrok i wysłać do łagru. Dlaczego mnie więc wzięli na Łubiankę? N a tych doprosach miałem straszną taktykę, dlatego tak mnie męczyli. Miałem taktykę mówienia, że jestem człowiekiem lewicy. Nie mówiłem, że jestem komunistą, ale że człowie- 400 kictn lewicy. Miałem też taktykę szczerości. Wygarniałem wszystko, co mówiłem przeciwko Sowietom. / . . . / Właściwie w 90 procentach zeznałem wszystko o sobie. Starałem się tylko manewrować tak, żeby nikomu nie szkodzić. Oczywiś­ cie to mnie plątało, to mnie narażało na krzyki i awantury. / . . . / Potem się nie tylko nauczyłem, ale wpadłem w fana­ tyzm. Zaczęło się to zwłaszcza w Saratowie, gdzie miałem także przeżycie bardzo religijne, mistyczne, wszystko we­ wnątrz do góry nogami, i odczucie diabelskości komunizmu, więc p o tym już konsekwentnie, ale też spontanicznie (i to okazało się doskonałym środkiem) odżegnywałem się od wszelkiej lewicowości. Kiedy mnie wypuścili, umieściłem w «Polsce», w organie ambasady / . . . / nekrolog o Rogożu, gdzie się przyznawałem do katolicyzmu, gdzie napisałem, że jesteśmy naocznymi świadkami pomieszania języków, apo­ kaliptycznego zdruzgotania kultur i cywilizacji, które chcia­ ły się rządzić wyłącznie prawami ludzkiego rozumu. Jest też w tym artykule jakaś «mongolska gęba». G d y mnie aresztowali p o raz drugi, wypomnieli mi to. «Mongolska roża tiebie nie nrawitsia» - pytał mnie Omarchadżew, pięk­ ny Mongoł. I właśnie Omarchadżew podczas paszportyzacji mówił: « Wat, wiecP wy byli komunistom. Ty był komuni­ stom!" J a mówię: «Da, czto to takoje było, no tak dawno, czto j a uż etogo nie pomniu». I tego się trzymałem konsek­ wentnie, miałem wspaniały spokój. Szanowali mnie. Oka­ zało się, że to zbawienna metoda". Pułkownik Omarchadżew i Tretije Otdieienie w Ałma-Acie, to jednak już owe -naste i ostatnie więzienia Wata na rosyjskiej ziemi. N a razie, po upływie blisko dwóch lat od momentu aresztowania, W a t znajduje się w Saratowie. Jest rok 1941: „Już jest prawie zima. W szpitalu dowiedziałem się, że była jakaś amnestia dla Polaków, że jacyś Polacy wyszli, że jedni wyszli, a drudzy nie wyszli. / . . . / A p a r a t był zdezorganizowany - ja byłem jednak dla Polaków Żydo-komuna, więc o mnie widocznie nikt nie wspomniał i w ogóle zapomnieli o mnie. Ci w więzieniu nie wiedzieli kim jestem naprawdę, nie interesowali się. Siedzi, niech siedzi". „Przetrzymany trzy miesiące p o amnestii - dopowiada Ola Watowa - w więzieniu Saratowskim, do którego przewie­ ziono go p o ewakuacji Łubianki, mąż mój wyszedł z niego w 401 końcu listopada 1941 w stanie zupełnego wyczerpania fizycznego." „Najpierw idę do bani, żeby się odwszyć i w bani jest lustro. Nie wytrzymuję widoku własnego ciała, Skóra, która wisi - skóra została w tej samej objętości i wisi na mnie. Straszny widok. W a g a - zdaje się 45 kg, a normalnie waży­ łem 82. Prawie połowa, byłem muzułmaninem, w strasznym stanie wycieńczenia - ledwo chodziłem, kiedy wyszedłem." „Jeszcze w szpitalu więziennym, ktoś mi powiedział, że moja rodzina została na pewno zesłana do Kazachstanu." W a t decyduje zatem wziąć „propusk" d o Ałma-Aty. „Niech p a n nie wariuje - mówią mi wypuszczeni wraz ze mną dwaj polscy oficerowie - pan jest w takim stanie, że p a n nie może szukać żony, p a n pojedzie z nami d o Buzułuku. J a mówię: nie, muszę najpierw znaleźć żonę, jak osioł uparłem się, że muszę jechać do Ałma-Aty." Po dwóch tygodniach straszliwej podróży W a t dociera wreszcie do celu, gdzie wokół Delegatury Rządu Polskiego utworzyło się tymczasem ogromne skupisko wypuszcza­ nych z więzień i łagrów Polaków. „Ałma-Ata jest cudownie położona. Pejzaż był fantastyczny. Była zima, topole ałmaatyńskie cudowne, zwłaszcza młode są j a k warkocze młodej panny. Oczywiście w szronie, jakieś takie klejnoty całe w słońcu. G ó r y , olbrzymie góry, Tiań-Szań, przedmurze Pamiru, o cudownych k o n t u r a c h - biel sama w sobie. I ta biel rysuje się j a k cieniutki chiński rysunek, linia na pięknym włoskim niebie. Bo niebo włoskie, może nawet jeszcze głębsze." Delegatura umieszcza W a t a przede wszystkim w szpitalu. „Cały czas t a m spędzony - czytamy we «Wszystkim, co najważniejsze» - wypełnia pisaniem i wysyłaniem kartek pocztowych d o wszystkich delegatur rozsianych na terenie Kazachstanu z zapytaniem o mnie i o syna. I w końcu odnajduje nas na tych bezmiernych przestrzeniach w koł­ chozie, w czimkentskiej obłasti, gdzie umierający z głodu pracowaliśmy na polach bawełnianych." „I przyjechali! - Andrzej wyglądał jak dziecko z getta warszawskiego. Miał już początki gruźlicy, trupia czaszka. Ola - ileż wtedy miała? Trzydzieści kilka, a wyglądała na sześćdziesięcioletnią kobietę, wyniszczona kompletnie. Spódnica j a k rzeszoto, tak że widać było p o d nią koszulę. 402 I jakieś barachło, jakieś worki, w workach dziurawe blaszanki, Bóg wie co - i duży bochen chleba. I moja nikczemność, że mimo ich głodu spałaszowałem prawie cały chleb sam." „Po wyjściu ze szpitala - relacjonuje dalej Ola W a t o w a [Wat] rozpoczął pracę w Delegaturze ałma-atyńskicj. Dostaje funkcję inspektora szkolnego. Zakłada szkółki. Pracuje t a m do końca, tzn. do 1942 r., kiedy to p o zerwaniu układu, zlikwidowaniu delegatur i uwięzieniu wielu delega­ tów, deportowano nas w styczniu 1943 r. do Iii. W rzeczywi­ stości było więc Iii p o n o w n y m zesłaniem, a Polacy od n o ­ wa bezbronni." Małe osiedle Iii leży nad rzeką lii, którą dawniej odbywał się spław towarów do Chin. Nawiasem mówiąc dawne miejsce zesłania Trockiego. Takie długie sioło, trzy drzewa. Brudny piasek, jakieś brudne porosty, lepianki kazachskie z gliny i łajna. Trochę drewnianych budynków. Ze .stacji było daleko do posiołka, następnie przechodziło się przez wielki plac targowy, przez tołkuczkę. Była też b u d k a fotografa, budka zegarmistrza i b u d k a , gdzie sprzedawano wódkę. Ludność: kazachska, ukraińska i trochę Żydów z Ukrainy, którzy zajmowali tam stanowiska w p r o m - kombinatach miejscowych. Polaków prawie nie było, sami Żydzi i to Żydzi z Galicji - szewcy, krawcy, adwokaci i drobni kupcy. Żydowski posiołek. I tam miałem właśnie rozpocząć nowy cy kf życia. Moje Iii to trzy i pół roku, przerwane kilkoma miesiącami więzienia. Te lata stanowią jak gdyby świat zamknięty. W Iii już byłem właściwie człowiekiem sowieckim, w kondycji dołów sowieckich, proletariuszy. / . . , / To już było średnio­ wiecze. Odżywianie się korzonkami, np. słodkimi kartof­ lami, niektórymi roślinami trującymi, stały głód, mieszkanie wśród krów, wielbłądów, iszaków. Noclegi zupełnie bi­ blijne. Każdy ma w swoim życiu jakiś mały okres bohater­ stwa, miliony ludzi podczas tej wojny miało. A l e j a tu mia­ łem swój okres bohaterstwa. Przede wszystkim to, że tak jak dzisiaj to widzę - ziarna dobrego i ziarna złego z tamtej nocy saratowskiej rozwinęły się tutaj potężnie. Tak jakby kula kryształowa, w której skoncentrowały się wszystkie pro­ mienie mojego życia w Rosji i rozwoju. 403 Przyjechałem w bardzo dziwnej sytuacji. J a , 0 którym wszyscy wiedzieli - nigdy nie ukrywałem, że jestem Żydem że primo: reprezentuję majestat Rzeczypospolitej Polskiej, dawnej Rzeczypostolitej Polskiej, bo już zostałem jedynym przedstawicielem Londynu na Kazachstan, a p o drugie, że noszę na sznurku krzyżyk z brązowego bakelitu, jakie dele­ gatura rozdawała. Nie umiem sobie tego wytłumaczyć, w każdym razie byłem od początku bardzo dobrze przyjęty. I d o k o ń c a tak zostało. G d y b y nie to, zginęlibyśmy ze sto razy. Handel i spekulacja to była jedyna możliwość, żeby wyżyć przez te trzy i pół roku. Ani ja, ani Ola zupełnie nie nadawaliśmy się to tego / . . . / więc gdyby nie życzliwość, jakieś gorące uczucie tych łudzi, tych ortodoksyjnych Żydów wobec mechesa... Bo oni nie wiedzieli czy jestem chrzczony, czy nie. Ale krzyżyk nosiłem. Potem podczas tego buntu, gdy siedzieliśmy razem w areszcie, zdjąłem koszulę i mimo to byłem w areszcie przywódcą tych pobożnych Żydów - ja, Żyd z krzyżykiem na piersi. Rzecz - myślę bardzo wyjątkowa." Ów bunt, którego Wat był przywódcą, i który przypłacił p o n o w n y m uwięzieniem - a zarazem okres bohaterstwa, o którym wspomina - wiąże się z akcją tzw. paszportyzacji, opisaną dokładnie przez żonę poety. „Mąż mój, Aleksander W a t , nie zdążył opisać dramaty­ cznej akcji zmuszania Polaków do przyjmowania obywatel­ stwa sowieckiego, tzw. paszportyzacji. Akcję paszportyzacji przeprowadzało N K W D w marcu 1943 r. w Kazachstanie i wszędzie tam, gdzie zgrupowani byli Polacy zwolnieni z więzień, obozów karnych i miejsc zesłań na dalekiej pół­ nocy. D o akcji tej, która była jeszcze jednym gwałtem popełnianym na zesłańcach polskich, mąż mój przykładał wielką wagę. Walka ta była nie tylko walką przeciwko pasz­ portyzacji, ale także protestem przeciwko wszystkiemu, czemu należy powiedzieć NIE. / . . . / Wieści stawały się coraz bardziej alarmujące, nacisk N K W D coraz brutalniejszy, zdarzały się wypadki samobójstw. Przyjęcie bowiem obywa­ telstwa sowieckiego ucinało prawdopodobnie ostatnią na­ dzieję powrotu do Polski. / . . . / Mąż mój zaczął organizować Polaków naszego osiedla do oporu. / . . . / Przedstawiał im sytuację, a przede wszystkim budził w nich sponiewieraną godność i świadomość, co oznaczałaby uległość w tym 404 wypadku. / . . . / Pierwsze zebranie było bardzo burzliwe. «Patriotów», tzn. członków Związku Patriotów Polskich było wprawdzie w Iii bardzo mało, ale niektórzy uważali, że wojowanie z potężnym N K W D jest szaleństwem i przy­ spieszy tylko naszą zgubę. Większość dobrze zrozumiała moralne wartości tej walki." - „I oto któregoś dnia zjechała d o Iii komisja N K W D , k t ó r a miała nas zmuszać d o przyję­ cia obywatelstwa sowieckiego. Przewodniczył im pułkow­ nik Omarchadżew, który zajął się szczególnie moim mężem wiedząc, że odegrał o n na terenie Iii rolę «buntownika»." „Wat zarządził, aby wszyscy wezwani szli od razu z workiem najpotrzebniejszych w łagrze rzeczy. Pouczył ich także, czerpiąc ze swoich doświadczeń więziennych, aby nie wda­ wali się w żadne rozmowy, które zawsze obracają się prze­ ciwko obwinionemu, i na zapytanie czy wezmą paszport, odpowiadali k r ó t k o «nie», a na zapytanie dlaczego - «bo jesteśmy polskimi obywatelami" - to wszystko." „Nie pamiętam już teraz dokładnie, ilu Polaków było w Iii. Chyba około 400.1 rzeczywiście, wszystkich, którzy o d m ó ­ wili, zaaresztowano. Pamiętam dobrze chwilę, kiedy przy­ szli p o mnie i trzeba się było pożegnać z synem, wówczas jedenastoletnim chłopcem. Zebrano nas na opustoszonym na tę okazję targowisku ilijskim - sto kilkadziesiąt osób, mężczyzn i kobiet, w większości Żydów. Nieopodal, w zbitej grupie stali ci, którzy paszporty przyjęli. Ci zostawali. Ale nieszczęśliwi byliśmy jednakowo - i oni, i my." Zaaresztowanych przewieziono d o Ałma-Aty. Sposób na większość opornych był prosty. Wrzuceni do cel kryminali­ stów - „urków" - upokarzani i bici byli tak długo, dopóki się nie załamali. Z m a s a k r o w a n a Ola, z połamanymi żebrami którejś nocy posłyszała w celi mężczyzn krzyki i wołanie o p o m o c - „ktoś wołał rozdzierającym głosem, że mordują m u syna. Poznałam głos starego szewca Kamera i z przeraże­ niem pomyślałam, że w jednej z tych cel jest mój mąż". Nazajutrz została wezwana przez naczelnika więzienia: „Gdy weszłam, uniósł się z lekka na mój widok i wypisując mi mój paszport sowiecki na świstku lichego, żółtawego papieru powiedział ściszonym głosem: - Widzicie grażdanko, że miałem rację". Przed więzieniem stała już grupa - j a k ona zwolnionych ilijczyków. „Zmasakrowani, sponiewierani, w łachmanach - 405 sami sobie wydawaliśmy się łachmanami. Sowieccy obywa­ tele! / . . . / Męża mojego nie było między nami. Dopiero w drodze powrotnej d o Iii dowiedziałem się od ludzi z nim aresztowanych, że zaraz p o przybyciu do Ałma-Aty został odseparowany od reszty więźniów i umieszczony oddzielnie j a k o instygator b u n t u Polaków." Historia poety tymczasem była rzeczywiście niezwykła. Przesłuchiwany najpierw przez wiele dni i nocy przez Omarchadżewa nie poddawał się ni prośbom, ni groźbom. „« Jakiż głupiec z ciebie - sugerował sliedowatiel: Cóż ci za różnica jaki masz paszport? Czy to nie wszystko jedno? Ot papierek. Widzisz, my m a m y tutaj takich b a r d ó w kazach­ skich, którym żyje się dobrze. A dlaczego? Bo zrozumieli rzecz ważną: Stalin dajot położenije - n a d o podczinitsia. Oni to zrozumieli. Piszą pieśni o Stalinie i opływają we wszystko. A ty? Poślą cię d o łagru, a t a m takie zdechlaki j a k ty, giną od razu». I tak oto milicjant spod gór Tien-Szan okazał się filozofem." Na niezłomnego - nasyłają żonę. „Człowiek tak wykształ­ cony, inteligentny, poeta, pisarz, mógłbny być u nas profe­ sorem, wykładać na uniwersytecie w Moskwie, mógłby żyć j a k kulturalny człowiek, a nie w nędzy w Iii. Dlaczego się upiera. Trzeba przemówić m u do rozsądku, niech weźmie paszport, i zaraz wszystko się odmieni, pojedziecie d o Moskwy..." Podczas widzenia „zobaczyłam wreszcie Ale­ ksandra. T a k jak i reszta więźniów miał ogoloną głowę. Był bardzo blady, wychudzony, oczy wydawały się większe, ale żadnych śladów bicia, maltretowania, znęcania się, zaszczu­ cia. Promieniował z niego spokój, d o b r o ć , czułość. J u ż na wolności, o wiele później opowiadał mi, że w tym Drugim Oddziale zabobonni dozorcy więzienni, Kazachowie, bali się go wyraźnie. A jeden z nich wprost zapytał, czy nie jest czarownikiem i prosił, żeby na nich, dozorców, czarów nie rzucał, b o oni nie są winni. / . . . / Opowiedziałam mu o swojej wizycie u Omarchadżewa i o jego kuszeniach, to wszystko. Nie zadałam pytania, nie prosiłam o żadną odpowiedź. Później, już n a wolności, powiedział mi, że dałam mu wtedy na tym więziennym ganku, wśród aresztanckich baraków największy dowód miłości, nie namawiając do niczego, zo­ stawiając m u wolność wyboru". Pozostało Tretije Otdielenie i... urkowie. „Cela była w podziemiu, cała w półmroku. 406 Patrzył na trzech zbliżających się półnagich olbrzymów. / . . . / Walentyn, takie imię było starosty celi, stał przed nim w niewielkiej odległości. Był rosły, silny i piękny. Przypatry­ wał się Aleksandrowi w wyczekującej postawie drapieżnika, który ma czas, wie bowiem, że ofiara i tak m u się nie wy­ mknie." - „Jak już wspomniałam - ciągnie Ola W a t o w a - w tym czasie wygląd mojego męża był dość niezwykły, ale nie była to tylko sprawa jego powierzchowności; t r u d n o wyra­ zić aurę, jaka otacza człowieka, który osiągnął poczucie wolności bycia już tylko sobą, stanowienia o sobie i o swym działaniu. Aleksander to osiągnął. Był «strzałą i celem» jednocześnie i zapewne przekroczywszy próg celi westchnął do Boga, aby pobłogosławił i strzale, i celowi." - „Więc kiedy padło pierwsze zdanie, kiedy zapytał surowym gło­ sem, czy wierzą w Boga, sam się zdziwił temu tak tutaj nieoczekiwanemu pytaniu. Oni także byli zaskoczeni, a Walentyn krzyknął gwałtownie, dlaczego o to pyta. I wszystko, co było postanowione i nieodwołalne, wypowie­ dział Aleksander głosem mocnym i stanowczym:« Wiem, że macie mnie bić, bić tak długo, póki nie wezmę paszportu sowieckiego. Więc, jeżeli wierzycie w Boga, proszę bijcie mnie tak sprawnie i skutecznie, abym się za długo nie męczył, aby to za długo nie trwało. Boja paszportu sowiec­ kiego nie wezmę•». Jakże wytłumaczyć to wszystko, co potem nastąpiło? W cichej dotąd celi nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Walentyn milczał i patrząc na Ale­ ksandra zdawał się z t r u d e m odrywać od jakiejś swojej rzeczywistości, czy zapomnianego już dawno snu. I nagle zawołał nie znoszącym sprzeciwu głosem: «Jeżeli jeden włos spadnie z głowy temu człowiekowi, ze mną będziecie mieli do czynienia. Zrozumiano? Sowiecki paszport - wykrzyki­ wał. Sowiecki paszport to my i ta nora w Trzecim Oddziale, to więzienia, łagry i strach. Strach i terror - to jest sowiecki paszport!»" Między poetą a gromadą wydziedziczonych rozpoczyna się jedyne w swoim rodzaju współżycie. Aby uchronić go od enkawudowskich oprawców, sami inscenizują seanse mal­ tretowania i katowania współwięźnia. W a t w zamian opo­ wiada im o sobie i o wolnym świecie, do którego należał. „Aleksander opowiadał świetnie. I teraz w tej mrocznej celi, otoczony zbuntowanymi, pełnymi nienawiści, a jemu tak 407 sprzyjającymi więźniami, wyprowadzał ich za mury więzie­ nia na szeroki świat. I w ciągu całego tam pobytu nieraz do późnej nocy streszczał im książki, filmy, cytował z pamięci wiersze. J a k mi potem opowiadał, błagali go, żeby codzien­ nie streszczał im jakąś powieść. «Czerwone i czarne» na przykład wywołało zachwyt. Razem mówili z pamięci wier­ sze Puszkina, a wieczorami p o d rzewną melodię śpiewali piękny «List do matki» Jesienina, którego nauczył mnie Aleksander p o powrocie." - „Omarchadżew przychodził co najmniej trzy razy w tygodniu - groźny, napięty, nacierający z wściekłą furią nienawiści na upierającego się przy swoim więźnia. A jednocześnie zaciekawiony tym szaleńcem dążą­ cym d o pewnej zguby zamiast do zaoferowanych mu zaszczytów i blasków egzystencji." „Zastanawialiśmy się potem oboje, co kryło się w tym zwlekaniu, nie wysyłaniu do łagru, którym ciągle groził, temu ociąganiu się w pobraniu decyzji w stosunku do niego... Mijały trzy miesiące więzienia - kiedy wezwano mego męża z wieszczami. [Przekonany, że jedzie już do obozu] z prawdziwym wzruszeniem i wdzięcznością pożeg­ nał swego zbawcę i przyjaciela, Walentyna, a także jego towarzyszy. W pokoju naczelnika więzienia zapytał, czy pozwoli mu napisać kilka słów do żony, a ten, popatrzywszy na niego z ledwo ukrywanym uśmiechem, odpowiedział: p o co pisać, zobaczycie ją niedługo. Po czym wręczył mu dawny jego dowód, arkusz zadrukowanego białego papieru z nagłówkiem: Rzeczpospolita Polska. I z okrągłą u dołu pieczątką, k t ó r a głosiła: Delegatura Ambasady R.P. Ałma-Ata. T a k zwany «paszport londyński"." J a k o jedyny w Iii obywatel polski spędził W a t w Rosji jeszcze blisko trzy lata - i choć nigdy nie dociekł prawdzi­ wych p o w o d ó w swego ocalenia - fakt pozostał faktem: jego trzynaste więzienie pozostało ostatnim. W archiwum Oli Watowej zachował się komplet „Miesię­ cznika Literackiego", który Wat już p o wojnie dostał w prezencie od Andrzeja Stawara. Którejś nocy w Berkeley, kiedy - jak pisze Ola W a t o w a - poecie wydawało się, że umiera, napisał spontanicznie na pierwszej, czystej stronie pierwszego numeru: „To jest corpus delicti nikczemnienia. 408 Historii mojego znikczemnienia w komunizmie, przez komunizm. W więzieniu komunistycznym przyszło opamię­ tanie zupełne i odtąd, w więzieniu, n a zesłaniu, w Polsce p o d komunizmem, nigdy nie pozwoliłem sobie na zapomnienie obowiązku elementarnego: zapłacić, płacić sobą za te dwa-trzy lata moralnego obłędu. I płaciłem. 