przegląd powszechny i założony w roku 1884 5-6/741-2/83 miesięcznik poświęcony sprawom religijnym, kulturalnym i społecznym JEZUICI · Warszawa 9 WYDAWCA Prowincja Wielkopohko-Mazowiecka Towarzystwa Jezusowego REDAGUJE ZESPÓŁ Andrzej Koprowski SJ Stefan Moysa SJ Stanisław Opiela SJ (red. naczelny) Mirosław Paciuszkiewicz SJ OPRACOWANIE GRAFICZNE Teresa Wierusz OPRACOWANIE TECHNICZNE Jolanta Makowska-Lach „PRZEGLĄD POWSZECHNY" Redakcja i Administracja ul. Rakowiecka 61 02-532 Warszawa tel. 49-02-71 .«·. 273 PRENUMERATA roczna 1100 zł półroczna 550 zł cena egzemplarza 100 zł Wpłaty Bank PKO VI Oddział w Warszawie nr konta 1560-51624-136 ul. Bagatela 15 00-585 Warszawa Prenumerata zapewni regularne otrzy­ mywanie pisma. Część nakładu Jest do nabycia w kioskach „Ruchu" i w katolic­ kich księgarniach. Warszawska Drukarnia Akcydensowa, Warszawa, ul. Nowowiejska 3a Zam. 4206/83 (M-102). nakład 10 000+350 egz., ark. druk. 14,5 Papier drukowy ki'.•HI, 71 g., format Al Materiałów nie zamówionych redakcja nie zwraca Jan Kulka *** „Gdy teraz znów chodzić będziesz p o ziemi ojczystej, zobaczysz oblicza, z których znikła - chciałoby się napisać - wszelka nadzieja, ale to nie będzie pełną prawdą." 171 O wyborze postaw Dyskusja, w której uczestniczą: Bogdan Gotowski, Ryszard Kapuś­ ciński, Andrzej Koprowski SJ, Marcin Król, Jacek Maziarski, Jacek Moskwa, Stanisław Opiela SJ, Mirosław Paciuszkiewicz SJ, Jerzy Regulski, Andrzej Siciński, Maciej Wierzyński. 172 Leszek M. Sokołowski Mit światopoglądu Żadna nauka nie może sugerować konkretnego światopoglądu. U podstaw każdego leżą pewne niedowodliwe założenia. 190 Ks. Józef Życiński U podstaw nowożytnej nauki Opozycja d o wizjonerskich ujęć, nowa metodologia przyrodo­ znawstwa i początki nowożytnej mechaniki w wydaniu Galileusza o t o główne jej źródła. 198 Ks. Władysław Nowak Sanktuarium NMP w Świętej Lipce a kult maryjny wśród protestantów na Mazurach Wiara ewangelików, którzy także oddawali cześć Matce Boskiej, wykazuje więcej cech wspólnych z wiarą katolików niż oficjalna doktryna teologiczna. 217 Przemysław Mroczkowski Nowa wersja hołdu angielskiego poety dla Matki Bożej Jasnogórskiej 231 Ballada d o Matki Boskiej Częstochowskiej Hilarego Belloca (teksty łaciński i polski oraz komentarz). 164 Jerzy Laskowski SJ Zagubiona wartość - zaręczyny, narzeczeństwo Propozycja przywrócenia zaręczyn i narzeczeństwa w e współczes­ nym obyczaju. 236 P r z y w r ó c e n i e wartości jako odpowiedź na dzisiejszy nihilizm Tłumaczenie artykułu redakcyjnego z „La Civiltà" o źródłach kryzysu sensu życia i próbach przełamania go. 249 Wojciech Roszkowski Synarchiści Polski międzywojennej Synarchia, czyli synteza różnych - często sprzecznych - teorii, była podstawą ideologii społeczno-politycznej o charakterze totalitar­ nym. Synarchiści mieli jednak znikome wpływy w Polsce niepodleg­ łej- 262 Tomasz Kizwalter Jan Paweł Woronicz - szkic do portretu Był biskupem krakowskim, później arcybiskupem warszawskim i prymasem Królestwa Polskiego. Jego twórczość literacka cieszyła się w dobie porozbiorowej dużą popularnością. 278 Krystyna Tarnawska-Kaczorowska Tadeusz Baird - Egzorta Krzysztofa Brittena. Ideowe przesianie łączy Egzortę 287 z takimi utworami jak Pendereckiego czy Requiem wojenne Benjamina Dia ìrae Piotr Matywiecki Józef Gielniak Żył czterdzieści lat (1932-1972), z tego większość spędził w sanato­ riach chorób płucnych. Swoim rylcem umiał nie tylko współ-odczuwać ale i współ-myśJeć o kulturze. 299 Kazimierz Dziewanowski Europa: pępek świata czy wyrostek robaczkowy D w a pojęcia: europejskość i europocentryzm. C o one znaczą dzisiaj? Czy zachowują aktualność? 313 165 Andrzej Osęka Pieta współczesna Motyw ikonograficzny pieta, rzadko podejmowany przez artystów współczesnych, zaczyna się coraz częściej pojawiać w polskiej sztuce. 321 Ludwika Malewska Wiersze 325 Wokół colioqulum „Romantyzm i style zachowań współczesnych" (B. Chmiel) Refleksja nad Spowiedzią Bakunina (P. Broźyna) RISM - Międzynarodowy Inwesitarz Źródeł Muzycznych (M. Prokopowicz) Kościół Matki Boskiej Bolesnej w Łodzi (K. Kucza-Kuczyński) '. Mistyka maryjna (M. Paciuszkiewicz SJ) iSeceazje 327 332 342 348 352 357 Table des matières Jan Kulka 171 .Lorsque tu marcheras à nouveau sur la terre natale, tu verras les visages sur lesquels - on voudrait écrire - il n'y a plus aucune espérance. Et pourtant ce ne serait q u ; la demi-vérité." Au sujet du choix des attKudes Une discussion & laouelle partteipent Bogdan Gotowski, Ryszard Kapuściński, Andrzej Koprowski SJ, Marcin Król, Jacek Maziarski, Jacek Moskwa, Stanisław Opięła SJ, Mirosław Paciuszkiewicz SJ, Jerzy Regulski, Andrzej Siciński, Maciej Wierzyński. 172 Leszek M. Sokołowski Le mythe de la "vision du monde" 190 166 Aucune science ne détermine la .vision du monde", car chacune se fonde sur des axiomes scientifiquement indémontrables. P. Józef Życiński Aux sources de la science moderne Une opposition à des conceptions imaginaires, une nouvelle métho­ dologie des sciences naturelles et u n commencement d e la méca­ nique nouvelle d e Galilée ­ voilà ses sources principales. 198 P. Władysław Nowak Le sanctuaire de Notre Dame de Św. Lipka et le culte mariai parmi les protestants de Mazurie La foi des protestants, qui vénéraient la Sainte Vierge, est plus proche de la foi des catholiques que la doctrine mariale de la théolo­ gie officielle de ces confessions. 217 Przemysław Mroczkowski Une nouvelle version de la ballade de Hilary Belloc à l'honneur de la Sainte Vierge de Częstochowa (texte latin et polonais avec commentaire) Jerzy Laskowski SJ 231 Les fiançailles - la valeur oubliée U n e proposition de revaloriser les fiançailles et d e les adapter à la culture contemporaine. 236 La reconnaissance «tes valeurs comme réponse au nihilisme contemporain La traduction de l'éditorial de la .Civilti Cattolica" qui traite les problèmes des sources de la crise du sens de la vie et des essais de la surmonter. 249 Wojciech Roszkowski Les synarchistes pendant la Seconde République de Pologne 262 167 La synarchie comme synthèse des théories souvent contradictoires fut la base de lUdééloîpe socio­politiqtie du caractère totalitaire. L'influence de» syaarchistes ne fut cependant que médiocre. Tomasz Kizwalter . 278 Jan Paweł Woronicz - esquisse du p o r t r a i t Evêque de Cracovie, archevêque de Varsovie et primat du Royaume de Pologne, Woronicz fut l'écrivain populaire dans la Pologne partagée. Krystyna Tarnawska-Kaczorowska Tadeusz Baird ­ Egzorta Le message de J'Exortation" ressemble à „Bies irae" de Krzysztof "Penderecki et "au «Requiem de la Guerre" de Benjamin Britten. 287 Piotr Matywiecki J ô z t f Gfelniak A n cours de ses 40 ans (1932­1972) Gielniak a passé plus de ta moitié de sa vie au sanatorium pour les turberaileux. Ses oeuvres montrent cependant sa faculté de consentir avec la culture et d'en penser. 299 Kazimierz Dziewanowski Europe ­ nombril du monde ou appendice vermiforme Que signifie l'Europe et l'Eurocentrisme de nos jours? Quelle est leur actualité? 313 Andrzej Osęka Pfetà contemporaine Le motif de Pietà est rare dans les oeuvres modernes; sa renaissance se laisse sentir de plus en plus souvent dans Fart polonais. 321 Ludwika Malewska ,Łes poèmes 325 Autour du colloque "Romantisme et les attitudes moderne" (B. Chmiel) 327 168 Réflexions sur ta «Confession" de Bąkania (P. Brotyna) RISM - Répertoire International te Sources Muskałeś (M. Prokopowicz) L'église de Notre Dame de Douleur à Łódi (KKucza-Kuczyński) . Mystique mariale (M. Pachiszkiewicz SJ) Comptes Rendes 332 342 348 352 357 Contents Jan Kulka *** "When now you walk again over the mother country you will see faces from which - one would say - all hope disappeared, but it will 171 not be the whole truth". O n choosing t h e attitudes A discussion in which the following persons are taking part: Bogdan Gotowski, Ryszard Kapuściński, Andrzej Koprowski SJ, Marcin Król, Jacek Maziarski, Jacek Moskwa, Stanisław Opiela S J , Mirosław Paciuszkiewicz SJ, Jerzy Regulski, Andrzej Siciński, Maciej Wierzyński. 172 Leszek M. Sokołowski A myth of t h e philosophy of life 190 None of the sciences determine the philosophy of life. At the roots of each of them some non-demons liable assumptions are lying. Father Józef Życiński 198 At t h e b a s e s of modern s c i e n c e The opposition to visionary formulations, a new methodology of natural history and the beginnings of modern mechanics according ;o Galileo's views - these are its main sources. 169 Father Władysław Nowak The Sanctuary of Our Lady at Święta Lipka and the cult of Virgin Mary among the Mazovian Protestants The beliefs o f the Protestants who also adored the Holy Virgin have more in common with the beliefs of Roman-Catholics than the official theological doctrine. 217 Przemysław Mroczkowski A new version of the ballad in honour of Our Lady of Częstochowa by Hilaire Belloc (Latin and Polish texts with a commentary) Jerzy Laskowski SJ 231 A lost value - the engagement to be married The author suggests to restore the value o f the period of this engagement in the contemporary' way of life. 236 Reintroduction of the value as a reply to the contemporary nihilism Wojciech Roszkowski 249 Synarchists in Poland between the two World Wars Synarchy - a synthesis o f various - often contradictory - theories was the basis of socio-political ideology with a totalitarian character. Yet the influence o f synarchists in independent Poland was insignificant. 262 Tomasz Kizwalier Jan Paweł Woronicz - an essay of a portrait H e was bishop of Cracow, then archbishop o f Warsaw and primate of the Kingdom of Poland. His writings were very popular after the partitions of Poland. 278 170 Krystyna Tarnowska-Keczer»wsk* Tadeusz Baird - Egzorta The message of "Egzorta" is much the same as that of "Dies irae" by Krzysztof Penderecki and "War Requiem" by Benjamin Britten. 287 Piotr Matywiecki Józef Gielniak H e lived only forty years (1932-1972) and spent most of his life in sanatorium for consumptives. He was able not only to feel the cultu­ re but also to think about it. 299 Kazimierz Dziewanowski Europe: the hub of the universe or its appendix? T w o ideas: E u r o p e and "curocentriira". What do they-mean now? D o they keep up-to date? 313 Andrzej Osęka Contemporary Pietà - 321 In modern iconography the theme of Pietà is seldom chosen by contemporary artists but it starts appearing more and more often in Polish art. Ludwika Majewska Poems On the colloquy "Romanticism and the styles of modern attitudes" (B. Chmiel) A reflexion upon Bakunin's "Confession" (P. Brozyna) RISM - International Inventory of Musical Sources (M. Prokopowicz) 325 327 332 342 348 Church of Our Lady of Sorrows in Lédz (K. Kucza-Kuczynski) Marian mysticism (M. Paciuszkiewicz Reviews SJ) 352 357 przegląd powszechny 5-6'83 171 Jan Kulka * * * Między dwoma świecznikami, wsparta o dwa szklcne kałamarze stoi kartka. Biurko jest zagracone a mimo wszystko ona jest tym punktem, na którym najczęściej spo­ czywa wzrok. W małej przestrzeni rozwarte ramiona doko­ nują rzeczy niezwykłych. Powiększają obszar do niewyobra­ żalnych rozmiarów. Tam cisza i spokój. Na twarzy łagodny uśmiech. Usta złożone do wypowiedzenia słów, na które zawsze się czeka, nigdy ich za wiele ... Pokój Wam. _ Może nie te słowa miałeś, Ojcze Święty, na ustach, gdy nieznany fotograf zatrzymał ten jeden moment Twojego życia na fotograficznej kliszy. Ale te słowa przedzierają się przez wrzask radia i zapach drukarskiej farby w codzien­ nych pismach. Jest w nich lęk, który trudno nazwać jedno­ znacznie, zbyt wiele ma ciągle ukrytych znaczeń. Gdy teraz znów chodzić będziesz po ziemi ojczystej, zobaczysz oblicza, z których znikła - chciałoby się napisać - wszelka nadzieja, ale to nie będzie pełną prawdą. Ci ludzie zachowali wiarę, a czymże jest wiara, jeśli nie nadzieją, jakimś rozumnym zmaganiem się z trudami każdego dnia. Znasz te sprawy, ten trud, jaki trzeba pokonać, by stać się wolnym - wolność to nic innego jak dostrzeganie światła. Ujrzeć światło, to znaczy przejść przez mrok. Pokonywać ciemność - przejść przez tunel - pozbyć się zwątpień. Można tego dokonać idąc za Twoim przykładem, to znaczy stwa­ rzać takie sytuacje, żeby słowa płynęły przez modlitwę. Tych słów nigdy nie za wiele. Coś stoi na przeszkodzie, że nasze zdobywanie wolności nie zawsze w pełni odgrywa taką rolę, jaką powinna mieć w przetwarzaniu jednostki ludzkiej. Jest jakaś ściana, którą by trzeba wpierw rozwalić, zanim zacznie się budować od początku godne życic osobiste i społeczne. Twoja modlitwa u stóp Marii, pokora, zaduma i uśmiech będzie niezwykłą pomocą w przezwyciężaniu barier przesz­ kadzających w doświadczeniu pełnej wiary, w dostrzeganiu pełnego światła. Nie wiem, jakim sposobem kartka pocztowa z Twoim wizerunkiem przebyła drogę z Rzymu na moje biurko ... luty 1983 przegląd powszechny S-6'83 172 O wyborze postaw W dniu 26 stycznia 1983 roku w redakcji „Przeglądu Powszechnego" odbyła się dyskusja na temat roli inteligencji w aktualnej sytuacji. Rozmawiali: Bogdan Gotowski, Ryszard Kapuściński, Andrzej Koprowski SJ, Marcin Król, Jacek Maziarski, Jacek Moskwa, Stanisław Opiela SJ, Mirosław Paciuszkiewicz SJ, Jerzy Regulski, Andrzej Siciński, Maciej Wierzyński. M A C I E J W I E R Z Y Ń S K I : Pytanie, które chcieliśmy Panom postawić brzmi: Jak powinna się w dzisiejszej sytuacji zachowywać inteligencja polska? Temat wewnętrznej emigracji schodzi pomału z porządku dnia, życie niesie nowe pożywki dla realistycznie myślących felietonistów, którzy coraz mniej uwagi poświęcają temu, gdzie pisuje Hanna Kral!, albo czy aktorzy chcą, czy nie chcą grać w telewizji. Konflikt polegający na pytaniu uczestniczyć czy odmawiać nabierze innych, mniej może spekta­ kularnych, zaś bardziej dramatycznych wymiarów. Stoi przed nami pytanie nie tylko, co robić, ale jak robić. Ile zawodów inteligenckich, tyle specyficznych pytań. Bo wobec innych wątpliwości stoi inżynier, wobec innych nauczyciel, wobec jeszcze innych profesor wyższej uczelni, zaś inne wątpliwości dręczą dziennikarza. Zresztą może nie tak bardzo dramatycznie, skoro obecni przy tym stole reprezentanci tego zawodu nie musieli się tak bardzo długo zastanawiać, żeby znaleźć odpowiedź. I wybrali wszyscy jednakowo. Byliśmy w sytuacji psychicznie komfortowej, bowiem stanęliśmy wobec wyboru między czarnym i białym i to wyboru jednorazowego, gdy tymczasem setki tysięcy inteligentów poruszają się na co dzień w strefie szarej. W strefie, w której wybory są niejasne, w której każdy niemal krok da się jakoś usprawiedliwić albo obronić, w której dopiero suma działań określa postawę moralną człowieka, a takich podsumo­ wań nie sposób dokonywać codziennie. Otóż moje pytanie, jako tego, który pierwszy zabiera głos, brzmi: Czy potrafimy sformułować jakieś zasady postępowania, które pomogłyby inteligentowi polskiemu roku 1983 poruszać się w tym labiryncie niepewności? A N D R Z E J S I C I Ń S K I : [...] [ Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publi­ kacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...] [Dekret z dnia 12X111981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] Nie sposób czegokolwiek powiedzieć na temat stanu inteligencji polskiej bez uściślenia pojęcia inteligencja - nawet, gdyby ktoś uznał 173 takie uściślenie za akademicką manierę. Już w zagajeniu tej dyskusji p. Maciek Wierzyński mówi! przynajmniej o dwóch inteligencjach: 0 dość wąskiej grupie, którą się nieraz określa mianem intelektualistów 1 poza tym o ludziach z innych grup, których również zalicza się do szeroko pojmowanej inteligencji. Sądzę, iż w dalszej dyskusji możemy ograniczyć nasze zainteresowania inteligencją do grupy intelektuali­ stów - zgodnie z sugestią p. Wierzyńskiego. Musimy być jednak świa­ domi, iż znaczenie tej grupy z punktu widzenia dziś zachodzących i przyszłych przemian społecznych wcale nie jest przesądzone. Przeciw­ nie, myślę, iż zanim przejdziemy do rozważań nad rolą, jaką inteligencja powinna by odgrywać w społeczeństwie polskim, najpierw powinniśmy zadać sobie pytanie, co jest niezbędne, by w ogóle odgrywała ona jakąkolwiek poważną rolę, by miała jakąkolwiek wagę społeczną. Sądzę przy tym, że jednym z rezultatów pięciuset dni lat 1980-81 było spełnienie jednego z warunków możliwości odgrywania takiej roli. Mam mianowicie na myśli fakt, iż w tym okresie inteligencja (w przyję­ tym tu węższym sensie) uświadomiła sobie lepiej niż niegdyś oczekiwa­ nie społeczne innych warstw, uświadomiła sobie własne możliwości i powinności. Doszło zarówno w sferze kontaktów z innymi środowi­ skami, jak i świadomości własnej roli do zasadniczego przełomu w po­ równaniu z latami siedemdziesiątymi. Co więcej. Sądzę, że doświadcze­ nia ubiegłych lat sprawiły, iż inteligencja polska w ogóle p o raz pierwszy od ostatniej wojny uświadomiła sobie własne znaczenie społe­ czne i własne możliwości; a przy tym - co szczególnie ważne - owa świadomość odpowiada faktycznemu stanowi rzeczy. Próbując odpowiedzieć na kolejne pytanie wskazać chcę na dwa problemy, jako podstawowe zagadnienia naszej inteligencji na najbliż­ sze lata. Jeden z nich - to świadome działania mające na celu przeciw­ stawianie się procesowi demoralizacji społecznej i działanie na rzecz społecznej integracji, świadoma walka o etos życia prywatnego i życia publicznego w naszym kraju. Drugim - przeciwdziałanie społecznej apatii, przez rozbudzanie wyobraźni społecznej, historycznej i przy­ szłościowej. Idzie mi więc o kształcenie postrzegania spraw osobistych i spraw narodowych w możliwie szerokim kontekście: innych pokoleń, innych narodów. Taki bowiem szerszy kontekst nadać może nowy sens wielu dzisiejszym działaniom podjętym i zaniechanym, możliwościom i brakowi możliwości. Jeszcze trudniej powiedzieć coś w sposób zwięzły o działaniach nie­ zbędnych, aby inteligencja mogła faktycznie pełnić swą rolę (rozumianą tak, j a k to poprzednio przedstawiłem). W moim przekonaniu, zadania 174 te dotyczą z jednej strony wytworów, które ta grupa może oferować społeczeństwu; z drugiej zaś - jej własnego etosu, własnego stylu życia. W sprawie pierwszej trudno by mi było wyjść poza przypomnienie tego co oczywiste: niezbędności zaspokajania zapotrzebowania społe­ cznego - i rozwijania zapotrzebowania - na rzetelną wiedzę history­ czną, społeczną, humanistyczną; zapotrzebowania na dobrą, oryginal­ ną literaturę, teatr, sztuki plastyczne, zapotrzebowania na poważną wiedzę naukową. Słowo ideowy bywa często nadużywane; rozmaicie też rozumie się ideowość - mimo to chciałbym wyrazić przekonanie, że dziś właśnie bardziej może niż kiedykolwiek potrzebna nam jest i ideowa nauka, i ideowa twórczość artystyczna. Ideowa, to znaczy przekazu­ jąca albo formująca wielkie idee, w każdym razie sprzyjająca odnalezie­ niu takich idei, które by pomogły nadać sens codziennemu życiu ludzi w naszym kraju. Sądzę jednak, iż w dniu dzisiejszym zadania inteligencji nie ograni­ czają się do wypełniania „zawodowych" niejako obowiązków - nawet gdy się doda, iż idzie o najbardziej rzetelne ich wypełnianie. Niezbędne jest coś ponadto, mianowicie świadomość, iż inteligencja pełni funkcje wzorotwórcze nie tylko przez swe „wytwory", ale także styl swego życia codziennego, przez wzory osobowe, które realizuje. Rozmaicie można patrzeć na problem zgodności lub rozdźwięku, jaki zachodzi pomiędzy dziełami ludzi (pisarzy, uczonych, filozofów), a ich życiem; w rozmai­ tych też okresach różnie tę sprawę widziano. Sądzę, iż w takich sytua­ cjach jak obecna - gdy dominuje frustracja, rozgoryczenie, zmęczenie jeszcze bardziej niż dotychczas szkodliwy może być, utrzymujący się u nas od dłuższego już czasu, brak przekonujących, wartościowych i atrakcyjnych wzorów społecznych. Od kilku już dziesięcioleci polscy intelektualiści nie szczędzą swemu społeczeństwu pouczeń; moralizowania i dobrych rad; ubolewań nad miazgą, w jakiej żyjemy; potępień naszego obrzydłego konsumpcjonizmu; wyrafinowanych rozważań na temat strategii życia godnego. Znacznie dziś przecież trudniej niż nie­ gdyś - w każdym razie znacznie było trudniej w latach siedemdziesią­ tych - wskazać na żywe, a nie książkowe tylko, przykłady tego, jak się żyje i jak można żyć w sposób zgodny z takimi ideałami. Inaczej mówiąc, trudniej niż niegdyś wskazać na łączenie autorytetu intelek­ tualnego, twórczego z autorytetem moralnym. Żeby te ogólne uwagi nieco ukonkretnić, posłużę się przykładem z dziedziny mi najbliższej: socjologii. Mamy dziś wielu dobrych socjologów, ale nikogo przecież, k t o łączyłby pozycję naukową i autorytet moralny Stanisława Ossowskiego. . ' . , · • 175 . Zresztą dopiero w tej sferze, o której teraz mówię - sferze życia, nie zaś sferze działalności zawodowej - pojawiają się doniosłe wybory moralne, o których mówił p . Wierzyński, Dyskusji o zadaniach inteligencji nie możemy jednak ograniczyć jedynie d o spraw i problemów związanych z obecną sytua­ cją. Jakkolwiek żyjemy w okresie wyjątkowo burzliwym, to nie możemy tracić z oczu podstawowych celów i zadań inteligencji jako pewnej części narodu. Tym celem jest ochrona dorobku kultury naro­ dowej, jego pomnażanie i przekazywanie następnym pokoleniom. Inte­ ligencja nie może, tak jak klasa robotnicza, jednym wybuchem, jednym protestem zmienić biegu wydarzeń. Może jednak oddziaływać na histo­ rię narodu właśnie przez kształtowanie myśli i wzorów zachowań, przez tworzenie wartości, o które się walczy i których się chroni. Te podstawowe zadania inteligencji są niezmienne. Warunki dzisiej­ sze powodują, że ich realizacja stała się trudniejsza, bardziej skompliko­ wana, że wyrosły różne bariery, samoograniczenia i uwarunkowania. Ale te sprawy, bądź co bądź przejściowe, nie mogą zdominować celów i sposobów działania. Następne pokolenia będą nas już oceniać z pers­ pektywy czasu, biorąc pod uwagę tylko to, co się temu czasowi oprze. JERZY SEGUŁSKI: J A C E K M A Z I A R S K I : Chciałbym zacząć od pytania, czy rzeczywiście sytuacja inteligencji, a więc i jej zadania, są dzisiaj takie same jak zawsze? [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 2, (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...] [Dekret z'dnia 12X111981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] Co do zadań inteligencji. Oczywiście rozumiem, że w normalnych czasach i w zwyklejszej sytuacji trzeba bardzo wysoko stawiać funkcje organizatorskie, oświecanie, utrzymywanie kontaktów ze światem, ale w sytuacjach tak ekstremalnych, z jakimi mamy dziś do czynienia, na plan pierwszy musi wysunąć się to, co w naszej historii zawsze było najważniejsze, a więc niesienie przykładu własną postawą, własnym zachowaniem. Myślę, że tego przede wszystkim ludzie od nas oczekują, nie wolno więc zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Przemawia przeze mnie pewien maksymalizm, ale wydaje mi się, że jest to maksymalizm instynktownie podzielany przez bardzo dużą część społeczeństwa, zapewne - większość. Oczekuje się od nas wiele, powta­ rzam, trzeba więc jakoś temu sprostać. M A R C I N K R Ó L : Oszołamiają mnie głosy moich poprzedników i jestem zdumiony, be wydaje mi się, że myślimy w bardzo dziwny sposób. Be, 176 p o pierwsze, jak sądzę, nie mówimy o inteligencji w sensie kategorii społecznej. To chyba jest jasne. Jest bowiem inteligencja techniczna nie umiem się na ten temat wypowiadać. Jeżeli o tym myślimy, to na takie podstawowe pytanie jest bardzo prosta odpowiedź. Należy wykonywać swoje obowiązki. I tu się zga­ dzam. Nic się tu nie zmienia. Zawsze należy wykonywać swoje obo­ wiązki. A pytać należy, na czym polegają te obowiązki. Przecież nie na postawach moralnych. Postawy moralne każdy ma zajmować. Nie znajduję, dlaczego właśnie intelektualiści mieliby świecić tutaj przykła­ dem. Nawet myślę, że to nie jest specjalnie wskazane. Natomiast mają myśleć. To jest moim zdaniem nieporównanie ważniejsze, jedyne po prostu zadanie i jak myślę, z tego zadania - co wielokrotnie podkreś­ lano - intelektualiści się dosyć kiepsko wywiązywali od 1945 r. Jeżeli pan wspominał o pryncypializmie, ja dzielę w bardzo znacznym stop­ niu tę postawę. Przecież nie z tego wynikały te rozmaite uwikłania właściwie wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób uczestniczyli w ży­ ciu publicznym. Nie na tym polegały, że były to błędne wybory polity­ czne, bo do tego każdy ma prawo. [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...] [Dekret z dnia 12X111981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] N o naturalnie, należy przekazywać kulturę, ale jak będziemy to robić, jeśli nie będziemy jej tworzyć. To jest znowu banał oczywiście, ale to tylko na tym polega. Nie ma żadnej funkcji przekazywania kultury. Tym, co najwyżej, zajmują się muzea. Przekazuje się kulturę tylko ją uprawiając i to ostro uprawiając. Natomiast to, co jest. niech będzie naprawdę takie, jak my uważamy, że ma być. Tu jestem zwolennikiem pryncypializmu w kwestii jakości. Natomiast w kwestii praktyki, to jest bardzo trudne pytanie i odpo­ wiedź na nie będzie się oczywiście zmieniać. Nie ma na to żadnej formuły ogólnej. Natomiast myślenie niesłychanie krytyczne naprawdę teraz jest potrzebne społeczeństwu, które już dosyć nasłuchało się tych bajek patriotycznych, tych Piłsudskich i tych Dmowskich, tych wszyst­ kich banialuków pewnego rodzaju. Trzeba spróbować ludzi troszeczkę zmusić - przynajmniej chętnych spośród nich - do ostrego myślenia o świecie. I po drugie, samemu absolutnie nie godzić się na żadne, że tak powiem, zaniżenie znaku jakości. D o tego nie dopuszczać. Tam, gdzie się ma na to możliwy wpływ. Naturalnie z tego wynikają pewne pytania praktyczne. 