23 VII 1964." Aleksander Wat - éléments pour un portrait. Une ballade carcérale Aleksander Wat (1900-1967), né à sous celle du NKVD et débarque peu Varsovie, décédé à Paris, poète futuriaprès dans la prison Zamarstynovo de ste. Il se rapprocha, vers 1926, du cette ville. Il passera six ans en URSS, dans des prisons d'abord, puis en communisme et dirigea „Miesięcznik déportation. Le texte ci-dessus évoque Literacki", l'unique revue littéraire l'expérience carcérale du poète, en communiste de la Pologne de l'entrecitant ses souvenirs et les témoignages -deux-guerres. Fuyant, en 1939, une de son épouse. Varsovie sous la férule de la gestapo, il gagne Léopol (Lwow) où il tombe CD przegląd powszechny 12'89 ALEKSANDER WAT 409 BALLADA WIĘZ1ENNA Piątego dnia karceru trząsłem się na wyrku, „O, nie budź mnie z drzemki, mój drogi biedny synku". Syn wyciąga ręce, cienkie jak piszczele: „Czemuś nas opuścił na nędze, na niewolę". Znów zapadłem w drzemkę, znów boleśnie konam: „Nie trzeba mnie budzić ze snu, luba moja żono!" Żona wyciąga ręce, głodu znaczone plamami: „Wytrwaj. Walcz. Pamiętaj. Zawsze. Bądź z nami." Wstaję. Otwieram oczy. Poruszam pomarzłe kości: Tu przedsionek śmierci. Spotkamy się w wieczności. Zamarstynów, 1940 *** Jak drzewo wypróchniałe, lecz mocno tkwiące w ziemi długo gniłem w cieple, w drzemce, w błogostanie. Gdy wyrwał mnie z korzeniami i w proch mnie wywrócił i drogi mną omiatał i w furii nienawiści piorunami mnie raził i w przepaść mnie rzucił, z syna mnie obrąbał, z żony obezliścił. I tak mnie dotąd wichrem gniewu unosi, aż kiedyś rzuci mnie, nagi marny kikut. I czekać będę wiecznie, by zstąpił na kirkut i słowem swoim żywym z martwych mnie wskrzesił. W więzieniu w Saratowie, w listopadzie 1941 przegląd powszechny 12'89 412 Zrozumieć Grudzień Grudzień 1981 r. został zapamiętany na wiele sposobów, w zależności od naszych postaw i sytuacji, w jakich uczestniczyliśmy. Przy wszystkich możliwych różnicach był jednak, jak sądzę, przede wszystkim NOWYM DOŚWIADCZENIEM ZBIOROWYM. Doświadcze­ niem o skali porównywalnej do października 1956 r., kiedy wyda­ wało się, że runął stalinizm i możliwa jest jakaś inna, „ludzka" wersja realnego socjalizmu. Rok 1956 bogaty był w nadzieje, gru­ dzień 1981 napiętnowany poczuciem klęski. W tym sensie bliższy był zakończeniu wielkiej wojny roku 1945, kiedy wprawdzie zanik­ ła groźba kataklizmu i eksterminacji, jednak przyszłość nazna­ czona wyzwoleniem ze Wschodu wydawała się na wiele sposobów groźna i niepewna. Przy wszystkich powierzchownych podobień-. stwach Grudzień był jednak doświadczeniem całkowicie nowym w rozwoju nowoczesnego społeczeństwa. Stawał się namiastką wojny domowej i choć był bogaty w militarną retorykę, to przecież nie przyniósł powrotu do lat czterdziestych, kiedy konflikt rozorał społeczeństwo boleśnie i głęboko, W Grudniu podziały były, być może, mniej dramatyczne - choć nie da się przecież ustalić takiej skali, na której wybór pozostania w leśnej konspiracji w 1945 r. można porównać z decyzją budowania „podziemia" po 13 grudnia 1981 r. Nie da się takiej skali zbudować w sensie porównywania motywacji indywidualnych, być może sensowne jest to wówczas, kiedy mówimy o możliwych POSTAWACH oporu lub zbiorowych zachowaniach. Inaczej jest z racjami polityki, które odnoszą się zarówno do konkretnej sytuacyjności, jak i możliwości jej zmiany w kierunku wyznaczonym przez świadomie działające podmioty. W tym sensie Grudzień był nowym doświadczeniem, gdyż jego „sytuacyjność" wpisywała się w dwie różne logiki. Pierwszą z nich dobrze opisuje zarówno syndrom Jałty, zależność PRL od ZSRR, jak i bierna akceptacja tego stanu rzeczy przez Zachód. Logikę drugą wyznaczała, pobieżnie ujmując, dynamika odradzania się społeczeństwa obywatelskiego, natrafiającego na drodze tego odradzania na instytucje totalitarnego państwa. Grudzień był takim momentem dziejowym, kiedy do świadomości zbiorowej dotarła cała pokrętność tego społecznego procesu. Przemoc jest przemocą, nie zaś socjalistyczną praworządnością; zależność od Moskwy - wewnętrznym podporządkowaniem nic wspólnego nie mającym z braterską przyjaźnią; obywatelskość - zobowiązaniem do brania odpowiedzialności za całość państwa w odróżnieniu od urzędowego obowiązku uczestniczenia w państwowych rytuałach; solidarność - normą przyzwoitości wobec kogoś drugiego, nie zaś ideologicznym sloganem. 413 Zaczynam od słów ogólnych tylko dlatego, że Grudzień pragnę zobaczyć szczegółowo w dwóch aspektach: konkretnego protestu, jakim był strajk w położonej na obrzeżach Tych kopalni węgla kamiennego „Ziemowit", oraz znaczeń politycznych, jakie deter­ minują do dziś nasz udział w odbudowie Polski. Grudniowy za­ mach i będący jego następstwem stan wojenny wraz z procesem wychodzenia z tego stanu - jakgłosi oficjalna retoryka - wyznacza nadal sposoby myślenia tak opozycji jak i władzy. Co więcej, nie zmieniła się sama SYTUACYJNOŚć polskiego konfliktu - choć nie w tym samym stopniu dotyczy to jego aspektu zewnętrznego i wewnętrznego. I. Na poziomie 500 m w „Ziemowicie" jasne było to, co do dziś z trudem toruje sobie drogę w opozycyjnym myśleniu : oto NARÓD NARODOWIWYPOWIEDZIAŁ WOJNĘ - zapamiętuje własne myśli jeden ze strajkujących górników. Za chwilę zresztą powstrzyma innych górników, którzy otrzymali od dyrekcji polecenie, by wysadzić chodnik łączący „Ziemowita" ze strajkującym „Piastem". Wojnę ogłosił wprawdzie Jaruzelski, ale podziały od początku nie prze­ biegały w prostych linich. W „Ziemowicie" nawet figury władzy dyrektor i pułkownik-komisarz - różnią się postępowaniem od tajemniczego majora „politycznego", który krąży po kopalni. Pu­ bliczna scena społecznych zachowań jest niezmiernie plastyczna. Strajkujących, jeszcze na powierzchni, w cechowni, do rozejścia się namawia i pułkownik (z urzędu), i ksiądz. Górnicy nie chcą ustą­ pić. Zerwał się za to wtedy jeden płacz. Dyrektor nawet płakał, księża płakali, a temu pułkownikowi też łzy leciały. Wszyscy mie­ liśmy wówczas przeczucie, że wraz z ogłoszeniem stanu wojennego zostały złamane dwie podstawowe zasady życia zbiorowego - oto wspólnemu dobru Polaków zostało przeciwstawione dobro obozu władzy; niezbędnej zaś do utrzymania spoistości społecznej zasa­ dzie solidarności przeciwstawiono prawo grupowego egoizmu. Polityka jest m.in. sztuką konsekwentnego myślenia, ale takiego, które potrafi wpisywać się w spontaniczne zachowania zbiorowe. Czym jest TAKI płacz w politycznej analizie? Myślę, że jest sygnałem, jednym z wielu, jakich nie szczędzą nam ostatnie lata (np. pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki), że społeczeństwo stojące wobec politycznych wyborów i nie znajdujące racjonalnych sposo­ bów decydowania o własnym zachowaniu reaguje neurotycznie. Jak organizm, który nie jest w stanie poradzić sobie ze skondenso­ waną dawką problemów. Ale płacz zbiorowy ma charakter kathar1 Korzystam w tym miejscu z pracy J. Fajeranta, Co powiedzą nasze dziecil Archi­ wum „Solidarności", t. 15, Wydawnictwo MOST, Warszawa 1986. Dalsze cytaty z „Ziemowita" podaję za tym wydawnictwem. 1 416 cznych zobowiązań. Przejście od poziomu związkowego (roszczeniowo-legitymistycznego) do poziomu stricte politycznego (wybory, wpływ, kontrola = współodpowiedzialność) było w tota­ litarnych warunkach skokiem jakościowym, nie znanym w historii tych systemów. Związkowość (podmiotowość) była odzyskaniem określonej przestrzeni społecznej, była uwolnieniem z totalitar­ nego dziania się pewnego typu praktyk społecznych. I to był sukces Sierpnia porównywalny z Październikowym odzyskaniem przez rolników gospodarczej własności. Ale Sierpień był także czymś więcej. Był procesem odbierania społeczeństwa totalitarnej wła­ dzy. Społeczeństwo odbierało sariio siebie. Proces ten zmieniał również charakter władzy, mimo gorączkowych przeciwdziałań, gdyż zmieniał się sam fundament systemu - władza całościowa pozbawiona społeczeństwa stawała się władzą częściową, choć nadal o całościowych prerogatywach i olbrzymich, co potwierdził stan wojenny, możliwościach ich realizacji. Władza totalitarna bez biernej chociażby akceptacji społeczeństwa nie istnieje. Może zachować pełną sterowalność ekonomii, propagandy i represji (policja plus wojsko), ale bez możliwości sterowania społeczeń­ stwem PRZEISTACZA SIĘ WE WŁADZE AUTORYTARNĄ. I dzieje się tak nawet wówczas, kiedy nadal posiada ona swoje autentyczne, „wąskie", grupowe zaplecze społeczne. Autorytaryzm jest zakorzeniowy w urzędach. Projekt wyborów do rad narodowych nie był w tym sensie kolejnym etapem odbierania czegokolwiek władzy totalitarnej, lecz zagrożeniem samej istoty nowego rodzaju władzy w Polsce - rządów autorytarnych. Sądzę, że wiedzieli o tym zarówno ludzie władzy, jak i ludzie opozycji. Wątpię, by rozumiało to społeczeństwo. W marcu 1982 r. wpiątym numerze, maśzynopisowym, podziem­ nej „Myśli Niezależnej" tytuł artykułu wstępnego głosił: „Gdyby jutro rząd Wałęsy..." Grudzień 1981, przejście między totalitarnym a autorytarnym charakterem władzy w PRL, stawał w świetle ramp. Było tak, chociaż po 1.3. nastąpił czas przeróżnych mistyfikacji. III. Stan wojenny nie był oczywiście TYLKO obroną nowego,. autorytarnego statusu władzy. Był zamierzoną ofensywą, której celem było przywrócenie w nowym kostiumie status quo ante. Jak uczyła historia realsocjalizmu, operacja taka była sensowna i sprawdziła się pp wielekroć - Berlin 1953, Węgry 1956, czeska wiosna, a w Polsce w 1956, w 1970 i w 1976 r. Za każdym razem udawało się obezwładnić zbuntowane społeczeństwo. Za każdym razem propaganda głosiła, że relacje władza - społeczeństwo zmie­ nią się, choć oczywiście zasady totalitarnego uprzedmiatawiania nie podlegały zmianie, lecz osiągały nowe formy. Na początku 417 1982 r. wydawało się to kwestią czasu. Najbardziej popularna diagnoza stanu wojennego kolportowana w podziemiu należała do Zdenka Młynara, który prognozował - odwołując się do przykładu CSRS po inwazji 1968 r. - kolejne etapy „normalizacji". „Normali­ zacji", czyli obezwładnienia społeczeństwa. Etatowy „liberał" kolejnych ekip władzy w PRL, prof. Jan Szczepański, w opraco­ waniu dla gen. Jaruzelskiego „Władza - Obywatel - Demokracja" (kolportowanym także w podziemiu) pisał; Teza wyjściowa tych rozważań i proponowanych wniosków jest następująca: opierając się na tych, którzy odnieśli się do stanu wojennego ze zrozumieniem, trzeba pozyskiwać tych zaliczanych powyżej do niezdecydowanych i neutralizować, a także pozyskiwać i przekonywać tych z trzeciej kategorii (tych którzy żywią niechęć lub nienawiść - A.U.). Cały tekst profesora-doradcy jest zbudowany wokół dwóch przekonań: możliwy jest powrót do stalinizmu; należy temu przeciwdziałać. Dlatego w tekście obok zdań „stalinowskich": Istotą demokracji jest przede wszystkim dyscyplina wobec przyjętych uchwał i praw, wobec wybranych władz... sporo jest apeli, aby usamodzielnić Sejm (i inne instytucje przedstawicielskie), oznaczyć prawną odpowie­ dzialność PZPR i wystrzegać się odbudowania związków zawo­ dowych jako instytucji rządowej... W polityce mało liczą się szla­ chetne intencje - oba przekonania Szczepańskiego były błędne. Powrót do stalinizmu nie był możliwy bez współudziału w tym procederze aktywnych mas. Stalinizm wszak od epoki Gomułki i Gjerka odróżniała nie tylko skala represji, lecz także skala stero­ wania i kontrolowania aktywności społeczeństwa. Stalinizm, mówiąc w skrócie, to społeczeństwo periodyczne, „na rozkaz", poddawane degradacjom (czystki) i awansom (strukturalne zmiany statusów, np. przejście ze wsi do miasta). W 1982 r., jak podejrzewam, w ekipie władzy nie było ani teoretyków, ani prak­ tyków tego procesu. Czy byli - mniej to ważne niż fakt, że stan wojenny był zatrzymaniem, unieruchomieniem społecznej dyna­ miki, zaś cała problematyczność dalszych kroków sprowadzała się do kwestii, jak uruchomić społeczną aktywność, aby nie odzyskała ona grożącej ponowną destabilizacją dynamiki. Mylił się J. Szcze­ pański i w drugim swoim przekonaniu. Po Grudniu przeciwdziałać realnie tendencjom totalitarnym można było TYLKO W podziemiu organizując i formując społeczny opór. Gra znowu bowiem szła o „społeczeństwo", nie zaś o charakter „władzy". Na powierzchni zjawisk społecznych totalitaryzrn w Grudniu powrócił w postaci zmilitaryzowanej ekonomii, represyjnego prawa, całkowitej instrumentalizacji „urzędowych" grup społe­ cznych. Totalitaryzm, mówiąc językiem Parsonsa, powrócił do instytucji, które miały za zadanie uprzedmiatawiać całość społe­ cznego życia. Zadanie to architektom stanu wojennego wydawało 418 się tym prostsze, im silniej wierzyli w zbawczą moc instytucjonali­ zacji przez przemoc. Przemoc w stanie wojennym miała służyć dwóm celom: rozbiciu społecznych struktur i zbudowaniu w to miejsce struktur innych, totalitarnych właśnie. Taka była polityka ekipy władzy i, co dzisiaj widać wyraźnie, był to wynik błędnego rozpoznania istoty polskiego dramatu. Istotą okazała się bowiem cywilizacyjna zapaść, nie zaś nad­ mierna dynamika ekonomicznych i demokratycznych roszczeń społecznych. Powrót do koncepcji zdyscyplinowanego społeczeń­ stwa działającego na rozkaz okazał się anachronizmem. Zasadni­ czym niezrozumieniem tendencji decydujących o przejściu świata z XX w. w XXI. Odpowiedzialność ekipy stanu wojennego za zastój, regres, marazm i martwotę struktur jest większa niż za nieprawości, których dokonali wobec setek tysięcy ludzi mundu­ rowi i cywilni funkcjonariusze władzy. IV. My sami w Grudniu czytaliśmy przede wszystkim prawdę ulicy, pozór i sztafaż uznaliśmy za istotę zamachu stanu. W Grud­ niu na manifestacyjną próbę powrotu do totalitaryzmu ludzie odpowiedzieli BUNTEM. W czwartek, siedemnastego, w „Ziemowi­ cie" górnicy dowiadują się o masakrze w „Wujku". Z 30 m spe­ cjalny pluton ZOMO, bez strzałów ostrzegawczych (i bez zgody komendanta wojewódzkiego MO), bez sytuacji zagrożenia, krót­ kimi seriami z rachitycznych automatów P-63 zmasakrował tłum strajkujących górników. W „Ziemowicie" bunt, który oscyluje między protestem a gnie­ wem; bunt, który jest czymś falującym, grą zbiorowych nastrojów, czymś niekształtnym, przeistacza się - jak mówi jeden z „ziemowiczan" - w przekonanie, że nie ma wyjazdu. Nie ma szans, dokąd się da, ja stąd nie wyjadę. Będę siedział i zrobię wszystko, żeby inni też potrafili wytrzymać. To nie był strach przed wyjazdem, że na górze mogą nas też rozwalić, był to wewnętrzny protest, który rodził się we mnie odpoczątku, ale teraz utrwalił się jeszcze mocniej. Jak to - ludzi zamordowali, górników na kopalni? To jest niemożliwe. Przecież tak nie można. I dlatego obojętnie jak się zakończy nasz protest, musimy wytrzymać, dokąd się da. Po prostu nie można, nie można się z tym pogodzić. Nie zastanawiałem się wtedy, czy my wygramy, czy prze­ gramy, co będzie. Wiedziałem tylko, że nam wyjechać nie wolno . Bunt w takiej sytuacji rodzi determinację. I wtedy właśnie ludzie uznali', że jest takie zagrożenie, że trzeba się bronić wszelkimi dostępnymi środkami. I wchodzą do komory materiałów wybuchowych. Było tego tyle, że można by wysadzić całe miasto. Bunt zrodzony z protestu przeciwko państwowemu terrorowi stanął wobec granic kontrterroru. 1 419 Bunt żywi się wszystkim - w tej samej mierze nastrojami jak i racjami; rozpaczą i programem; zniechęceniem i afirmacją. Tyle tylko, że z każdego z tych źródeł rodzi się coś odmiennego: opór, terror, rewolucja. Bunt, który nie może przekroczyć granic PROTE­ STU, rozpływa się w swoich niemożnościach. Jedna z nich ma charakter POLITYCZNY. W Grudniu bunt był w IMIĘ CZEGOŚ (war­ tości, godności, przywiązania do przywódców i „Solidarności"), w mniejszym zaś stopniu był buntem o coś. Wśród strajkowych postulatów nie było ani politycznych, ani rewindykacyjnych postu­ latów Związku. Grudniowy protest miał swój fundament ideowy, w pewnym sensie tożsamy z ideałami strajku sierpniowego. Był to bunt w imię powrotu do stanu społecznego konsensusu. Rzecz w tym, że zmieniła się sytuacyjna rama. Państwo, które w Sierpniu paktowało, w Grudniu strzelało. Ta zmiana decydowała o tym, że w Grudniu obok buntu-protestu rodził się także bunt innego rodzaju. Taki, w którym nie chodziło już tylko o powrót do Sierp­ nia, lecz głównie o zmianę status quo. Tę różnicę pogłębiał, już w podziemiu, spór o związkowość i polityczność grup identyfikują­ cych się z „Solidarnością". Bunt sierpniowy był inny. Początkował go wprawdzie również protest - przeciwko sytuacji ogólnej, zwolnieniom nieformalnych przywódców, niskim płacom, arogancji zakładowej administra­ cji. ..ale inne były wówczas mechanizmy osobistej identyfikacji. W Sierpniu przyłączano się do innych, zrównanych w uprzedmioto­ wieniu, zrównanych wobec sytuacji bez perspektyw. W Sierpniu protest był polityką, był instrumentem służącym otwarciu systemu. W Grudniu okazało się, że wojnę wypowiedziano wszyst­ kim i każdemu z osobna; że być Polakiem znaczy żyć w złym państwie; że mieć rację nie oznacza wiele. W Sierpniu „Solidarność" odwoływała się do rodzącej się wspólnoty, która CZEGOŚ CHCE. Jak wezbrana fala na wzburzonym morzu, zaczęliśmy się wlewać nie kończącym się strumieniem ludz­ kim na cechownię, która jasno oświetlona, jakby czekała na nas notował jeden z górników. Sierpień to były tysiące postulatów spisywanych przez ludzi, którzy nie mieli wcześniej prawa ujaw­ niać swoich problemów. W Grudniu powtarzaliśmy postulaty doskonale już wszystkim znane. U podstaw sierpniowych PROJEKPo nadejściu wiadomości z „Wujka" stwardnienie postaw było ogólne. Pamiętam dziesiątki rozmów z ludźmi rodzącej się wówczas w Warszawie konspiracji, których wspólnym motywem było jedno - trzeba się bronić, oni nas będą mordować. W „Ziemowicie" nastroje również były gorączkowe. Kiedy rozchodzi się wieść, że ZOMO zdobywają sąsiedniego „Piasta", 6 górników wyrusza sztolniami obwiązawszy się materiałami wybuchowymi. Ale po drodze determinacja opada, głosują, że wolą trafić do więzienia niż dokonać samobójczego wybuchu. 3 420 TÓw ZMIAN leżały przede wszystkim kwestie wewnątrzzakładowe, lokalne, choć dopiero w analizie okazywało się, że to co lokalne ma charakter uniwersalny. Tak było z krzyżami wieszanymi w fabry­ cznych halach; tak - z obrazami św. Barbary, które mocowano w górniczych cechowniach. Wszystkie te projekty dysponowały POLITYCZNĄ ramą, odpowiednią dla tamtej sytuacji - ramą tą było 21 postulatów. Rodząca się od września 1980 r. „Solidarność" napotykała na swej drodze zakładową administrację, zakładową POP i kadrę starych związków. Wprowadzenie stanu wojennego' powodowało, że każdy bunt - jednostkowy i zbiorowy - musiał bezpośrednio na swej drodze potykać się z PAŃSTWEM. V. Żadne wydarzenia nie dają się sprowadzić do jednej jedynej interpretacji. W zapisie tworzą co najwyżej dynamiczną siatkę pojęć, które powinny mieścić w sobfS zarówno nasze przekonania jak i ich przeciwieństwa, czyli przekonania naszych przeciwników. Grudzień w tej materii wydaje się nadzwyczaj klarowny - sądy i działania ludzi władzy i ludzi oporu bez trudu sytuują się na swoich biegunach. W tym układzie „ja" jestem przeciwieństwem „ich" („onych"), „oni" są przeciwieństwem „nas". Symetria czasami dob­ rze służy myśleniu, zazwyczaj jednak słabo służy rzeczywistości. Polityka nie jest zaś na pewno geometrią. To wiedząc podejrzewam samego siebie - tego z Grudnia, kiedy prowadziłem jeden z lokal­ nych strajków - o jakąś niedokończoność lub nadmierną skrótowość. Kiedy sięgnąć bowiem poza grudniową oczywistość i naoczność - czołgi, pałki, mundury - ujrzeć da się podwójność opozycyjnego doświadczenia. Ludzie dotychczas działający POZA PAŃSTWEM w zróżnicowanym ruchu odzyskiwania podmiotowości nagle stanęli WOBEC PAŃSTWA w jego skondensowanie represyjnej postaci. Ci sami ludzie, którzy podjęli się po Sierpniu naprawy państwa za pomocą jednego dekretu,, okazali się być PRZECIW PAŃSTWU. Rzecz jasna nie mówię teraz o demagogii i retoryce, w jakiej specjalizowali się państwowcy w służbie komunizmu. Mówię o pewnej FAKTYCZNOŚO, jaka stała się naszym udziałem po 13 grudnia 1981 r. Zauważmy, że te same czynności, te same postawy, to samo myślenie między wiosną 1980 a wiosną 1982 nagle stało się czymś innym. Zamach grudniowy PRZENIÓSŁ nas w inny wymiar społecznej rzeczywistości. Niezależne wydawnictwa przed Grud­ niem uzupełniały cenzurowany i schizofreniczny państwowo-partyjny ruch wydawniczy. Nie były jednak skazane na zwalczanie tego rynku. Być wykładowcą lub słuchaczem Towarzystwa Kur­ sów Naukowych znaczyło działanie w enklawie niezależności i swobody, nie oznaczało jednak konieczności odebrania uniwersy­ tetów władzy. Myślenie kategoriami prawdy nie niosło za sobą 421 obowiązku walki o upowszechnienie tej prawdy wobec całego narodu. Masowość „Solidarności" była oczywiście jakimś zobo­ wiązaniem - etycznym i intelektuałnam głównie - ale dopiero grudzień 1981 uczyniłto zobowiązanie czymś więcej-ustanowił je na płaszczyźnie konfrontacji z państwem i walki o państwo. Przy­ znać należy, że stało się to bez naszego udziału. Było to jedno z WYMUSZEŃ, które przynosił ze sobą - zapewne wbrew intencjom jego autorów - grudniowy zamach. Ujawniał to, co zamazywała ugoda sierpniowa - że poiski problem jest na wskroś polityczny i całościowy. To w planie generalnym. Jednostkowo, każdego zapewne inaczej, grudniowa agresja ZWOLNIŁA z podstawowego obowiązku obywatelskiego - lojalności wobec państwa i legitymizmu dla władzy. Państwo po raz kolejny - jak sądzimy - miało się stać totalitar­ nym Lewiatanem gwałcącym naszą człowieczą, pracowniczą, obywatelską i narodową podmiotowość. Władza - tak sądziło wielu - była przebraną w rodzime mundury zgrają obcych agreso­ rów. Jak dominujące były. to przekonania, świadczą więzienne teksty Adama Michnika i publicystyka radykałów z podziemnej „Niepodległości", rozważnych autorów paryskiej „Kultury" i kazania obywatelskich kapłanów. To były przekonania wielu zwyk­ łych ludzi - tak zapamiętałem rozmowy w kolejkach, lekarskich poczekalniach, tramwajach i niezliczonych mieszkaniach. Tak zapamiętano ten czas w licznie spisywanych wspoii*nieniach. 1982 był rokiem całościowego kryzysu PRL, jeżeli patrzeć oczyma społeczeństwa. Kryzysu niespotykanego w dziejach Nie­ podległej. Opozycja przed wrześniem 1939 r. rozgraniczała ówczesne elity władzy od niezbywalnej wartości państwa, co owo­ cowało w sytuacjach zagrożenia konsensusem opozycji i rządu. Sens ówczesnego państwa kwestionowali tylko komuniści. W 1982 r. naród zakwestionował strukturalnie władzę polskich komunistów. Ale rewolucja - do której wzywało wielu, wśród nich nawet Jacek Kuroń - nie wybuchła. 10-milionowa armia dała się pokonać nieomal w milczeniu. Bunt pozostał protestem, czyli niby-buntem. Narodziło się natomiast u końca XX w. w nowo­ czesnym państwie, PODZIEMIE. Wiele jest zapewne odpowiedzi na pytanie - dlaczego tak się stało? Każda z nich powinna uwzględniać wewnętrzną historię „Solidarności". Związek nie miał wyrazistej tożsamości. W intere­ sującej mnie w tym szkicu perspektywie państwa dominowały dwie koncepcje. Pierwsza mówiła o „Solidarności" jako instrumencie uspołecznienia konkretnego państwa, PRL (program KOR-u i tej formacji ideowej), druga kreowała „Solidarność" jako kontrpaństwo (wersja fundamentalistów różnych nurtów ideowych). 422 VI. Wolę mówić za siebie. Stan wojenny tak w wymiarze retoryczno-teatralnym jak i w zamiarze socjotechnicznym miał być powrotem do lat czterdzie­ stych. Powrotem do „źródeł" PRL i jednocześnie - czego propa­ ganda nie ukrywała - powrotem do sytuacji wojny domowej. Sytuacji, która w innym języku daje się opisać poprzez model: DWÓCH POLAKÓW MAJĄCYCH DWIE RÓŻNE OJCZYZNY. Dla obozu władzy był to konstrukt ideologicznie krystaliczny, gdyż cała komunistyczna tradycja - polityczna i światopoglądowa - właśnie w wojnie domowej ma swój źródłosłów. Rewolucja, poza wszyst­ kim innym, jest wszak sporem domowym, jest walką wewnętrzną, walką dwóch w pewien sposób podobnych sił o to samo - o państwo. Dla tradycyjnej myśli polskiej sytuacja „dwóch Polaków dwóch ojczyzn" okazała się szalenie niewygodna. Historycznie wypracowany sposób rozstrzygania tego problemu sprowadzał się do kwestii narodowej zdrady, apostazji, renegactwa i zaprzaństwa. Inaczej mówiąc albo się było Polakiem, gdyż pragnęło się niepod­ ległości ojczyzny, albo się Polakiem nie było, za cenę wyrzecze­ nia się ojczyzny. Wzór „myślenia pod zaborami" okazał się niepo­ miernie trwalszy niż żywa pamięć zaborów. Wzmacniało go bolesne doświadczenie różnych okupacji lat 1939-45 i wzmacniał niepodważalny fakt zainstalowania „ludowej" władzy w 1944 r. dzięki sowieckim bagnetom. Rzecz w tym tylko, że wszystkie pozo­ stałe elementy „rzeczywistości pod zaborami" i codzienności PRL okazały się radykalnie inne. Nacjonalizm rosyjski zastąpiono komunizmem, monarchię - totalitaryzmem, rusyfikację - sowietyzacją i sprawa najważniejsza - nowa władza potrafiła stworzyć swoją bazę społeczną. Symbolicznie rzecz opisując byli Polacy, którzy powoływali się na Lenino, reformę i awans społeczny oraz Polacy odwołujący do Monte Cassino, PSL i politycznego plura­ lizmu. Jak w „Emigrantach" Mrożka jedni cierpieli z braku wol­ ności, a inni gromko twierdzili, że mają wolności aż zanadto. Bywało, że ludzie, którzy przeszli przez te same zsyłki i łagry, po wojnie stanęli zbrojnie naprzeciwko siebie. W latach czterdziestych o losie Polski decydowała polityka glo­ balna. Dla pozostającego wówczas w konspiracji Pawła Jasienicy polityczność tamtej sytuacji była wyrazista: Nie wierzyłem ani przez chwilę w wybuch wojny amerykańsko-rosyjskiej. Do wiary w absurdy nie jestem skłonny. Sądziłem, że stanowimy atut polityczny w ręku „polskiego Londynu", który za cenę rozwiązania naszych oddziałów wytarguje lepsze warunki w nieuchronnym kompromisie. W lipcu 1945 dowiedzieliśmy się, że mocarstwa przestały uznawać „polski Londyn". Coś w rodzaju kompromisu osiągnięto, a my pozostaliśmy w lesie... bez żadnych wskazówek. 423 Do wiary w absurdy nie jestem skłonny. W grudniu 1981 sytuacja geopolityczna była identyczna jak w 1945. A jednak zeszliśmy w podziemie. Nie byliśmy uzbrojeni, nawet w namysł nad zadaną nam sytuacją. Sierpień nie przygotował nas do tego typu doświad­ czenia - ani teoretycznie, ani tym bardziej praktycznie. A jednak w całym kraju zaczęły powstawać zalążki nielegalnego, alternatyw­ nego życia. Pozostające w mniejszości do społeczeństwa zmuszo­ nego do uczestniczenia w całej publicznej sferze życia, ale będące jednocześnie dla tego społeczeństwa swoistym ideowym zaple­ czem. W podziemiu toczył się spór o kształt, formę i ideowość tego zaplecza. O to, do czego społeczeństwo będzie mogło się odwołać, kiedy już zostanie odblokowana sytuacja polityczna. Programowe spory podziemnych i emigracyjnych środowisk ujawniły zadziwia­ jącą wielorakość sądów, przekonań i wartości, do których się odwoływano lub o które apelowano. Spierano się o programy i organizacyjne formy, lały się potoki politycznych słów, które w niczym nie mogły skaleczyć samej sytuacji „politycznego pata", jaki nastał między władzą a „Solidarnością", Wschodem a Zacho­ dem, państwem a społeczeństwem. Państwo było złe, ale na jego straży stało wielkie supermocarstwo. Polityczny los był nieubła­ gany, jeżeli rozpatrywać go tylko w kategoriach politycznych. W czas załamania, przegranej, narzuconej przez los (wydarzenia) ogólnej niemożności jako posłaniec i fatum, i nadziei pojawia się historia Polski. Pojawia się na wiele sposobów. Jako garderoba kostiumów - postaw i myśli. Jako narodowe misterium i sposoby analizowania społecznego działania. Wreszcie jako uzasadnienie polskiego losu i polskiej polityki tak wobec rzeczywistości jak i Boga. I sprawa nie dotyczy wyłącznie elit. Tak patrząc daje się opisywać sensownie całe społeczeństwo. Społeczeństwo, które w czas ostrego, narzuconego przez wydarzenia wyboru dokonywało i dokonuje w sobie asymilacji całego spektrum. W tym sensie jest to społeczeństwo całkowicie „normalne", a znaczy to, że zachowujące się zgodnie z socjologicznymi normami instytucjonalizowania się wedle możliwości konkretnej społecznej organizacji. Rzecz w tym, że „historycznie" rozkład tych instytucjonalizacji (w zgodzie z narzuconym modelem, przeciw temu modelowi, obok tego modelu) jest nam znany wyłącznie poprzez ideologiczny przekaz. Formę tego przekazu przypadło tworzyć romantykom, pierw­ szemu pokoleniu, które niewolę zastało gotową. Wywiązali się z tego zadania na tyle przekonująco, że owa Forma Polska stała się przesłaniem zobowiązującym kolejne pokolenia. Pokolenia sytua­ cji niemożności rozstrzygnięć politycznych. Grudzień zmuszał nas do opowiedzenia się wobec tej ciągłości polskiego losu. Wobec polskiego pytania - jak powiedzieć Historii NIE! Powiedzieć NIE wbrew wszystkiemu; geopolityce, logice sił, brakowi szans i jas- 424 nych politycznych alternatyw. Grudzień zmuszał nas, by wybrać, jakie to będzie NIE. Bywały bowiem w naszej historii „nie" realisty­ czne i idealistyczne, emigracyjne, ugodowe i zaprzeczne, bywało również „nie" apostazji. VII. Grudzień przywracał nam CZUCIE Historii. Tej Historii, którą edukacja w totalitarnej szkole życia zamieniła w schizofreni­ czne rozumienie żelaznych praw. W ciągu jednej nocy, jak w wiel­ kim teatrze, zmieniono dekoracje, aktorów i scenariusz. Bohate­ rowie znaleźli się w więzieniach, oprawcy paradowali ulicami, sprzedajne kreatury obdarowywały ich kwiatami, a Lud milczał. Ktoś mniej wyczulony na niezmienne prawidła karnawału mógł dostrzec TYLKO grozę, teatr cieni, mroczną moc zła. Ale dla ludzi z pokolenia po Gombrowiczu nieodparty był w tym wszystkim ele­ ment przenikającej rzeczywistość groteski. Jak w „Balu maneki­ nów" Bruno Jasieńskiego wielki uzdrowiciel nagle spróbował wskrzesić martwą strukturę swego panowania. Galwanizowano azjatycki rytuał, lokajski obyczaj, drętwy słowotok patriotyczny. Tę sztukę i te przemówienia pisał znakomity grafoman, ale w tym teatrze grali swoje role żywi i normalni ludzie. Jeszcze w 1983 r. spotkałem w więzieniu przy Rakowieckiej byłego ormowca, który mimo przynależności do „Solidarności" został zmobilizowany i pilnował kokso wnika na jednej z głównych / ulic miasta. Aresztowany rok później za próbę powieszenia w hali zakładowej stalowej pętli - na której, jak twierdził prokurator, zawisnąć mieli zakładowi partyjni - pokazywał nam akt zatrzyma nia.z wpisaną wyraźnie datą popełnienia czynu - 1 kwietnia, i a zawieszona przez byłego pacyfikatora-robotnika-solidarnościowca pętla wymierzona we władzę ludową i ta reakcja prokuratora, który uruchamia cały aparat represji, aż po najgroźniejsze Mini­ sterstwo Policji, stały się dla mnie od tamtej pory skrótem pewnej ogólnej MISTYFIKACJI. Stan wojenny był wojną naprawdę, ale i wojną na niby jednocześnie. Historia ruszyła z miejsca, ludzie coś ze sobą robili i coś robiono z nami, ale i to, co robiono i to, co sami robiliśmy, to były przede wszystkim pewne FORMY zachowań, postaw, gestów. Dramat, prawdziwy dramat tamtych miesięcy roz­ grywał się gdzie indziej. Nie między władzą a „Solidarnością", policjantami a rebeliantami, PZPR a narodem, ale głębiej, niepo­ miernie głębiej. W fundamentach obecnej kultury polskiej. Między patriotyzmem a socjalizmem, polityką a religią. Można w tym miejscu wrócić do Abramowskiego, Brzozow­ skiego, Zdziechowskiego lub Znanieckiego. Można, gdyż nie był to dramat nagły ani tym bardziej nowy. Co więcej, był on po wojnie świadomie zapominany, kneblowany, cenzurowany. Stale, od początku XIX w. obecne w Polsce napięcia między rozwojem 425 społeczno-kulturowym a zastojem politycznym doczekały spotka­ nia z totalitaryzmem. Z XX-wieczną ideą rozstrzygania napięć wszelkiego rodzaju siłą. I tak jak rok 1918 był obok wszystkich innych euforii także radością z odzyskania własnego śmietnika, tak grudniowy zamach był w podobnej skali utratą pewnej niewinności - Polski, Polaków, nas samych. Nie jest celem tego tekstu opisywać, jak to się stało ani dlaczego; że Grudzień zastał nas nie przygotowanych. Zrealizowany w totali­ tarnym projekcie sojusz rozumu i siły, kłamstw i mass-mediów, psychosocjologa z policjantem, inżyniera społecznego z czołgiem owocował takim, a nie innym społeczeństwem. Społeczeństwem, które po Sierpniu uznało, że słowa „prawda", „wolność", „spra­ wiedliwość" nie wymagają żadnego innego uzasadnienia poza ich substancjonalnością. Że wystarczy jednym, 10-milionowym gło­ sem wyrzec „stań się" i oto dokona się wielka przemiana. Tak patrząc - czyż „Solidarność" nie była ostatnim dziecięciem roman­ tycznego uniesienia polskiej kultury? A kiedy świętu wyzwolonych słów przeciwstawiono czołgi, karabiny, pałki - oniemieliśmy. Te antynomie warto zapamiętać: prawda - czołg, wolność - karabin, sprawiedliwość - pałka. W Grudniu polski świat powrócił do NORMY. Brat strzelał do brata, Polak do Polaka - tak demistyfikował się mit nacjonalny. Robotnik pacyfikując robotnika obalał mit socjalny. Wierzący przesłuchujący wierzącego podważał sens religijnych podziałów politycznych. Esteta opluwający w telewizji estetę - mit intelek­ tualnego braterstwa. A tak się właśnie stało. Po latach propagowa­ nia narodowej jedności, i po 16 miesiącach solidarności. Był Grudzień powrotem do sytuacji dla polskiego myślenia typowych, lecz jednocześnie nim nie był. Pamiętać trzeba, że na scenie publicznej znalazło się nagle całe społeczeństwo. Rankiem 14 grudnia, kiedy ludzie jechali do pracy, każdy musiał sobie coś powiedzieć. Nie wiemy co, ale wiemy, że powstanie tym razem nie wybuchło. Strajk generalny nie zaczął się. Otwarta księga naszej historii nie wymusiła na nas takiej repetycji. Wybór między lega­ lizmem lub irredentą - tak oczywisty dla naszych dziejów - okazał się albo nieprawdziwy, albo my niegotowi, by udzielić jakiejś jas­ nej, jedynej odpowiedzi. Dla wielu podziemnych publicystów był to jeden z efektów zniewolenia, długoletniej sowietyzacji. Pisano, że kiedy stanął przed nami wybór rewolucji - przeistoczenia tego, co było rewolu­ cją samoograniczającą się w rewolucję prawdziwą - zawahaliśmy się. I generałowie partii uderzyli w próżnię. Historyk notuje: I w powstaniu styczniowym, i w powstaniu listopadowym bazą pewnych decyzji był ogólny nastrój społeczeństwa. [W „Ziemowicie"] Z 426 dwóch tysięcy dwustu, którzy podjęli na dole akcję protestacyjną, do dnia ostatniego pozostało około tysiąca dwustu. Ci ludzie liczyli na to, że jak oni zastrajkują, to cała Polska też musi zastrajkowąć. Byli tego pewni. Masa ludzi były o tym święcie przekonana. Grud­ niowy wybór ujawniał solidarność niejako ideologię lub organiza­ cję, ale jako jedną z pierwszych naturalnych zasad życia zbioro­ wego. Rekonstruował to, co z takim uporem niszczy każdy totalitaryzm. Poddawał tę solidarność próbie. Tak rozumiem konieczność Grudnia w naszych biografiach. Grudnia właśnie, a nie Sierpnia. Grudnia, gdyż klęska jest dopiero właściwą miarą mojego „ja". Miarą prawdziwą, jeżeli będziemy pamiętali, że życie nie ogranicza się do jednej tylko klęski. Tamten trzynasty nie jest ostatnią datą w polskich życiorysach. I przed nikim nie jest zamknięta droga wyboru. Jedno jest najważniejsze - aby wybór był dokonany. To jest nieusuwalny jak na razie składnik polskiego etosu od dwustu lat. Ci, którzy się łudzą, że Historia nie zastuka do ich drzwi, mylą się, jak omyliły się już miliony poddanych najdzikszym represjom bez żadnego z ich strony wyboru. Historia nie jest personalna i w tym jest jakaś sprawiedliwość. Fakt, że bywa pozbawiona sensu, jest zasługą tych, którzy się na to godzą. Pokora jest właściwa wobec innych ludzi. Wobec Historii trzeba być hardym. Trzeba chcieć ją zmie­ niać, aby ona nie mogła dowolnie zmieniać nas. Andrzej Urbański przegląd powszechny 12'89 427 Bojkot? - Tak Małgorzata Szejnert, Sława i infamia. Rozmowa z Bohdanem Korzeniewskim, „Aneks", Londyn 1988; Komedianci. Rzecz o bojkocie, oprać. Andrzej R o m a n , „Prawy Margines", War­ szawa 1989. Książki, o których chcę napisać, nie traktują o teatrze wprost, choć teatr zajmuje w nich wiele miejsca; Ukazały się w krótkim odstępie czasu, dotyczą podobnych spraw i podobnego okresu. Myślę więc, że usprawiedliwione będzie ich łączne omówienie. Pierwsza z nichjest zapisem rozmowy M. Szejnert z Bohdanem Korzeniewskim, nosi tytuł „Sława i infamia" (zob. „Nie ma granic dla szukania prawdy o sobie", „PP" 12/1988). Londyńskie wydanie tej książki zostało uzupełnione o rozdziały dotyczące lat najnow­ szych, mniej więcej do połowy lat osiemdziesiątych. Zajmę się tu przede wszystkim tymi właśnie rozdziałami. Druga książka nosi tytuł „Komedianci". Jest zbiorem wypowiedzi i rozmów z ludźmi teatru, skoncentrowanych wokół aktorskiego bojkotu środków przekazu i propagandy, zwłaszcza telewizji i radia, podczas stanu wojennego. Wiele miejsca zajmują w niej również refleksje i wspomnienia z 16 miesięcy poprzedzających tę dziwną i długą wojnę, zakończoną dopiero niedawno traktatem pokojowym przy „okrągłym stole". Z jednej strony mamy więc opinię człowieka, który obserwował reakcje i postępowanie środowiska teatralnego z bliska i jedno­ cześnie z pewnego dystansu. W latach osiemdziesiątych B. Korze­ niewski znacznie już ograniczył swoją zawodową aktywność, pozostawał jednak i pozostaje do dziś jednym z niewielu niekwestionowanych autorytetów tego środowiska. Zaświadczają o tym także liczne wypowiedzi w „Komediantach". U Korzenia, jak nazywają profesora koledzy i uczniowie, szukano rozstrzygnięcia wielu wątpliwości i problemów. Z drugiej strony mamy w miarę reprezentatywny (bo wypowiadają się także przeciwnicy bojkotu) zestaw opinii łudzi bezpośrednio zaangażowanych w życie tea­ tralne, działalność społeczną w ZASP, później w pomoc interno­ wanym i przedstawienia w salach katechetycznych, ale także tych, którzy organizowali nowy ZASP i nie zrezygnowali z występowa­ nia w telewizji. Można zatem powiedzieć, że obie książki wza­ jemnie się uzupełniają i komentują. Omawiając krajowe wydanie „Sławy i infamii" uznałem ją za próbę określenia tożsamości polskiej inteligencji poddanej doświadczeniu realnego socjalizmu, a także za swoisty rozrachu­ nek ze stalinizmem. Wprowadzenie stanu wojennego, użycie siły 428 do rozwiązania problemów politycznych nie było niczym innym jak zastosowaniem metody stalinowskiej. Okazała się ona jednak nawet na krótką metę mało skuteczna. Odmienne były warunki zewnętrzne i wewnętrzne. Pojawił się też inny czynnik, którego znaczenia nie sposób przecenić - powszechny społeczny sprzeciw, który wyrażał się przede wszystkim w odmowie uczestnictwa, w bojkocie oficjalnych instytucji, w bierności dużej części społeczeń­ stwa wobec politycznych i gospodarczych poczynań władzy. Skutki takich form protestu nie zawsze da się jednoznacznie ocenić jako pozytywne, nie można jednak zaprzeczyć, iż to one doprowa­ dziły do znacznych koncesji władzy na rzecz społeczeństwa. Wycinkiem tego zjawiska, chyba najbardziej spektakularnym, był aktorski bojkot telewizji i radia. Inne formy protestu można było stłumić, można było blokować informacje (obie te metody skwapliwie stosowano), nagłą nieobecność znajomych twarzy trudno było zatuszować powtarzaniem archiwalnych taśm, tym bardziej że i w archiwach dokonywano czystek. Źródeł takiej postawy aktorów wobec stanu wojennego zarówno B. Korzeniewski jak i wielu „komediantów" upatruje w latach siedemdziesiątych, kiedy to artyści spełniali liczne dworskie funk­ cje. W PRL - po raz pierwszy w polskiej historii, dopowiada Korzeniewski - aktorzy zasiadali w takich gremiach, jak Sejm czy KC PZPR. Po dzienniku, w którym co i raz wykonywano plan przed termi­ nem, lała się stal, przecinano wstęgi i oddawano do użytku, w każdy poniedziałek pojawiała się plansza Teatru TV. Aktorzy nie uczestniczyli bezpośrednio w „propagandzie sukcesu" (jeśli nawet, to nieliczni), ale użyczali telewizji swoich twarzy, w jakiejś mierze uwiarygodniali inne, nieartystyczne programy. To nie zarzut, to opis stanu, który wraz z doświadczeniem „Solidarności" wywarł ogromny wpływ na świadomość środowiska teatralnego. Przyczyna bezpośrednia była aż nadto oczywista. Kto pamięta (a któż by nie pamiętał!) Warszawę pierwszych dni stanu wojennego pisał w „Komediantach" Zygmunt Hubner - ten przyzna, że odmowa przekroczenia pilnie strzeżonej bramy wiodącej na tereny telewizji, poddania się upokarzającej procedurze oczekiwania na mrozie na przepustkę i kolejnym kontrolom, była odruchem tak naturalnym, tak oczywistym, że doprawdy z podziwem należy patrzeć na tych, którzy jej nie ulegli. Sprzeciw wobec stanu wojennego, wobec represji, podeptania ludzkiej godności, stłumienia nadziei był motywem najogólniej­ szym; przytaczają go niemal wszyscy „komedianci". Niektórzy doszukują się przesłanek odmowy w całej historii PRL, traktując stan wojenny jako sytuację szczególną, ale przecież konsekwentnie wynikającą z systemu. Powszechność sprzeciwu w środowisku tea­ tralnym brała się także z ogromnego zaangażowania w działalność 429 „Solidarności". ZASP jako jedyne stowarzyszenie twórcze zgłosił zbiorowy akces do nowego związku zawodowego. W „Komediantach" okres „Solidarności" wspomina się z reguły w sposób wyidealizowany. Najgrubszą rysę na tym gładkim obra­ zie stanowi „Solidarność" teatralna, w której do głosu doszli „halabardnicy" i domagali się traktowania na równi z aktorskimi znakomitościami. B. Korzeniewski widzi ten okres nieco inaczej. Ogromne wraże­ nie wywarły na nim opowieści o występach aktorów Teatru Wy­ brzeże w Stoczni Gdańskiej, gdzie strajkującym czytano wielką poezję narodową, m.in. „Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego". Z uciechą patrzyłem, po czyjej stronie staje inteligencja mówi B. Korzeniewski. - Ta inteligencja wywodząca się ze szlachty /.../ Otóż teraz inteligencja przyłączyła się do powstania, które po raz pierwszy w naszych dziejach nie było kierowane przez szlachtę i nie wyrastało ze szlacheckiej tradycji, a jego mądry program służył ogółowi. Byliśmy świadkami poszerzenia się pojęcia narodu. Ude­ rzyła mnie myśl - nie trzeba już zadawać sobie pytania, dla kogo będzie przeznaczony Teatr Narodowy, ten teatr, który stawia sobie za cel wyrażanie narodu. Teraz już wiadomo, że będzie miał z kim rozmawiać. Pozostawało natomiast pytanie - czy będzie umiał? Wątpliwości, jak się okazało, były uzasadnione: Spodziewałem się sejmu, a oni urządzali sejmiki. /.../Spodziewałem się dyskusji o ważnych sprawach teatru, tymczasem sejmikowano o tysięcznych drobiazgach, pośród chaosu i egzaltacji. , Obudziły się skrywane od lat animozje personalne. Niektóre zespoły pozbywały się dyrektorów. Załatwiano małe sprawy, zapominano o wielkich. Reformowano ZASP, zapominano o reformie teatru. Swemu rozczarowaniu takim obrotem spraw Korzeniewski dał wyraz w przemówieniu na Kongresie Kultury Polskiej 11 XII 198! r.: Uważałem, że teatr