17? Ale dopiero te dwa zadania łącznie moim zdaniem sformułują w pewnym sensie w sposób automatyczny właściwe postawy moralne. Z tego jakby one wynikają, nie z walki o postawy, która jest troszkę pusta, tylko z wykonywania tych dwu podstawowych obowiązków: myślenia i poczucia hierarchii, poczucia tego, że jakość musi być jakością. [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publi­ kacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...'] [Dekret z dnia 12X11 1981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] STANISŁAW OPIELA: Podzielam opinię pana Króla o szczególnej potrze­ bie i obowiązku myślenia, w sytuacjach takich jak nasza. [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...] [Dekret z dnia 12 XII 1981 r„ O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] Konieczność tworzenia dorobku myślowego, pomnażania tego dorobku wydaje mi się niezmiernie ważna, przy czym chodzi mi o myś­ lenie na miarę nowoczesności, myślenie o tym, z czym świat i z czym Polska wejdą w wiek XXI i jakim dorobkiem zamykamy obecny, koń­ czący się wiek. Grozi nam bowiem niebezpieczeństwo, że koncentrując się na przeszłości, rozpamiętując tylko to, co było, będziemy mogli przetrwać, ale że przetrwamy jako skansen, jako ktoś, kto przestał się liczyć, kto przestał wnosić coś do dorobku świata, do myśli światowej. Dlatego postawa czynnego, intelektualnego zaangażowania, tworzenia dzieł, jest tak ważna. Nota bene nie widzę tu sprzeczności z poglądem wygłoszonym przez pana Maziarskiego, a mianowicie, że ludzie patrzą dziś przede wszystkim na to, jaką ktoś zajmuje postawę, jak się zacho­ wuje. Rzeczywiście, ludzie przywiązują dziś do tego ogromną wagę, bardzo zwiększyła się w tej dziedzinie wrażliwość, nawet powiedział­ bym - surowość. Pytając dziś o jakąś wybitność ludzie nie pytają, co tworzy, tylko - j a k się zachowuje. To zachowanie się jest dla nich w tym momencie ważniejsze. Albert Einstein powiedział kiedyś, że zalety moralne wybitnych osobistości mają być może większe znaczenie dla danego pokolenia i dla biegu historii, niż osiągnięcia czysto intelektualne. RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: B O G D A N G O T O W S K I : Pan Marcin Król za największy grzech inteligencji i źródło wielu nieszczęść uważa sprzeniewierzenie się obowiązkowi wysokiej jakości myślenia. Rzeczywiście jest to podstawowy obowiązek każdego, kto zajmuje się tworzeniem i w ogóle pracą umysłową. Kło­ pot zaczyna się, jeśli postulat jakości myślenia potraktujemy jako 178 receptę i odpowiedź na pytania, które dziś wszystkich nas nurtują, jako wystarczającą i odpowiadającą sytuacji dyrektywę zachowań. Intelek­ tualiści, czy w ogóle inteligencja, nie działają w próżni i zawsze są tylko jedną ze stron szerszego układu. Otóż obawiam się, że jeśli ten układ preferuje np. przedsięwzięcia fasadowe, to największa troska o jakość niczego nie załatwi. Moim zdaniem właśnie koniec lat siedemdziesią­ tych i skala kryzysu, jaki się wówczas ujawnił uświadomiły dużej części naszej inteligencji, że sama dbałość o jakość i uczciwość myślenia nawiasem mówiąc nie było z tym chyba aż tak źle jak to pan Król przedstawił - ani nie jest rozgrzeszeniem, ani niczego nie załatwia. Widać to bardzo wyraźnie na przykładzie ekspertyz. W każdej dyskusji 0 inteligencji wychodzi sprawa nieuczciwych ekspertyz, pisanych pod gust decydentów. Tymczasem dla wielu ludzi dziś znacznie bardziej dramatycznym problemem jest los uczciwych ekspertyz, fakt, że służyły one tylko jako dekorum, jako część rytuału wymagającego, by można było ogłosić, że coś się robi z udziałem ekspertów o najbardziej niepo­ szlakowanej opinii - mimo że ich sądy w ogóle nie odegrały żadnej roli. Myślę, że nasza frustracja, czy może lepiej zagubienie, bierze się stąd przede wszystkim, że uświadomiliśmy sobie do końca, jak niszczące 1 dla jakości myślenia, i dla życia publicznego są konsekwencje fasadowości i gry pozorów. A zarazem brak nam koncepcji, co z tym fantem zrobić, co dalej. S I C I Ń S K I : Jeśli dobrze zrozumiałem wypowiedź p. Marcina Króla, da się ją sprowadzić do powiedzenia: Pilnuj szewcze kopyta! lub jeszcze lepiej do hasła: Pisarze do pióra! Pisarz niech pisze dużo i dob­ rze; aktor - niech gra, jak potrafi najlepiej; badacz - niech rzetelnie prowadzi badania. Można tak na problem patrzeć. Odpadają wtedy wszelkie zagadnienia wyborów moralnych (w każdym razie większość z nich), o których była mowa w zagajeniu i poprzednich wypowie­ dziach. Pozostają, co najwyżej, takie lub inne problemy etyki zawodowej. Nie ma też wtedy celu ani sensu dyskusja o roli inteligencji - grupy tak heterogenicznej z punktu widzenia działań ściśle zawodowych. Nie mogąc uczestniczyć w dalszej części dyskusji, zaznaczyć chcę jedynie zaostrzając jeszcze swoją wcześniejszą wypowiedź, że dla mnie problem współczesnej roli inteligencji polskiej dopiero się zaczyna w tym miejscu, w którym dla p. Króla on się kończy. Natomiast, gdy idzie o podany przeze mnie przykład Stanisława Ossowskiego - to oczywiście - jest między nami pełna zgoda. Wynikła ona zresztą już z mej pierwszej wypowiedzi: jego autorytet naiikowy nie ANDRZEJ 179 był pochodną autorytetu moralnego (ani odwrotnie). W szczególnie trudnych latach pięćdziesiątych - b o o nich myślałem przede wszystkim - oprócz Ossowskiego działali w Polsce również inni wybitni socjologo­ wie, którzy jednak nie wytrzymali naporu czasów i zachowaniem swym podważyli własny autorytet moralny. To, że Ossowski zachował się tak właśnie, a nie inaczej, było w ówczesnej sytuacji niezmiernie ważne dla kultury polskiej - ważniejsze niż fakt, iż w konsekwencji nie miał on możliwości publikacji swych prac przez wiele lat. Chciałbym odnieść się polemicznie do pewnych tenden­ cji, które przejawiły się w głosach moich poprzedników. Myślę, że ujawniło się tutaj pewne złudzenie. Mianowicie takie, że istnieje jakaś wspólna świadomość inteligencji i że w związku z tym można na tę wspólną świadomość inteligencji oddziaływać w sposób jednolity a za­ razem sensowny. Tymczasem ta domniemana jedność jest fikcją. Sądzę, że t o , co się stało w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, było przede wszystkim ujawnieniem bardzo głębokich podziałów, jakie istnieją w społeczeństwie; podziałów, które istnieją również w środowisku inte­ lektualistów. Nigdy chyba w dziejach Polski Ludowej nie mieliśmy tylu profesorów w rządzie, co teraz; są zatem intelektualiści, którzy zajmują postawy skrajnie afirmujące. tak jak są intelektualiści, którzy zajmują postawę krytyczną aż do bardzo głębokiej opozycji. Oczywiście, wystę­ puje jednocześnie dosyć ciekawe zjawisko - mianowicie strony tych podziałów powołują się na te same wartości, na to samo wspólne dziedzictwo kulturowe, natomiast wnioski, jakie wysnuwają w myśle­ niu i wyborach moralnych są niejednokrotnie zupełnie różne. Myślę, że to, co powinniśmy przede wszystkim zrobić, zrywając z fasadowością polskiego życia publicznego - o czym mówił pan Gotowski - to przede wszystkim uznać pluralizm inteligencji polskiej. Uznać i wyprowadzić z niego wnioski: w pluralizmie myślenia, w pluralizmie postaw. I jed­ nocześnie, jeśli wysuwamy jakieś postulaty pod adresem władzy, to takie, żeby ten pluralizm nie był sztucznie niwelowany. JACEK MOSKWA: Pan ma zupełną rację mówiąc o zróżnicowaniach. Pol­ skiej inteligencji daleko do jednolitości. Każdy z nas ma swój własny życiorys i własne doświadczenia życiowe. A polskie życiorysy są bar­ dzo różne. Te różnice wpływają bardzo silnie na sposoby myślenia i zachowania, szczegónie w sytuacjach kryzysowych. I dlatego raz jeszcze podkreślę wagę zrozumienia zadań historycznych inteligencji, które jako pewna kategoria nie zmieniają się z roku na rok. Musimy je uznać i uniezależnić od zachowań taktycznych poszczególnych grup i osób. A te ostatnie są i będą bardzo zróżnicowane, tak jak zróżnicoJERZY REGULSKI: 180 wane są nasze życiorysy, charaktery czy dziedziny działalności i tak jak się będą różnicować warunki, w jakich będziemy musieli żyć i działać. Mam to szczęście, że mogę nadal uprawiać mój zawód i będę go uprawiać według tych samych zasad moralnych, według których postę­ powałem w przeszłości. Zasady te nie zależą od zmian sytuacji w kraju. Ta ostatnia może mieć wpływ tylko na sposób realizacji tych zasad. Jednak tu dochodzę do tej podstawowej sprawy, o której wspomniał p. Gotowski, a mianowicie do problemu wiary w skuteczność działa­ nia. Aby działać, trzeba umieć sobie odpowiedzieć na pytanie: po co to robić? I jest truizmem podkreślać, że bodźce materialne nie stanowią motywacji podstawowej i nigdy nie zastąpią one wiary w sens działa­ nia. A ostatni rok spowodował głęboki jej kryzys. I znowu w tej dziedzinie nie może być ogólnych recept. Osobiście będę pracował niezależnie od tego, czy efekty mego myślenia znajdą bezpośrednie zastosowanie w praktyce, czy pozostaną w mym pokoju. Dążenie do rozwinięcia teorii czy do rozwiązania paru problemów abstrakcyjnych jako motywacja działania wystarcza mi. Ale taka moty­ wacja nie wystarczy młodzieży. Jej myślenie dla myślenia nie usatysfak­ cjonuje. Ona chce mieć pewność, że praca intelektualna jest komuś potrzebna i chce widzieć skutki jej wykorzystania. Chce poprzez pracę uzyskać uznanie społeczne. Bez tej wiary praca twórcza zmienia się w chałturę. I załamanie się wiary w skuteczność i celowość pracy uwa­ żam za jedno z najgroźniejszych zjawisk - tym groźniejszych, że nie­ stety w wielu przypadkach w pełni uzasadnionych. Problem opieki nad młodzieżą staje się jednym z kluczowych. Kształ­ towanie jej postaw - to jedno z tych wielkich zadań związanych z prze­ kazywaniem dorobku kultury z pokolenia na pokolenie. Akurat teraz jest sesja egzaminacyjna. Bardzo nie lubię tego okresu. Co roku w tych dniach kilkudziesięciu młodych ludzi powtarza mi to, co ode mnie wcześniej usłyszało. Jak w krzywym zwierciadle widzę, jak moje słowa wpływały na ich wiedzę i świadomość. Te rozmowy egzaminacyjne są też dużą nauką dla mnie - nauką odpowiedzialności za słowo. Być może przesadzę, ale mam wrażenie, że w polskich środowiskach intelektualnych - a może nawet szerzej: w wymiarze spo­ łecznym - zaznacza się coś, co nazwałbym niedowartościowaniem solidnego zaplecza myślowego, którego nie da się bezpośrednio wyko­ rzystać w codziennej praktyce bez dopracowania ogniw pośrednich. Czynność myślenia nie spotyka się z wysoką oceną. Zastanawiam się, czy to nie prowadzi do myślenia okazjonalnego, dyktowanego modą czy doraźnością. STANISŁAW OPIĘŁA: 181 Rzetelne myślenie znaczy oczywiście myślenie krytyczne. To zaś pro­ wadzi do kontrowersji czy przynajmniej do mniej lub bardziej zaryso­ wanej różnicy zdań. Sądzę, iż postulat jakościowo dobrego myślenia, o którym mówił pan Król, jest ze wszech miar słuszny. Niemniej jednak postawa etyczna myśliciela, poruszane tematy, sposób ich traktowania są współzależne. Bez nich mamy najczęściej do czynienia z nieudolną w sumie taktyką, liczeniem na układy, słowem - wplątywaniem się w sidła, którymi usiłuje się usidlić innych. Nieuzasadnienie górę bierze, kto mówi, a nie zobiektyzowana wartość tego, co mówi. I tak niepostrzeżenie zaczy­ namy zajmować z gruntu fałszywą postawę etyczną. M A C I E J W I E R Z Y Ń S K I : Powiedziano tu, że żaden z nas nie może oderwać się od swojego życiorysu. To prawda, Jacek Maziarki nie może oderwać się od swojego życiorysu, ja od swojego i stąd bierze się w myśleniu naszym podobieństwo, bo i nasze życiorysy są podobne. Stąd bierze się też różnica w myśleniu naszym i p. Króla, bo on ma inny życiorys. Moje doświadczenie poucza mnie, że sprawą najważniejszą jest ufundo­ wanie myślenia i działania na wartościach. Dopiero na tym tle można mówić o jakości myślenia. Moje doświadczenie uczy mnie tego, że kompromisy wobec wartości elementarnych prowadzą do tandetności myślenia, do obniżenia jakości. To jest paradoks, z którym często się spotykamy: mianowicie człowiek inteligentny i rozumny najpierw prze­ mawia do nas jak zupełny głupiec. Z czego się to bierze? Bardzo często z tego, że broniąc fałszywej sprawy, wspiera swoje rozumowanie o jakiś ogólnie znany, fundamentalny fałsz i wtedy cały wywód, nawet najbar­ dziej wyrafinowany, wypada śmiesznie i głupio. Posłużę się doświad­ czeniem mojej pracy w Kulturze. Chcieliśmy w tym piśmie dawać czytelnikowi produkty myślowe możliwie wysokiej próby. Ale nasze usiłowania oparte były o milczącą zgodę na to, że o pewnych sprawach nie będzie się mówiło wcale, inne przemilczy się częściowo albo tylko nie dopowie ich do końca. Tę procedurę uprawialiśmy zarówno w po­ szczególnych artykułach, jak i redagując pismo jako całość. I otóż, jeśli dziś ktoś weźmie numery Kultury z lat siedemdziesiątych, natknie się na dziwną mieszaninę rzeczy rozumnych i propagandowych śmieci. Dla­ czego? Czyżbyśmy byli tak mało inteligentni? Nie. Po prostu wydawało się nam, że rozumujemy strasznie chytrze, rezygnując tak troszkę ze służenia takiej wartości jak prawda. Rezultatem tych pojedynczych rezygnacji był zasadniczy idiotyzm całej tamtej epoki. Przecież problem np. ekspertów Gierka to nie był w gruncie rzeczy problem głupoty, bo 182 w tym zespole znaleźli się również ludzie na wysokim poziomie facho­ wym, tylko był to problem nieuczciwości, na którą oni się godzili od samego początku. Odszedł z tego zespołu jeden jedyny człowiek - prof. Beksiak - i podstawą jego decyzji nie był protest przeciw niskiej jakości intelektualnej, lecz niezgoda na uczestnictwo w przedsięwzięciu fasado­ wym, niezgoda na uczestnictwo w fałszu. W rezultacie był to również odruch uczciwości intelektualnej. Zjawisko to i dzisiaj występuje ze szczególną ostrością. Jeśli wybitny publicysta deklaruje, że wierzy tylko w swoją maszynę do pisania i odżegnuje się od związku z jakimkolwiek systemem wartości, to przecież musi to w sposób nieuchronny prowadzić do spadku jakości jego produkcji. Jeśli nie nazywa sią rzeczy po imieniu, to potem jakaś ćwierćprawda, dla normalnego człowieka oczywista, przyjmowana jest jak objawienie. Wyznawcy tej ćwierćprawdy robią wrażenie nierozgarniętych, choć takimi nie są i mogą mieć wcale wysoki iloraz inteligencji. Ludzie ci w jakimś momencie rezygnują z zasad w imię taktyki, w imię realizmu, w imię mniejszego zła, przy tej okazji rezygnują z kontaktu z rzeczywistością, a ich rozumowanie staje się ułomne czyniąc wrażenie umysłowej tandety. Wszystko to jest jednak oparte o pewien moralny relatywizm, nie zaś o niesprawność umysłu. Taka jest moja teza. Dla środowiska, z którego wyszedłem, wierność zasadom dziś ma znaczenie rozstrzygające. Jeśli wyrazi się zgodę na to, że zasady są problemem mniej ważnym, ważniejsza jest jakość, ważny jest warsztat, to otwiera się furtkę, przez którą wchodzi ta świetna drużyna realistycznych felie­ tonistów, których nazwisk nie warto wymieniać, bo wszyscy je znamy. Trzeba chyba najpierw dokonać pewnej interpretacji tego, co powiedział pan Król w swoim pierwszym wystąpieniu w tej dyskusji. Chodzi mi o termin myślenie. Otóż pan Król dokonał tam pewnego zabiegu semantycznego. Można mówić o myśleniu w dwoja­ kim sensie - oznacza ono funkcję intelektualisty, jego rację istnienia, ale można też używać tego słowa w opozycji do emocji, zbiorowych prze­ świadczeń. W tym znaczeniu myślenie przeciwstawia się zachowaniom etykietkowanym a priori jako naiwne czy irracjonalne. Intelektualista ma zachowywać się niechętnie lub nawet wrogo wobec potocznych przeświadczeń. Duża część intelektualistów podziela opinię, że uleganie emocjom i przeświadczeniom społecznym jest czymś nagannym, że prowadzi na manowce; że zadaniem intelektualisty jest płynąć pod prąd, wbrew oczekiwaniom i nastrojom społeczeństwa. Otóż ja nie jestem wcale tego JACEK M A Z U R S K I : 183 pewien. Jeśli sięgniemy do historii X I X wieku, okazuje się, że najlepiej sprawdziła się bynajmniej nie chłodna, intelektualna twórczość, ale Sienkiewicz, który był jej przeciwieństwem. I Sienkiewicz jest organiza­ torem zbiorowej wyobraźni Polaków aż do dzisiaj. Jako antykwariusz mogę coś o tym powiedzieć. Sienkiewicz organizuje nadal świadomość narodu, ale i świadomość narodu wola o Sienkiewicza do dzisiaj. Są to fakty, które trzeba po prostu przyjąć do wiadomości. Pan Król powtarza w gruncie rzeczy to samo co Urban: że nasze społeczeństwo nie dorosło, że trzeba je jakoś zmienić, coś z nim zro­ bić... Jest to ta sama myśl. Otóż, proszę Pana, jest to - na szczęście zawracanie Wisły kijem. Nie naród będzie się dostosowywał do intelek­ tualistów, ale intelektualiści do narodu. Przeświadczenie, że intelektualiści mogą coś takiego zrobić, zrobić jakąś sztuczkę, by naród zmienił kierunek swego myślenia, wydaje mi się niesłychanie naiwne. Będzie dokładnie odwrotnie - w ostatecznym rachunku intelektualiści pójdą za zbiorowymi przeświadczeniami, do których czują dzisiaj taką niechęć. Wyczuwam, niestety, masę pogardy w niektórych wystąpieniach intelektualistów. Pogardy dla ciemnego narodu, który znowu czegoś tam nie rozumie. Proszę panów, gdy zastanowić się nad tym, co ten ciemny naród mówił w kolejkach i fabrykach już od lat, wychodzi na to, że właśnie prości ludzie najwcześniej rozpoznali kryzys, najwcześniej określili, co jest jego przyczyną i kto jest winien. I nic do tego dodać, nic ująć. Oni powiedzieli to najkrócej i najjaśniej. Było to brutalne, ale prawdziwe, niestety. Nie lekceważyłbym wiec tych diagnoz kolejko­ wych. Może się okazać, że słuszne jest nie to, co my intelektualiści so­ bie wykalkulujemy, ale to, co myślą ludzie z kolejek i autobusów. I jeszcze parę słów o myśleniu. Samym myśleniem nie rozwiążemy tego, co jest sednem dzisiejszego konfliktu. Konflikt ten jest konfliktem dwóch aksjologii i żadne myślenie ich nie pogodzi. Uważam, że musimy opowiedzieć się po jednej albo po drugiej stronie. Cała nasza dyskusja przepojona jest swego rodzaju fundamentalizmem. Bo jest swego rodzaju fundamentalizmem zarówno sprowadzanie wszystkiego do nakazu wysokiej jakości myśle­ nia jak i teza, że niczego zrobić się nie da. I jedna, i druga jest jakoś słuszna a zarazem niczego tak naprawdę nie rozwiązuje, co widać zresztą z trudności, na jakie napotyka odpowiedź na pytanie zadane BOGDAN GOTOWSKI: 184 nam przez gospodarzy - o rolę inteligencji. I dlatego może warto by było zająć się regułami gry, które powodowały, że tak wiele prac, które cechowała najlepsza jakość, nie odegrało praktycznie żadnej roli. Chciałbym nawiązać do tego, o czym już wcześniej mówiłem, do tego prymatu fasadowości nad treścią. Bo prawdziwym dramatem jest to, że w każdej dyscyplinie naukowej, w każdym gatunku twórczości i w ogóle w każdej sferze działalności odnajdziemy liczne przykłady świetnych dzieł, pomysłów itd., ale tak się jakoś składało, że nie te dzieła i nie te pomysły kształtowały naszą rzeczywistość, nie one wpływały na programy nauczania, nie one były popularyzowane i nie one były - w przypadku prac o znaczeniu prak­ tycznym - realizowane. Mieliśmy porządne monografie historyczne, ale złe programy nauczania historii. Mieliśmy znakomite obrabiarki czy maszyny cyfrowe, ale nie do nich równał przemysł, mieliśmy uczciwe ekspertyzy, ale nie one stawały się punktem wyjścia decyzji realizacyjnych. Mówię o regułach gry, bo sądzę, że jeśli dziś mamy do czynienia rzeczywiście ze swego rodzaju buntem inteligencji i z jakimiś formami odmowy, dotyczy to właśnie reguł gry, które tworzyły tę dziwaczną a tak groźną w konsekwencjach rzeczywistość. A jeśli mowa o regu­ łach gry, to od razu stajemy wobec pytania o podmiotowość inteligen­ cji, o jej możliwość wpływu na kształtowanie innych reguł. To, że tak wielu przedstawicieli inteligencji, i to wcale nie tylko humanistów, jest sfrustrowanych, wynika z poczucia braku wpływu na sposób użytkowania ich pracy. Ta frustracja jest o tyle zrozumiała, że chodzi przecież o tę część społeczeństwa, która z racji swych kwalifika­ cji, przygotowania, dysponowania znacznie szerszym niż ogół zasobem informacji ma świadomość, że ciąży na niej szczególna odpowiedzial­ ność. A równocześnie ma świadomość, że dała się uwikłać w akceptację gry pozorów, fasadowości, rytuału, krótko mówiąc w takie reguły gry, które prowadziły do marnotrawienia nie tylko ich wiedzy i pracy. To jest coś dużo gorszego niż grzech zbytniego uprawiania taktyki, o któ­ rym mówił ks. Opiela. Element taktyki istnieje we wszystkich systemach politycznych i w każdej sytuacji. Chodzi natomiast o to, by taktyka służyła np. zawieraniu sensownych kompromisów prowadzących do uzgodnionych konstruktywnych działań, a nie polegała na akceptacji działań pozornych. Obawiam się, że ta propozycja również nie wyczer­ puje sprawy. Oczywiście obowiązkiem intelektualistów jest zastanawia­ nie się nad tym, jak uczynić życie sensownym w skrajnie trudnych warunkach. Ale to jest tylko wycinek znacznie szerszej całości, która obejmuje również pytania o to, jak te skrajnie trudne warunki zmienić. 185 I dopiero gdy tak się sformułuje pytanie, widać skalę trudności tematu rola inteligencji. Jeśli dziś zastanawiamy się nad rolą inteligencji, to owo dziś odnosi się przecież przede wszystkim do niewyobrażalnie głębo­ kiego kryzysu, [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...] [Dekret z dnia 12 XII 1981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] R Y S Z A R D K A P U Ś C I Ń S K I : Wydaje mi się, że odpowiedź na pytanie-co winna robić inteligencja, intelektualiści - j e s t złożona. Zadaniem intelektuali­ sty jest oddziaływanie na innych, jakaś forma oddziaływania na społe­ czeństwo, kształtowanie jego postawy i świadomości. Oddziaływanie to może przybierać różne formy. Cześć moich kolegów dokonała bar­ dzo radykalnego wyboru życiowego. Mając wysokie pozycje w swoim zawodzie, zrezygnowali z niego, odeszli do innej pracy. Otóż oni oddziałują przez ten właśnie wybór. To jest ich forma oddziaływania społecznego. Inni - np. filozofowie, oddziałują przez to, że po prostu filozofują, poszukują prawdy. To jest ich forma oddziaływania na społeczeństwo, ich rola jako intelektualistów. Prof. Regulski oddziałuje przez to, że pracuje z młodzieżą, której stara się przekazać jakieś war­ tości. Sądzę, że nie możemy tutaj szukać jednej postawy, jednej, wyłą­ cznej formy oddziaływania. Myślę, że właśnie w wielości tych form zawarta jest szansa powodzenia, owocowania. Chodzi tylko o to, aby w sumie uczyć godnej postawy i uczyć samodzielnego myślenia i jedno i drugie jest potrzebne i ważne. M A C I E J W I E R Z Y Ń S K I : Zawisło tu w powietrzu pytanie o sensowność postawy takiej jak Jacka Maziarskiego czy moja. Otóż jestem ostatni, który by do jej naśladowania namawiał, zwłaszcza młodych ludzi. Powiedział tu słusznie pan Król, że żeby odmówić, to trzeba było najpierw uszestniczyć. Człowiekowi młodemu, po studiach, intelektual­ nie rozbudzonemu, nie sposób radzić - panie, daj pan sobie spokój, zostań pan taksówkarzem. Byłoby to nieuczciwe. [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...] [Dekret z dnia 12X11 1981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] S T A N I S Ł A W O P I E L A : Konkretny wybór postawy jest wypadkową wielu czynników tak emocjonalnych jak wolitywnych i intelektualnych. Roz- 186 mowa może co najwyżej dostarczyć elementów do osobistej decyzji. Myślenie i dzielenie się przemyśleniami charakteryzuje zawsze pewien stopień uogólnień. Bez generalizacji, wyłuskiwania wniosków, kryty­ cznej analizy tzw. czystych faktów nie może być, sądzę, mowy o kształ­ towaniu własnego stanowiska w jednostkowej sprawie a tym bardziej o formowaniu sensotwórczej postawy uniwersalnej. M I R O S Ł A W P A C I U S Z K I E W I C Z : Rozmawiamy już ponad trzy godziny. Byłaby pora na podsumowanie, a ja bym chciał jeszcze postawić pytanie wybrane spośród wielu zanotowanych w czasie dyskusji: Czy intelek­ tualiści zajmują właściwą postawę wobec tego, co działo się u nas w ciągu ostatnich dwóch lat? Najpierw był entuzjazm, któremu także oni ulegali. Potem, gdy nie udało się, nastąpiło klapnięcie i w pewnym sensie potępienie. Można oczywiście dołączyć się do chóru i bez końca analizować popełnione błędy. Ale czy nie trzeba by zapytać o wartości? Jeszcze może dwa przyczynki. Zastanawiamy się, co my - w naszej konkretnej sytuacji - możemy zaproponować jako wkład do kultury świata czy może do postaw ludzi świata. I tu przypomina mi się rozmowa, która odbyła się w tym pomieszczeniu mniej więcej przed trzema tygodniami. Przyjechał pewien profesor z Neapolu - w celach naukowych, ale przy okazji chciał zaprosić Polaków do współpracy w ruchu non violence. Entuzja­ sta Lanzy del Vasto, jest stanowczo przeciwny zbrojeniu nuklearnemu. Chciałby i nas tutaj mobilizować, żebyśmy występowali przeciw wojnie nuklearnej, bo ona doprowadzi do zagłady. Dlaczego właśnie nas? [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20. poz. 99)] [...] [Dekret z dnia 12X11 1981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] I drugi przyczynek (dziś tak się nastawiam, żeby wnieść nutę opty­ mizmu). Kolega Opiela tłumaczył przemówienie, które w Bangkoku wygłosił generał jezuitów, o. Pedro Arrupe, na kilka godzin przed ujawnieniem się jego choroby. W pewnym momencie tak powiedział do ludzi w Tajlandii: Polska jest dla mnie budującym przykładem. Kard. Wyszyński był silne osobowością. Miał swoją politykę, z którą wielu biskupów nie zgadzało się. W chwili jednak przejścia do czynu wszyscy byli mu posłuszni. Ojciec Arrupe podniósł to jako wartość, także jako lekcję. S T A N I S Ł A W O P I E L A : Dopowiem osobisty wniosek: różnice zdań są o tyle wartością, o ile są wyrazem fundamentalnej prajedni. - o ile są jej konkretnym, zatem z natury jednostkowym, ucieleśnianiem. Bez tego 187 popadamy niechybnie w jednowymiarowość albo pragmatyczną, aibo abstrakcyjnie ogólną. Tymczasem - i jestem o tym głęboko przekonany - skutecznie działać można jedynie wówczas, gdy ma się solidne zaplecze, któienie znajdzie w czynie całościowego wyrazu, ale go całościowo podbuduje - nada mu sens. Reprezentujemy, proszę panów, różne kierunki myślowe, zróżni­ cowane światopoglądy, niejednakowy stosunek do problemu Boga czy do Boga. Sądzę, że jeśli Kościół dążyłby wyłącznie do sk uteczności w działaniu zaniedbując to, co jest istotą Objawienia chrześcijańskiego, nie byłby nawet tylko skuteczny. A N D R Z E J K O P R O W S K I - . W naszej dyskusji prezentowane są odmienne doświadczenia osobiste i różne punkty widzenia; odmiennie są rozkła­ dane akcenty w wartościowaniu zjawisk współczesności Konsekwent­ nie odmienne są propozycje form zaangażowania. Myślę, że jest tó odzwierciedleniem zróżnicowania postaw całego społeczeństwa. Są to postawy prawdziwe, tzn. autentyczne, nie pozorowane. Są też etycznie uzasadnione. Natomiast obawiam się, że grozi nam dziś często ich absolutyzowanie - przyznawanie słuszności sobie i tylko sobie, na pra­ wach wyłączności. Tymczasem w skali całego narodu ogromnie potrzebna jest umiejętność zaakceptowania kogoś, kto prezentuje odmienne rozwiązania, oparte o swoje doświadczenie życiowe, swój życiorys, swoją wrażliwość etyczną i swój zakres widzenia spraw. Chcę podkreślić wagę umiejętności szczerej akceptacji drugiego czło­ wieka i jego, odmiennych od moich, wyborów, przy jednoczesnym stawianiu pytania o racje etyczne. Wydaje mi się bowiem, że wartością społeczną ogromnej wagi jest solidarna życzliwość między ludźmi odmiennie reagującymi, choć w każdym wypadku opierającymi swoje decyzje na wrażliwości etycznej. Boć przecież potrzebna jest solidna praca naukowa, solidna dydak­ tyka i formacja młodego pokolenia, podobnie jak mający cechy czytel­ nego symbolu sprzeciw dziennikarza wobec łamania form etycznego współżycia w społeczeństwie. Byłoby bardzo niedobrze i nieuczciwie, gdyby np. praca naukowa czy nauczycielska była prowadzona mniej solidnie niż w jakichkolwiek innych, bardziej sprzyjających okolicznościach. Oczywiście, to nie jest łatwe, bo atmosfera paraliżu społecznego oddziałuje na wszystkich. Ale też trudne warunki, w których przyszło nam żyć, wyzwalają wrażliwość etyczną, której dawniej niejednemu środowisku brakowało. I to także jest składnik współczesności. Chodzi o wydobycie całego bogactwa zaplecza etycznego i wypracowywanie swoich wyborów moralnych, 188 w miarę niezależnych tak od nacisków administracyjnych, jak i od falowania opinii publicznej. Być może nie wszystkie mechanizmy jakiegoś autobusu pędzącego w zwariowanym kierunku jesteśmy w stanie opanować. Ale rola inteli­ gencji jest związana z troską i z poczynaniami, by pasażerowie tego autobusu stanowili społeczność etycznie zdrową i bogatą w wartości kultury, społeczność, która chce żyć i szuka sposobów, by żyć w prawdzie. M I K O S Ł A W P A C I U S Z K I E W I C Z : Zresztą, jeśli pan Król mówił o jakości myśle­ nia, to ja nie wiem, czy może być jakość myślenia bez zaplecza etycznego. J A C E K M O S K W A : Marcin Król i ks. Opiela dotknęli bardzo ważnego prob­ lemu, który jakoś nam dotychczas umyka, mianowicie pewnej skłon­ ności naszych środowisk intelektualnych do umysłowej tandety. Oczywiście ta intelektualna bylejakość nie jest przyczyną kryzysu, który obecnie przeżywamy. Jest grubo starsza. Kryzys powinien postawić pytanie, czy sytuacja może się zmienić. Sądzę, że powrót do autenty­ czności życia umysłowego i zerwanie z jego fasadowością, są szansą na zerwanie z tandetą. [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r.,O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] [...] [Dekret z dnia 12 XII 1981 r., O Stanie Wojennym rozdz. II, art. 17, pkt 4 (Dz.U. nr 29, poz. 154)] Obecnie widzę niebezpieczeństwo podobnego czegoś. Schronienie się w kruchcie wielu środowisk intelektualnych też niesie ze sobą wielką groźbę tandety. Przejmuje się pewne symbole, myślenie magiczne, krzyże z kwiatów itd., brakuje natomiast dojrzałej refleksji intelektuali­ stów, którzy podejmują dialog z Kościołem z pozycji niezależnych, ale w jakiś sposób wpisujący się w nową rzeczywistość. B O G D A N G O T O W S K I : Myślę, że ten sąd jest w sumie krzywdzący. Nie chodzi tylko o flirt z Kościołem czy chwilową fascynację, ale wręcz przeciwnie, o zupełnie nową sytuację, która stanowi wielką szansę również dla Kościoła. Chyba po raz pierwszy Kościół został uznany przez ogromną część inteligencji - dotyczy to również niewierzących - za bardzo ważne źródło wartości. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby ta zmiana nie została dostrzeżona i doceniona. 189 Nie dostrzegam tak ostro zarysowanej kontrowersji. Pewnie - u części intelektualistów formacji laickiej aktualne zbliżenie się do Kościoła może być sprawą koniunkturalną; ale czy od tego niebezpieczeństwa wolni są ludzie Kościoła? Zaryzykowałbym twierdzenie, że dla większości kręgów intelektuali­ stów laickich zbliżenie t o nie jest wyrachowaniem ani nawróceniem, lecz wkraczaniem w orbitę wartości, które reprezentuje Kościół, a które w środowiskach, z jakich wychodzą, były nie doceniane, wyszydzane czy wręcz deprecjonowane. Nie jest to zatem przymusowy flirt z Kościołem dla politycznego dreszczyka. Chodzi tylko o przeła­ manie barier getta, w jakim - choć z różnych powodów - żyły obydwie strony rozwijając wzajemną nieufność i nie zawsze uzasadnione uprzedzenia. STANISŁAW O P I E I A : Nie po wiedziałem, że to jest kwestia koniunkturalnego nastawienia. Po prostu pytałem, czy taka sytuacja stwarza szansę odejś­ cia od tandety myślenia, od przejmowania powierzchownego i bezkry­ tycznego - różnych rzeczy na zasadzie mody czy chwilowego impulsu. Idzie także o to, w jaki sposób Kościół odpowiada na ten zwrot w swoim kierunku. Myślę, że jest to problem bardzo ważny. Odwołam się do ostatniego opłatka Ks. Prymasa ze środowiskami twórczymi. Tam mówiono po prostu o dwóch zupełnie różnych rzeczach. Intelek­ tualiści chcieliby coś usłyszeć o kwestiach zasadniczych, natomiast z drugiej strony padło konkretne pytanie, czy zachęta, żeby ci ludzie, którzy przychodzą przecież z bardzo różnych parafii ideowych - jeśli tak można powiedzieć - podjęli działalność usługową na rzecz Koś­ cioła, mianowicie malowali obrazy o religijnej tematyce.wystawiali sztuki, uczestniczyli w konkursach. Sprawy rzeczywiście istotne, ale chyba nie tylko o to chodzi. Oni coś wnoszą. JACEK MOSKWA: S T A N I S Ł A W O P I E L A : Jak myślenie jest procesem, tak procesem jest zbliża­ nie się laickich środowisk do wartości reprezentowanych przez Kościół. Otwieranie się Kościoła na ludzi z zewnątrz nosi identyczne cechy. Jedna i druga strona musi się uczyć, czynnie u c z e s t n i c z ą c w zaini­ cjowanym już procesie. Cierpliwe drążenie tematu jest chyba nie­ odzowne i najważniejsze - choć trudne. BOGDAN GOTOWSKI: STANISŁAW OPIELA: MABCIN KRÓL: Byle obu stronom starczyło cierpliwości! Cierpliwości i chęci. I praktycznych zdolności. przegląd powszechny 5-6'83 190 Leszek M. Sokołowski Mit światopoglądu Nauki ścisłe obrośnięte są gęsto mitami". Wykreował je w ostatnich dwu stuleciach rozum, a ściślej mówiąc, bez­ krytyczna wiara w rozum. Kult Rozumu, humorystyczny wytwór Rewolucji Francuskiej, okazał się dużo od niej trwalszy i skojarzony z metafizyką zaowocował bogactwem mitów. Mitotwórcza moc tego kultu ukazuje się przyrodni­ kowi wyraziście w obszarze wzajemnych oddziaływań nauk ścisłych i filozofii. Co fizyka zawdzięcza filozofii? Zdaniem fizyków, niewiele poza faktem, że - j a k wszelka nauka - ma swoje praźródło w filozofii. Einstein np. podkreślał, że filo­ zofowie (zwłaszcza Kant), lansując aprioryczne podejście do pojęcia czasu i przestrzeni, wywarli szkodliwy wpływ na rozwój fizyki. Co filozofia zawdzięcza fizyce? Tu już sytua­ cja jest znacznie bardziej złożona. Autorytet fizyki, wynika­ jący z ogromnego sukcesu, jakim był fizykalny opis przyrody, spowodował, że wiele dziedzin życia zapragnęło nabrać charakteru naukowego. Filozofia nie mogła pozo­ stać poza tym trendem, tym bardziej, że fizyka odniosła swój sukces na tym terenie, który tradycyjnie należał do dzie­ dziny filozofii. Pojawiły się więc próby skonstruowania filo­ zofii naukowej. Kłopot w tym, że dziedzina zainteresowań filozoficznych jest daleko większa niż pole działań fizyki, chemii i biologii. Czy metoda, która przyniosła sukces na tym polu, da się przenieść na całą resztę dziedziny i czy da tam podobny sukces? Część filozofów przyjęła tę hipotezę za pewnik i przystąpiła do pracy. Wynikiem tego jest m.in. koncepcja naukowego światopoglądu. Przyjrzyjmy się temu pojęciu bliżej . Przede wszystkim światopogląd może być zgodny lub niezgodny z nauką, zależnie od tego, czy wchodzące w jego skład wyobrażenia o tych aspektach przyrody, które są przedmiotem badań nauk przyrodniczych, są czy też nie są zgodne z twierdzeniami tych nauk. Dla przykładu weźmy aspekt Wszechświata jako całości, który interesujący jest zarówno dla nauki jak i dla wiary: czy Wszechświat miał 1 191 początek, a jeśli tak, to j a k dawno temu? W XVII wieku arcybiskup James Ussher z Armagh wyliczył na podstawie żmudnych studiów nad Starym i Nowym Testamentem, że stworzenie świata nastąpiło dokładnie w 4004 roku p.n.e., a więc, że Ziemia ma sześć tysięcy lat. Gdyby rachunki Usshera włączyć do światopoglądu chrześcijańskiego, to otrzymalibyśmy rażącą sprzeczność z naukami przyrodni­ czymi, bowiem fizyka jądrowa, astronomia i geologia zgod­ nie oceniają, że wiek Ziemi, a tym samym i Wszechświata, jest milion razy większy. Na odwrót, jeśli zaakceptować, jak czyni · to współczesna myśl chrześcijańska, że struktura i ewolucja Wszechświata są zgodne z przyjętą w kosmologii teorią „gorącego Wszechświata", że życie na Ziemi podlega prawom biologii molekularnej i teorii ewolucji, to otrzy­ mamy światopogląd chrześcijański w pełni zgodny z nauką. Oczywiście, takie kryterium zgodności powoduje, że niemal wszystkie znane nam z historii światopoglądy religijne oraz wierzenia współczesnych ludów afroazjatyckich okazują się niezgodne z nauką. Pozostaje jednak kilka, radykalnie mię­ dzy sobą różniących się światopoglądów, które to kryterium spełniają. Co więcej, światopoglądów zgodnych z nauką można opracować dowolnie dużo, bowiem światopogląd to zbiór elementów (są nimi poglądy i wyobrażenia), z których tylko część podlega weryfikacji przez nauki przyrodnicze, a pozostałe elementy możemy wybrać w zasadzie dowolnie; każdy taki wybór prowadzi do nowego, zgodnego z nauką światopoglądu. „Światopogląd naukowy" jest pojęciem hybrydowym, powstałym przez hybrydyzację dwu pojęć należących do zupełnie różnych sfer pojęciowych. Z krzyżówek takich rodzą się czasami twory bardzo wartościowe, a czasami koszmarne potworki. Przyjrzyjmy się więc obu pojęciom wyjściowym. Historia problemu, czym jest nauka, co jest „naukowe", na czym polega metoda badań naukowych i co jest ich Do zajęcia się nim skłoniła mnie lektura znakomitego dzieła Miłosza, Ziemi Ulro. Jego leitmotivem są dramatyczne zmagania chrześcijanina ze światopoglądem nauko­ wym, przedstawione na przykładzie trzech myślicielireligijnych:Blake'a, Swedenborga i Dostojewskiego. Problem jest wciąż bardzo aktualny i towarzyszy mu często generalne poplątanie pojęć - jaskrawym przykładem takiego zbioru nieporozumień jest artykuł B. Szabuniewicza Wyprawa po światopogląd, „Problemy" nr 5, sierpień 1982. 1 192 dziedziną, to historia ważnej gałęzi (niektórzy uważają ją za najważniejszy kierunek) filozofii X X wieku, która rozwinęła się w samodzielną dziedzinę badań - metodologię nauki, zwaną też czasem dumnie metanauką. Nie sposób ją tu, choćby szkicowo, przedstawić, wymienię zatem dla orienta­ cji jedynie kilka kluczowych punktów. Historię tę rozpo­ czyna Tractatus Logico-Philosophicus Ludwika Wittgensteina, opublikowany w 1921 r. i będący zbiorem radykal­ nych tez na temat metody naukowej, przedmiotu nauki i filozofii. W rok później zagadnienia te podejmuje grupa matematyków, fizyków i filozofów skupionych w tzw. Kole Wiedeńskim wokół Moritza Schlicka; dziełem tej grupy było sformułowanie neopozytywizmu logicznego, który najpeł­ niejszą formę uzyskał w pracach Rudolfa Carnapa. Po 1945 r. neopozytywizm poddany został silnej krytyce, a cały problem gruntownie przeanalizowany od podstaw przez Karla Popperà prowadząc do powstania falsyfikacjonizmu. Cała ta historia okazała się kompletnym zaskoczeniem. Ku zdumieniu wszystkich zainteresowanych nauka, która daje tak precyzyjny opis przyrody, sama niechętnie poddaje się badaniu. Zdefiniowanie metody naukowej, określenie, jakie pojęcia należą do nauki, jakie problemy są naukowe, a jakie są - z punktu widzenia nauki - bezsensowne, okazało się zadaniem bez porównania trudniejszym niż się to począt­ kowo Wittgensteinowi wydawało, zadaniem do dziś nie roz­ wiązanym. Początkowy radykalizm Wittgensteina uległ złagodzeniu w twierdzeniach neopozytywistów. Z kolei falsyfikacjonizm Popperowski podany był w trzech kolejnych, coraz łagodniejszych wersjach, a mimo to wyniki są wciąż negatywne - więcej wiadomo, czym nauka nie jest, niż czym jest. Sytuacja jest skomplikowana, a dodatkowego zamętu narobił reprezentant „anarchizmu metodologicznego", modny w latach sześćdziesiątych filozof, Paul Feyerabend. Jeżeli nauka, w duchu francuskiego Kultu Rozumu, jest bóstwem, to jego „teologia" jest mętna. Jest to jedno z naj­ bardziej zaskakujących, negatywnych odkryć X X wieku. Sytuacja jest złożona tym bardziej, że - zdaniem wielu fizyków - szereg diagnoz metodologii nauki nie jest słusz­ nych. Wygląda na to, że łatwiej jest uprawiać naukę, niż ściśle powiedzieć, co się robi. W każdym razie intuicja uczo­ nych bezbłędnie odróżnia naukę od pseudonauki. 193 Dla naszych celów wystarczy powiedzieć, że w nauce możemy wyróżnić dziedzinę nauki, a więc to co się bada, oraz metodę naukową, czyli jak się bada. Jaki jest zakres dziedziny nauki, tzn. jakie aspekty świata nas otaczającego można badać naukowo - to zagadnienie bardzo sporne. Jedno tylko jest tu pewne - zakres nauki nie może wycho­ dzić poza świat relacji pomiędzy obiektami materialnymi. Natomiast metoda naukowa ma zastosowanie dużo szersze niż tylko do badań naukowych: możemy stosować ją nie tylko w nauce sensu stricto, ale przy dodatkowych warun­ kach umożliwiających racjonalne działania, możemy mówić o naukowym prowadzeniu wojny, naukowym planowaniu napadu na bank, a nawet o naukowym sposobie polowania na siedmiogłowe smoki. We wszystkich tych wypadkach celowość podjęcia działań wynika z przyjęcia odrębnych, pozanaukowych założeń. Dopiero gdy zdecydujemy się na zdążanie do celu, możemy zastanowić się, czy istnieje wio­ dąca do niego droga naukowa. Fakt, że metoda naukowa stosuje się też poza nauką, bywa często mylący - bierzemy bowiem za naukowe te cele, które w rzeczywistości nic wspólnego z nauką nie mają. Cel jest naukowy tylko wtedy, gdy należy do dziedziny nauki; każdy inny cel jest nienaukowy, nawet jeżeli można osiągnąć go stosując metodę naukową. Przejdźmy teraz do światopoglądu. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (tom XI, Warszawa 1968, s. 335) podaje definicję: Zbiór najogólniejszych przekonań dotyczących natury świata, człowieka i społeczeństwa, miejsca człowieka w świecie, sensu jego życia oraz powstałych na gruncie tych przekonań wartościowań i ideałów wyznaczających postawy życiowe ludzi i wytyczających linię ich postępowania ... Sto­ sując popularną terminologię amerykańską możemy powie­ dzieć, że na światopogląd składają się: wiedza know how, czyli nauka i generowana przez nią technologia, określające zakres możliwych działań odniesionych do przyrody, oraz wiedza know what, czyli aksjologiczny zbiór wartości i prze­ konań wyrażających nieempiryczny ład i sens zarówno przyrody jak i człowieka. Oba rodzaje wiedzy wzajemnie na siebie oddziałują, są jednak genetycznie niezależne i każda z nich ewoluuje w dużym stopniu autonomicznie. Nie wiemy, w jakim zakresie przyszły rozwój nauki i technolo- 194 gii wpłynie na zmianę systemu wartości akceptowanych przez ludzkość, ale jedno jest pewne.- wiedza know what jest zasadniczo niewyprowadzalna z twierdzeń nauk empiry­ cznych. Nie trzeba tu prezentować dogłębnych rozważań, wystarczy powołać się na znany każdemu fakt, że system wartości etycznych jest wewnętrznie sprzeczny, tzn. w dąże­ niach do realizacji jednych wartości często wchodzimy w konflikt z innymi wartościami. Wewnętrzna sprzeczność w teorii naukowej oznacza jej śmierć, w aksjologii oznacza dramatyzm losu człowieka. Po raz pierwszy sformułowała to wyraźnie klasyczna tragedia grecka. Skojarzenie światopoglądu z nauką daje zatem twór, który jest zgodny z nauką w sensie wyżej podanym, i w któ­ rym postuluje się, by działania zmierzające do realizacji określonych wartości, były dobierane, o ile to możliwe, według kryteriów racjonalnych (inaczej mówiąc - zmierzać do celu metodą naukową). Zastrzeżenie „o ile to możliwe" jest istotne, bowiem racjonalna droga do celu może w ogóle nie istnieć - chociażby z powodu nieuniknionego konfliktu z innymi wartościami. Tworów takich może być wiele, zarówno religijnych jak i ateistycznych i nasza krzyżówka nie uprzywilejowuje żadnego z nich. Takie rozumienie terminu „światopogląd naukowy" jest mało interesujące ze względu na różnorodność obiektów, które wchodzą w jego zakres. Wiemy, że termin ten jest używany przede wszystkim w znaczeniu odnoszącym się do jednego, ściśle określonego światopoglądu. W Encyklopedii czytamy nieco dalej: Ś. opierający się na prawidłowym uogól­ nieniu dorobku nauk szczegółowych i konstruujący taki obraz świata, dla którego wartość naczelną stanowi zgodność z da­ nymi nauki, nazywa się ś. naukowym. Od razu rzuca się w oczy niezgodność tej definicji z podaną wcześniej ogólną definicji światopoglądu. Jeżeli bowiem każdy światopogląd składa się z wiedzy know what i know how, to postulat zgod­ ności z nauką oznacza tylko tyle, że wiedza know how powinna opierać się na nauce (i technologii), nie zaś na czymś w rodzaju magii, a tym samym nie może to być war­ tość naczelna, lecz tylko jedna z wielu wartości. Niezgodność ta okazuje się jednak bez znaczenia, gdy tylko popatrzymy na pierwszą część definicji. Kluczowe jest tu pojęcie „prawidłowego uogólnienia", znowu będące złą- 195 czeniem dwu różnych pojęć, tym razem jednak należących do tej samej sfery. Każdą teorię naukową można uogólnić na nieskończenie wiele sposobów. Która z uogólnionych teorii jest prawdziwa, decyduje zgodność z eksperymentem i logiczna prostota. Termin „prawidłowy" ma wiele zna­ czeń, w tym przypadku niewątpliwie chodzi o działanie zgodne z określonym algorytmem, prowadzące do jedno­ znacznego wyniku. Ale w takim razie uogólnianie nie może być prawidłowe, bowiem ze swej istoty jest działaniem nie­ skończenie wieloznacznym. Albo coś uogólniamy i wtedy wyniku nie możemy uznać za „prawidłowy" a priori (dopiero eksperyment może potwierdzić prawdziwość wyniku, wtedy jednak określenie „prawidłowy wynik" jest niewłaściwe), albo rozumujemy „prawidłowo", tzn. deduk­ cyjnie i wówczas wynik należy do wyjściowej teorii, a tym samym nie jest żadnym uogólnieniem. „Prawidłowe uogól­ nienie" jako takie jest logicznie wewnętrznie sprzeczne. Cała definicja traci sens. Wątpliwe, by autorzy hasła „światopog­ ląd" oraz redaktorzy naukowi WEP tego nie dostrzegli. Dlaczego więc skierowali do druku tekst ewidentnie fał­ szywy? Czyżby w głębi ducha sami już utracili wiarę w ist­ nienie naukowego światopoglądu? Ominąwszy mielizny Wielkiej Encyklopedii Powszechnej zapytajmy, czy koncepcja jednoznacznego światopoglądu naukowego jest jeszcze do uratowania. Innymi słowy, czy nauka może sugerować konkretny światopogląd. Na pewno nie może czynić tego żadna nauka szczegółowa. Na przykład „światopogląd geograficzny" jest bez sensu, bowiem geogra­ fia nie mówi nam nic o istnieniu gwiazd i atomów, a tym bardziej o istnieniu bytów pozaempirycznych. Czy nato­ miast nauka, jako ogół nauk przyrodniczych, może to uczy­ nić? Jeżeli trzymać się konsekwentnie tego, że dziedziną nauki jest świat materialny, to sprawa jest beznadziejna. Światopogląd „naukowy" nie ma wówczas dużo więcej sensu od „geograficznego". Nauka jest uczepiona materii niczym geografia powierzchni Ziemi i tak jak geografia nie wie nic o istnieniu gwiazd, tak nauka nic nie wie o bytach niematerialnych. Jako ostatnia szansa pozostaje metoda naukowa - czy nie można użyć jej poza dziedziną nauki, w ten sposób, aby pozwoliła nam uzyskać konkretne infor­ macje o świecie niematerialnym? Z początkiem naszego 196 stulecia wydawało się, że można. Mianowicie należy przyjąć regułę wyboru, którą tu dla określoności nazwę „aksjoma­ tem wyboru", za pomocą której z ogromnego zbioru świa­ topoglądów zgodnych z nauką wybrany zostanie (całkowi­ cie jednoznacznie) jeden światopogląd i on właśnie nazwany zostanie naukowym. Aksjomat wyboru dobiera metafizy­ czną część światopoglądu. Ponieważ nauka bada własności świata materialnego, a aksjomat ten ma być związany jakoś z nauką, więc powinien on odrzucać istnienie wszelkich bytów niematerialnych, czyli wykluczać idealizm ontologiczny we wszystkich jego formach: monizmu, dualizmu i plu­ ralizmu. Pozostaje tylko konsekwentny materializm: istnieje tylko materia i wszystko jest jej przejawem. Cała rzeczywistość pozaempiryczna, cała metafizyka w klasy­ cznym tego słowa znaczeniu zostaje zanegowana i usunięta z filozofii i światopoglądu. Metafizyka wybrana przez aks­ jomat wyboru jest zredukowana do twierdzenia: wszystko sprowadza się do materii, która może przyjmować wielką różnorodność form. Pozostają jeszcze do określenia normy zachowań ludzkich i związane z nimi wartości; to już nie przedstawia większych trudności - wystarczy uznać, że pewne postawy i zachowania są społecznie bardziej korzystne od innych, a otrzymamy którąś z wersji huma­ nizmu świeckiego. Jeśli chodzi o sam aksjomat wyboru, to ścisłe jego sformułowanie nie jest nam tu potrzebne, wystar­ czy powiedzieć, że wyraża on pogląd, który można by nazwać skrajnym racjonalizmem ontologicznym i który zawiera się w postulacie negować wszystko, co nie może być obronione przy pomocy argumentów intersubiektywnie komunikowalnych lub eksperymentu naukowego. Tak zdefiniowany światopogląd naukowy podlega kry­ tyce z dwu stron. Po pierwsze, można go propagować szer­ mując autorytetem popierającej go nauki, a l e - j a k pokazały doświadczenia naszego stulecia - jego atrakcyjność szybko maleje. Zaakceptowanie go bowiem jest równoznaczne z amputowaniem człowiekowi całej metafizyki ustanawia­ jącej pozaempiryczny sens ludzkiej egzystencji. Na jej miejsce wstawiona zostaje racjonalistyczna proteza ontologiczna stwierdzająca, że istnienie jednostki ludzkiej jest rów­ nie przypadkowe i bezcelowe jak każdej innej bryły materii. Operacja się udała, pacjent przeżył, tyle że zaczyna się zasta- 197 nawiać, czym właściwie różni się teraz od pszczoły lub termita. Likwidacja metafizyki przynosi chwilową ulgę, lecz p o pewnym czasie problemy egzystencjalne zaczynają dręczyć ze wzmożoną siłą. Drugi zarzut skierowany jest w samo sedno światopog­ lądu naukowego. Czym jest właściwie aksjomat wyboru? Czy jest twierdzeniem, czy też - jak sugeruje nazwa - aksjo­ matem? Zagadnienie to rozstrzygnął wspomniany już Karl Popper. Wykazał on, że aksjomatu wyboru nie można dowieść ani eksperymentalnie (co jest oczywiste), ani też w pełni uzasadnić racjonalnie. Nie jest on więc twierdze­ niem, ale tezą niezależną od nauk empirycznych, czyli