ukazał w ciągu tych szesnastu miesięcy swą niedojrzałość. Nie dość, że zachował sztywną, zbiurokratyzowaną strukturę, ale nie zdobył się nawet na to, by stworzyć choć jedną scenę nowego czasu. Zdaniem rozmówcy M. Szejnert wtedy właśnie powstała nie­ zwykła, kto wie czy nie niepowtarzalna szansa na dotarcie z tea­ trem do robotników. Mogło się zrealizować nie spełnione dotąd marzenie wielu pokoleń twórców, także marzenie tej formacji inte­ ligencji, której Korzeniewski jest wybitnym przedstawicielem. Warto przytoczyć tu chociaż fragmenty długiego passusu poświę­ conego temu problemowi, przed którym staną także następne pokolenia myślących artystów: Myślałem o takim eksperymencie bardzo śmiałym, który by wprowadził na scenę robotników z Woli. Wszystkie role poza głównymi, wszyscy statyści, których w „Dzia­ dach" potrzeba tak wielu, mogliby pochodzić z wolskich zakładów pracy. To by byli ci robotnicy, którzy drukowali potajemnie wiersze 432 Władze odwołały dyrektorów kilku teatrów, wbrew teatralnym zwyczajom czyniąc to w środku sezonu. Zespoły zostały rozbite, szyldy przestały oznaczać to, co znaczyły dotychczas, a na co pracowano przez długie lata. Teatr Narodowy udowadnia, że arty­ styczne dno znajduje się głębiej, niż nam się zdawało. Warszawski Teatr Dramatyczny z trudem wydobywa się z zapaści i daleko mu jeszcze do dawnej świetności. A przecież to samo nastąpiło we wrocławskim Teatrze Współczesnym po odwołaniu Kazimierza Brauna (w „Komediantach" opublikowano bogatą dokumentację społecznych starań o ten teatr) i w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, który Mikołaj Grabowski zaczynał wyprowadzać na prostą i starania te zostały niefrasobliwie przekreślone. Również poza większymi ośrodkami dyrektorska karuzela przyspieszyła biegu. Najbardziej bezkompromisowy i najrzetelniejszy rachunek zysków i strat bojkotu przeprowadził w „Komediantach" Z. Hub­ ner. Wskazał na podziały wywołane przez bojkot: na „solidar­ nościowców" i „kolaborantów", na „stolicę" i „prowincję". Ten ostatni podział został wywołany po części przez telewizję, która próbowała pustkę w swym teatrze zapełnić przeniesieniami spektakli teatrów „prowincjonalnych". Trudno zapominać rów­ nież o ogromnej większości widzów, którym telewizja dawała jedyną okazję kontaktu z teatrem. My w Warszawie - pisał Z. Hubner - mamy spaczoną optykę, pławimy się jak pączki w maśle pochwał przyjaciół i klaskaczy. /.../ Oni, widzowie, też przecież nie pochwalają stanu wojennego i właśnie dlatego chcieliby się spotkać z przyjaciółmi po drugiej stronie ekranu, aby podtrzymać więź trwalszą niż doraźne klęski polityczne. Z. Hubner zwrócił także uwagę na rezultat bojkotu, jakim stały się chałtury. Aktorzy poszukiwali dodatkowych zajęć, a nie zawsze były to przedsięwzięcia ambitne, choć przecież trzeba oddać sprawiedliwość tym, którzy swe pozateątralne występy trak­ towali z całą rzetelnością, artystyczną i ideową. Z. Hubner nie ulegał emocjom, gdy pisał o bojkocie, a mimo to w jego wypowiedzi znalazły się takie zdania: Artysta, który wyrzeka się obrony racji moralnych na forum publicznym (prywatnie niech sobie będzie ostatnim łajdakiem) i opowiada się po stronie ciemięz­ ców, traci autorytet, przegrywa jako artysta właśnie. Wygrywając racje moralne, zyskuje szacunek społeczny. / . . . / A więc chłodno i bez sentymentów: bojkot? - Tak. Nawet za tę cenę, którą przyszło zapłacić? - Chwila namysłu i mniejjuż stanowcze, lecz przecież: tak. Trzeba podkreślić, że to, co można wyczytać w „Komedian­ tach", to uzasadnienia formułowane post factum, to próby racjo­ nalizacji emocjonalnych decyzji w chwili, kiedy emocje już opadły i wprawdzie pozostały urazy, lecz także pojawiła się możliwość i 433 chęć ponownego uczestnictwa. Spostrzegam, że ludziom teatru coraz trudniej przechodzi przez gardło słowo „bojkot", gdy wracają pamięcią do wydarzeń roku 1982 - raz jeszcze przytaczam słowa Z. Hubnera. - Nie pojmuję czemu. Czyżby bojkot zbyt jednozna­ cznie kojarzył się z akcją polityczną, artyści zaś woleliby termin z pogranicza etyki? Niesłusznie. „Komedianci" używają takich słów, jak „nieobecność", „odmowa", „wstrzemięźliwość". Bojkot? Nie, to brzydkie słowo. A. Szczepkowski powiedział nawet, / . . . / że tafcie właśnie określenie zjawiska nieuczestnictwa aktora w kontrak­ cie DOBRO WOLNYM(podkr. - A. Sz.)pachnie absurdem! To określe­ nie zjego agresywnie pejoratywnym wydźwiękiem, potrzebne było do stworzenia presji i przymusu tam, gdzie zawsze panowała pełna swoboda w przyjęciu lub odrzuceniu propozycji jednorazowej współ­ pracy. Przyznam, że nie rozumiem takiego stanowiska. „Bojkot" to nazwa pewnego faktu społecznego, pozbawiona pejoratywnego wydźwięku, podobnie jak np. „strajk". Według znanych mi defini­ cji słownikowych określenie „bojkot" znakomicie odnosi się do kontraktu dobrowolnego. Rozumiem niechęć do słowa naduży­ tego w propagandowej nagonce, ale jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przez unikanie go pomniejsza się znaczenie zjawi­ ska bojkotu. Zarówno w „Komediantach" jak i ostatnich rozdziałach „Sławy i infamii" ważna jest warstwa dokumentalna, informacyjno-opisowa. Jej wartość będzie zresztą rosła z upływem czasu. Obok opisów represji, działalności społecznej, charytatywnej znajdu­ jemy wiele informacji o działalności artystycznej pod patronatem kościelnym, indywidualnych przedsięwzięciach twórczych, Tea­ trze Domowym. Te formy życia teatralnego zasługują zresztą na solidną dokumentację i monografię, o co wypadałoby zaapelować do historyków teatru. Najbogatsze archiwum znajduje się zapewne w MSW zamiast w Instytucie Sztuki, więc na razie pozostanie trudno dostępne. Również B. Korzeniewski odsłania tajemnice wielu wydarzeń, w których brał udział, m.in. spotkania ówczes­ nego wicepremiera Rakowskiego z przedstawicielami środowiska teatralnego w październiku 1982 r. Pominąłem te sprawy, co nie znaczy, że je lekceważę. Wydaje mi się jednak, że to, o czym pisałem, jest ważniejsze ze względu na dzisiejszy krytyczny stan polskiego teatru. Dziś znów nie potrafi on zareagować na budzącą się z uśpienia rewolucję. Znów staje się aktualne pytanie B. Korzeniewskiego o „Dziady". Teatr dla robot­ ników jest złudzeniem bardziej niż kiedykolwiek. Warunkiem ist­ nienia, przetrwania teatru staje się reforma jego instytucji. Teatr musi się przekształcić, nie zapominając ani o pozytywnych, ani o negatywnych doświadczeniach lat osiemdziesiątych. - Andrzej Dziur dzikowski przegląd powszechny 12'89 434 Uwagi o ratownictwie tatrzańskim 29 X 1909 r. we Lwowie zarejestrowano organizację o nazwie Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe i od tego czasu ludzie Błękitnego Krzyża obecni są w polskich górach; najpierw w Tatrach, a po II wojnie w całym pasie od Bieszczadów po Góry Izerskie. Ratownicy tatrzańscy będąc członkami Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (organizacji zrzeszającej wszystkich ratowników górskich) mają zarazem świadomość swej odrębności uzasadnionej tak historią jak i codzienną praktyką. To właśnie Tatry 'stawiają przed ratowni­ kami najwyższe wymagania. Chodzi tu głównie o wąską i elitarną kadrę fachow­ ców, których zawodem jest ratownictwo wysokogórskie. Publikując uwagi Wła­ dysława Cywińskiego oddajemy głosjednemu z tej grupy. Autor wypowiadając się we własnym imieniu może być jednak potraktowany jako reprezentant kadry zawodowej, świadomej swej wartości i obowiązków spoczywających na ratownikach. Ratownicy nie żyją w próżni. Starają się - i to udanie - aby czynniki zewnętrzne (polityczne, społeczne) nie wywierały negatywnego wpływu na ich podstawową działalność, ale przecież nie są obojętni na to wszystko, co się rozgrywa w kraju. W tekście W. Cywińskiego - zresztą aktywnego członka „ Solidarności" - znajduje­ my również ten wątek; można go nazwać potrzebą SENSU - tak w życiu całego kraju jak i w samym Pogotowiu. Nie jest to chyba potrzeba zbyt wygórowana. M.J. Od chwili narodzin zorganizowanej turystyki, przewodnictwa i ratownictwa w Tatrach istnieją ścisłe związki między taternic­ twem, przewodnictwem i ratownictwem. Mniej ważne są tu związki formalne, organizacyjne - podatne na zewnętrzne naciski. Dobrze to było widoczne zwłaszcza w pełnym nonsensów okresie bezpo­ średnio po II wojnie światowej. Wtedy to zlikwidowano Klub Wysokogórski, Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, utworzono zaś PTTK, któremu przez długie lata podlegało i taternictwo, i ratow­ nictwo górskie w Polsce. Utworzono też inne biurokratyczne dzi­ wolągi, czasami o zadziwiającej długowieczności. Od urzędowo-organizacyjnych ważniejsze są związki nieformalne, personalne między ludźmi związanymi z Tatrami. Szczególnie wyraźnie zjawi­ sko to występuje, co zrozumiałe ze względów geograficznych, w środowisku zakopiańskim. Czy Klimek Bachleda był bardziej taternikiem (wiele pierwszych wejść szczytowych od Ganku i Starolcśnej poczynając), przewod­ nikiem (tu, jak wiadomo, był „królem") czy ratownikiem (tragedia na Małym Jaworowym jest tak znana, że nie miejsce tu na jej opisywanie)? A Witold Henryk Paryski to bardziej taternik (północny filar Koziego Wierchu, północny komin Koziej 435 Wyżniej, prawy filar Rumanowego), przewodnik przewodników, ratownik (kierownik TOPR) czy może tatrolog? A Eugeniusz Strzeboński? Liczne nowe drogi w Tatrach z Żółtą Ścianą na czele, wieloletnie szefowanie w przewodnickim szkoleniu, ponad 400 wypraw ratunkowych, wielki autorytet topograficzny lat pięć­ dziesiątych i sześćdziesiątych? Tak jest po dzień dzisiejszy. Znaczna część ratowników tatrzań­ skich zajmuje się taternictwem w o wiele większym stopniu, niż wymagają tego ściśle ratownicze umiejętności. Spośród zawodo­ wych ratowników Grupy Tatrzańskiej GOPR prawie wszyscy mają uprawnienia przewodnickie. Z rzadka co prawda wykorzy­ stywane, jako że obsługa zdegenerowanego modelu turystyki masowej nie ma "magnetycznej siły przyciągającej niespokojne ratownicze dusze. Wśród aktywnych ratowników tatrzańskich najściślej związani z przewodnictwem są: Władysław Cywiński (przewodnik I klasy, członek komisji egzaminacyjnej dla przewodników), Józef Olszew­ ski (I klasa, komisja egzaminacyjna), Maciej Gąsienica (I klasa, komisja egzaminacyjna), Jan Gąsienica Roj (I klasa, instruktor przewodnictwa tatrzańskiego). Ratownicy starszego pokolenia: Jan Krupski (wieloletni, „etatowy" prezes Koła Przewodników w Zakopanem), Tadeusz Gąsienica Giewont czy też Konstanty Stecki (przewodniczący komisji egzaminacyjnej dla przewodników tatrzańskich) - to także ratowniczo-przewodnicki konglomerat. Najsilniejsze i najbardziej naturalne są jednak związki ratownictwa tatrzańskiego z taternictwem. . Szufladkowanie wszelkich zjawisk, a zwłaszcza ludzi, często nadmiernie upraszcza zagadnienie. Nie sposób nie dokonać jednak tej operacji na ratownictwie tatrzańskiem. Oto jej wynik: ratow­ nictwo ścianowe, akcje jaskiniowe, obsługa turystów w łatwym terenie, wyprawy poszukiwawcze, wyprawy lawinowe, medyczna obsługa narciarzy. Łatwo zauważyć, że poza Tatrami liczyć się trzeba tylko z punktem 6, oraz, zupełnie wyjątkowo, także z punk­ tami 4 i 5. Nie dewaluując spraw lawinowych czy poszukiwaw­ czych można stwierdzić, że wystarczy pierwszy lepszy turysta, działający jednak pod czujnym okiem ratownika. Nie można natomiast wyobrazić sobie amatorskiej działalności ratowniczej w ścianach czy jaskiniach. Te właśnie rodzaje ratownictwa, typowe dla Tatr, są jego kwintesencją. Do wykonywania tego typu zadań konieczne jest specjalistyczne wyszkolenie i często skomplikowany i drogi sprzęt. Taternictwo od swych tatrzańskich prapoczątków (1880) prze­ szło znamienną ewolucję. Gdy przed setką lat ktoś podążał z Zakopanego na Halę Gąsienicową - był taternikiem, przed 60 laty zwano go turystą, dziś spacerowiczem. Z kolei „szóstka" była 436 jeszcze do niedawna domeną taternictwa sportowego. Dziś w jej okolicach kończy się taternictwo rekreacyjne, a prawdziwy sport zaczyna się mniej więcej od „siódemki"*. Podobnie zimą - dziś są wręcz oblegane lodospady. Najlepszy przykład to Kuluar Kurtyki - najpopularniejsza droga zimowa w rejonie Morskiego Oka stumetrowy lodospad opadający z Mnichowego Tarasu. To zwiększenie trudności byłoby niemożliwe bez znacznych zmian sprzętowych. Jeśli chodzi o lato, najbardziej rewolucyjne zmiany przeszło obuwie. Zamiast sztywnych i ciężkich wibramów - lekkie buty z wysokotarciową, gładką podeszwą. Umożliwiło ono pokonywanie trudności wyższych o co najmniej jeden stopień. Lepszy, pewniejszy sprzęt asekuracyjny poprawił komfort psychi­ czny i odciążył plecaki. Wreszcie prawdziwie sportowy trening stosowany przez czołówkę doprowadził w Tatrach do „ósemki", a w szerokim świecie jeszcze o dwa stopnie dalej. Chyba jeszcze większą ewolucję - umożliwiając pokonywanie tego, co dawniej było niemożliwością - przeszedł sprzęt zimowy. Sztywne buty, takież raki, wreszcie kompletne zarzucenie rąbania stopni w lodzie na rzecz techniki frontalnej z dwoma przyrządami („dziabki") umożliwiły względnie szybkie poruszanie się w pionowym lodzie. W ostatnich latach taternicy prawie zupełnie porzucili technikę hakową - tak modną jeszcze przed 20 laty - na rzecz trudnej klasyki. Moda na uklasycznianie dróg dawniej hakowych dopro­ wadziła do klasycznego przejścia Filara Kazalnicy, Momatiuka tamże, Wachowicza na wschodniej ścianie Mnicha... I jeszcze jedno zjawisko charakterystyczne dla taternictwa ostatnich lat: odkrywanie nowych ścian - oczywiście zainteresowa­ nie budzą tylko piony - i pokrywanie ich gęstą siatką dróg. Ściany te wcale nie muszą opadać ze szczytów. Już nikt nie usprawiedliwia wspinania, jak dawniej, celami naukowymi czy widokowymi. Jedyną logiką drogi jest jej trudność. Któż słyszał przed 20 laty o ścianie czołowej północno-wschodniego filara Mięguszowieckiego Szczy­ tu Wielkiego (w żargonie taternickim brzmi to może brzydziej, ale rozsądniej: Czołówka MSW), o czołówce Cubryny czy Kopy Spa­ dowej? A są to obok Mnicha i Kazalnicy podstawowe boiska sportowe morskoocznych, a zatem polskich taterników. Choć mówi się o taternictwie, że jest sportem niewymiernym, to jednak dokładny zegarek jest koniecznym elementem wyposażenia czołówki. Dążenie do skracania czasu przejścia zaś - normalnym zjawiskiem wśród sportowych wspinaczy. Jeszcze przed 20 laty każde jednodniowe przejście którejkolwiek drogi na Kazalnicy (z nielicznymi wyjątkami) było sensacją odnotowywaną w kroni­ kach. Teraz rekord filara wynosi 1 godzina i 40 minut, a w jeden dzień już kilkakrotnie pokonywano dwie drogi na tej słynnej ścianie. 437 Do wszystkich tych tendencji musi dostosowywać się ratow­ nictwo. By między poziomem taternictwa, a obsługującego go w pewnym sensie ratownictwa nie powstała niebezpieczna łuka, ratownicy muszą: dysponować odpowiednim sprzętem i jak naj­ sprawniej nim operować, utrzymywać się w jak najlepszej formie psychofizycznej, perfekcyjnie znać teren. W 1958 r. wyposażono Grupę Tatrzańską w tzw. zestaw alpejski, bardziej znany jako „Gramminger". Używano go w czasie wypraw ratunkowych ponad stukrotnie wykonując zjazdy od 100 do 600 m długości. Powodem do dumy, sławy i chwały było wykonywanie jak najdłuższych zjazdów. Często było to związane z nadmiernym ryzykiem. Od kilku lat tendencja jest zupełnie odmienna. Trzeba starać się dojść jak najbliżej do oczekujących pomocy, długość zjazdu w zestawie alpejskim minimalizować, a gdzie tylko można - zastosować improwizację. Tu konieczne wyjaśnienie. Otóż błędem byłoby mniemanie, że ratownicza improwizacja polega na skoku do poszkodowanego („może się ^lda"), a następnie na opuszczaniu go za pomocą pasków od spodni i sznurowadeł. Nie! Jest to technika ratownicza polegająca na opuszczeniu (ewentualnie zjeździe) ratownika do taternika oczekującego pomocy, a następnie wyciągnięciu go ze ściany lub dalszym opuszczaniu aż do jej podnóża. Wszystko to bez wyżej wspomnianego zestawu alpejskiego, lecz z użyciem pod­ stawowego sprzętu taternickiego uzupełnionego stosowną liczbą tzw. przyrządów zaciskowych, rolek i bloczków. Sposób ten jest możliwy tylko przy bardzo dobrym atestowanym sprzęcie, którego ilość i jakość w Grupie Tatrzańskiej jest na zupełnie przyzwoitym poziomie. Technika ta jest w większości przypadków zupełnie wystarczająca. Wymaga jednak od ratowników dużych umiejęt­ ności technicznych, wspinaczkowych, a także bardzo dokładnej znajomości ścian. Szczególnie ważna jest dla ratowników znajo­ mość formacji poziomych. Wszystkie zachody, półki, gzymsy czasem przez taterników nie zauważane - mogą ratownikom oddać nieocenione usługi, gdy chodzi o szybkie dojście w rejon wypadku. Dlatego w ratowniczym szkoleniu kładzie się silny nacisk na poznawanie tego rodzaju formacji. Oczywiście technika ratownicza z zastosowaniem zestawu alpejskiego jest jednak naj­ bardziej uniwersalna. Tatry bowiem mają to do siebie, że wejście na prawie każdy szczyt, nawet w złych warunkach, jest - najłat­ wiejszą drogą - bezproblemowe. Zatem znalezienie się nad ścianą z oczekującym na pomoc taternikiem, a następnie stanowisko do * Mowa o dotychczasowej skali trudności w alpinizmie: od I - nieco trudno, do VI skrajnie trudno. Ostatnio skalę rozszerzono wprowadzając kolejno stopnie: VII, VIII, a nawet IX (red.). 438 „Grammingera" zawsze rozwiązuje problem. Nie zawsze jest to rozwiązanie najszybsze, ale za to praktycznie zawsze możliwe. Współdziałanie ratowników z taternikami polega - na szczęście - nie tylko na wyciąganiu taką czy inną metodą kontuzjowanych wspinaczy ze ścian. W prawie każdej poważniejszej wyprawie w rejonie Morskiego Oka czy Hali Gąsienicowej ratownikom poma­ gają taternicy. Na hasło: Pomożecie? rzucone przez radio do Betlejetnki czy na morskooczne taborisko - odzew zawsze brzmi: Pomożemy. Ale tu, w przeciwieństwie do znanego pierwowzoru ze stycznia 1971 r., nikt nikogo nie oszukuje. Jak daleko sięgnę pamięcią - Mnich, Kazalnica czy Żabia Turnia Mięguszowiecka zawsze znaczną część pracy, zwłaszcza ciężkiej, niewdzięcznej pracy tragarza, wykonują taternicy. W ostatnich latach w szkole­ niu taterników wyraźnie zwiększono nacisk na tzw. autoratownictwo, pomoc partnerską. Często w wyniku tego nawet poważne wypadki ścianowe są „załatwiane" całkowicie lub częściowo siłami zespołu taternickiego. A jednak aż do sejmu trafił projekt ustawy o bezpieczeństwie w górach, z kuriozalnym zupełnie fragmentem dotyczącym monopolu GOPR na ratownictwo w górach. Trafił aż do sejmu i - o dziwo! - nabrał tam mocy prawnej. Trzeba bardzo mało wiedzieć o ratownictwie, taternictwie i o ludziach gór, by wymyślić i przeforsować aż tak wysoko. tak, eufemistycznie mówiąc, błędną ustawę. To pośredni skutek pro-biurokratycznych reform z lat pięćdziesiątych. Dobrą tradycją jest, zwłaszcza w zakopiańskim Klubie Wyso­ kogórskim, że znaczna część klubowych taterników działa mniej czy bardziej aktywnie, zawodowa czy ochotniczo, w ratownictwie tatrzańskim. Dawniej Witold Henryk Paryski i Zbigniew Korosadowicz, potem Michał Jagiełło i Ryszard Szafirski, aż po Ryszarda Gajewskiego, Józefa Pawlikowskiego i Macieja Berbekę. Wybitni taternicy, alpiniści, himalaiści. Zawsze gotowi bez względu na porę roku, dnia i stan pogody udać się w góry celem niesienia pomocy jej potrzebującym. Inną tradycją jest udział ratowników w szkoleniu taternickim. Czy na oficjalnych kursach, czy szkoląc indywidual­ nie, czy też prawdziwie po koleżeńsku - nigdy nie brakowało ratowników w tej jakże ważnej dziedzinie taternickiej działalności. Ta wszechstronna współpraca ratowników z taternikami jest korzystna dla obu stron. Poprawia się poziom techniczny i wiedza topograficzna wszystkich zainteresowanych. Szybko rozpo­ wszechniają się nowinki sprzętowe, nawet moda obu tych gór­ skich społeczności podlega unifikacji. Oprócz tych fizyczno-sprzętowych podobieństw w obu oma­ wianych tu tatrzańskich społecznościach mają miejsce podobne procesy psychiczne. Mam na myśli pokonywanie tzw. barier psy­ chicznych, konieczne przy wszelkim postępie. Mity o niesłycha- . 439 nych trudnościach pewnych gór, ścian czy dróg powstają, przez czas pewien krążą, potem są obalane. Tak było z Zamarłą Turnią, Żabim Koniem, potem z Mnichem i Kazalnicą. Analogicznie prze­ żywali ratownicy bardzo efektowną niewątpliwie pracę z zestawem alpejskim. Przez długie lata nieliczni mieli patent na zjazd, równie nieliczni - na pracę na stanowisku asekuracyjnym. Teraz „rzeczy" te przerabia się na kursie I stopnia, a dziesiątki ratowników mają już za sobą zjazdy wschodnią ścianą Mnicha, wschodnią Minis­ tranta itd., itp. Wielkie ściany przestają straszyć i tych zmierzają­ cych nimi w górę, i tych zjeżdżających w odwrotnym kierunku. By zilustrować zjawiska i techniki bardzo pobieżnie opisane wyżej, zamieszczam kilka opisów wypraw z ostatnich lat. W równie pięknej atmosferycznie jak ponurej politycznie zimie 1981/82 ruch w Tatrach był minimalny. Na każdą wspinaczkę trzeba było mieć pozwolenie, nawet wjazd kolejką na Kasprowy odbywał się pod lufami karabinów. Żywo przypominało to wczesne lata pięćdziesiąte, gdy taternikom łaskawie udostępniono tylko szczyty niegraniczne, zaś próby wspinaczki na zakazanym, bo granicznym, Żabim Niżnim kończyły się palbą bohaterskich obrońców granic ludowej ojczyzny. Na szczęście nieskuteczną. W styczniu 1982 r. bez strzelaniny, ale w wyniku odpadnięcia, poważnej kontuzji uległ taternik wspinający się wraz z partnerką na Wielkiej Turni. Śmigłowiec dowozi pierwszą grupę ratowników dowodzoną przez Mieczysława Kołodziejczyka na Wyżnie w Doli­ nie Małej Łąki. Niezapomniany Krzysztof Żurek - będący wtedy w znakomitej formie - błyskawicznie wspina się około 100 m, dochodzi do oczekującego na pomoc taternika i zakłada porę­ czówki. Następnie przy zastosowaniu techniki improwizacji ranny zostaje opuszczony pod ścianę, gdzie transport przejmuje następna grupa ratowników. Piękna zimowa noc, ściana oświetlona japoń­ skim agregatem, taternik ze złamaną nogą, ale w dobrej formie, ratownicze zadania wykonane bezbłędnie. Głębokie poczucie sensu życia mimo panującego dookoła bezsensu. Lato 1984. Z Morskiego Oka informacja o wypadku na ścianie Kotła Kazalnicy. Zawiadomienie o godz. 9.15. Pierwszy lot Mie­ czysław Kołodziejczyk i Jan Krzysztof. Wysiadają nad Czarnym Stawem. Bardzo szybko, korzystając z poręczówki przygotowanej przez współpracujących taterników, dochodzą do poszkodowa­ nego. Znów, jak na Wielkiej Turni, opuszczanie w improwizacji rannego do podnóża ściany, stamtąd szybki transport na nieod­ ległe lądowisko i o godz. 12.30 szpital. Podobnie było 9 VIII 1988 r. na filarze Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego. Po odpadnięciu w dolnym kominie i wyrwaniu wielu haków taternik „zaliczył" 70-metrowy lot doznając licznych, ale na szczęście nie zagrażających jego życiu urazów. 440 Informacja o wypadku dotarła do Centrali Pogotowia w Zakopa­ nem o godz. 10.40. Pierwsza grupa ratowników została dowieziona śmigłowcem nad Czarny Staw, skąd Roman Szadkowski, Roman Kubin i Władysław Cywiński dosłownie w 5 minut zeszli pod filar. Następnie, po poręczówkach założonych przez morskoocznego dyżurnego, Jana Tybora, wspomaganego przez taterników, ratownicy wspięli się szybko na miejsce wypadku. Udzielenie pierw­ szej pomocy rannemu, a potem 60-metrowy zjazd z rannym w noszach pod ścianę; tam przejmuje go ratowniczo-taternicka grupa tragarzy i znosi na lądowisko nad południowym brzegiem Morskiego Oka. Śmigłowiec dowozi rannego do szpitala o godz. 14.00. Niestety, nie zawsze akcja kończy się w szpitalu. I śmigłowiec, i technika ratownicza, i wysokie umiejętności uczestniczących w wyprawie - czasami nie wystarczają. 17IX 1986 r. Cóż za pamiętna data! Dla Polski, dla ratowników tatrzańskich, dla rodziny pewnej wrocławskiej taterniczki. Rano jedna z ostatnich bitew długiej wojny GOPR-owskich nomenkla­ turowych urzędników i pseudodziałaczy z ratownikami tatrzań­ skimi. W sądzie pracy wyrzuceni z pracy ratownicy Mieczysław Kołodziejczyk, Jan Krzysztof i Kazimierz Szych wygrywają sprawę. Są nadal zawodowymi ratownikami Grupy Tatrzańskiej GOPR. Kolejna, jakże zasłużona klęska działaczy jadących na ratowniczych grzbietach po sławę, władzę, pozycję... W tym czasie na Filarze Grońskiego na Żabiej Turni Mięguszowieckiej wspina się para wrocławskich taterników. W łatwym terenie, tuż przed szczytem dziewczyna odpada 30 m i doznaje bardzo poważnych obrażeń. Wiadomość dociera do dyżurnego w Morskim Oku już po kilku minutach, gdyż wspinający się w pobliżu zespół ma radio­ telefon. Trudne warunki atmosferyczne, wiatr, przelewające się przez grań mgły. Na Wołowej Galerii desant ze śmigłowca tylko jednego ratownika. Stąd bardzo szybka marszo-wspinaczka na szczyt Żabiej Turni. Kontakt z zespołem oczekującym pomocy. Potem desant kilkumetrowym skokiem trzech par ratowników na eksponowanej krawędzi grani. Skaczą m.in. przedpołudniowi podsądni - M. Kołodziejczyk i J. Krzysztof. Długa i bezskuteczna niestety reanimacja, wyciąganie ofiary ze ściany na grań techniką improwizacji. Tym razem i radiotelefon, i śmigłowiec, i znajomość terenu, i chyżość nóg, i bezbłędna technika ratownicza, i chirurg-ratownik - nic nie pomogły. , Tu narzucająca się dygresja. Jakże bezcenny jest udział śmig­ łowca w akcji ratunkowej! Metody klasyczne trwałyby długie godziny i angażowały kilkunastu ratowników. A ze śmigłowcem... 11 IX 1988 dwójka taterników spada górną częścią wschodniej ściany Kościelca. Ze śmigłowca pilotowanego przez Wojciecha 441 Wiejaka desantują się Janusz Kubica i Jan Krzysztof tuż pod obrywem grzędy. Stąd w 5 minut są już, niestety, przy zwłokach taterników. Po następnych kilkunastu minutach obaj nieszczęś­ liwcy odbywają swą ostatnią tatrzańską podróż na śmigłowcowej windzie. Wszystko razem trwało 2 godz. 20 min. Współpraca techniki i umiejętności ratowników z techniką i umiejętnościami śmigłowcowych pilotów często jest skuteczna dla ratowanych, emocjonująca dla ratowników i niezwykle atrakcyjna dla obserwatorów. Wspólne popisy na Kazalnicy, Żabiej Turni, Czołówce MSW czy Kościelcu są dla ratowanych czasem ostatnią szansą, zaś dla ratowników - nie mogę umknąć pewnego patosu sensem życia. Efektem współdziałania pilota helikoptera z ratownikami-taternikami jest znaczne skrócenie czasu trwania akcji. Od zawiadomienia o wypadku do przewiezienia rannego do szpitala nierzadko upływa tylko kilkadziesiąt minut. Czasami nawet „wyjmowanie" rannach z trudnych ścian trwa niewiele dłużej. Lato 1986. W rejonie Świnicy wspina się z klientami zawodowy ratownik tatrzański, jednocześnie aktywny instruktor taternictwa, Janusz Kubica. W niewielkiej od niego odległości odpada i doznaje licznych kontuzji taterniczka. Natychmiastowa informacja radio­ wa do Centrali - żaden ratownik nie rozstaje się z radiotelefonem. Wkrótce na wierzchołku Pośredniej Turni desantują się kolejne grupki ratowników. W trawersowanie do miejsca wypadku na fila­ rze to kwestia 20 min. Na miejsce przybywa też wspominany już wcześniej chirurg-ratownik dr Józef Janczy. Fachowa obsługa medyczna - łącznie z kroplówką - na miejscu wypadku, potem opuszczenie w improwizacji na wielką platformę nad dolnym urwi­ skiem filara. Kolejny popis sprawności pilota, Andrzeja Brzeziń­ skiego. I ranna jest w szpitalu. Z opisu prawie każdej wyprawy widać, jak nieocenione są usługi świadczone ratowanym i ratownikom przez „wspaniałych męż­ czyzn i ich latające maszyny". Może jeszcze ważniejsza, może odro­ binę mniej ważna jest rola ratowników-lekarzy. Cóż za ulga i wsparcie psychiczne dla rannego, gdy wie, że czuwa nad nim profesjonalista. Ratownicy też wolą przy skomplikowanych ura­ zach mieć za sobą doktorski autorytet. Lipiec 1985. Na Filarze Grońskiego, ulega poważnej kontuzji taternik z Gdańska. Wspaniała, bezwietrzna pogoda. Na Buli pod Rysami opuszczają śmigłowiec dr Robert Janik, Jan Krzysztof i Władysław Cywiński. Szybka wspinaczka dolną częścią filara i już ranny jest pod opieką lekarza. Opuszczenie ze ściany do żlebu spadającego z Żabiej Przełęczy Wyźniej. Tam transport przejmuje kolejna grupa ratowników. Po zlodowaciałym śniegu opuszczają nosze około 100 m i tu główną rolę przejmuje pilot Tadeusz Augu- 442 styniak. Po jednej wstępnej przymiarce zabiera rannego windą na pokład z niewybitnego siodełka w najniższej części masywu Rysów. Obserwatorom wydawało się, że końce łopat są nie dalej niż o metr od skał. Wspinanie, lekarz, improwizacja, śmigłowiec. Wszystko w dobrym gatunku. Po roku nasz pacjent był już na szczycie Dhaulagiri. Pełna satysfakcja! Jedyną wadą tej naszej ratowniczej pracy jest po latach to, że wiele pięknych tatrzańskich miejsc kojarzy nam się przede wszyst­ kim z krwią. Władysław Cywiński przegląd powszechny 12'89 443 Notatki z Ziemi Świętej (II) Groty Ziemi Świętej W Rzymie i chyba wszędzie - poza Ziemią Świętą - symbolem świątyń świata chrześcijańskiego jest bazylika Piotrowa. Jej skala i harmonia, elegancja kopuły, wyniesienie przez kaskady schodów - wszystko to służy uświetnieniu Kościoła może bardziej niż uświęceniu. Repliki kopuły Michała Anioła w niezliczonych wa­ riantach budynków sakralnych i świeckich na całym świecie pod­ niosły jeszcze walor tej architektury prawie do rangi znaku świata katolickiego. Zderzenie tego zakodowanego obrazu z realnością przestrzeni świadczącej o źródłach wiary tu, na Ziemi Świętej, staje się jednym z większych zaskoczeń pielgrzymowania. Zamiast triumfu chrześcijaństwa zapisanego w gigantyzmie detalu rene­ sansowych bazylik, tutaj - do miejsc najświętszych - schodzimy w głąb, do piwnic, do podziemnych grot. Tak jak do katakumb przy Appia Antica. Detal tej przestrzeni to okopcone wielowie­ kowym światłem lampek oliwnych wapienne na ogół ściany groty, wygładzone w dostępnych miejscach pocałunkami i dotknięciami wiernych. Tektonika tej świętej architektury nie przypomina mar­ murów II Gesu, nie przypomina polskich nowobogackich świątyń z ostatnich lat. To najprawdziwsze sacrum jest równocześnie naj­ uboższe, jest aarchitektoniczne, jest poza wszelkimi ocenami este­ tycznymi. Staje się przez to kwintesencją architektury sakralnej. Może to skrajny dowód, że sacrum nie wymaga oprawy. To może nasze słabości wiary wymodelowały przez prawie dwa tysiące lat obraz przestrzeni pomagającej nam w przeżywaniu różnorodnych form liturgii. Prawdą jest, że te groty są uświęcone świadectwem obecności Matki Bożej, św. Józefa, Jezusa. Nie każda więc podobna przestrzeń będzie tak działać, ale przecież liturgia Ofiary dziejącej się na każdym ołtarzu w zasadzie staje się równie ważna. W nazareckim sanktuarium Zwiastowania grota w krypcie dolnego kościoła jest przypuszczalnie dolną i tylną częścią domu Najświętszej Maryi Panny. Jest też czczona od pierwszych wieków chrześcijaństwa również jako miejsce pobytu Świętej Rodziny. Dzisiaj, wbudowana we współczesną, włoską w nastroju architek­ turę kontrastuje z nią prawie na zasadzie muzealnego eksponatu. Elegancja detalu nowej, bo z 1969 r. architektury podkreśla może surowość i prawdę Groty Zwiastowania, ale równocześnie poka­ zuje dystans, jaki dzieli nas od chrześcijan pierwszych domus ecclesia i wspólnoty katakumb Rzymu. 444 Pozbawiona takiego kontrastu architektonicznego Grota Na­ rodzenia w Betlejem, odwiedzana jako sacrum przez wiernych od samych początków chrześcijaństwa, zmusza swoim autentyzmem do głębokiego przeżycia tego miejsca. Niezależnie chyba od stop­ nia niedoskonałości czy doskonałości naszej wiary. Jeśli w ogóle możliwa jest tu analiza z punktu widzenia psychologii architektury sakralnej, to Grota Narodzenia spełnia bez wątpienia wszelkie założenia doskonałych wnętrz sakralnych: skalą około czterdzie­ stu metrów kwadratowych powierzchni, wydobyciem podstawo­ wego sacrum - ołtarza Narodzenia przez migotliwe światło pięć­ dziesięciu trzech oliwnych lamp, pełną izolacją od świata ze­ wnętrznego. To brzmi sucho i nie tak. Bez zapachu spalanej oliwy, jakichś kadzideł, ciszy najgłębszej modlitwy, szmeru migawek apara­ tów. Tu nie powinno się nawet robić zdjęć. A równocześnie po ludzku chcielibyśmy zatrzymać to miejsce jak najdłużej w pamięci przez celuloidowy zapis. I grobowiec rodzinny Józefa z Arymatei, położony przypadkiem na północny zachód o jakieś pięć metrów poniżej Kalwarii, był w zasadzie systemem dwóch połączonych grot wykutych na tere­ nie dawnych kamieniołomów. W grocie dokonała się więc wielka liturgia Zmartwychwstania. A wobec tego wydarzenia wszelkie nasze widzenia sakralnej przestrzeni przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Tu, w Ziemi Świętej, w jej grotach świętych, zachwiany zostałem skutecznie w wyuczonym i realizowanym w nowych kościołach widzeniu doskonałej intelektualnie przestrzeni sakralnej. Groty Ziemi Świętej zmuszają do rewizji poglądów zawodowych - nawet jeśli byłoby to nieczytelne dla tych, którym nie dane było ich przeżyć. Galilea Jadąc z Judei na północ po drodze mija się bokiem góry Samarii - łyse, porzeźbione przez wiatry w niezwykłe formy, tworzące jakiś niesamowity, księżycowy krajobraz. Miejsca dzikie i odludne; zro­ zumiałam teraz, dlaczego były terenem napaści na przejeżdżają­ cych tędy podróżnych. Zastanawiamy się, co jedzą mijane stada kóz i owiec pilnowane przez pasterzy na osiołkach. Z bliska widać, że zeschniętą, żółtą trawę. Stopniowo jednak zaczynają się poja­ wiać kępki zieleni, zjeżdżamy w dolinę i nagle jesteśmy w zupełnie innym świecie: cudowna, bujna zieleń, aż po tropikalną roślinność. Najpierw jednak Góra Tabor: miejsce Przemienienia Pańskiego. Tu rozegrało się to najbardziej niezwykłe ze wszystkich, w których apostołowie uczestniczyli, wydarzenie. Dane wtedy zostało najbardziej wybranym spośród nich jakby zajrzeć za zasłonę 445 (~ß&),timew*y, w(Ç8fc 'Minc mW. ί.ϊΐη. fr ) φ ί um TWi * · * Ł y* 446 spraw już nie z tego świata. Nie tylko zobaczyli Mojżesza i Eliasza, ale usłyszeli głos samego Boga Ojca. Podczas mszy św. wspólnej z grupą Polaków z RFN wspcSłkon­ celebrujący mszę św. ich polski duszpasterz mówi o konieczności przemienienia siebie zwłaszcza w społeczeństwie konsumpcyjnym, o zagrożeniach, jakie niesie bogaty świat Zachodu. Myślę sobie, że nasze zagrożenia są wprawdzie inne, ale nie mniej groźne. Z Góry Tabor rozpościera się wspaniała panorama cudownej, żyznej Galilei. Zjeżdżając w dół zanurzamy się w krajobraz gajów palmowych, eukaliptusowych, kwitnących krzewów azalii, mimoz o przeróżnych barwnych i słodkich zapachach. Tak musiał wyglą­ dać biblijny Eden. 447 Stajemy na wzgórzu zwanym Górą Błogosławieństw, przed sanktuarium Błogosławieństw. Zbudowane na planie ośmiokąta, w nawiązaniu do liczby błogosławieństw, zaopatrzone jest w obej­ ście, z którego można podziwiać cudowną panoramę Jeziora Gali­ lejskiego. Zbliżywszy się do jeziora staje się na miejscu, u podnóża którego roztacza się przestrzeń nad samym brzegiem, na której stać musiał tłum słuchający Kazania na Górze. Obok nas medytuje także z Pismem Świętym w rękach grupa Niemców. Słuchamy tekstu kazania i znika wszystko: jest tylko On i rzesza wsłuchana w te porywające słowa, kwintesencję naszej wiary. Ten tak dobrze znany tekst brzmi tu jakoś inaczej - dosłow­ niej, radykalniej, przejmując do głębi. Okolice Jeziora Genezaret aż gęste są od wydarzeń i cudów, które tu miały miejsce, a opisanych na kartach Pisma Świętego. Niektóre z nich upamiętniono świątyniami - np. sanktuarium Rozmnożenia Chleba, mieszczące w sobie, pod ołtarzem, kamień, na którym Jezus miał położyć chleby, którymi potem nakarmił pięć tysięcy mężczyzn, czy kościół Prymatu, którym uczczono moment przekazania Piotrowi pieczy nad Kościołem: Paś baranki moje, paś owce moje (por. J 21,15-17). O Kafarnaum, do którego przeniósł się po opuszczeniu Naza­ retu, ewangeliści wspominają najczęściej. W żadnym innym miej­ scu nie dokonał Jezus tylu cudów. Miasto leżące przy szlaku hand­ lowym do Syrii miało urząd celny - stąd celnik Lewi Mateusz, który rzucił wszystko i poszedł za Nim, a także z tego samego powodu stacjonował tu garnizon rzymski, stąd setnik, którego sługa zachorował, a o którym Pan Jezus powiedział, że nie znalazł takiej wiary w Izraelu. Dom Piotra jest w tej chwili terenem badań archeologicznych. Zespół kilku ubogich pomieszczeń otaczał salę, której kult datuje się już od I w. Był to domus ecclesia - kościół domowy. Zbudo­ wana nad domem księcia apostołów pierwsza budowla uległa zni­ szczeniu, w V w. powstał nowy kościół. Tutaj zrozumiałam, jak prostym zabiegiem było spuszczenie przez dach paralityka na noszach. Dachy były lekkie, składały się z liści palmowych poło­ żonych na poprzecznych kijach, co sprawiało, że demontażu można było dokonać dosłownie kilkoma ruchami. Patrzymy na te ubogie budowle i widzimy chorą teściową Piotra, która za chwilę, już po uzdrowieniu wstaje i usługuje im. Ewangelia na tej ziemi przestaje być świętą księgą, staje się realnością. Czujemy się tu jakby uczestnikami tamtych wydarzeń to niesamowite odczucie. Kościół Prymatu wznosi się na nadbrzeżnej skale. Na zewnątrz znajdują się słynne schody, po których wchodzili uczniowie z je­ ziora - po drugim cudownym połowie - już po zmartwychwstaniu. 448 Nie opodal kościoła Rozmnożenia Chleba odpoczynek z kąpielą w ciepłych, krystalicznie czystych wodach Morza Tyberiadzkiego, spokojnego teraz i łagodnego, aż nie do wiary wydaje się, że mogło być aż tak wzburzone, że wzbudziło trwogę Piotra: Panie, toniemy (por. Mt 8,24-25). Napawamy wzrok urzekającym krajobrazem jeziora, z jego błękitem, z górami na drugim brzegu, z cudowną roślinnością wokół i te wrażenia zapadają bardzo głęboko; myślę, że pozostaną w nas, nie zatarte, na resztę życia. Góra Tabor v \ Nasycone architekturą sacrum Jerozolimy - i sacrum samotnej góry Tabor. Święta góra Starego i Nowego Testamentu. Wznosi się samotnie swoimi pięciuset metrami ponad zieleń otaczającej równiny. Ta samotność jakby dodaje powagi i powiększa jeszcze skalę. Pinie, dęby, drzewa świętojańskie i mastyksowe. Z płasko­ wyżu na szczycie góry dalekie i otwarte widoki na równinę EzdreJon, góry Gilboa i Samaria od południa i łańcuch Karmelu od zachodu. Za wzgórzami od północnego zachodu prawie widać Nazaret odległy stąd w linii prostej o dwadzieścia - dwadzieścia pięć kilo­ metrów. Za doliną Jordanu i Jeziorem Genezaret góry Ziemi Obiecanej. Wydaje się, że stąd widać całą Ziemię Świętą - skoro widać aż tyle. Tutaj miara ewangelicznych podróży, odległości wypraw Jezusa z apostołami zaczyna być sprawdzalna. I równocześnie miejsce Przemienienia staje się sacrum, świąty­ nią przez wywyższenie nad okoliczny pejzaż. Świątynią bez przy­ krycia - bo jakże inaczej obłok mógłby otoczyć Piotra, Jana i Ja. kuba. Przeszkadza mi w tym odbiorze sacrum Przemienienia postawiona tu siedemdziesiąt lat temu świątynia. To brzmi dziwnie - j a k może przeszkadzać poświęcona liturgicznie bazylika. A jed­ nak taka jest moc tej otwartej przestrzeni, otwartej na pejzaż Galilei i otwartej na pierwszego obywatela tej krainy - Jezusa zwanego Galilejczykiem. Nie potrzeba tu architektury. Ta wieś położona na wschodnich zboczach Góry Oliwnej, prawie trzy kilometry od Jerozolimy, budzi ciepłe skojarzenia: przypomina, że Pan nasz doświadczał także głęboko ludzkich uczuć przyjaźni, miłości. W domu swych przyjaciół, Łazarza, Marii i Marty szukał wytchnienia po godzinach nauczania. Tu, w Betanii, w domu Szymona Trędowatego był też w ostatnich godzinach przed swoją męką. 449 Jesteśmy tu późnym popołudniem. W ciepłym oświetleniu zachodzącego słońca wioska wygląda wyjątkowo urokliwie. Dziś nazywa się al-Azarije, co jest arabskim zniekształceniem nazwy Lazarium, nadanej przez chrześcijan w IV w. dla upamiętnienia jednego z największych cudów - wskrzeszenia Łazarza. Sw. Hie­ ronim pisze o grobie Łazarza, nad którym wzniesiono kościół właśnie w pierwszych wiekach. W czasach krzyżowców był tu jeszcze jeden kościół - w miejscu, na którym miał stać dom Marii i Marty. Gdy muzułmanie opanowali Jerozolimę, kościoły popadły w ruinę, kościół św. Łazarza stał się meczetem i dopiero w 1613 r. franciszkanie kupili od muzułmanów prawo wykucia w skale schodów, by móc schodzić do krypty Łazarza i odprawiać tam mszę św. Te schody zachowały się do dziś i znajdują się na zewnątrz kościoła. Oprowadza nas ubożuchno wyglądający franciszkanin - Czech, wzruszony bardzo tak przecież tu rzadkim spotkaniem z braćmi Słowianami. Patrząc na miejsce, na którym miał spoczywać martwy Łazarz, myślę o tym, że Pan Jezus nie bał się okazać głębokiego wzruszenia nad jego grobem. Gdy więc Jezus ujrzał, jak płakała ona [Maria] i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: „ Gdzieście go położyli?" Odpowie­ dzieli Mu: „Panie, chodź i zobacz!" Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: „ Oto, jak go miłował!" (J 11,33-36). I jeszcze przypomniało mi się to, o czym pisał św. Łukasz prezentując na przykładzie dwji sióstr jakby dwa typy duchowości, aktualne do dziś, a dotyczące nie tylko życia monastycznego kon­ templacyjnego, którego patronką jest Maria, czy czynnego - jak Marta. Ale stawiając, przed każdym z nas, niezależnie od stanu, problem hierarchizowania wartości, bo potrzeba mało, albo tylko jednego, podczas gdy większość z nas troszczy się i niepokoi o wiele (por. Łk 10,41-42). Trzeba nam nauczyć się odłożywszy wszystko inne usiąść u stóp Pana i wsłuchiwać się w Jego słowa. Betania 1988 Na dachu narożnego budynku przy ostrym zakręcie głównej ulicy Betanii, prawie na wprost kościoła Łazarza, prawie nieru­ chome dwie ciemne sylwetki. Jeden z żołnierzy siedzi na zwykłym, pewnie zabranym mieszkańcom domu krześle, drugi patrzy przez lornetkę. Ich sylwetki przecięte są kreskami poziomo i nisko zawieszonych pistoletów automatycznych. Zakręt ulicy umożliwia tu dobrą obserwację sporej części wioski, małego miasteczka czy może przedmieścia Jerozolimy o dobrze znanej nazwie. 450 Napięcie i emocja oglądania i przeżywania świętych miejsc, czy­ tania na żywo ewangelicznej przestrzeni, jakby uodparnia nas na rzeczywistość tej ziemi. Prawie nie zauważamy wzmocnionych posterunków policji w Betlejem i zapachu dymu czy może jakiś czas temu użytego gdzieś niedaleko gazu łzawiącego. Kontrole obok Jerycha, kordony z ogniskami na szosie, takie same sylwetki jak te w Betanii bez przerwy widoczne z okien naszego Domu Polskiego na blankach Bramy Damasceńskiej. Nastawieni na inny jakby odbiór staramy się nie wiedzieć, że trwa któryś tam tydzień tego dziwnego powstania palestyńskiego. Powstania bez wielkich zbrojnych akcji, ale codziennego napięcia, kamieni rzucanych przez palestyńskie dzieci i wyrostków, kilkuminutowych demons­ tracji, codziennego strajku sklepów arabskich - ale dopiero od południa. Wszystko to jest dziwne, niezrozumiale skomplikowane i chyba w sumie tragiczne przez brak perspektyw. I takie dalekie od jakże wspaniałego cudu, tutaj w Betanii uczynionego, w imię miłości do człowieka. Wieczernik Wieczernik zwany jest Matką wszystkich Kościołów - tu prze­ cież dokonało się pierwsze misterium eucharystyczne, kontynuo­ wane nieprzerwanie od XVI w., kiedy to chrześcijanie zostali stąd wyparci przez wyznawców Allana. Rozegrały się tu kluczowe dla chrześcijaństwa wydarzenia usta­ nowienie dwóch sakramentów; eucharystii i kapłaństwa. Tu apo­ stołowie zgromadzili się zrozpaczeni i wylęknieni po pojmaniu Chrystusa, uciekłszy z Ogrodu Getsemani. To tu ukazał im się Pan Jezus wieczorem w Niedzielę Zmartwychwstania, tu również przy­ był osiem dni później, by pokonać niedowiarstwo Tomasza. W tym też miejscu trwali jednomyślnie na modlitwie razem z nie­ wiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego (Dz 1,14), już po wniebowstąpieniu. Tu miał miejsce jakby pierwszy sobór pow­ szechny, zwołany przez Piotra dla ustanowienia następcy Judasza. I wreszcie to tu zstąpił na apostołów Duch Święty w dniu Pięć­ dziesiątnicy. Stara tradycja głosi, że w tym domu spędziła resztę swojego życia Maryja. Fakt ten upamiętnia kościół Zaśnięcia Maryi Panny. Aż gęsto tu od tych wszystkich wydarzeń. Szczęśliwie piętrowa kaplica Wieczernika zachowała się i po walkach 70 r., i potem, po zajęciu Jerozolimy przez Persów. Za czasów krzyżowców zbudo­ wano tu trzynawową świątynię, w której nawa północna poświę­ cona była Zaśnięciu Najświętszej Marii Panny, z nawy południo­ wej zaś wchodziło się do kaplicy górnej - odpowiadającej sali na górze, w której odbyła się Ostatnia Wieczerza. 451 Tradycja żydowska sytuuje tu grób Dawida, co zresztą nie zna­ lazło potwierdzenia naukowego, jednak muzułmanie uznający, jak wiadomo, tych samych proroków zawładnęli tym kościołem za­ mieniając go na meczet proroka Dawida— i tylko do sali na górze dopuszcza się chrześcijan..-. Pierwszy kościół Stoję na dziedzińcu pierwszej świątyni naszego chrześcijańskie­ go świata. Nie wiem, ile kościołów oglądałem, rysowałem, fotogra­ fowałem; w ilu się modliłem i przeżywałem eucharystyczną ofiarę. Teraz jestem tu - na miejscu tej najpierwszej Wieczerzy Euchary­ stycznej. Dziedziniec otoczony kamiennymi ścianami złotawego jak tutaj wszędzie kamienia, trzy niskie kopuły-dachy jak symbol przypominają, gdzie jesteśmy. Bez nich mógłby to być jakiś nie­ znany fragment któregoś z wczesnych opactw południa Francji. Budowali to przecież krzyżowcy - może i prowansalscy. Ta świa­ domość nie przeszkadza jednak w odbiorze. Kamienna podłoga dziedzińca przerwana akcentem jedynego, zielonego mimo jesieni, drzewa. Okna na pierwszym piętrze budynku po lewej stronie to Wieczernik. Nie wyróżniają się wspaniałymi rozetami Chartres i Notre Dame ani witrażami Wyspiańskiego i Matisse'a. Są zwy­ czajne. To pierwsze doświadczenie. Drugie - boleśniejsze, to fakt, iż miejsce pierwszego Przeistoczenia nie może dziś służyć euchary­ stii. Mihrab w ścianie przypomina o muzułmańskiej własności tej świętej przestrzeni. Ewangeliczna sala „duża" i „ńa górze", to fran­ ciszkańska gotycka sala z XIV w. o dwóch nawach i wymiarach 9,40 m na 15,30 m. Nie znam odruchu pierwszych krzyżowców, ale pewnie wolał­ bym uczestniczyć we mszy św. tutaj, niż w malutkim, przylegają­ cym do niego kościele przy Wieczerniku - ad Coenaculum. Ojco­ wie franciszkanie we wspaniałym przewodniku po Ziemi Świętej „W ojczyźnie Chrystusa" napisali, iż ten tytuł wyraża nadzieję, iż Matka wszystkich Kościołów zostanie kiedyś przywrócona dla kultu katolickiego. To odruchowa chęć i marzenie. A przecież może powinno być tak, jak jest. Bez kolejnego w historii odbierania tym razem czczonego grobu Dawida muzułmanom i Żydom. Skoro liturgia chrześcijaństwa oparta została o równowartość Przeistoczenia i Ofiary podczas każdej najskromniejszej mszy św. - w każdym miejscu i czasie, to niech zostanie Wieczernik niedo­ stępny liturgii, jako najwspanialszy dowód innego wymiaru naszej wiary. Małgorzata i Konrad Kucza-Kuczyńscy przegląd powszechny 12'89 452 Ucieczka z wielkiego miasta Gdy po raz pierwszy w życiu ruszasz z Bostonu szosą na połud­ nie, wydawać ci się może, że doświadczasz czegoś niezwykłego. Bo oto ledwo znalazłeś się za progiem, już kończy się Boston, zaczyna się Hartford, potem - znów: jeszcze się nie spostrzeżesz, a już znajdujesz się w Bridgeport. Czujesz się jakby nagle zabrakło ci jakiegoś zmysłu, w który natura przezornie wyposażyła zasiedzia­ łych tu od dawna mieszkańców - nie wiesz, kiedy jedno miasto przechodzi w drugie i w żaden sposób nie potrafisz ich rozróżnić: Szosa niczym gigantyczny przenośnik taśmowy popycha cię naprzód raz ponad (estakada), raz pod (tunel), kiedy indziej zaś pośród (czyli tradycyjnie) krajobrazu MIASTA, które nigdzie się nie kończy i które - co gorsza - nigdzie się nie zaczyna. Za Bridgeport powinien być Nowy Jork, lecz ty nawet tego nie możesz być pewny, bo wciąż jedziesz poprzez trzewia wszędzie tak samo szarego Olb­ rzyma; szarego mimo neonów, które potrafią się palić nawet w ciągu dnia. Potem, w którejś chwili okazuje się, że i Nowy Jork masz za sobą (była mgła; pocieszasz się, że pewnie tylko dlatego nie spostrzegłeś osławionej panoramy Manhattanu), a stąd (mapa) już ledwie krok do Filadelfii i do Baltimore. Ty jesteś już jednak mądrzejszy; nie dajesz się tak łatwo wyprowadzić w pole - wiesz, że te wszystkie nazwy to tylko konwencja, umowa i że tak naprawdę MIASTO to - tak, miasto, nie miasta! - nazywać się winno Megalopolis. (Właśnie minąłeś Baltimore; domyśliłeś się tego, bo w radiu zmieniła się stacja.) Jesteś zmęczony, ta jazda trwa już całe 6 godzin. Ale dopiero za następne dwie, gdy w dali ujrzysz białą kopułę Kapitolu - nie możesz mieć już żadnych wątpliwości i mo­ żesz być pewny swego. Oto dotarłeś do celu. Do Waszyngtonu. Lecz bardzo się mylisz, gdy sądzisz, że w ten sposób doświadczy­ łeś czegoś szczególnego. Bo dokładnie to samo stanie się twoim udziałem, gdy znajdziesz się w okolicach Wielkich Jezior albo na przykład na Zachodnim Wybrzeżu. Spróbuj przebyć dystans dzie­ lący Detroit od Chicago! Albo - San Francisco od Los Angeles! Tak - jeśli chcesz, możesz się nawet wybrać na półkulę połud­ niową! No proszę - udaj się z Rio de Janeiro do Sao Paulo albo nawet jeszcze dalej - aż do Santos! Różne klimaty, różne kultury, różne kolory skóry - TO różne, lecz ONO - Megalopolis - wszędzie TAKIE SAMO! Przez wiele godzin możesz jechać, a z zasięgu wzroku nie zginą ci wieżowce, drapacze chmur, kolosy ze szkła i aluminium. Jeśli mocniej będziesz naciskał pedał gazu i będziesz próbował uciekać przed tym widokiem, owszem, jedna wyspa betonu będzie się oddalać, lecz tylko tym szybciej przybliżać się będziesz do wyspy 453 następnej. Przed NIM nie ma dokąd zbiec, ONO jest wszędzie. MIA­ STO. Miejski Moloch. Na wszystkie strony rozpełzający się ol­ brzym; rozgwiazda rozsuwająca swe macki we wszystkich kierunkach. A gdy zdobędziesz się na jeszcze jeden wybieg i fortel, gdy zboczysz z głównego szlaku autostrad i zaczniesz się zagłębiać w dzielnice mniej okazałe, nie tak ponętne i tajemnicze jak tamte pełne betonowych Świątyń Ekspansji, pełne aluminiowych Naj­ większych Obelisków Świata - niedługo potem przekonasz się, że i tu trafiłeś na bezkres i bezmiar. MIASTA są wielkie. Są przeogrom­ ne. Lecz to, co je wyprzedza, to, z czego one wyrastają - PRZEDMIEŚ­ CIA - są od nich jeszcze znacznie większe... Choć... niektórzy twierdzą, że to tylko złudzenie; że są jeszcze TAKIE miejsca; właśnie między Frisco a Los Angeles; między Nowym Jorkiem a Waszyngtonem; między Sao Paulo a Rio, Osaka a Tokio, Duisburgiem a Dusseldorfem... Że są takie miejsca, w których - uczepieni wielopasmowej superautostrady raptem odnajdujemy kawałek pustej przestrzeni, skrawek „ziemi niczyjej", okruchy jeszcze nie zabudowanego ugoru. Miałyby to być właśnie te punkty, w których tobie miałoby się zdawać, że oto siły sąsiadujących ze sobą wielkomiejskich kolosów w jakiś taje­ mniczy sposób nagle się równoważą i wyczerpują i wytwarzają kilometr, dwa, pięć międzymiejskiej pustki i próżni. Ale - na nic nadzieje! To fantasmagoria! Złudzenie! Bo starczy, żeby tylko zaczęło się ściemniać! Od razu zrozumiesz swój błąd, swoją naiw­ ność! Zaraz pojawią się przeogromne łuny, a im stawać się będzie ciemniej, tym bardziej będą one rosnąć, potężnieć; w końcu złączą się z sobą i zleją w jedną gigantyczną czaszę, w jedno świet­ liste sklepienie. I znów: te łuny to światła Wielkiego Miasta, światła Lewiatana, Molocha. Łuny Miasta, które TY, owszem, na moment możesz stracić z oczu, lecz które CIEBIE ani na chwilę nie chce stracić ze swego pola widzenia... To ciekawe. Jako wynalazek miasto liczy już tysiące lat. Lecz dopiero XX w. nadał mu pełną jego skalę, barwę, moc. Jeszcze w początkach XX w. tylko 14% ludności świata skupiało się w miastach. Lecz już w 1950 r. było jej tam 600 min, zaś w 1986 r. aż 2 mld. Bez ryzyka błędu można więc powiedzieć, że - mimo swego nadzwyczaj długiego i udokumentowanego rodowodu URBANIZACJA TO EENOMEM TYPOWY DLA XX w. Jest jeszcze jeden wyróżnik. Bo choć zjawisko to wywodzi się z Europy, a przede wszystkim z Ameryki Północnej, szczególną skalę i najbardziej wynaturzone proporcje zyskało ono w krajach najbiedniejszych, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej. To jest właśnie główna przy­ czyna bóli głowy prognostyków i planistów. Jeśli występujące dziś na półkuli południowej trendy w ciągu najbliższych lat nie ulegną 454 zahamowaniu (a niewiele na to wskazuje!), za następne lat 30, w skali świata, liczba ludności skupiającej się w miastach co naj­ mniej podwoi się. Ameryka Łacińska to urbanistyczne Himalaje, a przynajmniej Tybet. Aż 65% ludności zamieszkuje tam w miastach; to region, w którym znajduje się największa liczba aglomeracji-olbrzymów; wystarczy wymienić Mexico City, Sao Paulo, Buenos Aires, Limę, Rio de Janeiro i Montevideo. Ludność tego kontynentu wzrasta średnio o 2-3% rocznie, lecz na obszarach zurbanizowanych przy­ rost ten potrafi przekroczyć nawet 3%. U schyłku wieku ponad 466 min Latynosów zamieszkiwać będzie w miastach, co będzie stano­ wić 3/4 całej tamtejszej ludności. Żeby być bardziej obrazowym pamiętając, że tym urbanistycznym centrum w poszczególnych krajach jest stolica, to tak jakby w chwili obecnej, w Polsce, w Warszawie, zamieszkiwało blisko 30 min osób! Ną drugim biegunie znajduje się Czarny Ląd - Afryka. To z kolei kontynent o zdecydowanie najniższym współczynniku urbanizacji. Tylko 30% ludności zamieszkuje tu w metropoliach, lecz taki stan najprawdopodobniej nie potrwa już nazbyt długo. Ludność miast wzrasta tam bowiem obecnie o 5% rocznie; przy­ czynia się do tego m.in. galopująca degradacja gleb na terenach wiejskich, pustynnienie pastwisk, głód oraz wieloletnia już susza. Dziś zaledwie 175 min Afrykańczyków zamieszkuje w miastach, lecz w 2000 r. będzie ich tam już 368 min. Oznaczać to będzie dziesięciokrotny wzrost w porównaniu z 1950 r. NAJSŁABIEJ ZUR­ BANIZOWANY KONTYNENT liB-'AMZUJE SIĘ WIĘC DZIŚ NAJSZYBCIEJ. Oto następny powód do autentycznego zmartwienia. W skali globu bowiem, system ekologiczny Afryki jest najmniej odporny i najłatwiej w nim o trwałe zaburzenia. Ma on najmniejszą nośność ekologiczną; łatwiej wytrzymuje obciążenia równomiernie rozło­ żone na dużych powierzchniach niż nacisk skoncentrowany punk­ towo. Punktami takiego „nadmiernego obciążenia" są - i w przy­ szłości w coraz większym stopniu będą - właśnie aglomeracje i miasta. Między tymi dwiema skrajnościami - Ameryką Łacińską i Af­ ryką - lokuje się Azja. Tutaj obraz jest mniej jednoznaczny, nieco bardziej skomplikowany; obok siebie występują regiony o zna­ cznej przewadze miast, iecz również takie, gdzie nadal dominują osiedla o charakterze typowo wiejskim. Przykładowo - takie kraje, jak Taiwan, Korea Południowa, czy Japonia są w przeważa­ jącej części zurbanizowane, lecz tempo wzrostu miast od pewnego czasu ulega stopniowemu spowolnieniu. Natomiast Indie i Chiny mimo tylu różnych programów modernizacyjnych! - to nadal przede wszystkim społeczeństwa agrarne (odpowiednio 24 i 32% ludności zamieszkuje w miastach). Lecz i tam nastąpiło wzmoże- nie migracji ludności wiejskiej do miast; obesnie migracja ta trwa już tam nieprzerwanie, identyczne tendencje zarysowały się także na południu kontynentu: w Tajlandii, Indonezji i na Filipinach. Społeczeństwa Azji Południowo-Wschodniej urbanizują się dziś w przyspieszonym tempie; przyrost ludności miast jest tam przeci ciętnie o 1-2% wyższy od wzrostu zaludnienia na terenach wiejskich. Jeszcze do niedawna miasta o ludności przekraczającej 5 min były ewenementem, należały do rzadkości. Dziś odnaleźć je można dosłownie na każdym kontynencie. Jak się przewiduje, w 2000 r. trzy spośród pięciu aglomeracji liczących ponad 15 min mieszkań­ ców (Mexico City, Sao Paulo, Kalkuta) będą się znajdować w trzecim Świecie. W Azji znajdzie się 15 spośród 35 największych miast świata, zaś w Afryce - choć obecnie tylko Kair mieści się tam w kategorii pięciomilionowych kolosów - ma ich być aż 8. Szyb­ kość urbanizacji południowej, biedniejszej półkuli jest czymś fenomenalnym; jest czymś bez jakiegokolwiek precedensu w histo­ rii. Wielki Londyn, by rozrosnąć się siedmiokrotnie (od 1,1 min mieszkańców do 7,3 min), potrzebował z górą stu lat (1800-1910); podobnie było w przypadku Paryża. Tymczasem dziś największe miasta w krajach rozwijających się taki sam przyrost są w stanie osiągnąć w ciągu niespełna jednej generacji. Dlaczego? Mówiąc najkrócej - wynika to z etiologii nędzy. Wielkie Miasta krajów najbiedniejszych rozrastają się przede wszystkim dzięki nieprzerwanemu napływowi ludności migrującej z zapóźnionej w rozwoju wsi. Imigrantami tymi są ci, którzy postanowili rozer­ wać swoistą, bardzo stabilną, ale przez to właśnie zabójczą subkul­ turę wiejskiej nędzy. Nędza, ubóstwo wykazują bowiem niezwykłą zdolność do samoodtwarzania i samopomnażania tworząc krąg, z którego bardzo trudno jest się wyrwać. Może zabrzmi to jak truizm, lecz w rzeczywistości wcale nim nie jest; stwierdzenie to można podeprzeć autorytetem jednego z najbardziej znanych ekonomistów amerykańskich, Johna Kennetha Galbraitha: GŁÓWNĄ PRZYCZYNĄ NĘDZY JEST... SAMA NĘDZA ! Stulecia życia w ubóstwie zaowocowały przystosowaniem do niego. Tę utrwa­ loną przez czas równowagę na poziomie ubóstwa podtrzymują ludzie,-których ono ukształtowało; każde rozwiązanie cząstkowe prowadzi przede wszystkim do wzrostu liczby ludności, to zaś natychmiast oddala perspektywę poprawy sytuacji. Minimalna jest tam także skłonność do wprowadzania jakichkolwiek zmian i in­ nowacji w ustalonym od dawien dawna sposobie życia i gospoda­ rowania. Wszak każda innowacja pociąga za sobą pewne ryzyko niepowodzenia. A tu niepowodzenie ma jeszcze jedną szczególną cechę: jego skutki mogą okazać się mszczące i natychmiastowe - 456 dla rodziny żyjącej na poziomie egzystencyjnego minimum nie­ udane zbiory oznaczają głód, a może nawet i śmierć. To, że wśród najbiedniejszych niechęć do ryzyka jest aż tak wielka, ma bardzo prozaiczne przyczyny. W ten sposób wiejska nędza nieustannie tworzy własne samopotwierdzenie i nieprzerwanie odtwarza samą siebie. Do­ świadczenie uczy, iż wyrwanie się z tego zaklętego kręgu, bez wyrwania się ze środowiska zapóźnionej wsi, jest prawie że niemoż­ liwe; że konieczny jest uraz, szok, jakościowy przeskok; iż jednym z rozwiązań rokujących nadzieję jest właśnie migracja. Emigracja do innego kraju. Albo - migracja ze wsi do MIASTA. Ubóstwo w mieście - albo nawet w otaczających je slumsach! - jest dużo łatwiejsze do zniesienia niż trwanie w bezruchu, niźli trwanie w wiejskiej nędzy. Nędza w mieście jest bowiem strukturą dyna­ miczną, oferuje przynajmniej nadzieję -jeśli nie szansę - jej przez­ wyciężenia. Nędza wiejska jest natomiast stagnacją, jest totalnym bezruchem. Jest stanem praktycznie niezmiennym, doskonale zakonserwowanym, zaprzeczającym i urągającym samej istocie człowieczeństwa. Dlatego dla pojedynczego człowieka taka ucieczka od kultury ubóstwa i zapóźnienia może się okazać skute­ cznym rozwiązaniem. Sprawa komplikuje się dopiero wtedy, gdy dotyczy nie tylko jednostek, lecz dziesiątków lub setek tysięcy. Milionów. Co dzieje się wtedy? Następuje niekontrolowana i jakże trudna do ogarnięcia we wszystkich jej następstwach eksplozja. Eksplozja Wielkiego Miasta. Dramat Wielkich Miast polega dziś przede wszystkim na tym, że zaczęły się one szczególnie gwałtownie rozwijać właśnie wtedy, gdy godzina ich rozkwitu powinna zacząć z wolna przemijać. Do początku lat pięćdziesiątych wzrost miast miał swoje czysto eko­ nomiczne uzasadnienie; tym, którzy decydowali się, by w nich produkować, wystawiać swoje ręce na sprzedaż i tam mieszkać, oferowało ono zwykle pełne kieszenie korzyści - nikt ani nic nie mogło ich zanegować. Lata pięćdziesiąte to kulminacja industrializmu w krajach najwyżej rozwiniętych. To czas szczytowania ten­ dencji dążących do centralizacji i koncentracji. To epoka, gdy człowiek ruszył na tzw. podbój kosmosu, gdy z coraz większą wprawą zaczęto rozszczepiać atom, także - gdy pojawiać się poczęły pierwsze siłownie nuklearne. To czas największej wiary w potęgę technologicznego postępu, bezkrytycznej wiary w to, że SZCZĘŚCIE da się wytworzyć w FABRYCE, W MASZYNIE. Bo czymże jest MIASTO? Przede wszystkim jest instrumentem także ono jest MASZYNĄ! Frenetyczną, nerwową, gwałtowną. Wie­ cznie zagonioną i zadyszaną. Nie oglądającą się za siebie, nie oglą- 457 dającą się na nikogo, bezwzględną. Maszyną produkującą to, bez czego nie można wytworzyć czegoś innego. Koncentracja. Syn­ chronizacja. Specjalizacja. Maksymalizacja. Standaryzacja. Cen­ tralizacja. Oto jej Qego) wytwory - pół tuzina zasad, bez których nie można się obyć w żadnym szanującym się koncernie, w żadnej szanującej się firmie i fabryce. W ten sposób historia miasta prze­ dziwnie i nierozłącznie została spleciona z historią wału korbo­ wego, koła i zębatki. Lecz po każdym przypływie, kiedyś, musi nastąpić także odpływ, toteż wraz z odchodzeniem tych tradycyj­ nych rekwizytów industrializmu w przeszłość, wraz z coraz bar­ dziej zdecydowanym wypieraniem ich przez „micro-chips" - zmi­ niaturyzowane obwody scalone, i ono - MIASTO - z czasem będzie musiało powędrować do zakurzonej, muzealnej gabloty, do lamusa. Bo z biegiem lat to, co początkowo decydowało o powstawaniu miast i o ich rozroście, zaczyna przechodzić we własne zaprzecze­ nie. Zyski z koncentracji-w konfrontacji z wykładniczo wzrasta­ jącymi jej kosztami - z wolna przeradzać się poczynają w chroni­ czny deficyt. Przykładowo - Nowy Jork zużywający rocznie blisko 2 mld m wody z własnych źródeł głębinowych uzyskuje tylko 2%, zaś pozostałe 98 musi sprowadzać z ujęć powierzchniowych odda­ lonych od aglomeracji niekiedy o dziesiątki kilometrów. 