aksjo­ matem. Przyjęcie go lub odrzucenie jest zatem aktem wiary, nie zaś krokiem implikowanym przez naukę. Tym samym aksjomat wyboru ma charakter metafizyczny, dlatego też sam sobie przeczy. Likwidując wszelkie byty niedowodliwe aksjomat wyboru likwiduje siebie samego. Skrajny racjona­ lizm (Popper nazywa go niekrytycznym) samounicestwia się wskutek wewnętrznej sprzeczności. Popper podkreśla, że u podstaw każdego światopoglądu, w tym także racjona­ lizmu krytycznego, muszą leżeć pewne niedowodliwe zało­ żenia, przyjmowane j a k o akt wiary. Tego faktu w żaden sposób obejść się nie da. Analizy Popperowskie zadały śmiertelny cios koncepcji światopoglądu naukowego. Usunięty ze świata idei realisty­ cznych, znalazł się w kręgu mitów, jak wiele innych wizji, którymi karmiono ludzkość. L e mythe de la „vision du monde" Q u ' e s t - c e la s c i e n c e et la m é t h o d e s c i e n t i f i q u e a v e c ses résultats? V o i l à les q u e s t i o n s traitées p a r la m é t h o d o logie des sciences, m é t h o d o l o g i e qui est p a r f o i s a p p e l é e aussi la m é t a s c i e n c e . Or, a n a l y s é e p a r la m é t h o d e s c i e n t i f i q u e la d é f i n i t i o n d e la s c i e n c e - d ' a p r è s la G r a n d e E n c y c l o p é d i e U n i v e r s e l l e P o l o n a i s e - se révèle c o n tradictoire. A u c u n e science ne peut s u g g é r e r d e vision du monde scientifiq u e . Si o n rejette, a u n o m d e la science, la m é t a p h y s i q u e , o n n e p e u t trouver qu'un apaisement temporaire; les p r o b l è m e s e x i s t e n t i e l s n e t a r d e n t p a s d e resurgir. K a r l P o p p e r d é m o n tre q u e les q u e s t i o n s liées à la vision du monde définie se f o n d e n t sur les a x i o m e s i n p r o u v a b l e s q u i relèvent d'un a c t e d e foi. L e s a x i o m e s s o n t invérifiables p a r les m é t h o d e s e x p é r i m e n t a les et, p a r c o n s é q u e n t , n e d é p e n d e n t d e s s c i e n c e s e m p i r i q u e s . Leur r e c o n n a i s s a n c e o u r é f u t a t i o n s e f o n d e sur u n e c e r t a i n e foi q u e la s c i e n c e n ' i m p l i que pas. przegląd powszechny 5-6'83 198 Ks. Józef Życiński U źródeł nowożytnej nauki Powstanie nowożytnego przyrodoznawstwa na przełomie XVI i XVII wieku jest faktem, którego konsekwencje są dla kultury zachodniej bardziej doniosłe niż konsekwencje rene­ sansu czy reformacji . Rewolucja naukowa, jaka dokonała się w tym okresie, zadecydowała w dużym stopniu o stylu późniejszych kierunków filozoficznych, wśród których zna­ lazły się także różne wersje mechanicyzmu. Błędem byłoby poszukiwanie jakiegoś jednego czynnika, który doprowa­ dził do tej rewolucji i spowodował zarzucenie paradygmatu fizyki Arystotelesowskiej podtrzymywanego przez prawie 20 wieków. O odejściu od koncepcji uświęconych przez czas i autorytety zadecydowały bardzo różne czynniki. Nic bez znaczenia był ogólny klimat, w którym zaczęto traktować poważnie możliwość negacji tez uważanych wcześniej za pewniki oraz zaczęto dopuszczać możliwość budowania nauki od nowych fundamentów. Klimat ten tworzony był w dużym stopniu także przez osoby mające niewiele wspól­ nego z nauką - przez wagabundów - marzycieli w stylu Giordano Bruno czy „malowniczych krzykaczy" podob­ nych do Paracelsusa. To właśnie Paracelsus łączący wiarę w magiczny archeus z zalążkami metodologii empiryzmu krytykował tradycyjne autorytety głosząc: Każdy włosek na mojej głowie ma większą wiedzę niż wy i wszyscy wasi pis­ macy. Moje spinki do butów są bardziej uczone niż wasz Galen czy Avicenna. Moja broda ma większe doświadczenie niż wasi wszyscy wysoko notowani znajomi . Podobne wystąpienia mogły ułatwiać wyzwolenie z kon­ serwatyzmu myślowego. Oratorskie deklaracje i argumenty ad hominem nie były jednak w stanie dać podstaw dla nowego paradygmatu. W złożonym i długotrwałym proce­ sie konstruowania tych podstaw należy odnotować przede wszystkim dwa istotne elementy: kształtowanie się nowej metodologii przyrodoznawstwa oraz będące jej następ­ stwem zainicjowanie przez Galileusza nowożytnej mecha­ niki. 1 2 3 199 W poszukiwaniu nowej metody Tak jak współcześnie naturalnym zjawiskiem jest wpro­ wadzanie do różnych dziedzin języka cybernetyki, mówienie o czarnych skrzynkach, programowaniu czy hardware, podobnie na przełomie XVI i XVII wieku oznaką nowego stylu stały się próby stosowania w różnych dziedzinach języka mechaniki. Ich wynikiem były liczne metafory, w których szczególnie często powtarzały się terminy „maszyna" i „mechanik". W „Mechanice Arystotelesowskiej ... ilustrowanej przykładami" Henricus Monantholius pisał w 1599 r.: Świat jest maszyną, Bóg mechanikiem, czło­ wiek jako obraz Boży jest również mechanikiem tylko innego typu. Nowa metaforyka przyjmowana była z dużymi oporami, ponieważ za wznioślejsze i poprawniejsze uważano porów­ nania wszechświata do żywego organizmu. Nie było jasne, czy za kryterium wzniosłości należy przyjąć długość tradycji sięgającej do Arystotelesa, czy też konsekwencje antropolo­ giczne, w których akcentowana była wyjątkowa rola czło­ wieka w organizmie świata. Kontrowersyjna była też kwestia, czy wzniosłość musi zawsze towarzyszyć prawdzi­ wości. W każdym razie u wielu autorów tego okresu wido­ czny jest brak zdecydowania, czy opowiedzieć się za nową koncepcją wszechświata-maszyny, czy też za tradycyjnym modelem wszechświata-organizmu. Sam J. Kepler zmieniał na ten temat poglądy przynajmniej cztery razy. Najpierw przyjmował on model organizmalny. W 1605 r. zaczął roz­ wijać analogie między wszechświatem a zegarem i porów­ nywać Boga do zegarmistrza. W 14 lat później wrócił do dawnych idei, pisząc o duszach planet i o oddechu Ziemi, by w 1621 r. podjąć znowu koncepcje mechanistyczne. Podobne wątpliwości przeżywało wielu innych myślicieli, którzy starali się uzasadnić racjonalnie swą wizję świata, a nie przyjmować jej jako artykułu wiary. Tylko w upro­ szczonych rekonstrukcjach historiograficznych konflikt Por. opinię H. Butterfielda, iż doniosłość rewolucji naukowej sprowadza „the Renaissance and Reformation to the rank of merc cpizodes". The Origin of Modern Sciences, New York 1952, VIII. • · R.A. Hall, Rewolucja naukowa. 1500-1800, Warszawa 1966, 97. ' Paraceliuł, Selectcd Writings, ed. J.Jacobi, London 1931, 79. 1 200 między organizmalną i mechanistyczną koncepcją wszech­ świata opisywany jest przy pomocy czarno-białych schema­ tów, według których spekulatywne elementy tradycyjnego ujęcia zastąpione zostały przez obserwacyjne tezy nowej fizyki. . Tymczasem obiektywne rozstrzygnięcie, która z opozycyjnych interpretacji miała większe walory eksplanatywne, spójność wewnętrzną i potwierdzenia obserwa­ cyjne, wcale nie było łatwe w kontekście fizyki początków XVII wieku, nawet gdyby przy ocenach stosować współ­ czesne kryteria racjonalności i warunki testowania. W eks­ perymentach ze spadającymi kulami Galileusz wprowadzał tak mocne idealizacje i w tak niewielkim stopniu uwzględ­ niał wpływ warunków początkowych na przebieg ruchu, że nie można było stwierdzić definitywnie, iż jego interpretacja jest w wyższym stopniu potwierdzana empirycznie niż Arystotelesowska teoria ruchu. Wprawdzie we współczesnej fizyce formułowane są także idealizujące prawa mechaniki dla ciał o rozmiarach punktowych, poruszających się bez tarcia, doskonale sztywnych, e t c ; prawa te są jednak urealistyczniane przez uwzględnienie wpływu rzeczywistych warunków. Tymczasem Galileusza bardziej fascynowały związki matematyczne niż realia, przez co utrudnione było uzyskanie empirycznych potwierdzeń jego teorii. Organizmalną koncepcja Arystotelesa miała przewagę nad ujęciami nowej fizyki, gdy brało się pod uwagę spójność i całościowość ukazywanej wizji świata, zakres tłumaczo­ nych zjawisk oraz formalne piękno teorii będące następ­ stwem respektowania ścisłych związków dedukcyjnych pomiędzy poszczególnymi twierdzeniami. Wszechświat ukazywany przez arystotelików był wszechświatem harmo­ nii wynikającej z hierarchii struktur. Wyakcentowana była w nim wyjątkowa rola człowieka z racji centralnej pozycji nieruchomej Ziemi. W podksiężycowych rejonach bliskich Ziemi obowiązywała mechanika odmienna od mechaniki nadksiężycowego nieba. Naturalnym ruchem w świecie podksiężycowym był ruch prostolinijny. Dlatego też ciała złożone z prymitywnej, ciężkiej materii spadały prostolinij­ nie w kierunku centrum świata - na powierzchnię Ziemi. Ciała subtelne, jak płomień ognia, wznosiły się ku górze w stronę nadksiężycowego świata złożonego z subtelnej 201 substancji eterycznej. W świecie nadksiężycowym natural­ nym doskonałym ruchem był ruch po okręgu, zaś natural­ nym kształtem ciał w tych rejonach była sfera. Syntetyczne ujęcie wiedzy o ruchu sfer niebieskich przed­ stawione było w opublikowanej w 1503 r. pracy Grzegorza Reischa „Margarita philosophica". Ten odpowiednik współczesnych encyklopedii przyrodniczych, już w tytule zwany perłą, przedstawiał strukturę wszechświata złożo­ nego z 11 współśrodkowych sfer. Na zewnątrz od strefy księżycowej znajdowały się kolejno: sfera Księżyca, Merku­ rego, Wenus, i Słońca, Marsa, Jowisza, Saturna, strefa gwiazd stałych, strefa primum mobile poruszającego cały system w ciągu 24 godzin oraz strefa nieba empiryjskiego siedziby Boga i wszystkich wybranych. Wyrazem kosmicznego ładu było m.in. to, że każde ciało miało w nim określone miejsce naturalne i w swym ruchu dążyło do zajęcia tego miejsca. Swoista harmonia interpre­ tacyjna uzewnętrzniała się także w tym, iż dla poszczegól­ nych procesów i zdarzeń można było określać nie tylko związki przyczynowe, lecz także celowościowe. Właśnie ta teleologia związana integralnie z perypatetycką kosmologią sprawiała, iż średniowieczni myśliciele w swych refleksjach nad strukturą świata nie przeżywali pesymistycznych napięć J. Monoda. Człowiek nie był dla nich, jak dla autora „Le hasard et la nécessité" dzieckiem przypadku, nie chcianym produktem ewolucji przeżywającym w pustce kosmosu gorycz swej egzystencji. Wszechświat nie był bowiem obcą milczącą przestrzenią działającą na zasadzie ruletki z Monte Carlo, lecz był światem harmonii i celowości objawiającej racjonalność Stwórcy. Wyrazem przekonań o ścisłych racjonalnych związkach istniejących między zjawiskami z różnych poziomów świata było preferowanie rozumowania dedukcyjnego przy roz­ wiązywaniu problemów ówczesnej fizyki. Ścisłe determini­ styczne związki charakterystyczne dla systemów mechanistycznych były w okresie XIII-XVI wieku nieodłącznym elementem interpretacji opozycyjnych w stosunku do mechanicyzmu. Pankosmiczna konieczność zespalała w jed­ nym ciągu zdarzeń działania Boga, ruch niebios oraz pro­ cesy obserwowane przez ziemskich fizyków. Tak jak dziś 202 teoria kwarków czy unitarna teoria pola wywołuje zasadni­ cze polemiki, podobnie w wieku XIII szeroko dyskutowaną kwestią było pytanie, czy drewno paliłoby się, gdyby niebo było nieruchome. Zwolennicy liberalniejszej interpretacji, w której związki przyczynowe nie posiadały absolutnej konieczności, musieli odwoływać się aż do argumentów teologicznych, by uzasadnić możliwość spalania przy nieru­ chomym niebie. Jan Buridan i Mikołaj z Oresme w drugiej połowie XIV wieku argumentowali, że akt stwórczy Boga był aktem wolnym i dlatego też Bóg mógłby stworzyć świat z innymi prawami przyrody, w którym ogień spalałby drewno, nawet gdyby niebo było nieruchome, albo gdyby nie istniały żadne ciała niebieskie . O tym, że nie dla wszystkich wyjaśnienie to było jedna­ kowo oczywiste świadczą ocalałe teksty awerroistów, w których wypowiedzi o wolności stwórczej Boga przyjmo­ wane są z podobnym krytycyzmem, jak przypuszczenia, ż e Bóg mógłby stworzyć kwadratowe koło łub część większą od całości. W interpretacjach tych Bóg - będąc Bogiem logosu i racjonalności - musiał w akcie stwórczym respek­ tować kardynalne warunki racjonalności. Dlatego też nie mógł On stworzyć próżni, nadać ciałom niebieskim innego ruchu niż obrotowy, dopuścić, by istniały systemy plane­ tarne o własnościach odmiennych niż obserwowane. Podobne tezy były swoistym mechanicyzmem a rebours. Podporządkowywały one w istocie Boga prawom mecha­ niki i czyniły ze swoiście pojętej racjonalności elementarną, podstawową zasadę wszechświata. Właśnie przez to nie­ ograniczone ekstrapolowanie koniecznych związków w ściś­ le zdeterminowanym wszechświecie były one pokrewne mechanicyzmowi pod względem formalnym. Zasadnicze różnice objawiały natomiast przy podstawowych założe­ niach. Podczas gdy zwolennicy mechanistycznej koncepcji wszechświata stosować będą drogę wstępującą ekstrapolując na nieznane rejony kosmosu prawidłowości odkryte w warunkach ziemskich, przedstawiciele filozofii organizmalnej usiłowali interpretować zjawiska ziemskie w świetle założeń dotyczących mechaniki nieba. Nie znaczy to, by genezę nowożytnej mechaniki należało łączyć z metodolo­ gią indukcjonizmu czy empiryzmu. Współtwórca tej mecha4 203 niki, René Descartes, będzie wszak wzorcowym przedstawi­ cielem dedukcyjno-racjonalistycznego nurtu w filozofii. Ani u Galileusza, ani u Newtona nie widać idei zbieżnych z empiryzmem Bacona czy Hume'a. Określenie metody sto­ sowanej przez Galileusza i ustalenie jej filozoficznych inspi­ racji jeszcze obecnie sprawia wiele trudności historykom nauki. Sam autor „Dialogu" najbardziej pochlebnie odnosi się do Archimedesa chwaląc jego syntezę matematyki i eks­ perymentu. Styl Arystotelesowski był natomiast dla niego synonimem nieuctwa połączonego z pewnością siebie. Ocena ta inspirowana była jednak przez kontakty z XVIwiecznymi arystotelikami, nie zaś przez refleksje nad auten­ tyczną myślą Stagiryty. Dlatego też w analitycznych opracowaniach metodologii Galileusza wśród jego filozofi­ cznych inspiratorów wymieniani są m.in. Arystoteles, Pla­ ton, Pitagoras a nawet Plotyn . Są to więc autorzy, których trudno uważać za bliskich empiryzmowi. Podobnie odległe od metodologii empiryzmu były Galileuszowskie dążenia do wykorzystania matematyki w opisie zjawisk przyrodni­ czych oraz stosowana przez niego często metoda abstrakcji i idealizacji wyzwalającej z niewoli konkretów obserwowa­ nych w przyrodzie. Następstwem stosowania idealizacji i wprowadzania niefizycznych założeń była m.in. idea ruchu wolnego od oporu powietrza. Ruch taki uważany był przez XVII-wiecznych empirystów na czystą spekulację, a jednak jego wprowadzenie do teoretycznych analiz stanowiło pod­ stawowy krok w kierunku wypracowania zasady inercji. Genezy nowożytnej mechaniki oraz przyczyn zarzucenia organizmalnej koncepcji świata nie można wytłumaczyć przez odwołanie się do jednej wspaniałej metody czy do nowych rewolucyjnych założeń filozoficznych. Proces ten był procesem długotrwałym a jego inspiracje filozoficzne i metodologiczne są wybitnie zróżnicowane. Wśród bada­ czy, którzy wnieśli wkład do zarzucenia tradycyjnych sche­ matów, znajdowali się przedstawiciele bardzo odległych kierunków interpretacyjnych działający na kilka wieków przed Galileuszem. Dla intelektualnego klimatu, w którym 5 Zob. R.Hooykaas, Science and Theology in the Middle Ages, .Free Univ. Quar­ terly", 3 (1954) 77-163. Per. E. W. Strong, The relationship between metaphysics and scientific method in Galileo's work, w: Galileo. Man of Science, ed. E. Mc Mullin, New York 1967,352-364, 4 5 204 powstawała nowożytna fizyka, ważnym składnikiem była atmosfera krytycyzmu metodologicznego znajdującego wyraz w sposobach prowadzenia dysput filozoficznych. J u ż Abelard, Jan z Salisbury czy Robert z Sorbony działali w klimacie, w którym „przeżuwanie w zębach dysputy" uważano za konieczny warunek głębszego zrozumienia problemów, zaś kwestionowanie twierdzeń uważanych tra­ dycyjnie za niekwestionowalne uważano za pozytywną oznakę uprawiania we właściwym stylu refleksji filozofi­ cznej. To wątpienie metodyczne i duch krytycyzmu będący ważnym elementem składowym współczesnej nauki wywo­ dzą się więc z XIII-wiecznej scholastyki. 6 O zakresie i formie tego krytycyzmu świadczyć może wypowiedź zmarłego w 1180 r. Jana z Salisbury. Podkreślał on, że w okresie ostatniego półwiecza filozofowie zużyli więcej energii na badanie kwestii uniwersaliów (powszechników) aniżeli przywódcy starożytnego Rzymu na stworzenie imperium. Wypowiedź ta świadczy o intelektualnym klima­ cie późnego średniowiecza, w którym teoretyczne kwestie urastały do rangi podstawowych zagadnień dyskutowanych z pasją w różnych ośrodkach badawczych. Następstwem tego klimatu był krytycyzm wobec prób dogmatycznego uprawiania filozofii cytującej autorytety na zasadzie: magi­ ster dixit: Krytycyzm ten doprowadził m.in. do zakwestio­ nowania Arystotelesowskiej koncepcji ruchu przez Jana Buridana, Mikołaja z Oresme czy filozofów z Oxfordu. Ich sceptycyzm w stosunku do tezy głoszącej, iż prędkość spa­ dania ciał jest proporcjonalna do ich ciężaru zostanie udo­ kumentowany empirycznie dopiero W ponad dwa wieki później przez Galileusza. By jednak było możliwe przepro­ wadzenie obserwacji, trzeba było znów zmienić atmosferę intelektualną i obok twierdzeń uzasadnianych na drodze rozumowania dedukcyjnego dowartościować dane pocho­ dzące z bezpośrednich obserwacji przyrody. Dowartościo­ wanie to zaczynało powoli znajdować wyraz nie tylko w refleksjach nad Arystotelesowską fizyką. Znamiennej próbki stylu świadczącego o roli obserwacji w swoistej teo­ logii przyrody dostarczają pochodzące z pierwszej połowy XVI wieku „Ćwiczenia duchowe" św. Ignacego Loyoli. W punktach 2 i 3 rozważań 4 tygodnia znajdują się w nich 205 medytacje o Bogu działającym w stworzeniach - w pier­ wiastkach, którym daje byt, w roślinach otrzymujących wzrost, w zwierzętach posiadających wrażenia, w ludziach obdarzonych zrozumieniem. To nastawienie na refleksyjno-teoretyczną kontemplację przyrody jest oznaką zmian w stylu myślowym Zachodu. Kiedy pięć wieków wcześniej, 4 lipca 1054 r., miał miejsce wybuch supernowej w mgławicy Kraba, jego świadkami byli jedynie przedstawiciele myśli Wschodu - astronomowie Chin i Korei. W myśli Zachodu dominowały wówczas inne zainteresowania. Prawdą jest, że w kulturze zachodniej astronomowie na długo przed Loyolą interesowali się ukła­ dami ciał niebieskich. Ich zainteresowania miały jednak z zasady charakter praktyczno-rzemieślniczy, gdyż miały doprowadzić do sformułowania horoskopów. Zarówno dla Keplera, jak i dla Galileusza stawianie horoskopów było jednym ze źródeł utrzymania, zaś o papieżu Pawle III, któ­ remu Kopernik dedykował „De revolutionibus" krążyły opinie, iż nigdy nie zwoływał konsystorza nie mając pew­ ności co do pomyślnego układu planet. W sytuacji, gdy obserwacje służyły do rozważań astrolo­ gom, zaś fizykalne autorytety uzasadniały swe tezy deduk­ cyjnie, próby rewizji założeń metodologicznych były uważane za obrazoburczą skłonność, której nie należy trak­ tować poważnie. Próby te były trudne do przeprowadzenia, także z tej racji, iż astrologię uważano za dyscyplinę uzasad­ nioną w tak wysokim stopniu, że zgodność z jej twierdze­ niami uznawano za ważniejszy element niż zgodność z wynikami obserwacji. Dlatego też Mikołaj z Oresme broniąc kopemikańskiej tezy o ruchomej Ziemi - wykazy­ wał, iż nie można twierdzić, jakoby istnienie ruchu Ziemi musiało prowadzić do totalnego zarzucenia astrologii. Moż­ liwa jest bowiem sytuacja, w której Ziemia byłaby ruchoma, a mimo to prawdziwe pozostawałyby oszacowania astrolo­ giczne uwzględniające tylko wzajemne relacje między obiek­ tami niebieskimi z pominięciem kwestii, które z tych obiektów znajdują się w ruchu . Nietypowy charakter refleksji metametodologicznych w okresie powstawania nauki nowożytnej uzewnętrzniał się 7 ' Por. L. Olschki, The Genius oflialy, New York 1949, 380. ' Zob. R. A. Hall, Rewolucja naukowa, 79 n. 206 także w tym, iż konieczność dowartościowania danych empirycznych uzasadniano często racjami estetyczno-teologicznymi. I tak np. w keplerowskiej krytyce organizmalnej koncepcji świata łączyła się w spójną całość mechanistyczna wizja świata jako zbioru układów fizycznych 0 określonych prawach ruchu, odzwierciedlających harmo­ nię matematyczną, określoną przez Boga i objawiającą Boga porządku*. Założenia te decydowały o Keplerowskiej epistemologii 1 metodologii, według której ludzkie zdolności poznawcze miały być dostosowane przez Boga do opisu przyrody w ję­ zyku matematyki. Bowiem tak, jak oko jest stworzone dla ujmowania koloru a ucho dźwięków, podobnie umysł ludzki nie jest usposobiony do percepcji dowolnych bytów, lecz do percepcji ilości. Ujmuje on rzeczy tym ściślej, im bardziej przybliża się do czystej ilości jako do ich źródła . Dla mistycyzującej astronomii Keplera, w której obser­ wacyjne studium przyrody miało uwarunkowania teologi­ czne, filozoficznym mistrzem nie mógł być żaden z empirystów, lecz Platon ze swą koncepcją Boga, który zawsze geometryzuje . Na przekór występującym u Gali­ leusza unitarnym tendencjom do zjednoczenia mechaniki nieba i ziemi, Kepler akcentuje mocno różnorodność har­ monii odkrywanych w kosmosie. Pierwszy typ harmonii poznawany jest za pośrednictwem zmysłów - n p . w muzyce, drugi typ - „czystych" harmonii - określany w matematyce. Doświadczenie harmonii możliwe jest dzięki wewnętrznym archetypom, jakie istnieją w duszach ludzkich zależnych ontycznie od Absolutnej Harmonii istniejącej w Bogu. W ujęciu Keplerowskim miejsce racjonalności akcento­ wanej przez awerroistów zajęła harmonia przejawiająca się na różnych poziomach ontycznych. Odejście od fizyki Ary­ stotelesa uzewnętrzniało się także w tym ujęciu w zmianie słownika. Zamiast o „duszy napędowej" (anima matrix) autor „Mysterium Cosmographicum" pisał w sposób bliż­ szy współczesnym fizykom o sile napędowej (vis motrix) . Zmianę tę trudno jednak uważać za antycypację nowej mechaniki, gdyż treść nowego terminu była równie niejasna i metafizyczna, jak treść wielu terminów dynamiki arystotelesowskiej. Sam Galileusz w „De motu locali" odwoływał 9 10 n 207 się także do pojęcia siły, ale rozumiał je niejednoznacznie. W „Discorsi" „siła" oznacza w pewnych partiach potencjalność, w innych gwałtowne działanie; w „Dialogu" termin ten nie pojawia się wcale. Ukazane wymieszanie elementów empirii i mistyki, mate­ matyki, astrologii i metafizyki wymownie świadczy o tym, jak bardzo skomplikowana była geneza metodologii nowo­ żytnego przyrodoznawstwa. Krzyżówki epistomologiczne występują wyraziście w stylu argumentacji Keplera, kiedy próbuje on uzasadniać ontyczne uwarunkowania trójwy­ miarowej przestrzeni odwołując się do Trójcy świętej jako do podstawowej racji tłumaczącej. Podobną metodologią kierował się w „De revolutionibus" M. Kopernik szukając racji tłumaczących ruch Ziemi. Zamiast do teologii sięgał on jednak do filozofii Arystotelesa i argumentował, że Ziemia jest obiektem kulistym, zaś wszystkie obiekty tego typu muszą obracać się po kole, gdyż istnieje odpowiedniość między kształtem obiektu a torem jego ruchu. Nie zawsze jednak łączenie teorii heliocentrycznej z fizyką arystotelesowską było możliwe bez modyfikowania tej ostatniej. Modyfikacje takie miały miejsce, gdy np. Kopernik przypi­ sywał ciężkość czy spoistość wszystkim ciałom kulistym ekstrapolując pioniersko własności Ziemi na świat nadksiężycowy. To śmiałe uogólnienie będące pierwszym krokiem w stronę mechaniki, którą sformułuje Newton, równowa­ żone było u Kopernika wtrętami, w których poezja łączyła się z filozofią Pitagorejczyków.' Autor „De revolutionibus" pisał w nich: W samym środku wszystkiego rezyduje Słońce. Któż bowiem umieściłby tę lampę w innym czy w lepszym miejscu tej najpiękniejszej świątyni, miejscu różnym od tego, w którym może ono w jednym czasie oświetlać całość. Słusz­ nie niektórzy zwą Słońce światłem, duszą lub władcą świata. Faktycznie, jak gdyby siedząc na tronie rządzi ono obracającą się rodziną planet. To, że Galileuszowi udało się uniknąć zarówno Scylli fizyki arystotelesowskiej, jak i Charybdy fizyki poetyzującej nie jest wynikiem zastosowania jedynej słusznej metody, « Por. G . Holton, Thematic Origins of Scientific Though, Harvard 1973, 86. • List do MSstlina z 19 IV 1597 r. Cyt. za G . Holton, Thematic 84. Por. też J. Kepler, Harmonice Mundi, księga 3 i 4 . " C . Gilligsie, The Edge of Objectivity, Pritjeetoa 1970, 4 4 . 