1 wcale nie jest to wyjątek, raczej reguła. Podobnie jest bowiem w Los Angeles (co trzeci litr wody pitnej w mieście tym pochodzi aż z rzeki Kolorado!), w australijskim Sydney (tylko 4% zaopatrze­ nia w wodę pochodzi z lokalnych ujęć wodnych) czy w Hong­ kongu, który jest zmuszony przeszło połowę swego zaopatrzenia na wodę pokrywać ze źródeł znajdujących się zagranicą i sprowa­ dzają z Chin. Nąjdramatyczniejszy obraz rysuje się jednak (znów!) w krajach najbiedniejszych i najbardziej zacofanych. Mexico City sprowadza wodę akweduktami z odległości 100-200 km, by Limie dostarczyć dostateczną ilość energii, przesyła się ją liniami wysokiego napięcia blisko 800 km, aż z pogranicza z Ekwadorem. Zaś takie miasta, jak Niamej, Lagos albo Delhi, które nie mogąc liczyć na inne sposoby zaspokojenia swych potrzeb energety­ cznych, oparły się na lokalnych zasobach drzewnych, do­ prowadziły do katastrofy ekologicznej (nasiliło się to szczególnie po skokowych zmianach cen paliw płynnych na początku lat sie­ demdziesiątych). Niekontrolowany wyrąb lasów w ich najbliż­ szym otoczeniu przyczynił się do przyspieszenia procesów pustyn­ nienia i przesychania, pozbawiając ziemię jakiejkolwiek okrywy roślinnej w promieniu do 200 km! MIASTO, by móc egzystować, wymaga dużej koncentracji ener­ gii, wody, żywności - takiej ich koncentracji, która nigdzie nie występuje w stanie naturalnym w przyrodzie; koncentracji, którą 3 460 informacja. Na nowo odkryje się także wiele podstawowych prawd urbanistyki. W niełaskę popadną tak energochłonne kilkudziesięciopiętrowe kolosy, powrócą dziedzińce i patia, będące - jak się okazuje - czy to latern, czy zimą najekonomiczniejszym termi­ cznym buforem. Na nowo ożyje dawne „płaza" i „piazza" - „polis". Jednak w większości życie z aglomeracji krok za krokiem zacznie się przenosić na wieś. Dzięki powszechnej komputeryzacji i nieza­ wodnej łączności nie utraci ono nic ze swej miejskiej jakości, doda do niej tylko zalety życia zdecentralizowanego, swobodnego, toczącego się w bezpośredniej bliskości przyrody. I znów można sobie wyobrazić sytuację, jak ta przedstawiona na wstępie. Jakiś zagubiony podróżnik będzie podążać autostradą gdzieś na trasie między Bostonem a Nowym Jorkiem. I patrząc z niedowierza­ niem na opustoszałe betonowe bryły będzie sam siebie zapytywać: Czy w tych kamiennych skrzyniach rzeczywiście mógł kiedyś ktoś pracować i mieszkać? Czy podręczniki historii aby na pewno się nie mylą? Czy w tych kamiennych boksach mogli kiedyś mieszkać tacy jak my — PRAWDZIWI LUDZIE? Roman Warszewski CD przegląd powszechny 12'89 461 nych stymulujących dialog między religiami w Stanach Zjednoczonych. Jest członkiem Sekretariatu Konfe­ rencji Biskupów USA do Spraw Sto­ sunków Katolicko-Żydowskich i od lat aktywnie uczestniczy w zjazdach i konferencjach chrześcijańsko-żydowskich. W marcu 1986 r. wygłosił też dwa gościnne wykłady w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Wydał sporo publikacji poświęco­ nych trudnym kwestiom dialogu z judaizmem, a w lecie 1989 r. był współ­ odpowiedzialny za realizację unikal­ nego programu zorganizowanego przez Spertus College of Judaica w Chicago dla 22 profesorów polskich seminariów duchownych i wyższych uczelni teologicznych. Książka „Jezus a teologia Izraela" ukazała się w serii pomyślanej jako zwięzłe wprowadze­ nie do podstawowych prawd wiary chrześcijańskiej. Rozdział I, zatytułowany „Dwu­ dziestowieczne tendencje w ujmowaniu stosunku Jezusa do judaizmu" (s.9-47), zaczyna się od przypomnienia tradycyjnych modeli postrzegania ju­ daizmu przez Kościół. Model „proroctwo-wypełnienie" zakładał, że wszystkie nadzieje mesjańskie ST zna­ lazły najdoskonalsze i całkowite wy­ pełnienie w Jezusie Chrystusie i w Kościele, tak że judaizm stał się prze­ żytkiem. Model „wolności" sugerował uwolnienie od więzów Prawa, którym ciągle podlegają „zaślepieni" Żydzi. Posoborowa refleksja teologiczna wy­ kazała krzywdzące jednostronności obydwu podejść. Nie jest prawdą, że judaizm się przeżył i nie ma racji bytu, tak samo jak nie jest prawdą, że jego wyznawcy są obarczeni zbytecznym balastem wymogów Prawa, od któ­ rych wolni są chrześcijanie. Dlatego w książki Chrystologia w sytuacji dialogu John Pawlikowski Jesus and the Theology of Israel Zaccheus Studies: Theology Michael Glazier, Inc. 1989, ss. 99 W kontekście przemian w nasta­ wieniu Kościoła do Żydów i judaizmu stała się pilna potrzeba ukształtowa­ nia nowego modelu wzajemnych sto­ sunków. Chrześcijanom wydawało się, że ideałem jest nawracanie żydów, oni zaś widzieli w tym śmiertelne zagrożenie własnej tożsamości i pod­ glebie antysemityzmu. Wobec zaistnia­ łych w naszym stuleciu okoliczności, wśród których dwie - Szoah i powsta­ nie państwa Izrael - wybijają się na plan pierwszy, oraz w toku przebu­ dowy samoświadomości Kościoła podjętej na II Soborze Watykańskim teologowie coraz wyraźniej dostrze­ gają, że rzeczywistość judaizmu ma pozytywny sens. W nurcie ostatnich dyskusji teolo­ gicznych pojawiła się niewielka obję­ tością, lecz obfita w treść książka Johna T. Pawlikowskiego OSM. Ten amerykański ksiądz polskiego po­ chodzenia jest profesorem etyki spo­ łecznej w Catholic Theologićal Union w Chicago i należy do czołówki uczo­ 466 przegląd różnych konfliktów lokal­ nych w świecie, w których zaangażo­ wane są Stany Zjednoczone, i zauwa­ ża, że zbyt rozciągnięty front kosztuje USA tak wiele, że nie są one w stanie sprostać konkurencji ekonomicznej Japonii. Symptomem tego rodzaju trudności jest niewątpliwie fakt, że większość telewizorów i rosnąca część samochodów na rynku amerykańskim pochodzi z Japonii. Nadwyżka USA w handlu artykułami o najnowszej technologii spadła z 27 mld doi. w 1980 r. do 4 mld doi. w 1985 r. (s. 525). Wraz z deficytem w całym handlu, deficytem budżetowym oraz nadmier­ ną eksploatacją dotowanego przez skarb federalny rolnictwa stwarza to istotne zagrożenie dla amerykańskiej potęgi gospodarczej. Analizę sytuacji w bloku radziec­ kim opiera Kenendy na pojęciu we­ wnętrznych sprzeczności, zaczerpnię­ tym z arsenału marksistowskiego. Po pierwsze autor zauważa rosnącą sprze­ czność pomiędzy celami państwa ra­ dzieckiego a metodami ich realizacji. Dotyczy to zwłaszcza niemożności wy­ żywienia własnej ludności przez pań­ stwo aspirujące do roli supermocar­ stwa. Po drugie Kennedy dostrzega ogromne marnotrawstwo zasobów materialnych w ZSRR. Przykładem jest zużycie węgla i stali na 1000 doi. produktu narodowego brutto. W ZSRR wskaźnik ten jest trzykrotnie wyższy niż w RFN, jeśli chodzi o węgiel i prawie pięciokrotnie, jeśli chodzi o stal (s. 493). Po trzecie ekstensywne zużycie siły roboczej stawia pod znakiem zapytania dalszy rozwój ekonomiczny ZSRR, gdyż jego za­ soby pracy będą się powiększać w tempie malejącym. Po czwarte wreszcie ZSRR zostaje w tyle pod względem technologii i jej zastosowań gospo­ darczych i wojskowych. Co więcej, zauważa Kennedy, blok państw ko­ munistycznych staje się z wolna obciążeniem, a nie korzyścią dla państwa radzieckiego. Jednym z tego przykładów jest, zdaniem Kenne­ dyego, armia polska, na której trudno by było Związkowi Radziec­ kiemu polegać w chwili próby (s. 509). Wszystko to nie świadczy - pisze Kennedy (tekst powstał w 1987 r.) że ZSRR jest bliski załamania ani że należy go uważać za państwo o nadprzyrodzonej potędze. Oznacza to, że ma on przed sobą niełatwy wybór /.../ Bez swej potęgi wojskowej nie liczy się zbytnio w świecie, natomiast jego siła wojskowa wywołuje obawy innych państw i zagraża gospodarce ZSRR (s. 513-514). Japonia wyrosła na potęgę świa­ tową na początku XX w., choć jeszcze po I wojnie światowej była nie doce­ niana przez pozostałych członków klu­ bu wielkich mocarstw. Dopiero II wojna światowa pokazała, jak wielką energię imperiotwórczą posiadała Ja­ ponia, zaś po klęsce 1945 r. okazało się, że energia ta znalazła ujście w gwałtownej ekspansji ekonomicznej. O ile Chiny mogły być zaliczane do niedawna do roli mocarstwa głównie ze względu na swój potencjał ludnoś­ ciowy, dopiero początek lat 80. stwo­ rzył, zdaniem autora, szansę spełnie­ nia przez Chiny również gospodar­ czych przesłanek pozycji wielkomo­ carstwowej. Obecnie, po buncie stu­ dentów i jego krwawym stłumieniu przez armię, nie jest jasne, czy szybki rozwój gospodarczy z początku lat 80. da się w Chinach utrzymać. Jedna z przepowiedni Kennedyego stanęła więc pod znakiem zapytania. 467 Piątym członkiem klubu wielkich mocarstw roku 2000 ma być, według autora, Europa. Przez Europę rozu­ mie jednak Kennedy w zasadzie jej zachodnią część. Państwa komunisty­ czne Europy Wschodniej wyłącza on z rozważań ze względów praktycznych (s. 471). Jedyny wyjątek jest gotów uczynić dla NRD. Pogląd Kenne­ dyego na sprawę niemiecką jest niezbyt konsekwentny. Z jednej stro­ ny uważa on, że jest naturalne, by wszyscy mówiący po niemiecku połą­ czyli się w jednym państwie - według praktyki ostatnich dwóch stuleci. Nie sądzi jednak, by w takim przypadku Niemcy mogły stać się punktem ciężkości w Europie (s. 477). Bardzo to dziwne. Po pierwsze ludy nie­ mieckojęzyczne nigdy nie miały jedne­ go państwa, zaś próby zjednoczenia Niemiec nigdy dotąd nie wychodziły Europie na dobre. Po drugie nie wiadomo, na czym Kennedy opiera swe przekonanie, że zjednoczone Niemcy nie zdominują Europy, choć­ by pod względem gospodarczym, tym bardziej iż na następnej stronie sam wydaje się aprobować opisywane przez siebie obawy radzieckie przed wzrostem potęgi zjednoczonych Nie­ miec. Książkę Kennedy'ego trudno oce­ nić jednoznacznie. Dotyczy to jednak wielu syntez. Z jednej strony autor dysponuje dużą wiedzą na niektóre tematy i przekonująco przedstawia niektóre ogólne trendy nowożytnej historii. Z drugiej jednak strony jego synteza zawiera luki, niekonsekwen­ cje lub niezgrabności stylistyczne. Sła­ bością książki jest zbytnie ogranicze­ nie pola widzenia do czynników ma­ terialnych: ekonomicznych i wojsko­ wych. Jak zauważył w swej recenzji pracy Kennedy'ego James Joli („The New York Book Review" 4II1988 r.), przed upadkiem szacha w Iranie moż­ na było przewidywać, że rozwój eko­ nomiczny tego państwa doprowadzi je do pozycji mocarstwowej. Rewolu­ cja islamska sprawiła, że miejsce Ira­ nu w świecie jest dziś znacznie trud­ niejsze do przewidzenia. Amerykań­ ski skrót GDP (produkt krajowy brut­ to) sparafrazował ktoś niedawno na Grossly Deceptive Product (wielce zwodniczy produkt). Jest w tym ostrzeżenie dla historyków, by nie ogra­ niczali swych zainteresowań do czyn­ ników wymiernych i materialnych. Mimo to książka Kennedy'ego już uzyskała znaczące miejsce w historio­ grafii dzięki ogromnej publicity auto­ ra. 6 VI 1989 r. Kennedy wystąpił w panelu zorganizowanym przez Uni­ wersytet Maryland na temat teorii upadku Stanów Zjednoczonych („The Decline School"). Współdyskutantami byli: Walt Rostów, autor „Politics and the Stages of Growth" (1971), oraz William McNeill, którego naj­ bardziej znana praca to „The Pursuit of Power" (1982). Impreza ta była warta zobaczenia przede wszystkim ze względu na sposób prezentacji poglą­ dów przez prominentów amerykań­ skich nauk społecznych. W wielkim audytorium uniwersytetu zebrało się kilkaset osób, głównie studentów, ale także pracowników i profesorów uni­ wersytetów waszyngtońskich. W świet­ le jupiterów pojawili się bohaterowie wieczoru, by w krótki i efektowny sposób przedstawić publiczności swo­ je teorie, a następnie odpowiadać na pytania. Większość z tych pytań, skie­ rowanych, zauważmy, do historyków, dotyczyła przyszłości, i choć mówcy 470 dążenie młodych do wyjścia na powierzchnię życia artystycznego, co można uznać za naturalne; wyrażała także, bardzo charakterystyczne dla najmłodszej generacji malarzy i rzeź­ biarzy, dążenie do urynkowienia, co również, jak wiemy skądinąd, może być pożyteczne (pod warunkiem że nie jest celem samym dla siebie). Żywiołowa forma i pewna spontani­ czność poprzedniego pokazu mogła budzić sympatię, zarysowywał on wiele dróg dla młodej sztuki. Wystawa p.t. „Czerwone i białe" wybiera drogę, która nie budzi sym­ patii. Wnioski, jakie wyciągnęli orga­ nizatorzy z poprzedniego pokazu, i rodzaj programu, jaki się im wyłonił, streścić można z grubsza tak: koniec z żywiołem, chaosem i rozchełstaniem, sztuka to towar, zaś jej właściwy kon­ tekst to dom towarowy. Wystawa ma miejsce w jasnej, klarownej prze­ strzeni, łagodnym świetle, z towarzy­ szeniem miękkiej muzyki. Charakte­ rystyczne kontrapunkty stanowią ko­ lorowe parasole, jakby kawiarniane, i stoisko z zachodnimi materiałami malarskimi. Zdają się one mówić: sztuka może być tak kusząca, jak kosmetyki, elektronika i wszelkie inne dobra konsumpcyjne. Katalog to potwierdza, jest naprawdę luksusowy i w twardej okładce, to rzadkość nawet na Zachodzie. Całość wyraża, jak sądzę nieźle, nowe polityczne założenia „zreformowanego" central­ nego mecenasa kultury (rzecz działa się, pamiętajmy, jeszcze przed ufor­ mowaniem rządu Tadeusza Mazo­ wieckiego). Wystawa może stanowić artystyczne uzupełnienie sierpniowe­ go „urynkowienia" rolnictwa. Tak więc uporządkowanie, stono­ wanie ekpozycyjne, niewątpliwie po­ zostające w zgodzie z pewnymi proce­ sami w samej twórczości artystycznej, podnosi do rangi normy jej najmniej ciekawy aspekt. Właściwie obnaża słabości młodej sztuki. Gdyby nie wypowiedzi i postawa komisarzy wskazujące, iż zrobili tę wystawę w najlepszej wierze, mógłbym przypusz­ czać, że chichocząc w duchu chcieli pokazać, jak łatwo zbuntowanego demonicznego artystę zmienić w plu­ szowego misia i posadzić na półce z zabawkami. Jeśli to ma być ta rekla­ mowana w katalogu „po-ekspresja", to jest to chyba oczywiste nieporo­ zumienie. Interesujący, dobrze napisany tekst Krzysztofa Stanisławskiego o szuce w ZSRR zawarty w katalogu ma bardzo nieprzekonywające.odbicie w tym, co znajdujemy na wystawie. Klu­ czowe dla wystawy zestawienie sztuki polskich artystów z obrazami malarzy z ZSRR jest mdłe - ani zimne, ani gorące. Myślę, że jest to wyraz nie tyle obiektywnej sytuacji, ile po prostu skutek źle pomyślanego doboru prac. Mamy do czynienia z zestawem uśrednionym, wygładzonym, nie da­ jącym większej przyjemności zmy­ słom ani intelektowi. Drugi tekst Sta­ nisławskiego w katalogu, na temat polskiej sztuki lat 80. („Od nowej ekspresji do po-ekspresji"), jest kom­ petentny, choć czytałem go już z mniejszym zainteresowaniem. Stani­ sławski dość mocno akcentuje związek polskiej sztuki z międzynarodowym Art World. Jestem zwolennikiem przynajmniej porównywania sztuki polskiej z tym, co dzieje się na świato­ wej scenie, wydaje mi się jednak, że Stanisławski zbyt pospiesznie trak­ tuje rodzimy kontekst i destrukcyjną rolę stanu wojennego jakby trochę na 471 zamówienie mecenasa, który dziś skwapliwie odsuwa tamten czas w zamierzchłą przeszłość. Państwowy mecenat po wojnie zawsze preferował to co ogólne, uniwersalne, ponadna­ rodowe, a już szczególnie wtedy, gdy rodzime stawało się opozycyjne. Ina­ czej to oczywiście wyglądało w latach 50. niż dziś. (A jeszcze inaczej w latach 70., gdy sam z naiwnym zapałem robi­ łem dużą wystawę za państwowe pie­ niądze.) Myślę, iż problem m.in. polega na tym, że trzeba umieć wyraź­ nie oddzielać to, co wynika z norma­ lizacyjnych ciągot „kompleksu sztu­ ki", szczególnie gdy stoi za nim państwo, od tego, co stanowi akces na rzecz uniwersalnych wartości. Czy możliwe jest takie oddzielenie? Sądzę, że trzeba przynajmniej próbować. Ciekawostkę interpretacyjną na tej wystawie stanowią prace dwóch rzeź­ biarzy: Andrzeja Renesa i Piotra Rzeczkowskiego. Jeśli ktoś naprawdę interesuje się współczesną rzeźbą, nazwiska te nie są mu obce. Pierwszy jest bowiem autorem pomnika kard. Stefana Wyszyńskiego, drugi - pro­ jektantem nagrodzonego lecz zanie­ chanego w realizacji („solidarnościo­ wego") pomnika Powstania War­ szawskiego. Spotkanie z indywidu­ alną niepomnikową twórczością tych rzeźbiarzy było dla mnie bardzo po­ uczające. Na widok „kompozycji prze­ strzennej" Renesa i dwóch prac Rzeczkowskiego mój instynkt pod­ powiedział mi - to słabe. Później przy­ szło mi do głowy dość argumentów, aby potwierdzić tę intuicję (zaczekam z nimi na jakąś indywidualną wystawę tych artystów). Tutaj nasuwa mi się tylko dość ogólna uwaga uzasadnia­ jąca w pewnym stopniu ową niespo­ dziewaną rozbieżność między uda­ nymi (lub przynajmniej uznanymi) pomnikami a mało ciekawą, moim zdaniem, indywidualną ekspresją obu rzeźbiarzy. Pomnik jest niewątpliwie opcją na rzecz tego co ogólne, uniwer­ salne, odwołuje się do wspólnego dla pewnej zbiorowości zespołu wartości. Własne, „prywatne" dzieło sięga ku temu co niepowtarzalne, skryte, nie­ jasne, czasem ciemne i podejrzane. Myślę, że tworzy się pewna dość roz­ legła przestrzeń pomiędzy dziełem pomnikowym a indywidualną eks­ presją twórcy, nie każdy potrafi po­ konywać ją w jedną i w drugą stro­ nę. Talent twórcy pomnika nie jest talentem liryką. Piszę o tym z myślą o pewnym uogólnieniu odnoszącym się do całej wystawy. Obaj rzeźbiarze stanowią dobry przykład twórców otwartych na inne wartości niż te reglamento­ wane do tej pory przez władze. Jeden jest autorem skupiającym myśli i uczucia katolików, drugi - rzec by można - ofiarą arogancji władzy wobec niezależnego komitetu budowy pomnika będącego w centrum uwagi wszystkich patriotów. Obecność prac obu artystów na wystawie jest moc­ nym " argumentem świadczącym o otwartości organizatorów. Obaj twór­ cy reprezentują też ów zdecydowany ruch ku formie, przeciwko chaosowi. Wszystko bardzo pięknie, a jednak coś nie tak. Wartości, których poszu­ kujemy w pomniku, nie akceptujemy w dziele będącym wypowiedzią osobi­ stą. Z uniwersalności wychodzi zwyk­ ły banał, z „syntetycznej formy" wie­ je nudą... W tych bardzo złożonych relacjach pogubili się trochę organizatorzy całej wystawy. Posługują się oni bardzo delikatną materią artystyczną - pra- 472 cami ludzi młodych, wykrzykujących siebie. Kierują ten wezbrany potok częściowo na rynek sztuki, częściowo na chwałę liberalnej polityki central­ nego mecenasa. Nie wszystkim arty­ stom to się podoba, wielu wybiera inne formy „normalizacji". Toteż organizatorzy chętnie szukają tych, których trudno posądzić o serwilizm, zbyt pospiesznie jednak akceptując ich sztukę. Bierze się również artystów dobrych, którzy nie odmawiają (jest ich kilku na wystawie), pośród reszty dokonując selekcji pospiesznej, arbi­ tralnej. Skutek jest taki, że podaje się jako świeże prace będące tylko kopiami innych wzorów, reklamuje się artystów dopiero w trakcie for­ mowania się ich osobowości. Publi­ czny zgiełk i reklama mają zastąpić namysł, ostrożność i delikatność tak bardzo konieczne w sztuce. ' Takich błędów nie popełniają or­ ganizatorzy wystawy „Polak, Nie­ miec, Rosjanin". Styl pracy Andrzeja Bonarskiego (jest to kolejna wystawa sponsorowana przez niego) zjednał mu zaufanie artystów. Toteż może on swobodnie sięgać do twórczości wy­ bitnych artystów różnych generacji, orientacji artystycznych i towarzy­ skich. Mimo że nie zawsze zgadzam się z jego wyborami, przyznaję, że wystawy skłaniają do poważnych spo­ rów o sztukę. Trudno nie docenić uporu, z jakim usiłują one drążyć naj­ istotniejsze problemy współczesnego polskiego malarstwa i rzeźby. Sądzę, że jest to również zasługa M. Sitkowskiej, której rola w przygo­ towywaniu tych wystaw staje się pierwszoplanowa. Jej wiedza o sztuce ostatnich lat imponuje mi, toteż z uwagą wczytuję się w jej katalogowe teksty. Oczywiście po to, by się z nią nie zgodzić. W tych ostatnich z upo­ rem dziecka docieka ona emancypa­ cyjnego wątku sztuki ostatnich, po­ wiedzmy, 20 lat. Chętnie dostrzega w praktyce artystycznej wszelkie formy krytyki, kultury, społeczeństwa, pań­ stwa, sztuki. Jej zainteresowania krążą wokół kontrkultury, pokole­ niowego rozdziału awangardy i pseudoawangardy. Chętnie sięga po twór­ czość, , w której artysta bezceremo­ nialnie odsłania treści zepchniętego' podświadomości, ujawnia to, co stłu­ mione, podejrzane, ciemne. Wyłania się z tego coś w rodzaju „normy nega­ tywnej". Spór z Sitkowską, do które­ go uwerturą może być przytoczony tu fragment wywiadu z Cz. Miłoszem, pozostawiam sobie jednak na inną okazję. Jan Stanisław Wojciechowski teatr Czyste szaleństwo Teatr St. I. Witkiewicza w Zako­ panem: „Sonata b" według Stani­ sława I. Witkiewicza, „Jak wam się podoba" Williama Szekspira w przekładzie Macieja Słomczyń­ skiego. Opracowanie tekstu, sce­ nografia i reżyseria - Andrzej Dziuk. Muzyka - Jerzy Chruściń­ ski. Premiery 1989. 