18 208 lecz jest wypadkową kilku połączonych szczęśliwie elemen­ tów, które ściślejszą postać znalazły w późniejszym para­ dygmacie naukowym. Wśród elementów tych należy wyliczyć ekonomię interpretacji stosowaną przez myśliciela z Pizy i przejawiającą się w unikaniu poetycko-wizjonerskich komentarzy. Drugim ważnym czynnikiem jest kryty­ cyzm metodyczny i odwaga intelektualna prowadząca do kwestionowania tez uważanych za fundamentalne. Pozy­ tywnym trzecim elementem było przedstawienie w języku matematyki nowych założeń teoretycznych posiadających potwierdzenia obserwacyjne. Last, but not kast trzeba wreszcie wymienić swoisty minimalizm czy pozytywizm poznawczy Galileusza wyrażający się w tym, że zamiast szukać wszechtlumaczącej teorii, która wyjaśniałaby zarówno struktury wszechświata jako całości, jak i lokalne ziemskie zjawiska, zajął się on gruntowną interpretacją nie­ wielkiego zbioru relatywnie dobrze zbadanych zjawisk. Zamiast poszukiwać ostatecznych odpowiedzi na pyta­ nie, dlaczego ciała poruszają się, Galileusz ograniczył się do skromniejszego opisu, który ukazywał, jak ciała poruszają się. I ta właśnie rezygnacja z ambitnych założeń poprzedni­ ków, skromniejsze, lecz bardziej poprawne sformułowanie pytania, okazało się najtrafniejsze metodologicznie na tam­ tym etapie rozwoju przyrodoznawstwa. Jej następstwem była rewolucja naukowa zapoczątkowująca etap nauki nowożytnej. Powstanie nowej mechaniki Przeobrażenia, jakie zaszły w kulturze umysłowej Zachodu, znalazły wyraz także w tym, że wybuch superno­ wej w 1572 r. nie stanowił już przedmiotu refleksji tylko dla astronomów chińskich. Tycho de Brahe nie tylko odnoto­ wał fakt ukazania się nowej gwiadzy w dniu 11 XI 1572 r., ale problematyce tej poświęcił 52-stronicową pracę „De stella nova" badającą wielorakie - także i astrologiczne aspekty tajemniczego zjawiska. Podobne zjawisko zaobser­ wował 30 IX 1605 r. J. Kepler. Problemem do wyjaśnienia pozostawała więc kwestia, dlaczego gwiazdy te nie były widoczne dawniej? W fizyce arystotelesowskiej nie można 209 było przyjąć twierdzenia o ewolucji gwiazd, gdyż gwiazdy miały należeć do świata nadksiężycowego, w którym nie zachodziły zmiany. Sam Tycho nie chciał przyjąć hipotezy, by nowo odkryty obiekt należał do świata podksiężycowego. Zachowywał on jednak rozwagę i umiar w interpre­ tacji nieortodoksyjnych danych, podkreślając iż o nowych sensacyjnych zjawiskach częściej informują nieuczeni wieś­ niacy niż profesjonalni przedstawiciele nauki . Znacznie mniejszą powściągliwość okazał Galileusz, który do zestawu danych niezgodnych z tradycyjną fizyką dołączył wyniki swych obserwacji prowadzonych przy zastosowaniu teleskopu. Wynikało z nich, że na Słońcu ist­ nieją plamy, powierzchnia Księżyca nie jest idealną sferą, lecz przypomina swą strukturą powierzchnię Ziemi, nato­ miast księżyce posiada nie tylko Ziemia, lecz także i Jowisz. Twierdzeń Galileusza nie rozpatrywano bynajmniej w pers­ pektywach konfliktu fizyki eksperymentalnej z fizyką spekulatywną. Przeciwnie, to właśnie obrazoburcze poglądy uznano za nieuzasadnione empirycznie, kwestionując wia­ rygodność teleskopu. Zakwestionowanie to uzasadniano zarówno fizykalnie, jak i filozoficznie. Fizykalnie z tej racji, że optyka znajdowała się wówczas w zalążkowym stadium rozwoju, filozoficznie dlatego, te wątpliwą wartość mają wyniki uzyskane za pośrednictwem tylko jednego ze zmys­ łów - zmysłu wzroku. Rozwijając przypuszczenia, iż tele­ skop może produkować deformacje doskonałego świata, podobnie jak zwykłe wklęsłe lustro zniekształca twarz czło­ wieka, można było bronić przed falsyfikacją podstawowe tezy tradycyjnej fizyki. O załamaniu się podobnej linii obrony zadecydowały przede wszystkim sukcesy nowej mechaniki rozwijanej przez Galileusza. W tradycyjnej dynamice ciał przyjmowano rozróżnienie między ruchem naturalnym i ruchem wymuszonym. Ten drugi nie był związany z dążeniem ciał do ich naturalnych miejsc, lecz był następstwem „przypadłościowego" występo­ wania zewnętrznej siły, która oddziaływając na środowisko, w jakim zachodził ruch, nadawała tzw. impetus poruszają­ cym się obiektom. To dzięki impetowi strzała mogła unosić się przez pewien czas w powietrzu po nadaniu jej ruchu 12 " T. Brahe, Astronomiae instauratae progymnasmala, księga II, 3. 210 przez napiętą cięciwę. Środowisko miało, według tej teorii, spełniać podwójną funkcję: przedłużać trwanie ruchu dzięki ładunkowi impetu oraz stawiać opór prowadzący do zatrzy­ mania ciała. Dlatego też, gdyby nie występował opór środo­ wiska, np. w próżni, ciała mogłyby osiągać nieskończoną prędkość. Od czasów Arystotelesa powszechnie wiedziano jednak, że próżnia nie istnieje. Wypracowana w okresie średniowiecza teoria impetu była bliska mechanice nowożytnej o tyle, że usiłowała tłu­ maczyć zjawiska w przyrodzie odwołując się tylko do mate­ rii i jej ruchu. Dla średniowiecznych arystotelików była ona natomiast wygodna z tej racji, że upraszczała kwestie zwią­ zane z ruchem sfer niebieskich. Skoro bowiem gładkie sfery pozbawione były tarcia i oporu, mogły one poruszać się w nieskończoność albo przez czas określony przez Boga, nie wymagając stałego środka ruchu. Teoria impetu posiadała także pewne implikacje obserwacyjne. Już w czasach Alberta Wielkiego szeroko dyskutowanym problemem było np. pytanie o przyczynę wzrostu prędkości ciał spadających na ziemię. W tradycyjnych interpretacjach przyjmowano, że o wzroście prędkości spadających obiektów decyduje tzw. conatus - oddziaływanie związane z dążeniem ciała do swego naturalnego miejsca na ziemi. Gdyby wyeliminować conatus - utrzymywali XIII-wieczni zwolennicy metod idealizacyjnych - ciała kierowane wyłącznie przez impetus spa­ dałyby na ziemię z prędkością jednostajną. Podobne spekulacje mogły uchronić teorię na pewien okres przed falsyfikacją, ale nie mogły doprowadzić do adekwatnej cha­ rakterystyki związków miedzy czasem ruchu, prędkością i przyspieszeniem. Wprawdzie w 1555 r. Dominik z Soto podjął zagadnienie ruchu .jednostajnie niejednostajnego", charakterystycznego dla swobodnie spadających ciał, ale teoretyczne uzależnienie od założeń teorii impetu uniemoż­ liwiło mu dojście do ważniejszych, godnych uwagi odkryć. Zadanie to udało się dopiero Galileuszowi, który najpierw zdefiniował ruch jednostajny i określił jego własności, następnie zaś przeszedł do analiz ruchu przyspieszonego. Jego obserwacje dotyczące ruchu wahadła, spadających ciał czy kul staczających się po równi pochyłej doprowadziły do zakwestionowania podstawowego aksjomatu ówczesnej 211 fizyki, który głosił, że ciała spadają z prędkością wprost proporcjonalną do ich ciężaru. Pogląd ten bazował na zdro­ worozsądkowych obserwacjach wskazujących, że pierze i wełna spadają na ziemię wolniej niż ołowiana kulka lub kamień. W interpretacjach takich nie brano pod uwagę róż­ nic w oporze stawianym spadającym przedmiotom przez powietrze; jedynie nieliczni autorzy utrzymywali za Mikoła­ jem z Oresme, że prędkość zależy nie od ciężaru, ale od relacji między ciężarem ciała a pokonywanym oporem śro­ dowiska. Polemizując z dogmatyczną tezą Galileusz ironi­ zował, iż w czasie, w którym stukilogramowa kula armatnia przebędzie 100 stóp, kula jednokilogramowa powinna przebyć tylko odległość jednej stopy. Nie dysponu­ jąc technicznymi możliwościami wykazania, iż w próżni wszystkie ciała spadają z jednakową prędkością, uzasadniał on nową dynamikę przez odwołanie do obserwacji wahadło­ wego ruchu ciężarków o różnych masach zawieszonych na nitkach jednakowej długości. Ruch tych ciężarków można traktować jako spowolnione spadanie swobodne, w którym tarcie powietrza jest nieistotne dla badanych aspektów, gdyż nie wpływa ono na długość okresu wychyleń wahadła. Czas wahań zmierzony z dużą dokładnością, jak na techniki pomiarowe XVI wieku był identyczny dla wahadeł o identy­ cznej długości. Aksjomat dynamiki bronionej przez 20 wie­ ków okazał się niemożliwy do pogodzenia z prostym faktem ruchu prozaicznych ciężarków. Drugim ważnym odkryciem w dynamice Galileusza było ustalenie związku między czasem spadania a drogą przebytą przez spadające swobodnie ciała. Z racji trudności z do­ kładnym pomiarem czasu autor „Dialogu" zastąpił spadek swobodny przez swobodne staczanie się kulki po lekko nachylonej desce nakrytej gładkim pergaminem. Obserwa­ cje te prowadziły do wniosku, iż odległość przebyta przez kulkę jest wprost proporcjonalna do kwadratu czasu spada­ nia. Wniosek ten umożliwił z kolei sformułowanie tezy, iż wszystkie ciała spadają ze stałym przyspieszeniem, która to teza znajduje później rozwinięcie w II zasadzie dynamiki Newtona. Miejsce metafizycznej teorii ruchu, w której - w świecie podksiężycowym - spoczynek był stanem naturalnym 212 a ruch wymagał wyjaśnienia, zajęła nowa teoria odwołująca się d o języka matematyki i d o pojęcia przyspieszenia przy wyróżnianiu nowych typów m c h u . W teorii tej jedynie przejście z ruchu w spoczynek lub ze spoczynku w ruch wymagało wyjaśnienia. Pachnące metafizyką pojęcie impetu okazało się zarówno zbędne, jak i niemożliwe d o dalszego utrzymywania. Rozważania o ciałach absolutnie lekkich czy o przypadłościowych własnościach ruchów wymuszonych stały się interesujące jedynie dla historyków nauki. Po zakwestionowaniu podstawowych aksjomatów trady­ cyjnej fizyki Galileusz nie cofnął się przed krytyką dogma­ tów tradycyjnej astronomii. Wyrazem jego ekstrapolacyjnej odwagi było twierdzenie, iż w ruchu planet obowiązują te same prawidłowości, które na Ziemi obserwowane są przy spadku kulki po równi pochyłej. W pierwszych partiach „Dialogu" zakwestionowane zostały jako bezpodstawne tradycyjne przeciwstawienia mechaniki ziemi i mechaniki niebios. Po zaprzeczeniu jakoby ruch kołowy był wyłącznym udziałem ciał niebieskich (...) trzeba nieuchronnie przyjąć wniosek, te cecha powstawalności i niepowstawalności, zmienności i niezmienności (...) w równej mierze odpowiadają w ogóle wszystkim ciałom na świecie . Mimo genialnych intuicji Galileusza, ostrość jego sformu­ łowań nie zawsze idzie w parze z uzasadnieniem propono­ wanych szczegółów. Stosując jako epitet wyrażenie „historyk" twierdził on, że miłośnicy tradycyjnych rozwią­ zań nie są filozofami, lecz historykami. Cechą filozoficznej postawy wobec świata jest uwzględnianie racjonalności wprowadzanych tłumaczeń. Operując swobodnie terminem „racjonalność" autor „Dialogu" twierdził np., że bardziej racjonalne jest twierdzenie, iż Ziemia znajduje się w ruchu, niż twierdzenie, że całe niebo krąży. Także pod względem formalnym tradycyjna teoria Arystotelesa miała wiele zalet, których pozbawiona była bogata w błędy i niekonsekwen­ cje teoria Galileusza. Dedukcyjne związki poszczególnych twierdzeń fizyki nawiązującej do autorytetu Stagiryty były tak ścisłe, że o podobnej spójności logicznej mogliby marzyć współcześni poszukiwacze Grand Unified Theories. Z tych samych aksjomatów wyprowadzano w niej fizykę, 13 213 astronomię a nawet wnioski dotyczące prozaicznego spala­ nia paździerzy. We wszechświecie Arystotelesowskim obo­ wiązywała swoista antycypacja zasady Macha zespalająca wszystkie byty w jeden wielki system organizmalny. W n o ­ wym ujęciu znikała natomiast spójność systemu, astrono­ mia i fizyka stawały się niezależne w takiej mierze, że sam Galileusz uznawał niemożność określenia struktury świata na drodze samych obserwacji. Jego mechanika nie była więc wynikiem dążenia do odkrycia tłumaczących wszystko pod­ stawowych elementów rzeczywistości, których znajomość umożliwiałaby interpretację zjawisk z dowolnego poziomu świata. W odróżnieniu od późniejszych mechanicystów redukujących biologię czy psychologię do fizyki, Galileusz był o tyle ostrożny, że ograniczył się jedynie do traktowania praw ruchu jako uniwersalnych w świecie zjawisk. Jego ważny przyczynek zarówno do nauki nowożytnej, jak i do późniejszej filozofii mechanicyzmu wyrażał się w tym, iż ukazał on nowy obraz przyrody jako zbioru cząstek fizy­ cznych znajdujących się w ruchu, który można opisywać przy pomocy języka matematyki. Obraz ten rozwijany wcześniej tylko w spekulatywno-poetyckich ujęciach filozo­ fów starożytnych uzyskał w nowej wersji matematyczną ścisłość i empiryczne konfirmacje. Niedowartościowane uprzednio pojęcia masy, przestrzeni i czasu stały się poję­ ciami centralnymi. Za obiektywne (pierwszorzędne) cechy obiektów fizycznych uznane zostały ruch, wielkość i kształt. Świat kolorów, zapachów i dźwięków uznany został za subiektywny świat uwarunkowanych indywidualnie jakości wtórnych. W wizji Galileusza ukazana została radykalnie nowa antropologia. Człowiek usunięty został z centrum wszech­ świata i stał się mieszkańcem peryferyjnej planety. Między światem jego subiektywnych doznań, indywidualnych pasji i rozczarowań, miłości i melancholii a zmatematyzowanym światem krążących cząstek pojawiło się istotne rozdarcie. Sam Galileusz - ceniąc zarówno intelekt, matematykę i dane obserwacyjne - nie podjął prób ekstrapolowania praw mechaniki na dziedzinę ludzkiej psychiki. W jego » Dialog o dwóch najwainlejszych układach świata Kopernikowskim iPiokmeuszowym, Warszawa 1953, 3 2 n. 214 metodologii jedną z głównych cech jest pluralizm. W od­ mienny sposób, przy zastosowaniu rożnych metod, docho­ dził on do twierdzeń o istnieniu Boga. Inne procedury poznawcze stosował przy poznawaniu przyrody. Mimo przyjęcia wielu założeń charakterystycznych dla mechanicyzmu metodologicznego, Galileusz był odległy od przyjęcia monistycznych interpretacji mechanicyzmu ontologicznego. Także wśród jego bezpośrednich kontynuato­ rów dominują autorzy łączący teizm w ontologii z mechanicyzmem w metodologii. Tak np. R. Boyle na kartach „Christian Virtuoso" dużo miejsca poświęcał podobień­ stwom, jakie istnieją między mechaniką i teologią. Obie te dyscypliny wśród swych podstawowych założeń zawierają tezy niepojęte dla ludzkiego umysłu. Charakterystyczny jest dla nich element tajemnicy występujący zarówno w refleks­ jach o Bogu i jego własnościach, jak i w wypowiedziach o atomach czy przestrzeni. Obie nauki dowartościowują poznanie empiryczne, które zależnie od założeń epistemologicznych może być zarówno źródłem informacji o struktu­ rze wszechświata, jak i o Bogu Stwórcy. Żadna z nich nie odwołuje się do pojęć wrodzonych. Obie mają za wspólnego wroga spekulatywną metyfizykę, w której apriorycznie usi­ łuje się podporządkować rzeczywistość absolutyzowanym kanonom myślowym. Sojusz teologii i nowożytnego przy­ rodoznawstwa miał swe ontyczne uzasadnienie w tym, iż Bóg ustanowił reguły ruchu i porządek natury nazywany przez nas prawami przyrody. Skoro więc wszechświat został raz ukonstytuowany przez Boga, a prawa ruchu zostały usta­ lone, filozofia mechanistyczna uczy, że zjawiska świata zależą przyczynowo w sposób fizyczny od mechanicznych własności części materialnych . W zainicjowanym przez Galileusza stylu nowożytnego przyrodoznawstwa występuje fizykalna składowa mechani­ cyzmu; całkowicie brak natomiast redukcjonizmu charakte­ rystycznego dla składowej filozoficznej. Jak na ironię w filozoficznych kręgach XVI-wiecznej Italii monizm i determinizm, charakterystyczne dla mechanicyzmu filozofi­ cznego, rozwijane były przez niektórych zwolenników filozofii Arystotelesa. To boloński profesor, Pietro Pomponazzi, w swej rozprawie „O nieśmiertelności duszy" nawiąw 215 żując do starożytnego komentatora Stagiryty - Aleksandra z Afrodyzji - wykazywał, że z Arystotelesowską koncepcją duszy nie można pogodzić tezy o nieśmiertelności czło­ wieka. W innym miejscu kwestionował on wolność ludzką i przedstawiał człowieka jako twór przyrody, istniejący w przyrodzie i skrępowany jej koniecznymi prawami. Ujecie Pomponazziego, w którym w okresie powstawa­ nia mechaniki nowożytnej podstawowe założenia filozofii mechanicyzmu łączono z przestarzałą fizyką Arystotelesa świadczy wyraźnie o tym, jak w niewielkim stopniu skła­ dowa filozoficzna mechanicyzmu zależy od składowej fizy­ kalnej. Prywatne upodobania, całościowe wizje czy aprioryczne założenia okazują się przy konstruowaniu wielu filozofii ważniejsze od aktualnego stanu fizyki. Dla filozofi­ cznych wizjonerów nie ma nic niestosownego w rozumowa­ niu (p q ) A ( ~ P =?> q). Na uwagę zasługuje także fakt, że przełomowe i nowator­ skie koncepcje Galileusza przyjęto z zastrzeżeniami nie tylko w kręgach arystotelików i prawników ze Świętego Officjum, lecz również wśród krytycznych i myślących nie­ zależnie przedstawicieli myśli przyrodniczej i filozoficznej. Metodologiczne zastrzeżenia w stosunku do nowych ujęć przedstawiali autorzy o tak wielkim autorytecie, jak P. Fer­ mat, M. Mersenne czy R. Descartes. Ten ostatni postulował, by nie traktować poważnie abstrakcyjnych rozważań Gali­ leusza, gdyż jego założenia o próżnej przestrzeni czy o sta­ łości sił grawitacyjnych mają charakter niezgodny z wynika­ mi obserwacji . Dlatego też pochwalając zastosowanie matematyki przez autora „Dialogu" Kartezjusz zakwestio­ nował jego filozofię przyrody, twierdząc że przy tak wielkich idealizacjach i uproszczeniach nie można rozwinąć popraw­ nej teorii ruchu. Krytycyzm ten może wydawać się niesprawiedliwy w sto­ sunku do myśliciela, który rozwinął i uzasadnił twierdzenia zapoczątkowujące nowy etap i nowy styl uprawiania przy­ rodoznawstwa. W rozwoju nauki krytycyzm jest znacznie ważniejszy od laurek i dowartościowań. Dlatego też kartez15 " The Excellence and Grounds of the Mechanical Philosophy, w: Philosophical Works, London 1725, 187. Oeuvres de Descartes, Paris 1897, t. 1, 303-305, t. 2, 380-388. 15 216 jańską ostrożność wobec niektórych ujęć Galileusza należy cenić wyżej niż zachwyty wyrażane np. przez Nehemiasza Grew. Autor ten w drugiej połowie XVII wieku usiłował ekstrapolować zasady nowej mechaniki także na świat roś­ lin i zwierząt, wyżej ceniąc prywatne wizje niż charaktery­ styczną dla Galileusza i Descartesa matematyczność sformułowań. Ukazując w „Filozoficznej historii roślin" wizję przyrody jako jednej wielkiej maszyny utrzymywanej Boską ręką, Grew pisał o cnotach moralnych przysługują­ cych maszynom roślinnym. W dziwnym języku biologiczno-introligatorskim rozwijał on oryginalne ekstrapolacje, z których wynikało, że zwierzę składa się z kilku roślin oprawionych w jeden t o m . Powstała z opozycji d o wizjonerskich ujęć mechanika już w swych początkach stała się wdzięcznym terenem dla nowych wizjonerów. 16 18 The Anatemy of Planu, London 1682. A u sources de la science moderne A l a c h a r n i è r e d u X V I et X V I I s i è c les a e u lieu u n e r é v o l u t i o n scientifiq u e . Elle a forgé, e n g r a n d e p a r t i e , le caractère des t e n d a n c e s p o s t é r i e u r e s d e la p h i l o s o p h i e , y compris des f o r mes multiples d u mécanisme philos o p h i q u e . Le c l i m a t g é n é r a l d e cette r é v o l u t i o n a f a v o r i s é l a mise e n c a u s e des certitudes de jadis, et la fondation d e s s c i e n c e s s u r d e s b a s e s n o u v e l l e s . Il y f a u t s o u l i g n e r d e façon particulière deux éléments: une cristallisation d'une nouvelle méthodologie des s c i e n c e s n a t u r e l l e s e t la f o n d a t i o n , p a r Galilée, d'une nouvelle mécanique. przegląd powszechny 5-6'83 217 Ks. Władysław Nowak Sanktuarium NMP w Świętej Lipce a kult maryjny wśród protestantów na Mazurach Warmia i Mazury, odznaczające się pluralizmem wyzna­ niowym, mogą przed współczesnymi chrześcijanami odsło­ nić ze swych dziejów karty księgi kronik, na których złotymi głoskami zapisała historia wspólne kontakty katolików i braci odłączonych. D o takich wydarzeń należy zaliczyć wspólne używanie w celach kultu katedry w Kwidzynie czy - do czasów obecnych - kościoła św. Jerzego w Kętrzynie, ale także wspólne pielgrzymki, modlitwy, a nawet tzw. „Msze mazurskie" w sanktuarium maryjnym na Mazurach w Świętej Lipce. Sanktuarium Świętolipskiej Pani na Mazurach W Polsce przedrozbiorowej po Częstochowie najsławniej­ szym sanktuarium maryjnym była Święta Lipka. Cezary Biernacki w 1864 roku pisał: Czym Częstochowa dla Polski i Ostra Brama dla Litwy, tym jest Święta Lipka dla katolików Warmii i okolic w Prusach . Mikroteren, na którym usytuo­ wała się ta miejscowość, jest uroczy, co podkreśla XIX-wieczny historyk warmiński i autor pracy o Świętej Lipce, J. Kolberg: Miejscowość ta ma śliczne położenie między dwoma jeziorami: Dejnowa na południe i Wierzbowskie na północy, wśród lasów, które sięgają aż do świątyni i zabudowań . Początki Świętej Lipki sięgają - według niektórych podań - jeszcze czasów pogańskich. W miejscu dzisiejszego koś­ cioła miał być gaj czczonyjako miejsce święte. Wraz z chrze1 1 ' C. Biernacki, Święta Lipka (Heilige Linde). W: Encyklopedia Powszechna Orgel­ branda, t. 17, Warszawa 1864, s. 100 nn. A. Kolberg, Geschichte der Heiligelinde. „Zeitschrift fur die Geschichte und Alterhumskunde Ermlands" 3/1866/, s. 28; J. Paszulewicz, Rozwój kultu Matki Bożej w Świętej Lipce. Lublin 1980 (maszynopis Archiwum KUL), s. 6 nn. 2 218 ścijaństwem przyszło „nowe" - nowa wiara w prawdziwego Boga-Człowieka, przy którym nieodłącznie stała Jego Matka. Na temat powstania Jej kultu historia odnotowała wiele legend, w których fantazja stuleci złożyła swoje najpo­ pularniejsze przekazy, a z nich pokolenia czerpały wątki d o piśmiennictwa, malarstwa, rzeźby, architektury i kultu. Najbardziej znaną w dzisiejszych czasach jest legenda, który głosi, że skazanemu na śmierć więźniowi w Kętrzynie ostatniej nocy przed egzekucją objawiła się N M P i - pocie­ szając go - podała mu kawałek drewna i dłuto, aby wyrzeź­ bił Jej figurę. D o rana wykonał rzeźbę Matki Boskiej o tak pięknych kształtach, że wzbudził podziw sędziów, którzy zmienili swój wyrok i obdarzyli więźnia wolnością. Na pole­ cenie Bogarodzicy uwolniony więzień umieścił rzeźbę na pierwszej lipie, jaką spotkał w drodze z Kętrzyna do Reszla. Być może początek tego kultu był zupełnie prozaiczny, jak to często bywa w wielkich sprawach Bożych. Może tę figurę umieścili na drzewie pierwsi misjonarze chrześci­ jańscy w tych stronach lub ktoś z nawróconych swój kult do Matki Bożej wyraził w rzeźbie, umieszczając ją na drzewie. Pobożni ludzie zaczęli otaczać tę figurę czcią, modlili się. Tu zbudowano na przełomie XIV i XV wieku kaplicę, do której przybywali wierni z okolic. Kaplica i cudowna figura w końcu XV wieku i w początkach XVI przyciągała wielu pątników, głównie z Prus i okolic. Najsłynniejsza była zapewne - jak podaje Clagius - pielgrzymka z Królewca, w okresie Wielkiego Postu w roku 1519, w której wzięli udział wielki mistrz zakonu krzyżackiego Albrecht von Hohenzollern, późniejszy świecki książę w Prusach, a także biskupi: pomezański (Jakub von Dobeneck) i sambijski (Jerzy von Polentz) oraz wielu dostojników świeckich. Książę Albrecht Hohenzollern, po przejściu na luteranizm i przyjęciu tytułu księcia w Prusach, wydał zakaz nawiedzania miejsca kultu katolickiego. W 1524 albo w 1526 roku protestanci z Kętrzyna doszczętnie zniszczyli kaplicę w Świętej Lipce. Kult Matki Boskiej Świętolipsktej nie ustawał jednak, a wiernych przybywających tu potaje­ mnie nocami nie przerażała nawet złowieszcza szubienica ustawiona na miejscu dawnej kaplicy. Ze zdziwieniem pot­ wierdza to protestancki pisarz Henneberger: Nocami tu 3 219 przychodzą, zapalają świece i uprawiają swój bałwochwalczy kult, mimo że świątynia jest do gruntu zburzona, a dostęp do tego miejsca zakazany pod groźbą szubienicy i mimo że już kilku dla tej przyczyny na niej zawisło*. Inny protestancki historyk Hartknoch pisze: Kaplica w Świętej Lipce koło Kętrzyna i Reszla jest zniszczona i myśleć o niej jest zaka­ zane z tego powodu, aby nikt nie oddawał się bałwo­ chwalstwu . Kult Matki Bożej jednak nie ustawał, mimo że prawie przez sto lat katolicy w Księstwie Pruskim pozbawieni byli kościołów, kapłanów i nie tylko publicznej, ale i prywatnej służby Bożej. Król polski Zygmunt II August oddając w „legalne dzie­ dziczne lenno" Prusy książęce Albrechtowi, za jego hołd oddany na rynku krakowskim, nie zagwarantował wolności religijnej katolikom i - jak zaznacza w liście do swego posła w Rzymie, Jana Dantyszka - nie widział w sprawie katolic­ kiej w Prusach żadnego dla Polski interesu. Z chwilą, gdy książę pruski Joachim Fryderyk na sejmie w Warszawie w 1605 r. przyznał katolikom w Prusach Książęcych wolne wyznanie wiary katolickiej w Księstwie Pruskim warmiński biskup, Szymon Rudnicki, przywrócił dawny kult maryjny w Świętej Lipce. Przy wydatnej pomocy biskupa w stosunkowo krótkim czasie Stefan Sadorski, sekretarz królewski i poseł w Prusach, wybudo­ wał nową kaplicę, dokładnie na fundamentach starej, już w roku 1619. Na bogato zdobionej zachodniej fasadzie kap­ licy umieszczono herby Zygmunta III Wazy, biskupa Rud­ nickiego i księcia pruskiego, Jana Zygmunta. Patronat nad świątynią objął król Zygmunt III Waza. Z chwilą wystawie­ nia nowej kaplicy ożywiły się liczne pielgrzymki i udawali się do niej ponownie pątnicy z miast warmińskich, z Kró­ lewca, Elbląga, Gdańska, Łomży. Sanktuarium wspaniale się rozwijało, czego dowodem było ukazanie się w Kolonii w 1659 roku 800-stronicowej książki jezuity warmińskiego Tomasza Clagiusa pt. „Linda f ' T. Clagius, Linda Mariana, Stve de S. Virginis Undensi Libri V., Coloniac 1702, s 120. Kolberg, dz. cyt., s. 64. Tamże, s, 6 1 4 ! 