473 Andrzej Dziuk konsekwentnie bu­ duje swój teatr zgodnie z programową koncepcją maksymalnej teatralizacji znaczeń wydobytych z tekstu literac­ kiego traktowanego bardziej jako pre­ tekst niż podstawowe tworzywo spek­ taklu. Osobowość reżysera wyraża się już poprzez stosunek do scenariusza. Ku zgrozie zapewne purytańskich literaturofilów Dziuk inkrustuje kla­ syczne teksty innymi „klasykami" (np. Calderona księdzem Baką i Apoka­ lipsą), inscenizuje arcydzieła litera­ tury światowej przykrawając je śmiało do własnych koncepcji scenicznych (Abelard, Dostojewski, Marquez), a w ostatnio wyreżyserowanych sztu­ kach szaleje na tekście eliminując postacie i wycinając całe partie dialo­ gów i monologów, niekiedy nawet (zwłaszcza w przypadku Szekspira-Słomczyńskiego) poprawiając posz­ czególne kwestie. Owe cięcia nie są spowodowane wyłącznie ograniczoną liczbą aktorów ani limitami czaso­ wymi koniecznymi ze względu na trudne wciąż warunki lokalowe tea­ tru. Ingerencje w tekst mają najczęś­ ciej charakter nie mechaniczny, lecz arbitralny i usuwają fragmenty zbęd­ ne z punktu widzenia scenicznej funk­ cjonalności. W ogóle dynamizacja akcji i działań scenicznych za wszelką cenę i wszelkimi sposobami to impe­ ratyw artystyczny Dziuka. Bogactwo pomysłów inscenizacyjnych, szczegól­ nie plastycznych i muzycznych, decy­ duje o atrakcyjności jego scenicznych collage'y. „Sonata Belzebuba czyli prawdziwe zdarzenie w Mordo warze", bo tak brzmi pełny tytuł tego dramatu, jak wiele utworów scenicznych Witka­ cego, raj dla reżyserów z wyobraźnią. A. Dziuk daje w inscenizacji tej sztuki popis scenicznego wizjonerstwa. Pew­ nie przesadzam w zachwytach, ale taka już jest natura emocji. Teatr oddziałuje głównie na uczucia, naj­ głębsze nawet idee przedstawione w obrazach, nie w formie dyskursywnej, prowokują bardziej wyobraźnię niż intelekt. Słowo padające ze sceny jest maską, pseudonimem myśli, nie jej adekwatnym znakiem. Diatego daw­ ny, starożytny teatr miał taką moc oddziaływania na tłumy: kształtował postawy i poglądy widzów, zapładniał ich dusze trafiając do nich poprzez zmysły wzroku, słuchu, bezpośred­ niego udziału w zbiorowych ekspia­ cjach, nie poprzez samotny mozół borykania się z przesłaniem literatury czy filozofii, jak to się dzieje podczas indywidualnej lektury. Witkacy znał doskonale specyfikę działania teatru, znamienne jest, że w ostatnich latach.? twórczości porzucił pisanie dramatów^ na rzecz prozy i szkiców z zakresu teorii literatury i filozofii. Wracajmy jednak do Dziuka, który dokonując wyboru „Sonaty Belzebuba" dla swo­ ich celów zapewnił sobie część suk­ cesu. Zasadniczy pomysł reżyserski polega tu na wyodrębnieniu z materii dramatycznej sztuki największej ilości planów i żonglowanie nimi w celu stworzenia iluzji wielości, jednoczesności i wzajemnej zależności zdarzeń, a więc wielowymiarowości, symułtaniczności scenicznego dziania się. Akcja „Sonaty", jednej z ostatnich sztuk Witkacego, przejrzysta i logi­ czna, rozwija i spełnia mordowarską legendę opowiedzianą przez starą mieszkankę Mordowaru, Babcię Ju­ lię, młodemu muzykowi Istvanowi Szentmichalyi. Legenda owa. to po prostu Witkacowska wersja faustowskiego mitu o zaprzedaniu duszy 474 diabłu dla natchnienia. (Przypomnę tu, że Dziuk przedstawił wcześniej inne wcielenie tego mitu - „Doktora Faustusa" Marlowe'a.) Postulaty Czystej Formy kulminuje Witkacy w akcie drugim, tam, gdzie bezpośred­ nio toczy się gra o przeżycie metafizy­ czne. Cytuję tu Jana Błońskiego, który pisząc o przestrzeni dramatu Witkacego, o wzajemnych zależnoś­ ciach mikro- i makrokosmosu jego świata, podkreśla rolę zaczarowanego koła, owej zamkniętej przestrzeni, w której postacie sztuki zmagają się ze swoją tajemnicą. W „Sonacie b" tym zaczarowanym kołem jest piekło. Jak zatem funkcjonują względem siebie wspomniane wyżej plany? Dziuk opierając się na wiedzy doty­ czącej politycznych i społecznych doświadczeń Witkacego poszerzył ekspozycję sztuki, pokazał mordowarskie wydarzenia na tle znacznie wykraczającym poza mikrokosmos dramatu, w skali, ogólnie mówiąc, układu sił w państwach Europy Wschodniej i Środkowej, jaki utrwalił się po zwycięskim bolszewickim Drang nach Westen w kilka lat zaledwie po proroczych prognozach i samobójczej 'śmierci pisarza. Anima­ torem tej rozbudowanej wizji „Sona­ ty" mógł być Konstanty Puzyna, zmarły niedawno wnikliwy interpre­ tator twórczości Witkacego, który we wstępie do „Dramatów" tak komen­ tuje rosyjski epizod biografii artysty: Człowiek, który wraca do Polski w roku 1918, nie jest komunistą. Ale nie jest też zwykłym byłym oficerem car­ skim, który ocalał z kataklizmu. Wit­ kacy widzi teraz świat z zupełnie nowej perspektywy - obcej zarówno polskiej jak i francuskiej awangardzie tych lat. Nie chodzi wyłącznie o znajomość spraw rewolucji i kontrrewolucji, o dostrzeganie pewnych prawidłowości procesów politycznych i społecznych, którym zaskakuje Witkiewicz nawet dzisiaj, choć diagnozy są groteskowo zdeformowane i nieraz splecione z zupełnie fantastycznymi wywodami. /.../ Ważniejsze, że rewolucja staje się dla Witkiewicza czymś nieuchronnym, więcej: koniecznym - a równocześnie katastrofalnym, bo przyśpieszającym mechanizację społeczną, kres wielkich indywidualności. /.../ W konkretnych scenach z dramatów lub powieści widać zupełnie jasno, choć w groteskowo zde­ formowanych wymiarach, jaki świat ginie, gnije, degeneruje się; „formacja burżuazyjna", „byli ludzie", sfery ary­ stokracji, finansjery, dyplomacji, cy­ ganerii artystyczno-naukowej, odda­ jące się „szatańskim" orgiom w ocze­ kiwaniu potopu. W teorii sztuki i historiozoji Witkiewiczowskiej rozra­ sta się to w zagładę WSZELKIEJ kultury. Dziuk poprzedza swoją „Sonatę b" bezsłownym prologiem, będącym do­ sadną aluzją do znanych praktyk „profilaktycznych". We foyer teatru witają wchodzących groteskowo służbiste oblicza żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy nagłą strzelaniną i brutalnymi okrzykami zapędzają ludzi na widownię. „Inter­ nowaną" publiczność oślepia ostre światło reflektorów, zaś majacząca w półmroku sceny sylwetka aktora przez dobrą chwilę robi wrażenie „funkcjonariusza". Wreszcie nad sce­ ną zapala się obskurna lampa, a oświetlone nią prosty stół i krzesła dopełniają obrazu klasycznej izby zatrzymań. Dopiero porcelanowa za­ stawa na stole i fotel na kółkach ze starczą sylwetką Babci Julii nabiera­ jąc optycznej ostrości przenoszą wi- 475 dzów w subiektywną przestrzeń sztu­ ki. W mikrokosmosie mordowarskiego salonu Dziuk urealnia kolejno trzy plany: wnętrze salonu jako centrum dramatycznego dziania się; świat w wymiarze naturalistycznym z miesz­ kańcami Mordowaru, którzy mają dostęp do salonu przez zwyczajne drzwi (Hieronim baron Sakalyi, Kry­ styna Ceres, ciotka Istvana); i świat nadrzeczywisty, którego przedstawi­ ciele, nosiciele metafizycznego wy­ miaru mordowarskiej przygody (Teobald Rio Bamba, Hilda Fajtcacy i Joachim Baltazar de Campos de Baleastadar) zstępują do salonu z wysokości secesyjnego okna. W akcie drugim, który jest według definicji Błońskiego przedstawionym teatrem Czystej Formy, owym widowiskiem w widowisku, gdzie panuje udanie, maska, kostium, wnętrze piekła roz­ przestrzenia się w wizji Dziuka w trzy wymiary skonkretyzowane w formie oddzielnych planów. W pierwszym planie piekielnym odbywa się meta­ morfoza Baleastadara w Belzebuba i przeistoczenie Istvana z niewinnego marzyciela w demonicznego artystę, drugi plan to miejsce występów pie­ kielnego kabaretu i jego głównej gwiazdy - Hildy, w trzecim, ulokowa­ nym w głębi sceny planie zaświato­ wym pojawiają się przywołane przez Belzebuba widma trupów (kapitalny balet nagich ciał balansujących na linach, jakby animowane obrazy sur­ realistyczne) i przetworzone piekiel­ nie postacie Śakalyi, Rio Bamby i Babci Julii w groteskowym transie tanecznym. Czarno-czerwono-siny ko­ loryt piekła, a także gra cieni na ścia­ nie, uzyskana dzięki zastosowaniu jako jedynego oświetlenia pierwszego planu ręcznych latarek i świecy, doskonale komponują się z nastro­ jami bohaterów. W akcie trzecim dokonuje się kontaminacja obu świa­ tów dramatu - realnego i fantasty­ cznego. Do salonu, w którym panuje nastrój oczekiwania na katastrofę, katastrofa ta wkracza pod postaciami przemienionego w martwą kukłę Istvana i triumfującego Belzebuba. Katastrofę dokumentują także, jakby ją antycypując, całkiem niesalonowe rekwizyty pozbawione śladów jakiej­ kolwiek dystynkcji z pierwszego aktu. metalowe łóżko, rachityczne krzesło i specjalnie eksponowany żeliwny pie­ cyk to wyraźne oznaki porewolucyjnej, komunistycznej nędzy. Fakt powieszenia się Istvana, nieunikniona konsekwencja jego losu, wydaje się mniej istotny w rozwiązaniu akcji sztuki niż owa sugestia totalnej zagłady wartości kształtujących świat przed katastrofą. Dziuk podsuwa widzom interpretację, że Belzebub jest zaledwie narzędziem jakiejś nadrzęd­ nej i bynajmniej nie fantastycznej siły sprawczej. Reżyserowi udało się więc złączyć za jednym zamachem dwa końce historiozoficznego kija, którym wywija Witkacy, a w którym skupia się cały paradoks XX-wiecznej rze­ czywistości: z jednej strony porewolucyjna dyktatura polityczna i niemoc społeczna prześladowanych, z drugiej groźby zniszczenia przez rozbestwio­ ne „masy" wszelkich przejawów in­ dywidualizmu - tej gwarancji twór­ czego przeżywania Tajemnicy Istnie­ nia. W ten sposób 15. premierą swego teatru A. Dziuk obszedł 50. rocznicę śmierci St. I. Witkiewicza, który 18 IX 1939 r., nazajutrz po wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej, tą właśnie śmiercią protestował przeciwko prze- 476 powiedzianej przez siebie epoce zbydlęcenia. Kilka słów o obsadzie. Piotr Dąbrowski jako Istvan - obiekt pie­ kielnych manipulacji - jest najlepszy w scenach naiwnej walki z nadprzyro­ dzoną mocą Belzebuba. Piotr Sambor konsekwentnie wciela się w postać barona Sakalyi - arystokraty-dekadenta. Dorota Ficoń jako Babcia Julia i Andrzej Jesionek jako Rio Bamba zaskakują przede wszystkim autentycznie starczą ekspresją; za­ skakują, gdyż są to aktorzy o najbar­ dziej młodzieńczej aparycji w zespole. Karina Krzywicka jako demoniczna śpiewaczka Hilda i Marta Szmigielska jako licealistka Krysia - są bezbłędne. Krzysztof Najbor w roli Baleastadara-Belzebuba jest najwymowniejszy w scenach bezsłownych, kiedy wije się w mękach twórczej impotencji, pada na ziemię w napadach furii, a potem w magicznym transie zasłuchania w dźwięki stworzonej już sonaty (świet­ na muzyka Chruścińskiego) niemalże unosi się nad ziemią w ekstatycznej pozie dyrygenta-geniusza. A. Dziuk lubi eksponować na sce­ nie nagość, przejmuje go w ogóle mistyka ciała, co daje się zauważyć w „Sonacie b", lubi też popisywać się sprawnością fizyczną swoich akto­ rów. Przyznał się niedawno, że cieszy go taki entuzjazm widowni, który przypomina fanatyczną ekstazę kibi­ ców sportowych na stadionie. Popu­ larność masowej kultury, w tym także fizycznej, powoduje, że nawet elitarne ambicje marzących o rządach dusz nie gardzą tańszymi efektami. Ciało w jego najróżnorodniejszych funkcjach stanowi dla Dziuka podstawowe two­ rzywo teatralizacji komedii Szekspira. Miejscem akcji „Jak wam się podoba" jest mata zapaśnicza, na której odby­ wają się autentyczne zapasy sportowe i, na wzór ich czy per analogiam, zapasy słowne i miłosne. Dziuk nazwał inscenizację Szekspira „pró­ bą" w celu podkreślenia działań tea­ tralnych, które kojarzą się jednozna­ cznie z atmosferą hali sportowej. W pierwszych scenach aktorzy wystę­ pują w czarnych kostiumach przypo­ minających gimnastyczne trykoty, zaś podczas spektaklu ci, którzy nie grają, wycofują się poza matę i widoczni dla publiczności także obserwują wystę­ pujących „rywali". Klimat komedii Szekspirowskiej, tak odmienny od klimatu tragigroteski Witkacego, w zupełnie inne rejony przywiódł wyobraźnię reżysera. Tu nie groteskowa groza, surrealna dziw­ ność i kabaretowa perwersja, ale pogoda, wdzięk, czar miłosnej przy­ gody decydują o kształcie scenicznej wizji. Skracając ekspozycję sztuki Dziuk ograniczył do minimum ponu­ rą wymowę braterskich waśni, zasad­ niczy obrót zdarzeń oddając w ręce dwu rozswawolonych dziewcząt Rosalindy i Celii. One to i książęcy błazen Probierek, grany brawurowo przez K. Najbora, stają się osią akcji. K. Krzywicka w roli Rosalindy pełna jest niekłamanego uroku i natural­ ności, a D. Ficoń jako Celia ze swadą demonstruje swój żywiołowy tempe­ rament. Zabiegi reżyserskie Dziuka tak proste z pozoru są w gruncie rze­ czy wyszukane. Ponieważ paru akto­ rów występuje tu w trzech kontrasto­ wych wcieleniach, o ich metamorfo­ zach decyduje przede wszystkim gra kostiumów. Kostiumy charakteryzują się symboliczną funkcjonalnością (np. książęce złoto szaty i pasterski wie­ niec), a nakładane na oczach widzów 477 mnożą efekty komiczne. Krzysztof Łakomik gra Olivera i Jacquesa, a także... zalotną pasterkę Febe. A. Je­ sionek jest na zmianę zawziętym Księ­ ciem Fryderykiem, jego wygnanym bratem i subtelnym pasterzem Silviusem. Lech Wołczyk z powodzeniem gra epizodyczne role Dworzanina, Księdza Martexta, wieśniaka Wil­ liama, a także lwicy walczącej z Orlandem, którego ze straceńczą determinacją kreuje P. Sambor. Baś­ niową aurę Ardeńskiego Lasu wydo­ bywa Dziuk głównie poprzez uak­ tywnienie efektów plastycznych i muzycznych: ruch, kolor i przeryw­ niki wokalno-instrumentalne powo­ dują, że zapaśnicza mata staje się miejscem prawdziwie magicznego wi­ dowiska. Dzięki przebraniu się Rosalindy za mężczyznę komplikują się sytuacje qui pro quo, coraz szybciej toczy się karuzela miłosnych perypetii bohaterów, a festiwal zieleni w scenie uczty przywodzi na myśl określone sceny malarskie. Rozrzucona na zie­ lonej płachcie grupa osób z centralną postacią nagiej statystki aż nazbyt natrętnie przypomina znany obraz Maneta. Znalazłam także bardziej subtelne odniesienia, mianowicie do dawnego malarstwa włoskiego. Sele­ dyny i żywsze zielenie ubiorów Rosalindy, Celii i Probierka, naturalna zmienność ich póz, obfite kształty Natury i dworskie sylwetki Księcia Fryderyka i Olivera, a także koza (żywa), sarna (wypchana) i kosz pełen jadalnej zieleniny wywołały moją nagłą nostalgię za obrazami takich mistrzów, jak Giotto, Palma Vecchio, Tintoretto, Mantegna, Tycjan... Takich to czarów dokonuje And­ rzej Dziuk! A przecież ma tu jeszcze coś do powiedzenia sam Szekspir cza­ rując nas mądrością, polotem, zmy­ słowością i ułomnością swoich postaci, dowcipem Rosalindy i przewrotnoś­ cią Probierka, melancholią Jacquesa i gorączką miłosną Orlanda, a nawet debilizmem Audrey (w szokująco wiarygodnym wydaniu Marty Szmi­ gielskiej). A nastrój sielankowej nie­ frasobliwości, w jakim rozwiązują się perypetie bohaterów, owa nierealna, baśniowa mikroprzestrzeń czystej ułudy działa jak balsam na rozbawioną publiczność zaspokajając jej senty­ mentalne pragnienia i wyobrażenia o życiu. Bo cóż to za przyjemność, oderwawszy się na chwilę od kolejki po mięso i zapominając o szokujących cenach masła i jajek, powtórzyć za Rosalindą, że miłość jest czystym sza­ leństwem, albo przyklasnąć Probierkowi, gdy w ten sposób motywuje swoje matrymonialne projekty: Jak wół ma swe jarzmo, /.../koń wędzidło, a sokół dzwonek, tak człowiek ma pragnienie... Pisząc półtora roku temu po raz pierwszy na tych łamach o Teatrze Witkacego nie szczędziłam słów apro­ baty i podziwu. Nie ukrywam, że tea­ tralne „czyste szaleństwo" uprawiane przez Dziuka nadal budzi moje uzna­ nie. Utrzymać przez 5 prawie lat tempo, świeżość i intensywność życia czegoś, co programowo ma być per­ manentnym ZDARZENIEM, to do­ prawdy duże osiągnięcie. Adriana Szymańska przegląd powszechny 12'89 478 KSIĄŻKI NADESŁANE „Archiwa, Biblioteki i Muzea Kościelne". Organ Ośrodka Archiwów, Bibliotek i Muzeów przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz Archiwum Diece­ zjalnego we Włocławku. Półrocznik. Tom 56. Lublin 1988. Aneks Krzysztof Dorosz, Maski Prometeusza. Eseje konserwatywne. Londyn 1989. Biblioteka Narodowa. Instytut Książki i Czytelnictwa Instytucje-publiczność - sytuacje lektury. Studia z historii czytelnictwa, pod red. Janusza Kosteckiego, t. 1. Warszawa 1989, nakł. 300+150 egz. Boboianum. Wydział Teologiczny Towarzystwa Jezusowego Wiktor Gramatowski SI, Polonika liturgiczne w Kongregacji Obrzędów 1588-1632. Studium z dziejów Kurii Rzymskiej. Rzym - Warszawa 1988. Instytut Wydawniczy Pax Allen Andrews, Zamek Crespin, przeł. Irena Doleżal-Nowicka, wiersze przeł. Zofia Kierszys. Warszawa 1989, wyd. I, nakł. 10 000+350 egz. Georges Bernanos, Pod słońcem szatana, przeł. Zofia Milewska. Warszawa 1989, wyd. II, nakł. 30 000+350 egz. Gleb Goryszyn, Łyk świeżego powietrza, z jęz. ros. przeł. Andrzej Bień. War­ szawa 1989, wyd. I, nakł. 10 000+350 egz. Andrzej Grzegorczyk, Etyka w doświadczeniu wewnętrznym. Warszawa 1989, wyd. I, nakł. 10 000+350 egz. Guareschi, Dziesiąty spiskowiec, przeł. Magdalena Dutkiewicz. Warszawa 1989, wyd. I, nakł. 10 000+350 egz. m. Urszula Ledóchowska, Myśli, wybór i wstęp Zofia Raułuszkiewicz. War­ szaw- 1989, wyd. II, nakł. 20 000+350 egz. Zygmunt Lichniak, Mój skorowidz poezji polskiej na emigracji. Warszawa 1989, wyd. I, nakł. 20 000+350 egz. (I rzut 10 000+350 egz.). Stanisław Romuald Rybicki, Jan de la Salle. Patron nauczycieli. Warszawa 1989, wyd. II, nakł. 10 000+350 egz. Jan Stępień, O drugiej nad ranem. Warszawa 1989, wyd. I. Melchior Wańkowicz, Monte Cassino. Warszawa 1989, wyd. VIII, nakł. 50 000+350 egz. ks. Józef Warszawski SJ, Myśljest bronią. Rozważania. Warszawa 1989, wyd. I, nakł. 10 000+350 egz. Jerzy Węgierski, W lwowskiej Armii Krajowej. Warszawa 1989, wyd. I, nakł. 30 000+350 egz. Jezus z nami (modlitewnik). Warszawa 1989, wyd. VIII, nakł. 100 000+350 egz. 479 Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej Roche Aime OMI, „Świat należy do tego, kto bardziej pokocha..." Błog. o. Józef Gerard OMI Apostoł Basutosów. Poznań 1989, wyd. I, nakł. 30 000+350 egz. Pallotinum Kościół katolicki w Polsce 1987, oprać. ks. Witold Zdaniewicz SAC. Poznań Warszawa 1989, nakł. 500 egz. Polonia . Jakub Karpiński, Portrety lat. Polską w odcinkach 1944-1988. 1989, wyd. I. Redakcja Wydawnictw Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ks.--Jan Kazimierz Nagórny, Teologiczna interpretacja moralności Nowego Przymierza. Lublin 1989, nakł. 100 egz. Stefan Swieżawski, Wielki przełom 1907-1945. Lublin 1989, wyd. I, nakł. 5000 egz. Ewangelia według Marka. Apokalipsa, z jęz. grec. przeł. Czesław Miłosz, ilustr. Jan Lebenstein. Lublin 1989, nakł. 15 000+25 egz. Katolicki Uniwersytet Lubelski w latach 1925-1939 we wspomnieniach swoich pracowników i studentów, wstęp i redakcja Grażyna Karolewicz. Lublin 1989, wyd. I, nakł. 3000+25 egz. Uniwersytet Jagielloński Andrzej Chwalba, Socjaliści polscy wobec kultu religijnego (do roku 1914). Kuików 1989, wyd. I, nakł. 200+22 egz. Verbinum. Wydawnictwo Księży Werbistów Dzień modlitwy o pokój w Asyżu, wprowadzenie kard. Franz König, komentarz Hans Waldenfels, przeł. Paweł Pachciarek. Warszawa 1989, wyd. I, nakł. 10 000 egz. „W drodze". Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów Anna Kamieńska, Dwie ciemności i wiersze ostatnie. Poznań 1989, wyd. II uzupełnione, nakł. 20 000+350 egz. Andrzej Kijowski, Bolesne prowokacje. Poznań 1989, wyd. I, nakł. 20 000 egz. Tomasz Pawłowski OP, Przewodnik dla zniechęconych spowiedzią i mszą świętą. Poznań 1989, wyd. III, nakł. 30 000+350 egz. Jacek Salij OP, Tajemnica Emmanuela dzisiaj. Poznań 1989, wyd. I, nakł. 30 000+350 egz. Wydawnictwo Ojców Franciszkanów • Carlo Caretto, Ja, Franciszek, przeł. Maria Kosiarska. Niepokalanów 1989, wyd. II, nakł. 20 000 egz. 480 o. Augustyn Gemelli OGM, Franciszkanizm, przeł. o. Walenty Józef Surmacz OFMConv. Warszawa 1988, nakł. 10 000 egz. ks. Antoni Słomko wski, Matka Zbawiciela i Matka nasza. Trzydzieści rozważań maryjnych z przykładami z życia konwertytów XX wieku. Niepokalanów 1988, wyd. I, nakł. 20 000 egz. Wydawnictwo Znak Lech Wałęsa, Droga nadziei. Kraków 1989, wyd. I, nakł. 100 000+350 egz. (Irzut 20 000 egz.). Przypominamy Od 1 stycznia 1990 r. pojedynczy zeszyt „Przeglądu Powszechnego" będzie kosztował 750 zł. W związku z powyższym prenumerata „PP" za rok 1990 wyniesie 8250 zł (za I półrocze - 4500 zł, za II półrocze - 3250 zł). Prenumeratę „Przeglądu" można realizować wyłącznie za pośrednictwem naszej administracji, dokonując wpłaty na konto „Przeglądu Powszechnego": Bank PKO, VI Oddział w Warszawie, nr konta 1560-51624-136, ul. Bagatela 15, 00-585 Warszawa. Przyjmujemy również prenumeratę zagraniczną. Do ceny miesięcznika doliczamy w tym przypadku koszta wysyłki. Redakcja „PP"