220 Mariana", w języku łacińskim. Autor, pochodzący z Olsz­ tyna, był przełożonym kolegium reszelskiego w latach 1636-1641. Nazywa on Świętą Lipkę „najsławniejszą miejs­ cowością w Prusach" i stwierdza: M e moina by w całym biskupstwie warmińskim znaleźć nikogo, a w pozostałych Prusach chyba tylko niewielu, którzy by tej świątyni ani razu nie odwiedzili, a niemało jest takich, którzy uczynili to wie­ lokrotnie . Chociaż najwięcej pątników było z Warmii, to Clagius wymienia także całe szeregi pielgrzymów z Polski, Litwy, Prus Zachodnich oraz z sąsiednich protestanckich Prus Książęcych, a przede wszystkim z Mazur. Clagius był świadkiem pielgrzymki króla Jana Kazimierza do Świętej Lipki. Przybył on tu wypełniając swe śluby, by złożyć dzięk­ czynienie Bogu za zwycięstwo nad Turkami i Tatarami. Clagius obserwował także pielgrzymki wielkich książąt litewskich i polskich magnatów. Ponadto wymienia miasta warmińskie, z których w ustalonej kolejności przybywały pielgrzymki: Reszel, Braniewo, Frombork, Barczew, Jezio­ rany, Ornetę, Lidzbark, Dobre Miasto, a w szczególny spo­ sób opowiada o pielgrzymce z Olsztyna. O swym mieście Olsztynie pisze z dumą, że pątnicy wyróżniali się pięknym i uroczystym odśpiewaniem litanii loretańskiej w języku ojczystym (patria lingua), tj. w polskim. Również zaznacza, że urządzano regularnie pielgrzymki z Przasnysza, Chorzel z Mazowsza i Podlasia, a nawet z Ukrainy. W latach 1680-1780 pielgrzymki były jeszcze liczniejsze i okazalsze. Pielgrzymowała już nie tylko szlachta biskup­ stwa warmińskiego, ale także najbardziej znakomite rody Polski, Litwy i Żmudzi. Prawdopodobnie przybył tu król Stanisław Leszczyński ze swoim dworem, przybywali pąt­ nicy i pielgrzymi z Austrii, a nawet z Włoch. W roku 1806 król pruski Fryderyk Wilhelm III wraz z żoną Luizą - uciekając przed Napoleonem z Berlina do Królewca - wstąpił do Świętej Lipki. Podczas modlitwy przed obrazem, gdy jezuici śpiewali Salve Regina, królowa uklękła płacząc. Święta Lipka stała się kościołem - jak powiada Kolberg który cieszył się wielką powagą w całym ówczesnym świecie . Pod koniec wieku XVII (1693) wybudowano trójnawową bazylikę na planie prostokąta, która należy do najwspanial6 7 221 szych budowli barokowych już nie tylko w Polsce, ale i we wschodniej Europie. W trakcie budowy kościoła świętolipskiego, a także po jej zakończeniu, płynęły ofiary na rzecz upiększenia sanktuarium Pani krainy Mazur od znakomi­ tych rodów polskich: Potockich, Branickich, Radziwiłłów, Sapiehów, Ogińskich, Krasińskich, Załuskich, Czartory­ skich i Ossolińskich. Mimo rozbiorów Polski nadal trwały pielgrzymki spoza granic Prus, ograniczone wkrótce do dnia 29 czerwca, tj. uroczystości św. Piotra i św. Pawła. Historyk warmiński, Wojciech Kętrzyński, tak opisuje odpust w Świętej Lipce w 1876 r.: Liczono nieraz po dwa­ dzieścia tysięcy ludu tam zgromadzonego. Dziwny przedsta­ wia widok taki odpust. Wśród wioszczyny maleńkiej ścisk okropny, z trudem tylko wśród niego posuwać się można ... Naokoło wioski, w lesie, wszędzie roją się ludzie, wszędzie stoją wozy i konie. A co dopiero za mieszanina narodów, tu kręcę się Niemcy i Żydzi, tam Mazury i Warmiacy, tam znów nadchodzi procesja pobożnych Kurpiów z Polski. Tam siedzi dziad proszący o jałmużnę, który niegdyś pod Blucherem wal­ czył przeciwko Napoleonowi, tutaj inny, zupełnie siwy, który ci opowiada, że nogę stracił walcząc pod dowództwem Koś­ ciuszki, dalej inni kalecy, którzy ci prawią o Grochowie i o Skrzyneckim . Można przeto powiedzieć, że oprócz funkcji religijnej sanktuarium Pani krainy Mazur w Świętej Lipce spełniało także ważną rolę w utrzymywaniu polskości na terenach dawnych Prus. 8 Kult Matki Boskiej Świętolipskiej wśród polskich protestantów na Mazurach Pierwszym państwem, w którym oficjalnie wprowadzono luteranizm jako wyznanie panujące, były Prusy Książęce, będące od pokoju toruńskiego w 1466 r. lennem Polski. Mistrz zakonu krzyżackiego, niegdyś pielgrzym do Świętej Lipki, po zapoznaniu się z nauką Lutra, za cenę podporząd­ kowania się lennu, uzyskał zgodę króla Zygmunta Starego Clagius, dz. cyt., s. 129. ' Kolberg, dz. cyt., s. 137. * W. Kętrzyński, Szkice Prus Wschodnich, „Przewodnik Naukowy i Literacki", 4/1876/, s. 461; Kętrzyn. Z dziejów miasta i okolic, Olsztyn 1978, s. 232. 6 222 na sekularyzację państwa zakonnego i wprowadzenie w Prusach luteranizmu. Z tą chwilą ludność mazurska zgodnie z zasadą cuius regio eius religio, znalazła się w Koś­ ciele protestanckim. Tym samym i Święta Lipka podzieliła losy całych Mazur. Jak już wspomniano, książę Albrecht zakazał sprawowania kultu katolickiego. Chociaż taki smutny los spotkał Świętą Lipkę z rąk protestantów, to właśnie wierni wyznania ewangelickiego znaleźli się w szere­ gach pielgrzymów przychodzących we dnie i pod osłoną nocy na miejsce kaplicy NMP. Clagius zaznacza, że po zburzeniu kaplicy protestanci z Prus Książęcych nie zanie­ chali oddawania kultu Matce Bożej w Świętej Lipce. Początkowo odpędzani z racji wciąż jeszcze żywej pamięci o wyrządzonych krzywdach, nadal tam przybywali, by wypełnić swe śluby i prosić o łaski . Wymienia Clagius także licznych protestantów różnych stanów, którzy szukali w Świętej Lipce pomocy, rady, pociechy lub też przybywali tam z prostej ciekawości. Natomiast kiedy Fryderyk Wielki zagwarantował większą swobodę wyznaniową w Prusach, wówczas jeszcze bardziej ożywiły się pielgrzymki nie tylko katolików, ale też i protestantów. Uzyskanie bowiem więk­ szych swobód religijnych w Świętej Lipce było też gwaran­ cją większych swobód wyznaniowych protestantów w Pols­ c e . Toteż za czasów Fryderyka Wielkiego Święta Lipka cieszyła się większą wolnością religijną, a jezuici doprowa­ dzili sanktuarium do takiego rozkwitu, że przybywali do niej nawet pielgrzymi z odległych krajów, jak Austria i Italia. Odwiedzali ją licznie również protestanccy mieszkańcy Bor­ tów i Mazur, zwłaszcza w święto Piotra i Pawła i w Nawie­ dzenie Marii Panny, nie wyłączając protestanckiej szlachty okolicznej, z którą jezuici żyli na dobrej stopie, o czym wnosić można z licznych od niej otrzymywanych podarków . O tym, że przybywali do Świętej Lipki protestanci z Ma­ zur celem szukania rady i pociechy religijnej, świadczą liczne konwersje. W roku 1661 przyjęto tu 30 konwertytów, w roku 1684 - 32 a 45 w roku 1686. Za rok 1703 księgi odnotowują 66 konwersji w Świętej Lipce i Reszlu . W XVII i XVIII wieku ewangeliccy mieszkańcy na Mazu­ rach pielgrzymowali do Świętej Lipki tak licznie, że można powiedzieć, iż była ona w tych czasach niemal czymś w ro9 10 11 12 223 dzaju ogólnopruskiej świątyni, w której przeciwności wyznaniowe znikły z powierzchni. Wpływ Świętej Lipki na kształtowanie się świadomości religijnej i narodowej polskiej wśród Mazurów pozostawał wielki. Władze praskie były zawsze zainteresowane ograni­ czeniem tego wpływu a nawet likwidacją tej placówki dusz­ pasterskiej. Kiedy na początku XIX wieku władze praskie nosiły się z zamiarem zniesienia parafii w Świętej Lipce, ówczesny biskup warmiński Józef Hohenzollern skierował memoriał do ministerstwa oświaty w obronie tego sanktua­ rium. List datowany jest dnia 10.08.1812 r.: ... Jest to jeden z najpiękniejszych kościołów Warmii, poło­ żony w czarującej dolinie, nawiedzany rokrocznie przez tysiące pobożnych pątników z całej Warmii, z Prus Wschod­ nich i Zachodnich, Litwy i Polski. Święta Lipka była zawsze dla diecezji drogocennym i umiłowanym miejscem. Jednoczą się tam, jak to potwierdzają ciągłe doświadczenia, katolicy i protestanci w braterskim przymierzu, przyciągnięci świętoś­ cią, godnością i pięknem miejsca, kościoła, dla składania czci Najwyższemu. Potężne impulsy religijne, pociecha w cierpie­ niach, szlachetne myśli i głębokie wzruszenia oto uczucia i wrażenia, jakie budzi uroczyste, podniosłe nabożeństwo wśród pątników wszelkich wyznań, z których zapewne wielu wraca do swoich domów lepszymi. Nie spotyka się tam nadużyć. Być może, osobliwość Świętej Lipki wśród wielu miejsc odpustowych polega na tym, że chrześcijanie wszelkich wyznań gromadzą się tam na wspólne nabożeństwa i dla wspólnego uczczenia Boga. Dlatego jest ono przedmiotem powszechnej czci religijnej i miłości . W drugiej połowie XIX wieku podobną opinię o roli Świętej Lipki w dziele zbliżenia katolików i protestantów powtórzył K. F . Sieniawski stwierdzając: Do dziś pośpiesza ludność warmińska w częstych pielgrzymkach (do Świętej 13 ' Clagius.dz. cyl.. s. 116; 223. A . Rogalski. Kościół katolicki na Warmii i Mazurach, Warszawa 1956, s. 154; Kolberg, dz. cyt., s. 465. " Kolberg, dz. cyt., s. 132. A. Poschraann, Das Jesuitkoleg inRóssel, Bramberg 1932, s. 62; J. Obląk, Histo­ ria diecezji warmińskiej, Olsztyn 1959, s. 131. » Mazury I Warmia 1800-1870. Wybór źródeł, opracował W. Chojnacki, Wrocław 1959, i. 565. 10 1! 224 Lipki); tu zobaczyć można pobożną ludność katolicką z Pol­ ski, a nawet lud prusko-mazurski przybywa tu tłumnie w ce­ lach pobożnych, chociaż wyznanie protestanckie dzieli go od współbraci . Karol Górski stwierdza, że wśród ewangelików polskich w Prusach Książęcych, na Mazurach kult maryjny nie usta­ wał, odbywali oni pielgrzymki do Świętej Lipki i tu słuchali przez siebie zamówionej mszy zwanej „mazurską", podczas której na kolanach obchodzili ze świecami zapalonymi ołtarz wielki . Świadkiem takich pielgrzymek i mszy był dzienni­ karz i literat warmiński urodzony w Ornecie w rodzinie nie­ mieckiej, E. Buchholz, który swoje obserwacje wkłada w usta Mazura wspominającego pielgrzymkę do Świętej Lipki. ...Z powiatu ządzborskiego niedaleko do Świętej Lipki. Znam tę miejscowość dobrze. Pielgrzymowałem z rodzicami i innymi ewangelikami we święto Piotra i Pawła do onego miejsca ulubionego. Śpiewaliśmy z naszego kancjonału przed wielkim ołtarzem, trzymając świeczki w ręku i obchodziliśmy ołtarz. Jakież to rzewne wspomnienie. Po dziś dzień ewange­ liccy Mazurzy pielgrzymują do Świętej Lipki, chociaż nie tak licznie już dla ciągłych nagabywań i naśmiewań, z tych mnie­ manych zabobonów katolickich . Relacja ta pochodzi z 1911 roku, tj. roku wydania w Poznaniu pracy Buchholza „Gdzie prawda?" Przy wyżej wspomnianym passusie na marginesie egzemplarza znajdującego się w Bibliotece Seminaryjnej w Olsztynie znajduje się adnotacja sporzą­ dzona przez naszego etnografa warmińskiego, ks. Walen­ tego Barczewskiego: ...to jest prawda, rano o godz. 5 msza św. dla nich. Wojciech Kętrzyński w okresie swojej młodości gimnaz­ jalnej był również świadkiem naocznym takich pielgrzymek, gdyż wspomina, że w dniu święta Piotra i Pawła w gimnaz­ jum ewangelickim w Rastenborku (Kętrzyn) nie było lekcji, a uczniowie półtorej mili szli do Świętej Lipki, gdzie całe mieszczaństwo - jak powiada - i wszyscy już byli od rana . Studium łask otrzymanych przez wiernych w Świętej Lipce potwierdza także istniejący kult - cześć u protestan­ tów do Matki Boskiej Świętolipskiej. Początkowo w sank­ tuarium maryjnym w Świętej Lipce nie prowadzono żadnych adnotacji o otrzymanych łaskach. Dopiero biskup 14 15 16 17 225 warmiński Wacław Leszczyński zarządził, aby proboszczo­ wie zebrali opisy łask otrzymanych przez poszczególnych wiernych. Zapewne Clagius z tych opisów korzystał, gdyż w swojej pracy je przytacza. Księga piąta tego dzieła w ca­ łości jest poświecona opisom nadzwyczajnych łask, które miały miejsce do 1655 roku, z podaniem daty, nazwisk oraz okoliczności. Autor był tak dokładny, że przytoczył bardzo wiele uzdrowień także protestantów, których nie sposób tu odnotować, ale można je odnaleźć przy każdej grupie uzdro­ wień, jakie odnotowuje, kiedy mówi o katolikach". Wykaz uzdrowień i łask nadzwyczajnych sporządzony przez Clagiusa - to już nie tylko obraz zdrowotności i chorób, geo­ grafii pielgrzymek i narodowości, ale także obraz ówczesne­ go współżycia ze sobą chrześcijan rozdzielonych - swoiście pojętego ekumenizmu. Ten nie podlegający dyskusji fakt przybywania protes­ tanckich Mazurów do sanktuarium Świętolipskiej Pani dotychczas znajdował różne interpretacje, raczaj rozmija­ jące się z obiektywną oceną. Wielu autorów, jak J. Grabow­ ski, w postawie Mazurów przybywających do Świętej Lipki chciało widzieć nieugięty charakter Polaków związanych z Ojczyzną, którzy - nie znalazłszy mowy polskiej w zbo­ rach ewangelickich - wędrowali do Świętej Lipki". Opinia ta nie wytrzymuje krytyki, bo trzeba uwzględnić fakt, że Mazurzy protestanccy przybywali do tego sanktua­ rium pruskiego i w czasach przed rozbiorami, kiedy język polski jeszcze rozbrzmiewał w zborach. Kaznodzieje protes­ tanccy, jak wyżej wspomniany Henneberg, w tym fakcie dopatrywali się uprawiania „zabobonu katolickiego" i usi­ łowali wyprowadzić swoich wiernych z błędu. Również opi­ nia jakoby kult maryjny był „zabobonem katolickim" praktykowanym przez protestantów polskich na Mazurach jest uproszczeniem tego zjawiska, a nie jego wyjaśnieniem. " K.E. Sieniamki, Biskupstwo warmińskie, jegozałożenie irozwójna ziemipruskiej z uwzględnieniem dziejów ludności i stosunków geograficznych ziem dawniej krzyżac­ kich, t. 1, Poznań 1878, i. 242; Mazury i Warmia ... dz. cyt., s. 4 7 1 . K. Górski, Od religijności do mistyki, cz. I, Lublin 1962. t. 170. " W. Buchholz, Gdzie prawda, t. 1, Poznań 1911, i. 107. " W. Kętrzyński. Szkice, opracował A. Wakar, Olsztyn 1977, s. 116. Clagius, dz. cyt., s. 6 2 1 , 694. " Mazowsze pruskie, opracował J. Grabowski, Warszawa 1935, s. 30. 15 18 226 Z perspektywy czasu i rozwijającego się ducha ekume­ nizmu trzeba na ten fakt spojrzeć głębiej i rzetelniej. Przede wszystkim należy zauważyć w tym wydarzeniu wzajemną bliskość chrześcijan zamieszkujących Mazury i Warmię, mających zmysł „pewnej" jedności wiary nie zawsze określa­ nej przez władze kościelne jako prawomyślna. Cześć protes­ tantów na Mazurach do Matki Bożej jest wyrazem autenty­ cznej wiary ludu Bożego Kościoła Marcina Lutra, który nie wykluczał czci do NMP i nie polecał wyrzucać Jej obrazów, figur i niektórych świąt maryjnych . Na dowód tego można przytoczyć pieśni maryjne w śpiewnikach mazurskich przeznaczonych dla protestan­ tów a wydawanych od 1738 roku aż do lat trzydziestych wieku XX. Trzeba zaznaczyć, że śpiewniki te miały zastoso­ wanie do liturgii domowej ewangelików, nie zaś sprawowa­ nej w zborach . Nawet współcześnie w domach ewangeli­ ków na Mazurach są one w użyciu. Piszący ten artykuł korzystał z egzemplarza śpiewnika wydawanego w latach 1896, 1903, 1915, 1920 - używanego w Orzyszu i Dźwierzu­ tach na Mazurach . Kancjonały pruskie z tego okresu zawierały pieśni na następujące święta maryjne: na święto Oczyszczenia Panny Maryi (cztery); na Zwiastowanie Panny Maryi (trzy); na święto Nawiedzenia Panny Maryi (dwie). Wszystkie te pieśni osnute są w treści na przekazach biblijnych mówią­ cych o tajemnicach życia NMP. Na dzień Ofiarowania Pańskiego, czyli Oczyszczenia NMP, ewangelicy w Prusach czcili Matkę Boga m.in. śpie­ wając przy nabożeństwie domowym: 20 21 22 /. Marya, Panienka czysta. Dziecię swoje, Chrysta, w Kościele Panu stawiła, iak ustawa była; i chętnie oddała, co dać miała, aby Zakon czciła, i spełniła. 2. Ofiarę ofiarowała, iako zubożała, dwoje małych gołąbiątek, by darem zwierzątek Syna odkupiła się cieszyła, że on świata Zbawcą, nieba Dawcą. Natomiast w uroczystość Zwiastowania Pańskiego prote­ stanccy Mazurzy w czasie liturgii domowej - po odczytaniu 227 Ewangelii św. Jana 1,14 - śpiewali na melodię „Z samego nieba" także następującą pieśń: 1. Łaska wieczna, Bóg iedyny, zjawił się nam w niey przedziwny, kiedy raczył z nieba zstąpić a z nami się społem złączyć. 2. Chcąc, by był Zbawiciel ludzki, wcielił się w żywot Panienki, z rządzenia Ducha Świętego, dla wykupienia naszego. 3. Słowo Ciałem tu się stało, Panny czystej nie zruszyło: iścieć to nad rozum świecki, bo to sprawił nad bieg ludzki. 4. Bo gdy Panna uwierzyła, moc Najwyższego sprawiła, wejrzał Bog iey zniżenie, Duch Święty sprawił wcielenie. Przy czytaniu zaś Ewangelii św. Łk 1,26-38 protestanci śpiewali na melodię „Nam wolą, się rozesłać", pieśń ku czci Matki Bożej zaczynającą się od słów: „Nuż wszyiscy Chrześ­ cijanie!", w dużej mierze nawiązującą do pieśni katolickiej „Archanioł Boży, Gabryjel". 4. Przyszedłszy Anioł ku niey, pięknie ią pozdrowił, a poselstwo od Boga temi słowy sprawi, Bądź pozdrowiona, Panno; iesteś łaski pełna: 5. Panna się temu wielce poselstwu zdziwiła: bo takiego w uszy swe nigdy nie słyszała. A Anioł rzekł, iż się to mocą Bożą stanie: bo wszechmości iego nie test zamierzenie. 6. Płod święty w twym żywocie będzie zwań Syn Boży, na którego Bog Oyciec moc a cześć tę włoży: Na tronie dawidowym by wiecznie królował, lud usprawiedliwiając, z grzechu rozwiązywał (...) 9. Tam Bogu ustąpiło prawo przyrodzone, Pannie zostało panieństwo nienaruszone: Kim jest w moim wyznaniu Matka Jezusa, „Więź", nr 5/1981/, s. 11. (J.) Pobłocki, O śladach czci NMP wśród protestanckich Mazurów w Prusiech Książęcych, W: Księga Pamiątkowa Maryańska, t. 2, cz. I. Lwów 1905, >. 260. Nowo wydany Kancjonał Pruski, zawierający w sobie Wybór Pieśni starych i no­ wych w ziemi Pruskiej i Brandenburskiej zwyczajnych, Królewiec 1896, J0 31 1 1 228 Bóstwo to tak zaćmiło, bo nie ma początku; tak Bog wziół na się ciało, w tym dziwnym porządku, (...) Natomiast w pieśni na święto Nawiedzenia N M P odnaj­ dujemy już całą teologię Marcina Lutra o Matce Bożej: 1. Śpiewać będą is sobie sama, żem Marya, zawżdy czysta Panna, od wieków przeyrzana, bym matką była Bożego Syna. 2. Jestem matka, iestem też Panna, nad insze niewiasty uślachciona, łaską darowana, nad mnie nie iest, ani nie będzie inna. 3. Jam porodziła Bożego Syna, przez tego zgładzona ludzka wina: Boźom matką była, a Panieństwam wiecznie nie straciła. 4. Wiarem prawą w Synu swoim miała, słowam iego w swem sercu chowała, zawżdym go czciła, tako prawego Bożego Syna. 5. Bo on P(an) Bog był, iam Bogiem nie była, czcim iego sobie nie przywłaszczyła: On wszystek świat zbawił, a mię też on swą śmiercią wybawił. 6. I terazem Bogiem nie została, anirn też Królestwa świata miała, lak mię ci zowią, którzy mi pochlebiają swą mową. (•••) Godny podkreślenia jest fakt, że wyżej przytoczone pieśni z kancjonału pruskiego - jak zaznacza Buchholz - śpiewali protestanccy Mazurzy zwyczajem pielgrzymów obchodząc dookoła z zapalonymi świecami ołtarz NMP w Świętej Lipce. Wyżej przytoczone fragmenty pieśni ku czci Matki Bożej przeznaczone na poszczególne święta maryjne komplemen­ tarnie ukazują naukę Kościoła ewangelickiego o NMP. Treść tej nauki zupełnie pokrywa się z nauką Marcina Lutra, który zgodnie z Pismem św. stwierdza, że Maryja była czystą, nieskalaną Dziewicą i stała się Matką Bożą 229 przez Ducha Świętego. Uważał też, że cześć nie może pole­ gać na ubóstwieniu Maryi. To zaś szczególnie podkreśla piąta zwrotka pieśni protestanckiej na święto Nawiedzenia: ... iam Bogiem nie była, czcim iego sobie nie przywłaszczyła.... Dalej Luter naucza, że nie można stawiać Maryi ponad lub przed Chrystusem. Podkreśla to dobitnie ostatnia strofa wyżej wspomnianej pieśni z dnia Nawiedzenia, gdy mówi: ...Śpiewajcie już ze mną ku czci iego, sławiąc przenajświętsze Imię iego, tak łaskę znajdziecie, potym z nim wiecznie w nie­ bie będziecie. Dlatego według Lutra cześć oddawana Maryi winna być na miarę ludzką, ale nie boską. Marya winna być - zdaniem jego - dla chrześcijan świetlanym przykładem prawdziwego posłuszeństwa i zaufania Rogu. Sam też zresztą wygłaszał kazania na święta maryjne: Oczyszczenia, Zwiastowania i Nawiedzenia, które nawet figurują także w kalendarzach liturgicznych Kościoła ewangelickiego dotychczas. Luter nie wyrzucił także z kościołów obrazów i figur przedstawiających Maryję lub świętych, zabronił jed­ nak oddawania im czci boskiej. Odnotowane tutaj fakty oddawania czci N M P przez pro­ testantów polskich z Mazur (nawiedzanie sanktuarium Świętolipskiej Pani, uczestnictwo we Mszy „mazurskiej", łaski przypisywane Jej wstawiennictwu, obchodzone święta, pieśni powstałe ku Jej czci i modlitwy zawarte w kancjona­ łach pruskich) mówią same za siebie. Należy w nich przede wszystkim odczytać nadspodziewanie głęboką cześć pol­ skich protestantów na Mazurach do Najświętszej Maryi Panny. Powstaje pytanie, czy te akty można nazwać kultem, czy tylko czcią? Przy braku współczesnej teologii właści­ wego rozumienia słowa „kult" wydaje się, że sama rzeczywi­ stość jest ważniejsza niż słowa. Odnalezienie tylu aktów czci NMP u protestantów na Mazurach upoważnia do bardzo ostrożnego stwierdzenia, że wiara ludu Bożego Kościoła ewangelickiego w zakresie kultu maryjnego wykazuje wiele zadziwiających zbieżności z wiarą Kościoła katolickiego. Wydaje się, że wiara ludu Bożego obydwu Kościołów bliższa jest sobie niż ich instytu­ cjonalna doktryna teologiczna. Natomiast ruch ekume­ niczny dzisiaj może znaleźć wiele śmiałych inspiracji nawią- 230 żując do kultury duchowej i materialnej protestantów i katolików zamieszkujących niegdyś tereny Warmii i Mazur. Wreszcie fakt wiązania czci NMP u protestantów pol­ skich na Mazurach z sanktuarium maryjnym w Świętej Lipce uzasadnia rację przyznania Świętolipskiej Pani Krainy Mazur tytułu - Matki Jedności chrześcijan, Sanctuaire de Notre Dame de Święta Lipka et le culte mariai des protestants en Mazurie A v a n t le p a r t a g e définitif d e l a P o l o g n e e n t r e l a P r u s s e . l'Autriche e t la Russie, à la fin de, X V I I I siècle, le s a n c t u a i r e mariai d e Ś w i ę t a L i p k a fut le s e c o n d lieu d e p è l e r i n a g e , a p r è s celui d e C z ę s t o c h o w a . D é j à a u X V siècle la figure m i r a c u l e u s e d e l a M è r e d e D i e u attirait les pèlerins. A la fin d e X V I I siècle f u t c o n s t r u i t e u n e église qui e s t c o m p t é e p a r m i les p l u s belles églises baroques d e l'Europe d e l'Est. Les d o c u m e n t s h i s t o r i q u e s a t t e s t e n t q u e n o n s e u l e m e n t les catholiques m a i s aussi l e s protestants y v é n é r a i e n t l a V i e r g e . L a foi d u p e u p l e d e D i e u de c e s d e u x c o n f e s s i o n s s u r p a s s e la d o c t r i n e officielle d e s théologiens, et c o n s t i t u e u n e base o e u c u m é nique d ' i m p o r t a n c e c o n s i d é r a b l e . C'est sur cette base q u e la S o u v e r a i n e de M a z u r i e p o u r r a i t être a p p e l é e à juste titre la mère d e l'unité d e s chrétiens. przegląd powszechny 5-6'83 231 Przemysław Mroczkowski Nowa wersja hołdu angielskiego poety dla Matki Bożej Jasnogórskiej D o szerzej znanych utworów poetyckich pióra katolic­ kiego twórcy zalicza się w Anglii Hilarego Belloca Balladę do Matki Boskiej Częstochowskiej (Balladę to Our Lady of Częstochowa) napisaną w r. 1917. Belloc, podobnie j a k jego najbliższy przyjaciel G.K. Chesterton, sympatyzował z Polakami i oprócz inspiracji religij­ nej kierował się zapewne tą sympatią poświęcając swój wiersz właśnie Jasnogórskiej Madonnie. W Polsce bawił przejazdem w drodze do Rosji w r. 1913 oraz dłużej w piętnaście lat później, w r. 1928, gdy spełnił swój ślub odbycia pielgrzymki do Częstochowy. Wtedy to wręczył Ojcom Paulinom, którzy go gościli pod dachem jasnogórskiego klasztoru, dwie wersje swojego poematu. Wersja angielska, jak wspomniałem, była nieraz ogłaszana. Zwłaszcza cytuje się pierwszy wers trzeciej strofy nazywa­ jący Matkę Boską Wspomożycielką na wpół-pokonanych (Help of the half-defeated). Posłużył się tym cytatem m.in. w reportażach ze swojej wizyty w Polsce w r. 1955 Graham Greene. Istnieją co namniej dwa polskie przekłady tekstu angiel­ skiego: pierwszy pióra Stanisława Helsztyńskiego, zawarty w zbiorze Katoliccy poeci Anglii, wydanym w r. 1939; drugi - Stanisława Balińskiego, ogłoszony niedawno w antologii pod redakcją Stefana Rożeja p.t. Bogiem Sławiena Maryja (Rzym 1981). Tylko nielicznemu gronu anglistów znany był natomiast fakt istnienia wersji łacińskiej ballady, którą poeta zaimpro­ wizował, by ją pozostawić Ojcom Paulinom. Udało mi się uzyskać kserokopię tego interesującego rękopisu. Jest to robocza parafraza, na ogół dość wierna w sto­ sunku do tekstu angielskiego (choć jest kilka znamiennych 232 odchyleń), pisana „szkolną" łaciną. Biograf pisarza, Robert Speaight, który wiedział o istnieniu drugiej wersji, mówi wręcz o dog-Latin (The Ufe ofHilaire Belloc, 1957, s.463). Oczywiście ocena takiego dziełka zależy od przyjętego standardu czy układu odniesienia. Na tle popisów wielu neolatynistów, zwłaszcza epoki humanizmu, rzecz nie zasłu­ giwałaby nawet na chwilę uwagi. Z drugiej strony na tle dzisiejszego upadku znajomości łaciny możność posłużenia się nią tak „od ręki" w parę dziesiątków lat po opuszczeniu szkoły, u nie-filologa wprost zadziwia. Ballada angielska reprezentuje klasyczny schemat śred­ niowiecznej francuskiej z trzema strofami i przesłaniem, adresowanym do Księcia (którym był przewodniczący poe­ tyckiego zebrania). Belloc zastosował śmiały, frapujący pomysł podstawienia pod konwencjonalnego księcia „księcia tego świata", tj. Sza­ tana, któremu stawia przed oczy jego ostateczną ruinę. To pozostaje w parafrazie łacińskiej (choć dobór terminów jest zmieniony). Zacierają się natomiast wspomniane cechy for­ malne francuskiej ballady wraz z faktem, że w kształcie, jaki jej nadał Belloc brzmią echa ballady François Villona do Matki Bożej, pisanej na prośbę jego nieuczonej matki. Pod piórem głośnego francuskiego poety refren powtarza deklarację o wierności w wierze: En cette foi je veuil vivre et mourir (W tej wierze pragnę żyć i umrzeć). Uzupełnieniem niniejszego komunikatu nich będzie tekst listu angielskiego poety pisanego przez niego przed wyjaz­ dem z Polski z Poznania do o. Piusa Przeździcckiego, ówczesnego przeora klasztoru jasnogórskiego. W górnym lewym rogu listu o. Pius napisał odręcznie wyjaśniającą notatkę: Hilary Belloc, publicysta angielski i były poseł do parla­ mentu odwiedził Jasną Górę dnia 17 września kr. 1928 w to­ warzystwie inżyniera Anglika. Spełnił votum, by Jasną Górę odwiedzić. Był w kaplicy M. Bożej na mszy ś-tej, podczas której przyjął Komunię świętą. Napisał odę angielską na cześć M.B. Częstochowskiej, którą skreślił na pergaminie i w ram­ ce oprawną sam zawiesił na ścianie w kaplicy M.B. pod oknem. Dla nas ją od ręki przetłumaczył na łacinę. Mieszkali ci panowie u nas w klasztorze pół dnia od 4-tej po południu 233 (sic) do 10-ej rano. List ten pisany z Poznania, w którym dziękuje za gościnność. O. Pius. A oto treść listu Belloca, pisanego w języku francuskim: Poznań, 25 września 1928. Księże Przeorze i Wielebny Ojcze. W chwili opuszczenia Polski pragnę przekazać Ojcu całą moją wdzięczność za tak wielką, wyjątkową gościnność, którą był Ojciec dobry okazać memu przyjacielowi, kapitanowi Warre (częstemu towarzy­ szowi podróży pisarza) i mnie w czasie naszej wizyty w świę­ tym mieście Częstochowie. Zawsze było moim pragnieniem i moją ambicją pomodlić się przed ołtarzem Matki Boskiej Częstochowskiej i ofiarować tam jako votum mój pergamin ku Jej czci. Dopełnienie tego jest dla mnie osiągnięciem pew­ nego celu (un but) mego życia. Świadomość, że się to dokonało pod Ojca życzliwym okiem i w ramach spontanicznej i wspaniałomyślnie ofiarowanej mi gościny pod samym dachem Najświętszej Panny pozostanie dla mnie na zawsze niezatartym wspomnieniem. Proszę przyjąć, Przewielebny Ojcze Przeorze, zapewnienie mojej wielkiej wdzięczności i najwyższego uszanowania Hilaire Belloc la Hoc scripsi dura jam Alkaus oppressa Poloniam i.e. 1917 I multiplex, vere regnans in pace coeli, [quam in somno olim Sonda Hil(d)a vidit et musicam sylvestrem audivit; me quoque [recipies in Uh hora vestpertina, nubibus coelestis, quum oves in oviculo gregati [sunt. Haec est Fides Mea quam accipio et accipiam, et haec est ilio Fides in qua morire mihi propositum est II Terribiles et Fortes UndaeMaris, Periculosae nantibus omnibus; litora quoque deserta et umbra noctis circumdata, nec apparuit Portus. Sed [Tu mihi φ άρος designabis et ego Te hymno nautico celebrabo. Haec est Fides Mea quam accipio et accipiam, et haec est illa in qua morire mihi propositum est. 1 Domina, Regina, Mysterium 2 3 4 5 6 7 8 9 10 234 III 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 Adjuvatrix illorum qui paene debellati sunt; Capello Gladii: Turris Eburnea; Splendor remota, suprema, coronata; Militis visio, et triumphalis mundo responsio. Tu, Auxiliatrix ultima, gloriam mihi reddas et Sortium vindicationem. Haec est Fides quam accipio et accipiam, et haec est illa Fides in qua morire mihi propositum est. ENVOI Princeps stuprorum, traditor et emptus, haec in mansione degradationis tuae scripta, annuntiant Fidem quam accipio et accipiam, et illam in qua morire mihi propositum est H. Belloc 271X28. la Niejasne czemu ta data? Niewola trwała do końca XVIII w., a 1917 był rokiem poprzedzającym właśnie odzyskanie niepodległości. 2 Sancta Hilda, w rękopisie Sta Hila, ale tekst angielski upewnia o poprawnym odczytaniu. 3 coelestis - potknięcie gramatyczne; powinno być coelestibus. 4 accipio et accipiam - w rękopisie w trzech zwrotkach ut accipiam, co nie daje dobrego sensu, dopiero w przesianiu można od biedy odczytać et. 6 litora - w rękopisie iitlora. 8 impot po grecku w oryginale (w rękopisie), ale nie w wersji angielskiej. U Adjwatrfc -.w poprawnej łacinie istnieje forma adiutrix. 12 Splendor remota - przymiotniki powinny być w rodzaju męskim (remotus etc.) tu zapewne wpływ francuszczyzny, która była drugim językiem poety (la splenaeur). 21 morire tu i w poprzednich refrenach błędnie zamiast mori. Napisałem to, gdy już ucisk Obcego Polską owładnął, tj, w r. 1917 I. Pani, Królowo, Tyś Wieloraką Tajemnicę, Ty w Niebios pokoju prawdzi­ wie panujesz; Ty, które we Me ongiś widziała św. Hilda, leśną słysząc muzykę; mnie takie przyjmiesz o owej wieczornej godzinie pośród chmur niebieskich, gdy-owce zbierają się w swej owczarni. Oto jest moja wiara, które wyznaję i wyznawać będę, oto jest ta wiara, w której umrzeć zamierzam. n Straszne i potężne są morskiefale, groźne dla wszystkich, którzy przez nie płyną; brzegi morza opuszczone, wokół nich mrok nocy, nie widać przy­ stani. Ale Ty mi wskażesz latarnię, a ja Twoją chwałę opiewać będę 235 żeglarskim hymnem. Oto jest moja wiara, którą wyznaję i wyznawać będę, oto ta, w której umrzeć zamierzam. III Wspomoiycielko prawie pokonanych: Kaplico Miecza: Wieżo z kości słoniowej; Blasku jedyny, najwyższy, koroną zwieńczony: Wizjo Wojow­ nika, Tyś triumfalną repliką daną światu: Ty, Ostatnia Obrono, zechcesz cześć mi zwrócić i nagrodzić los nieprzychylny. Oto jest wiara, którą wyznaję i wyznawać będę, oto jest ta wiara, w której umrzeć zamierzam. PRZESŁANIE Książę ohydy, zdrajco, tyś już sprzedany. To, com tu spisał w domu twego poniżenia głosi wiarę, którą wyznaję i wyznawać będę, tę wiarę, w której umrzeć zamierzam. H. Belloc 171X28. przegląd powszechny 5-6'83 236 Jerzy Laskowski SJ Zagubiona wartość - zaręczyny, nąrzeczcństwo O jakości małżeństwa decydują, jak wykazały ostatnio prowadzone badania, nie tyle warunki mieszkaniowe czy ekonomiczne, ile osobowość współmałżonków. Czynniki, które kształtują osobowość młodego człowieka, oddziałują pośrednio na jakość małżeństwa. Ma to miejsce naturalnie długo przed okresem spotkania się młodych. Już w latach pięćdziesiątych Clifford Kirkpatrick zwrócił uwagę, że suk­ ces w małżeństwie wyznacza klimat domu rodzinnego, rela­ cje z rodzicami we wczesnym okresie dzieciństwa oraz czynniki związane z narzeczeństwem, a przede wszystkim jakość wyboru współpartnera . O wpływie okresu przed ślubem na małżeństwo dwojga ludzi przekonano się podczas badań panelowych przeprowadzonych wśród 130 par w Warszawie, w latach 1974-1979, od narzeczeństwa do piątego roku życia małżeńskiego . W badaniu tym wystą­ piła istotna zależność między jakością małżeństwa a okre­ sem przedślubnym w problemach: zaangażowanie uczucio­ we, współżycie seksualne, długość „chodzenia ze sobą" i motyw wyboru współmałżonka. Zaangażowanie uczu­ ciowe obojga małżonków jest warunkiem prawie konie­ cznym (90 proc. małżonków udanych przejawia obopólne zaangażowanie) do zaistnienia udanego małżeństwa . Nie ma małżeństw udanych, w których przynajmniej jedna ze stron nie przejawiałaby zaangażowania emocjonalnego. W grupie mężczyzn prawdopodobieństwo zawarcia uda­ nego małżeństwa jest trzykrotnie większe, kiedy pierwszą jego partnerką seksualną była żona, względnie przyszła żona, a nie inna kobieta. Związek ten jest wyraźny, istotny, a jego siła stosunkowo duża . Opinia, w myśl której najlep­ sze małżeństwa pobierają się szybko, po krótkiej znajo­ mości, nie znalazła potwierdzenia w przeprowadzonym badaniu. W grupie małżeństw, które „chodziły ze sobą" poniżej jednego roku (czasami 3-4 miesiące) jest najmniej 1 2 3 4 237 par udanych, natomiast najwięcej kryzysowych i po rozwo­ dzie . Osoby, które stworzyły małżeństwa udane kierowały się w znacznym stopniu motywami osobowościowymi i emocjonalno-osobowościowymi. W związkach kryzyso­ wych i po rozwodzie ponad połowa małżonków (56,9%) decydowała się na ślub pod wpływem racji instrumentalno-konformistycznych i egoistyczno-urazowych . Wypada nadmienić, że osoby kierujące się racjami egoistycznymi i urazowymi podejmowały najszybciej decyzję zawarcia małżeństwa. Zależność między okresem przedślubnym i czasem po ślubie stwarza możliwość oddziaływania na jakość przy­ szłego małżeństwa przed zawarciem ślubu. Nie bez znacze­ nia dla losów przyszłego małżeństwa jest właściwie przeżyty okres dojrzewania psycho-fizjologicznego, rozwój wrażli­ wości na dobro, wierność okazywana ludziom i wyznawa­ nym zasadom, zdyscyplinowanie, odpowiednio rozwinięte uzdolnienia niezbędne do nawiązywania trwałych kontak­ tów z innymi w oparciu o świat wartości moralnych, więź z wartościami, które ożywiają duszę człowieka. Decydującą rolę spełnia właściwy wybór współmałżonka, na który może mieć wpływ świadomość narastającej więzi podczas wystar­ czająco długiego okresu wspólnej znajomości. (Nie jest dobra ani zbyt krótka, ani zbyt długa znajomość.) 5 6 Małżeństwo „na próbę" i „chodzenie ze sobą" Troska o właściwe przygotowanie się do małżeństwa skła­ nia niektórych do opowiadania się za wprowadzeniem mał­ żeństwa „na próbę". Czas przed ślubem - podkreślają to mocno - różni się w sposób zasadniczy od okresu po ślubie. W pierwszym okresie wspólnego przebywania doświadcza się przeważnie uczucia radości, czas wolny spędza się w wa­ runkach rekreacyjnych, nie odczuwa się wspólnych, obciąC Kirpartick, The Family as process and instilution, New York 1955, 336-366. Jerzy Laskowski, Prawne zabezpieczenie małżeństwa. Warszawa 1982, 40-46. (Maszynopis pracy znajduje się w archiwum ATK.). Tamże, s. 230, tabl. 68. * Tamże, s. 225, tabl. 65. Tamte, s. 222, tabl. 63. • Tamże, s. 224, tabl. 64. 1 2 3 ! 238 żających psychicznie obowiązków. W drugim okresie, p o ślubie, sytuacja ulega radykalnej zmianie, szczególnie po urodzeniu się dziecka. Poważne obowiązki nakazują zwra­ cać uwagę na przymioty, do których wcześniej nie przywią­ zywano we wzajemnych relacjach większego znaczenia. Zaczyna się cenić pracowitość, gospodarność, zdolność logicznego i dojrzałego myślenia, przewidywanie skutków podejmowanych decyzji i zachowań, uczciwość oraz wier­ ność. Obciążenie psychiczne wywołane obowiązkami zawo­ dowymi i rodzinnymi przyczynia się do reagowania nieproporcjonalnego do bodźców zewnętrznych, które utrudnia wzajemne współżycie. Najbardziej dokucza nie­ zrozumienie i powiązany z nim brak otwartości na współ­ małżonka, koncentrowanie się na sobie, zaborczość psychiczna przejawiająca się w pragnieniu posiadania dru­ giego człowieka wyłącznie dla siebie, brak samokryty­ cyzmu, uparte obstawanie przy własnym zdaniu, brak konsekwencji w postępowaniu. Zwolennicy małżeństw „na próbę" są zdania, że życie w warunkach małżeńskich umoż­ liwia doświadczenie doniosłości wzajemnego zrozumienia, pozwala przekonać się o zdolności dochodzenia do porozu­ mienia w sytuacji życia małżeńskiego, stwarza okazję lep­ szego poznania współpartnera, sprzyja wyeliminowaniu pomyłek, rozczarowań i oddaje usługi na rzecz wzmocnie­ nia zawieranego związku. Przytoczone racje nie wydają się być zbyt przekonywa­ jące. Wielu młodych poznało znaczenie wzajemnego zrozu­ mienia w okresie dojrzewania, kiedy nie potrafili nawiązać kontaktu z matką, ojcem i przeżywali z tego powodu stan osamotnienia, rozdrażnienie, reagowali agresywnie. Boles­ ne doświadczenia tamtych dni są wystarczające, by przywią­ zywać dużą wagę do porozumienia się z przyszłym współmałżonkiem. Słusznie ceni się wzajemne poznanie. Jednak świadomość życia „na próbę" może wpływać mobili­ zująco na zachowanie się osoby, której mocno zależy na zawarciu małżeństwa, co raczej utrudnia poznanie się. Uza­ leżnianie zawarcia małżeństwa od wyniku wspólnego życia „na próbę" może także świadczyć o braku miłości i zaufania do współpartnera, bez czego nie można stworzyć prawdzi­ wej wspólnoty małżeńskiej. W małżeństwach „na próbę" istnieje niebezpieczeństwo instrumentalnego, egoistycznego podejścia do drugiej osoby. Czy można po latach wspólnego życia porzucić partnera bez wywoływania w nim uczucia krzywdy? Co zrobić z dzieckiem poczętym czy nawet uro­ dzonym ze związku, którego okres próbny wypadnie nega­ tywnie? W rozważaniach na temat małżeństw „na próbę" nie uwzględnia się wymiaru moralnego. Podejmowane próby są pewną formą eksperymentu dokonywaną na dru­ gim człowieku. Niemoralne jest „eksperymentowanie" na osobach, których godność - jak z naciskiem podkreśla papież Jan Paweł II - wymaga, aby były zawsze i wyłącznie celem miłości bez jakichkolwiek ograniczeń czasu czy innych okoliczności . W tego rodzaju przypadkach nie dba się o rozwój duchowy, nie liczy się z nauką Chrystusa i Koś­ cioła, nie docenia się zwycięstw odnoszonych nad sobą w imię wierności wyznawanym ideałom, w imię wierności przykazaniom i samemu Bogu. W życiu małżeńskim ceni się szacunek i zaufanie. Nie zwraca się jednak dostatecznej uwagi na odkrywanie metafi­ zycznego wymiaru człowieka, podstawy rzeczywistej god­ ności, bez której trudno jest darzyć pełnym szacunkiem drugą osobę. Zapomina się, że zaufanie zdobywa się poprzez postępowanie zgodne z uznawanymi normami, zasadami. Zachowanie niezgodne z przyjętym systemem wartości osłabia zaufanie i utrudnia okazywanie szacunku. Pozytywny wynik okresu próbnego nie stanowi gwarancji małżeństwa udanego. W Stanach Zjednoczonych prakty­ kuje się małżeństwo „na próbę"', mimo to tu właśnie notuje się najwyższe wskaźniki rozpadu małżeństw. Można prze­ cież poznać cechy charakteru współmałżonka, decydujące dzisiaj o trwałości małżeństwa, bez realizowania modelu małżeństwa „na próbę". Stanowisko Kościoła katolickiego 7 ' Jan Paweł II, Adhortacja Apostolska ,Familiariscensortio", n, 80(w:) „Chrzcicijanin w świecie" 105 (1982), 120. * E. Macklin z uniwersytetu Cornella, na podstawie badania przeprowadzonego w 1974 r. utrzymuje, że jeden na trzech studentów collcge'ów amerykańskich tyje w trwałym lub przejściowym związku. 70% studentów przed ukończeniem studiów wyższych żyło przynajmniej w jednym takim 'związku. Ostatnio opublikowana ankieta Ropera ujawniła, że 75% społeczeństwa aprobuje współżycie przedmałżeń­ skie, połączone ze wspólnym mieszkaniem, które uznaje się za pewnego rodzaju małżeństwo na próbę. (Por., Kathleen Newland, Kobieta w świeck współczesnym, PWE, Warszawa 1982, 228). 240 w tej sprawie jest jasne. Kościół opowiada się za odpowie­ dzialnym zawieraniem małżeństw i jest zdecydowanie przeciwny podejmowaniu wspólnego życia „na p r ó b ę " . Odmienną formą przygotowania do małżeństwa, dość powszechnie praktykowaną w naszym społeczeństwie, jest „chodzenie ze sobą". Obyczaj „chodzenia ze sobą" polega zazwyczaj n a luźnym, niezobowiązującym spotykaniu się i wspólnym spędzaniu czasu wolnego. Można chodzić rów­ nocześnie z kilkoma osobami. Niekiedy „chodzenie ze sobą" łączy się ze swobodą seksualną, co uzasadnia się koniecznością doboru seksualnego i stwarzaniem podstaw pod trwały, wewnętrznie spójny związek małżeński. Młodzi, ulegając mitologii miłości erotycznej, nie zdają sobie sprawy, że związki oparte wyłącznie na wartościach seksual­ nych nie są trwałe. Nie brak jednak par, które „chodzenie ze sobą" traktują poważnie, odpowiedzialnie i wyłącznie. Ale i w tego rodzaju przypadkach wzajemny kontakt ma cha­ rakter bardziej lub mniej doraźny, a przede wszystkim niezobowiązujący. Jeśli okresowi „chodzenia ze sobą" towarzyszy beztroskie podejście do życia, nastawienie na zabawę i rozrywkę, wówczas brak poczucia wyłączności, a przede wszystkim brak trwałych wzajemnych zobowiązań, podjętych cho­ ciażby w ramach uroczyście zawartej umowy, nie sprzyja dojrzewaniu emocjonalno-psychicznemu, utrudnia pozna­ nie cech charakteru współpartnera i poważne przygotowa­ nie się do małżeństwa sakramentalnego. Można spotkać pary, które po latach „chodzenia ze sobą" nie czują się związane, nie znajdują głębszego upodobania w sobie, są niepewne siebie, schodzą i rozchodzą się, czasami zdradzają się i mimo to decydują się zawrzeć małżeństwo. Nie zdają sobie sprawy, że losy małżeństwa zależą w dużym stopniu od trafności wyboru współmałżonka. Brak zdolności do stworzenia emocjonalnej i osobowej intymności ze współ­ małżonkiem oraz nie rozwinięte dyspozycje psychiczne niezbędne do trwałego i harmonijnego współżycia z drugą osobą, uniemożliwiają stworzenie wewnętrznie spójnego, trwałego małżeństwa. Samo niewłaściwe podejście do siebie w okresie przed ślubem, a szczególnie brak szczerości i ucz­ ciwości, odbija się bardzo niekorzystnie wcześniej lub 9 10 241 później n a życiu małżeńskim. Młodzi cenią sobie samodziel­ ność, autonomię w wyborze współmałżonka, ale nie mają doświadczenia życiowego, nie zawsze przywiązują wagę do cech charakteru, bez których nie można stworzyć wspólnoty osobowej, opartej na miłości, nie potrafią wnioskować z wydarzeń, jakich są aktorami i dlatego często pochopnie podejmują decyzję wspólnego życia. W decyzji niedojrzałej, podjętej pod wpływem racji egoistycznej czy urazowej, dochodzi po ślubie stosunkowo szybko do nieporozumień, wieloletnich kryzysów, a nawet tragedii rodzinnych. Młodzi przed ślubem są chłonni, wrażliwi, otwarci. Tego rodzaju nastawienie psychiczne ułatwia ożywienie w nich ducha, wzmocnienie podstaw wspólnej więzi psychicznej i duchowej, i skłania do wyzwolenia energii na rzecz roz­ woju, dzięki której w małżeństwie stawać się będą jednym ciałem i jedną duszą. Zastrzeżenia, jakie wyzwala koncepcja małżeństw „na próbę" i niedoskonałość obyczaju „chodze­ nia ze sobą", wymagają wypracowania nowej, dostosowanej do aktualnych potrzeb, formy przygotowania do życia w małżeństwie i rodzinie. Wydaje się, że najbardziej właś­ ciwą formą mogą stać się uroczyste zaręczyny, zawierane p o pewnym okresie znajomości i następujący po nich okres narzeczeństwa. Pomysł zaręczyn i narzeczeństwa nie jest orginalny, był praktykowany w starożytnym Rzymie a także w naszym kraju przez wiele pokoleń. Zaręczyny w prawie rzymskim i w prawie z 1836 r. Pojęcie małżeństwa w prawie rzymskim różni się od mał­ żeństwa w prawie kanonicznym. O istnieniu małżeństwa w prawie rzymskim decydowała affectio maritalis, która przejawiała się w usilnym pragnieniu mężczyzny i kobiety wspólnego życia jako mąż i żona. Affectio maritalis odgry­ wała kluczową rolę zarówno w powstaniu jak i trwaniu małżeństwa. Zanik woli wspólnego życia jako męża i żony powodował rozpad małżeństwa i sprawiał, że strony, o ile nie rozchodziły się, żyły ze sobą w konkubinacie. W prawie ' Jan Paweł II, dz.cyt., n. 80-81. " Erik Erikton zwraca uwagę na uzdolnienia psychiczne niezbędne do stworzenia uczuciowej i osobowej intymności ze współmałżonkiem. Por. E. Erikson, Idenlity, Youth and Critis, New York 1968. 135-136. 242 zaś kanonicznym wymaga się do zawarcia małżeństwa wyrażenia zgody. Jeśli zgoda nowożeńców była wyrażona w sposób ważny i została dopełniona pożyciem małżeń­ skim, dochodzi do zawarcia trwałego małżeństwa, które istnieje nawet w przypadku zaniku woli dalszego wspólnego życia. Z małżeństwem w prawie rzymskim wiązano dwa akty prawne: manus oraz zaręczyny. Akt prawny manus polegał na włączeniu żony do familii agnacyjnej męża, zakładał wyjście spod władzy własnego ojca i wejście pod władzę m ę ż a . Córka, która otrzymywała posag i przechodziła pod władzę męża, traciła możliwość dziedziczenia majątku po ojcu. Natomiast zaręczyny były aktem prawnym poprze­ dzającym małżeństwo, polegały na złożeniu przyrzeczenia zawarcia małżeństwa. Stronami zawieranego przyrzeczenia zazwyczaj byli: ojciec narzeczonej i ojciec narzeczonego względnie sam narzeczony, o ile został wcześniej emancypowany. Znaczenie zaręczyn ulegało zmianie w ciągu wieków. Inną wartość miały zaręczyny w prawie rzymskim najdaw­ niejszym, inną w prawie klasycznym, a jeszcze inną w pra­ wie poklasycznym. W najdawniejszym prawie rzymskim przywiązywano dużą wagę do zaręczyn, upatrywano w nich niezbędny warunek małżeństwa. Umowa zaręczynowa miała charakter alternatywny, zobowiązywała albo do zawarcia małżeń­ stwa, albo do zapłacenia z góry ustalonej stawki pienię­ żnej . Cechą charakterystyczną zaręczyn była „zaskarżalność". W przypadku, kiedy nie doszło do zawarcia małżeństwa można było wnieść dochodzenie przeciwko oso­ bie, która nie wywiązała się ze zobowiązania. Przedmiotem roszczenia procesowego nie było dochodzenie podjęte na rzecz zawarcia małżeństwa, ale wyegzekwowanie ustalonej sumy pieniężnej . W prawie klasycznym, kiedy zaręczyny utraciły „zaskarżalność" , zmalało do minimum ich znaczenie prawne , stały się one raczej aktem obyczajowo-społecznym, niż prawnym, przestały być wymagane do zawarcia małżeń­ stwa. Natomiast w prawie poklasycznym nabrały zaręczyny większego znaczenia. Pod wpływem działalności Ojców Kościoła, którzy podkreślali nierozerwalność i świętość małżeństwa, zwracano uwagę na bardziej troskliwe przygo11 n 13 14 15 243 towanie się do małżeństwa i łączono je z zaręczynami oraz odpowiednio przeżytym czasem narzeczeństwa, W prawie poklasycznym, przy pomocy sankcji ekonomicznych ogra­ niczono również swobodę zrywania danego przyrzeczenia zawarcia małżeństwa. Z okazji zaręczyn domagano się od narzeczonego zadatku (tzw. arra sponsalicia), który przypa­ dał kobiecie, jeśli mężczyzna nie dochował złożonego przy­ rzeczenia. W przypadku, kiedy doszło do zerwania zaręczyn z winy kobiety, musiała zwrócić mężczyźnie zadatek w p o ­ czwórnej wysokości . Przy pomocy sankcji ekonomicznych starano się wzmocnić wartość złożonego przyrzeczenia. Wypada nadmienić, że w prawie justyniańskim zaręczyny zobowiązywały do zachowania wierności. Niedotrzymanie wierności określano mianem cudzołóstwa , które uspra­ wiedliwiało zerwanie zaręczyn. Im bardziej pierwotny był system prawny, tym zaręczyny miały większe znaczenie prawne. W okresie poklasycznym zaręczyny nabierają wyjątkowego znaczenia moralnego. We wszystkich okresach prawa rzymskiego zobowiązanie zawarcia małżeństwa nie miało ściśle określonej formy i było powiązane ze sprawami majątkowymi. Prawo z 1836 roku, którego przepisy obowiązywały rów­ nież znaczną część społeczeństwa polskiego, zna także insty­ tucję zaręczyn . Zaręczyny określa się tutaj jako umowę prywatną, dwustronną ', w ramach której obie zaintereso­ wane strony zobowiązują się współdziałać na rzecz zawarcia małżeństwa. Ważna umowa zaręczynowa, czyli taka, w któ­ rej nie występują przeszkody uniemożliwiające zawarcie związku małżeńskiego , ma wymiar moralno-prawny. Od momentu zaręczyn obie strony zawiązują ze sobą nowy typ wzajemnych relacji międzyludzkich, dochodzi w nich do 16 17 18 1 20 " K. Kolańczyk, Prawo rzymskie, Warszawa 1976, 235. H. Kupiszewski, Stosunki majątkowe między narzeczonymi w prawie rzymskim klasycznym, „Prawo Kanoniczne" 20 (1977), nr 3-4, 26„. » Tamże, 264. Tamże. K. Kolańczyk, dz.cyt., 229. Tamże. " Tamże. '· Karo! Lutostański, Zaręczyny w prawie małżeńskim z roku 1836, Warszawa 1907. K. Lutostański, dz.cyt., 142. » Tamże, 165. 12 14 15 15 19 244 głosu czynnik moralny i prawny. Aspekt moralny zaręczyn przejawia się w zobowiązaniu do okazywania sobie sza­ cunku i wierności . Natomiast aspekt prawny zaręczyn uzewnętrznia się przede wszystkim w przypadku ich zerwania . Nieusprawiedliwione zerwanie zaręczyn stwarza możli­ wość wystąpienia na drogę sądową i domagania się odszko­ dowania strat materialnych, poniesionych z tytułu zarę­ czyn . Natomiast usprawiedliwione zerwanie nie stwarza takiej możliwości. D o racji bezpośrednio usprawiedliwiają­ cych zerwanie zaręczyn prawodawca zalicza: „Poważne obelgi wymierzone przez stronę przeciwną; rozwiązłe lub występne życie strony przeciwnej; brak okazywania należy­ tego uszanowania rodzicom drugiej strony; podstępne wyłu­ dzenie danego słowa" . Treść wymienionego przepisu wskazuje, że prawodawca uznaje za usprawiedliwione zerwanie zaręczyn w przypadku pojawienia się nie ujawnio­ nych wcześniej wad moralnych, które świadczą o słabości charakteru. Ogólnie przyjmuje się, że racje, które skłaniają do przeprowadzenia separacji między małżonkami, są wystarczające, by w sposób usprawiedliwiony zerwać zarę­ czyny. D o grupy takich przyczyn zalicza się przede wszyst­ kim stosunek seksualny z trzecią osobą, czyli niewierność . Przyrzeczenie zawarcia małżeństwa nie ma ściśle określonej formy . W momencie ślubu umowa zaręczynowa traci moc zobowiązaniową . 21 22 23 24 25 26 27 Zaręczyny dzisiaj Przeobrażenie się grupy małżeńsko-rodzinnej z jednostki o znaczeniu produkcyjnym we wspólnotę życia i miłości podkreśla w udanym małżeństwie współczesnym znaczenie cech charakteru i zdrowej, dojrzałej osobowości współmał­ żonków. Wydaje się, że nowa sytuacja życia małżeńskiego nie wymaga, by zaręczyny miały obecnie charakter prawny. Niekorzystne byłoby łączenie ich w jakikolwiek sposób z wartościami materialnymi (z sankcjami ekonomicznymi, z posagiem), ponieważ mogłoby się odbić negatywnie na motywacji wyboru. Aktualnie zaręczyny spełnią swoje spo­ łeczne zadanie, jeśli staną się przede wszystkim zobowiąza­ niem moralnym. Zobowiązanie moralne potrafi zmobilizo­ wać psychikę, skłonić do wysiłku, wyzwolić poczucie 245 odpowiedzialności i pozwala również poznać lepiej cechy charakteru współpartnera. Udane małżeństwo zakłada wzajemne upodobanie ze względu na posiadane wartości zewnętrzne i wewnętrzne, które powstaje podczas okresu poznawania się. A proces poznawania się jest na ogół złożony i długotrwały. Podjęcie decyzji zaręczenia się jest już znakiem pewnego stopnia zbliżenia i nawiązania ze sobą kontaktu. Nie jest to wpraw­ dzie jeszcze stopień wystarczający, ale zaręczyny stwarzają możliwość głębszego odkrywania siebie i poznania niezwy­ kle ważnych w życiu małżeńskim cech charakteru: wier­ ności przyrzeczeniom, lojalności, odpowiedzialności ... Sugestia wprowadzenia obecnie zwyczaju zaręczyn, ze względu na skojarzenia z jego archaiczną obyczajowością związaną z instytucją narzeczeństwa, przynajmniej w niek­ tórych jej aspektach, może wywoływać negatywne emocje u pewnych osób. U samych młodych par, w okresie przed ślubem, pomysł reaktywowania zaręczyn i narzeczeństwa wzbudza zróżnicowane reakcje. Jedni odrzucają go zdecy­ dowanie, ponieważ nie dostrzegają jego wartości. Inni, cho­ ciaż nie uważają, by miał on odegrać ważną rolę w ich życiu, są skłonni opowiedzieć się za zaręczynami ze względu na rodziców, którzy przywiązują do nich znaczenie. Jeszcze inni opowiadają się wyraźnie za zaręczynami i narzeczeństwem, ale w nowej treści i oprawie, dostosowanej do współczesnych potrzeb. Przeciwnicy zaręczyn najczęściej podkreślają, że są sobie dostatecznie oddani, dlatego uznają je za zbyteczne. Osoby szczerze sobie oddane, które są prze­ ciwne zaręczynom i narzeczeństwu, przywiązują dużą wagę do wzajemnego kontaktu emocjonalnego, psychicznego, intelektualnego, a niekiedy również duchowego, ale nie widzą w zaręczynach i narzeczeństwie wartości, która byłaby zdolna wzbogacić ich wspólną więź. Tamte, 131. Prawny wymiar zaręczyn stwarza osobie poszkodowanej możliwość ubiegania si? o rekompensatę strat poniesionych w wyniku nieusprawiedliwionego zerwania zaręczyn. (Por., K. Lutostański, dz.cyt., 85). W zaręczynach prawny obowiązek wynagrodzenia wyoływa z niedotrzymania umowy. Istnieje odpowiedzialność z ty­ tułu niedotrzymania umowy. Tamże 94. ° Tamże, 85. " Tamże, 242 art., 97. " Tamże, 197. » Tamże, 163. " Tamże, 175. 21 a 246 Małżeństwo interpersonalne wymaga zaangażowania całej osoby, intelektu i woli. Przedmiotem aktywności inte­ lektualnej jest poznanie, wiedza, a przedmiotem działania woli jest dobro. Życie w autentycznej wspólnocie miłości wymaga wiedzy i ukierunkowania na dobro. Miłość różni się od wiedzy, ale jest z nią ściśle zespolona. Cenna jest wiedza o istocie małżeństwa, jego naturze, przymiotach, 0 wielozmiennowych uwarunkowaniach udanego małżeń­ stwa interpersonalnego. Doniosłą rolę odgrywa we wspól­ nym życiu małżensko-rodzinnym podobna hierarchia wartości oraz dostateczna znajomość siebie. D o b r o potrafi zmobilizować psychikę człowieka do dzia­ łania, skłonić do wzmocnienia postaw pozytywnych, osła­ bienia, nastawień negatywnych i dokonania polaryzacji postaw ambiwalentnych. Podobne widzenie i przeżywanie dobra angażuje wolę różnych osób w jednakowym kie­ runku, potrafi zbliżyć ludzi do siebie i wzmocnić w nich poczucie podmiotowości. Młodzi przejawiają znaczną chłonność intelektualną i wrażliwość na dobro. Predyspo­ zycje te uzdalniają narzeczonych do przejęcia pogłębionej wizji małżeństwa i potrafią, ich zmobilizować do wysiłku na rzecz postępowania zgodnego z uznawanym dobrem. Uroczyste zaręczyny i następujący po nich okres narzeczeństwa mogą stać się doniosłym, niezapomnianym doświadczeniem, które będzie się wspominało p o latach 1 czerpało z niego natchnienie, oparcie oraz siłę na wspólnej drodze życia małżeńskiego. Zaręczyny i narzeczeństwo mogą stać się faktycznie cennym doświadczeniem, ale pod warunkiem wielkodusznego zaangażowania umysłu i woli ze strony obu współpartnerów. Zaangażowanie całej osoby jest niezbędne do pogłębienia miłości i wizji małżeństwa, do pełniejszego otwierania się na siebie i na Boga, do tworzenia podstaw więzi osobowej i wspólnoty duchowej. Młodzi zaręczając się zdobywają nie tylko nowy status, stają się narzeczonymi, ale uzyskują również sposobność głębszego poznania swoich poglądów, cech charakteru. Bez wystarczającej znajomości siebie trudno jest w pełni się zro­ zumieć i harmonijnie współpracować. Nowa okazja pozna­ nia jawi się w sytuacji, kiedy narzeczeni, przy sposobności zaręczyn zobowiązują się pielęgnować i rozwijać wzajemną 247 miłość - istotną wartość życia małżeńskiego - oraz wierność i czystość, które są ściśle powiązane z miłością. Zawarte zobowiązanie może zmobilizować młodych do jego wciela­ nia w życie codzienne. Realizowanie podjętego zobowiąza­ nia potrafi ujawnić znaczenie, jakie nadaje się słowu „miłość", potrafi skłonić do podjęcia dodatkowego dialogu na rzecz wyjaśniania własnych poglądów, może przyczynić się do ujawniania szeregu predyspozycji psychicznych. Urzeczywistnianie podjętego zobowiązania zakłada po­ prawną i jednakową wizję miłości. Zdobycie jej nie jest zawsze sprawą łatwą, ponieważ miłość jest pojęciem wielo­ znacznym. Chrześcijanin poznaje tajemnicę miłości, jej naturę i przymioty, w oparciu o Słowo Boże. Pismo św. ukazuje małżeństwo i rodzinę jako wspólnotę miłości (por. Jer 33,31-34a; Ef 5,22-33). Narzeczeństwo jest okresem niepowtarzalnym, stwarza możliwość odkrycia wartości, na które w życiu codziennym nic zwraca się większej uwagi, ukazuje piękno i wielkość powołania do miłości. Katechizacja przedślubna zakłada wcześniejszą formację z okresu dzieciństwa i młodości i na niej się opiera. Forma zaręczyn ma znaczenie drugorzędne w stosunku do jej treści. Bogata forma bez treści nie inspiruje, jest pusta, nużąca. Natomiast forma prosta o bogatej treści potrafi przemówić, zainspirować, skłonić d o wysiłku, d o działania. Aktualnie forma zaręczyn, podobnie jak w przeszłości, powinna mieć charakter dowolny. Dowolność formy umoż­ liwia dostosowywanie jej do zmieniających się warunków zewnętrznych i wypracowywanie-łeształtu najbardziej odpo­ wiedniego. Dowolność formy nie wyklucza pewnych suge­ stii, które mogą przyczynić się do lepszego przeżycia narzeczeństwa. Wydaje się, że zaręczyny nabiorą pełniej­ szego znaczenia, jeśli odbywać się będą w obecności rodzi­ ców, o ile ustali się przy okazji termin ślubu i młodzi prywatnie zobowiążą się d o doskonalenia we wzajemnej miłości. Akt zaręczyn stanowi wzajemne zobowiązanie, które może uzyskać specjalną wymowę, jeśli odbywa się w obec­ ności rodziców. Uroczyste zaręczynowe spotkanie młodej pary i jej rodziców jest znakiem zgody na planowane mał­ żeństwo. Obecnie akceptacja rodziców nie ma większego 248 znaczenia, ponieważ młodzi pobierają się także bez zgody rodziców, ale ich aprobata i wynikająca z niej szczególna atmosfera, ułatwia pełniejsze wejście w rodzinę współpart­ nera i lepsze poznanie jego przymiotów, które odgrywają doniosłą rolę w więzi interpersonalnej. Tego rodzaju zarę­ czyny zbliżają do siebie także członków dwóch rodzin i wnoszą nowe treści w życie młodej pary. Termin ślubu ustalony z okazji zaręczyn nie powinien być ani zbyt krótki, ani za bardzo odległy. Różne osoby suge­ rują, że narzeczeństwo winno trwać w granicach od pół roku do roku. Przedślubna realizacja zawartego przyrzecze­ nia służy wzmocnieniu podstaw małżeństwa interpersonal­ nego, pomaga w nawiązywaniu głębszego kontaktu, sprzyja przygotowaniu się do odpowiedzialnego złożenia przysięgi małżeńskiej w dniu ślubu. Przyczyną wielu cierpień w mał­ żeństwie jest swoista „samotność we dwoje", która wynika z powierzchowności wzajemnych kontaktów, z nieumiejęt­ ności przezwyciężania konfliktów, z braku głębszej wspól­ noty duchowej. Wkład przed ślubem na rzecz miłości i głębokiej przyjaźni jest pozytywnym wkładem na rzecz udanego życia małżeńskiego. Przyrzeczenie zawarcia małżeństwa nie oznacza zobowią­ zania się do poślubienia współpartnera za wszelką cenę. Młodzi mogą, a niekiedy powinni się rozejść. Osoba, z któ­ rej winy nie dochodzi do zawarcia małżeństwa, ma obowią­ zek naprawienia szkód materialnych, jakie poniósł współpartner. W głębszym przeżywaniu okresu narzeczeństwa młodzi nie są zdani wyłącznie na własne siły. Kościół przychodzi im z pomocą poprzez katechizację przedmałżeńską i przed­ ślubną. Skuteczność tej katechizacji wymaga dobrej woli ze strony narzeczonych. Natomiast od duszpasterzy żąda takiego jej zorganizowania, by odpowiadała rzeczywistym potrzebom narzeczonych i sprzyjała osiąganiu celów, jakie stawia przed nią Kościół. Les fiançailles la valeur perdae Il y a une dépendance entre la qua­ lité du mariage et les fiançailles. On peut, par conséquent, envisager la préparation à la vie conjugale avant le mariage. La conception du mariage d'essai suscite de grandes rétissances. La meilleure préparation au mariage semblent être les fiançailles vécus sous une forme renouvellée et avec le contenu adapté aux besoins actuels. przegląd powszechny 5-6'83 249 La Civiltà 6. IL 1982 (artykuł Cattolica redakcyjny) Przywrócenie wartości jako odpowiedź na dzisiejszy nihilizm Czy są tendencje nihilistyczne w aktualnym społeczeń­ stwie zachodnim? Jeśli pod terminem nihilizm rozumie się negację i odrzucenie wartości - przede wszystkim wartości religijnych i moralnych, ale także wartości społecznych i ludzkich, w pierwszym rzędzie wartości życia - odpo­ wiedź, niestety, jest w znacznym stopniu pozytywna. Wszak występują w dzisiejszym społeczeństwie Zachodu zjawiska, które noszą, bez cienia wątpliwości, znamię nihilizmu. Co się tyczy wartości religijnych, tendencja do ich negacji i odrzucenia rośnie w miarę rozszerzania się ateizmu, obo­ jętności religijnej i sekularyzacji albo ściślej sekularyzmu i laicyzmu. Oczywiście takie zjawiska mają tendencje do występowania w masie - tym bardziej, że przestrzeń tego co religijne zacieśnia się stając się faktem mniejszości, jeśli nawet polepsza się religijna jakość wierzących. Jeszcze bardziej niż na polu religijnym rozprzestrzeniają się tendencje nihilistyczne na polu etycznym. Negacja i od­ rzucenie wartości moralnych, tzw. tradycyjnych, szerzą się w sposób zdumiewający i docierają do wszystkich warstw ludności, przede wszystkim do młodych. Wyrazem nihi­ lizmu etycznego jest negacja i odrzucenie wszelkiej normy moralnej o charakterze absolutnym i obiektywnym: „dob­ ro" i „zło" jako obiektywne kategorie moralne już nie mają sensu a absolutne i obiektywne prawo moralne odbiera się jako groźbę i niebezpieczeństwo dla wolności i podmioto­ wości człowieka, które są jedynymi absolutami. Mówi się więc, że nie ma prawa moralnego absolutnego i obiektyw­ nego. Gdyby ono istniało, człowiek nie byłby wolny, ale podobny czemuś (Prawu) albo Komuś (Bogu, Państwu, Społeczeństwu) zewnętrznemu w stosunku do podmiotu. Innymi słowami, wyrazem nihilizmu etycznego jest aktualna swoboda, dzięki której każdy jest panem siebie, 250 w pierwszym rzędzie swojego ciała, i w sposób wolny może działać według własnego uznania, nie mając obowiązku zdawania sprawy ze swojego działania wyższej instancji, jaką mógłby być Bóg albo społeczeństwo. Taka swoboda jest szczególnie rozpowszechniona w dziedzinie seksu. Wszystkie „tradycyjne" normy moralne uważa się za tabu, od którego trzeba się uwolnić; jedynie ważną normą jest możliwie największa „przyjemność", którą można osiągnąć przy pomocy wszelkich środków, jakie oferuje postęp naukowy i techniczny. O ile chodzi o wartości społeczne, trzeba uwzględnić z jednej strony tendencję do odrzucenia małżeństwa na rsecz prostego współżycia more uxorio, z drugiej strony ten­ dencję do odrzucenia pracy (albo przynajmniej pewnych rodzajów czy form pracy) na rzecz „życia" Chodzi tu 0 po­ zyskanie zgubionego i ukradzionego czasu, który poświęca się na pracę. Podobnie utwierdza się tendencja do niepodej­ mowania angażującej odpowiedzialności społecznej, upa­ dek poczucia dobra wspólnego i tendencja do zamykania się w kręgu poszukiwania i obrony własnego interesu. Do tych form nihilizmu - religijnego, etycznego i społe­ cznego - należy dołączyć prawdopodobnie najskrajniejszą jego formę i ze wszech miar najbardziej jasną i wyrazistą: negację i odrzucenie życia. Taki nihilizm w dzisiejszym spo­ łeczeństwie wyraża się różnymi sposobami. Przede wszyst­ kim w odrzuceniu sensu życia albo w zupełnej negacji tego sensu. Następnie w odmowie dania życia, tzn. poczęcia i urodzenia: odmowie, która jest u podstaw ucieczki, tak częstej w naszym społeczeństwie, do antykoncepcji i przery­ wania ciąży. Wreszcie w łatwości, z jaką niszczy się życie, jakby ono było czymś mało albo zupełnie bezwartościo­ wym: potwierdza to niesłychany wzrost ilości przerwań ciąży, zabijanie dacci kalekich albo z większymi, lub mniej­ szymi wadami psychicznymi, zabójstw, samobójstw, „bia­ łych śmierci" Ten „biologiczny" nihilizm osiągnął w dzisiejszym świe­ cie szczególnie poważne formy. Jego pierwszym wyrazem jest terroryzm, który okazuje absolutną pogardę życia ludz­ kiego, ponieważ jest czystym środkiem w służbie celowi politycznemu. Jeśli dla osiągnięcia takiego celu konieczne 251 jest zabójstwo, zranienie, porwanie, dokonuje się tego na zimno i bez skrupułów. Drugim wyrazem biologicznego nihilizmu jest zjawisko narkomanii. Kto produkuje narkotyki, sprzedaje, prze­ myca, wie, że będzie się niszczyć życie wielu ludzi; kto używa narkotyków, wie, że może iść na spotkanie z ruiną własnej egzystencji a także ze śmiercią. Mimo to w naszym świecie rośnie w zastraszającym tempie produkcja, sprzedaż i prze­ myt narkotyków, także „ciężkich" (heroina i kokaina), bądź trujących. O ile chodzi o producentów, sprzedawców i przemytni­ ków narkotyków, taki wzrost łatwo wyjaśnić faktem ogro­ mnych zysków, jakich one dostarczają; trudniej wytłuma­ czyć wzrost liczby narkomanów. Czy u podstaw tego straszliwego doświadczenia - oprócz znanych motywów nie ma także jakiegoś instynktu śmierci, pragnienia samo­ zniszczenia i unicestwienia, a więc jakiejś formy nihilizmu? Jako trzeci wyraz biologicznego nihilizmu można brać pod uwagę aktualny wyścig zbrojeń - czy to konwencjonal­ nych, czy nade wszystko nuklearnych. Wiadomo, że wojna nuklearna spowodowałaby śmierć setek milionów oraz ogromne i nie do odrobienia zniszczenia wszelkiego rodzaju - aż do zagrożenia samej egzystencji wszelkiej formy życia na ziemi. To byłby absolutny nihilizm, którego żaden myśiiciel-nihiiista (nawet najbardziej szalony) nic potrafiłby nigdy w przeszłości wydumać ani nawet pojąć, a który może się urzeczywistnić. A jednak ludzie są przygotowani do wojny nuklearnej i przygotowują się konstruując broń i narzędzia coraz to bardziej zabójcze i są zdecydowani roz­ pętać je, jeśli zaistnieją pewne warunki. # W świecie zachodnim mamy więc obecnie do czynienia z wydatną obecnością nihilizmu pod różnymi postaciami. Ale fałszywe byłoby twierdzenie, że aktualne społeczeństwo zachodnie jest eałe nihilistyczne. W rzeczy samej jest wiele osób, grup, instytucji, które nie tylko zachowują, kultywują „wartości" religijne, etyczne i społeczne i żyją nimi, ale bro­ nią ich i proponują je jako wartości „życiowe", zdolne od­ wrócić pochód historii, która, zostawiona sama sobie, pro­ wadziłaby do końca przygody ludzkiej, ponieważ prze- 252 ważyłby instynkt śmierci, który ona niesie w sobie. W szczególności czują dzisiaj wartość życia: stąd działanie przeciw przerywaniu ciąży, przeciw narkotykom, torturom, handlowi bronią; działanie na rzecz lepszej jakości życia, na rzecz obrony środowiska naturalnego przed tym wszystkim, co prowadzi do zatrucia korzeni życia (ziemi, powietrza, wody) albo do zniszczenia i roztrwonienia zasobów planety; działanie na rzecz pokoju, przeciw wyścigowi zbrojeń i prze­ ciw wojnie. Ruchy przeciw przerywaniu ciąży, ruchy poko­ jowe, ekologiczne, instytucje takie jak Amnesty Internatio­ nal, Pax Christi i wiele innych mniej znanych, wyrażają bunt ludzkiego sumienia przeciw temu wszystkiemu, co zagraża życiu człowieka. Chcąc pogłębić rozumienie natury nihilistycznych ten­ dencji teraz przypomnianych, trzeba zauważyć, że nihilizm nie jest faktem dzisiejszym, ale ma historię dość długą i zło­ żoną. Wszelako, w odniesieniu do przeszłości dzisiejszy nihilizm ma szczególny charakter - w tym sensie, że spoty­ kają się w nim rozmaite formy, które przybierał on u róż­ nych myślicieli i w różnych ruchach o nihilistycznej orien­ tacji. I tak, w dzisiejszym nihilizmie spotyka się nihilizm de Sade i materialistów XVIII wieku, nihilizm Stimerà i anarchistów, nihilizm rosyjski z XIX wieku i Nietzschego, nihilizm Reicha i Sartre'a. Mniejszą wagę w formacji aktualne­ g o prądu nihilistycznego mają - jak się zdaje - nihilizm Heideggera i Jaspersa (por. / / nichilismo da Nietzsche a Sar­ tre, a cura di G. Penzo, Città Nuova, Roma 1976, 63-86). * W historii nihilizm osiągnął dwie formy: praktyczną i doktrynalną. Dobrze będzie powiedzieć coś o każdej, ponieważ można znaleźć wyraźne ich ślady w aktualnym nihilizmie. Forma praktyczna znalazła wyraz w nihilizmie rosyjskim, bardziej ograniczonym, i w nihilizmie anarchistycznym bardziej rozległym. Nihilizm rosyjski - termin „nihilizm" został wykuty przez I. Turgieniewa i jest widoczny w jego powieści Ojcowie i synowie (1861), w której Autor pisze o bohaterze Bazarowie jako „nihiliście" - oznacza ruch rewolucyjny i terrorystyczny, który tworzyli przede wszyst­ kim młodzi studenci, a który powstał w carskiej Rosji dru- 253 giej połowy XIX wieku i miał swój punkt kulminacyjny w zabójstwie cara Aleksandra I (1881). Rosyjscy nihiliści zwalczali tradycję we wszystkich jej aspektach, w religii widzieli śmiertelnego wroga, byli przeciw sztuce i filozofii, a na rzecz różnych dziedzin wiedzy i problemów społe­ cznych, byli przeciw wszelkim autorytetom oraz instytu­ cjom, przeciw wszelkim „przesądom społecznym" a na rzecz wolnej miłości; nade wszystko praktykowali gwałt, mnożąc zamachy na wielkie osobistości carskiego reżimu: na ksią­ żąt, generałów, wysokich urzędników, przedstawicieli poli­ cji. Ale ich program był „pozytywny": chodziło o stworzenie nowego porządku sprawiedliwości i wolności, w którym naród byłby uwolniony od samowoli i despotyzmu i stawał się panem swojego losu. W ruchu nihilistycznym odzna­ czyły się kobiety, młode i najmłodsze, które do niego wniosły wielkiego ducha ofiary i odwagi, ale także formy brutalnego gwałtu i okrucieństwa. Bardziej rozległy, jak również doktrynalnie podbudo­ wany, był anarchizm, którego głównymi teoretykami oprócz M. Stimerà - byli M. Bakunin (1814-1876) i P. Kropotkin (1842-1921). Anarchizm jest przeciw Bogu, przeciw ojczyźnie, przeciw rządowi, przeciw burżujom i dlatego pro­ ponuje się zniszczenie istniejącego porządku zbudowanego na fatalnej i przeklętej zasadzie autorytetu zarówno Bożego jak i ludzkiego, zarówno Państwa i Kościoła jak Boga i Opatrzności. Proponuje się stworzenie nowego porządku zbudowanego na równości i naturalnej solidarności, która łączy wszystkich ludzi zadośćczyniąc ich potrzebom: Zniszczcie wszystkie instytucje nierówności; zbudujcie rów­ ność ekonomiczną i społeczną wszystkich a na tej bazie wznieście wolność, moralność, solidarne człowieczeństwo wszystkich. Anarchizm głosi gwałt przeciw Państwu i prawu, które nie były niczym innym jak zorganizowanym gwałtem, tak więc anarchiczny gwałt jest tylko słuszną odpowiedzią na gwałt Państwa i wszystkie inne urządzenia. Stąd zaproszenie P. Kropotkina do niszczenia wszystkiego, do zniesienia wszelkimi środkami wszystkich porządków; wszelkimi środkami, tzn. poprzez wojnę domową, terro­ ryzm, rzezie (por. L'anarchie, saphilosophie, son idéal, Paris 1896). Te zachęty nie pozostały martwą literą: ruchy rewolu- 254 cyjne i krwawe fakty zdarzały się we wszystkich państwach europejskich, z zamachami i zabójstwami panujących; mię­ dzy innymi Humbert I, król Włoch, został zabity 29 lipca 1900 przez anarchistę Bresciego. Jeśli teraz przeskoczymy jeden wiek i od nihilizmu rosyj­ skiego oraz anarchizmu bakunińskiego przejdziemy do ideologii sześćdziesiątego ósmego roku oraz do ruchów rewolucyjnych i terrorystycznych z niej zrodzonych, znaj­ dziemy zaskakujące podobieństwa ideologiczne i prakty­ czne między rosyjskimi nihilistami i anarchistami XIX wieku a dzisiejszymi terrorystami. W rzeczywistości aktual­ ny terroryzm powiela motywy walki i uciekania się do samego gwałtu, jak to było w ruchach anarchistycznych, które - mimo że przezwyciężone na płaszczyźnie politycznej - przetrwały w Europie aż do dziś. tu Nihilizm doktrynalny ma wielu reprezentantów. Tu chcemy przypomnieć tylko dwóch; de Sade i Stitnera, ponieważ wydaje nam się, że w dzisiejszym nihilizmie można spotkać echa ich myśli. Nie bez słuszności na przy­ kład L. Lombardi Vallauri widzi w sadyzmie filozoficznym miejsce pochodzenia i ostatecznego teoretycznego uzasadnie­ nia samowolnego przerywania ciąży dzisiaj, to jest przerywa­ nia ciąży, które zakłada, że zabicie poczętego życia jest moralnie obojętne i jest sprawą osądu kobiety, jej upodobania albo jej planu życia rozumianego indywidualistycznie (Abortismo libertario e sadismo, Scotti Camuzzi, Milano 1976, 47, 21). Jak wiadomo, markiz D. A. de Sade (1740-1814) głosi zniszczenie wszystkich wartości moralnych i z błędu, perwersji i zbrodni czyni źródło przyjemności i zadowolenia. Tak, nie tylko głosi przerywanie ciąży, dzieciobójstwo, zabójstwo, samobójstwo, rodzicobójstwo, kazirodztwo, ale utrzymuje, że możliwość przyjemności zwiększa się wraz ze złem, z cierpieniem zadanym bliźniemu, więcej - z jego zabiciem. Faktycznie rozkosz, która się rodzi z cierpienia zadawanego drugiemu i z zabicia, nazywa „ekstazą bogów" (Histoire de Juliette, Pauvert, Paris 1954,IV,91) i każe mówić postaciom tej powieści: 255 Przestępstwo jest moim żywiołem; natura sprawiła, żeja się rodzę nie przez co innego, jak przez to, że służę jej i chciałbym mnożyć bez końca wszystkie sposoby popełniania go (tamże, IV, 62). Jeśli chodzi o mnie, twierdzę, przyjaciółki moje, zenie istnieje na świecie człowiek bardziej niemoralny nit ja; nie ma wędzidła, którego bym nie stargał, zasady, od której bym się nie wyzwolił, cnoty, której bym nie zbezcześcił, nie ma prze­ stępstwa, którego bym nie popełnił; i - powinienem to wyznać - tylko po radykalnym usunięciu konwencji społecznych, wszystkich praw ludzkich, naprawdę czułem, jak rozkosz pul­ suje w moim sercu i jak ją zapalam od jej boskiego ognia. Pobudzam się do wszystkich zbrodniczych i okrutnych działań (tamże, 171-172). Mniej brutalny, ale ostrzejszy, jest nihilizm M. Stirnera (1806-1856), który swoje dzieło Der Einzige undsein Eigentum (1945) kończy słowami: Ich hab' main' Sach' auf Nichts gestellt (Oparłem moją rzecz na nicości). Stiracrjest przeciw wszystkiemu: na pierwszym miejscu przeciw Bogu, lecz potem także przeciw człowiekowi - ludzkości, przeciw wszelkiej transcendencji, boskiej czy ludzkiej, przeciw wszelkiej „wartości" i wszelkiemu ideałowi, żeby afirmować własne ja jako „jedyne", jako „egoistyczne", jako „posiada­ cza" swojego bytu i swojej mocy, która nie ma niczego ponad sobą, która nie musi interesować się niczym, co by nie było własnym egoizmem, która nie musi dążyć do żadnego ideału: Egoista nie uważa siebie za instrument Idei, za naczynie Boga; nie uświadamia sobie jakiegoś powołania; on myśli o tym, żeby mieć inną rację istnienia a nie przyczynianie się do rozwoju Ludzkości, i nie wierzy, żejest zobowiązany dawać w tym względzie własny wkład; przeżywa swoje życie dla siebie samego, nie interesując się, czy z tego wyniknie strata czy zysk... Ech! czyż jestem na świecie po to, żeby realizować idee? żeby przynosić poprzez obywatelską postawę moją cegłę do realizacji idei Państwa albo przez małżeństwo dawać życie jako małżonek i ojciec idei Rodziny? Czy nie gwizdać na takie powołanie? Ja nie żyję według jakiegoś powołania, podobnie jak kwiat nie kiełkuje i nie daje zapachu dlatego, że musi. Idealny Człowiek będzie realizowany tylko wtedy, gdy zmieni się chrześcijańskie pojęcie i stanie się: „Ja - jedynie - ja jestem 256 Człowiekiem" (L' Unico e la sua proprietà, tłum. wł. P. T. Li­ veri, Ennesse Editrice, Roma 1970, 489­495). Jeśli chodzi o de Sade i Stimerà, wchodzi w grę absolutny nihilizm, którego nie spotyka się dzisiaj w formie wyrażanej przez tych autorów. Jednak pozostają jego echa i wyraźne ślady w pewnych skrajnych, radykalnych ruchach nihilistycznych naszego czasu. Kiedy, na przykład, różne feministki deklarują, że kobieta jest panią swojego ciała i może z nim robić, co zechce (Macica jest moja i ja nią zarządzam) i że płód jest częścią ciała kobiety, z którą ona może robić, co zechce - wydaje się, że się słyszy de Sade, który dwom libertynkom, madame de Saint-Ange i Dolmancé, tak każe pouczać młodą Eugenię: Nie bój się zabójstwa dziecka, jest to wyimaginowane prze­ stępstwo; będziemy naprawdę właścicielkami tego, co nosimy w łonie. Przeto niszcząc ten rodzaj materii nie czynimy więk­ szego zła, niż gdy uwalniamy się od czegoś innego, gdy mamy potrzebę oczyszczenia się. Także jeśli (dziecko) już się naro­ dziło, mogłyśmy decydować o jego zniszczeniu. Nie ma na świecie prawa pewniejszego i bardziej absolutnego niż prawo matek wobec ich dzieci. Jest prawem naturalnym, niezaprze­ czalnym. Nie można narzucić nikomu, żeby stał się ojcem lub matką, jeśli nie ma ku temu chęci. Krótko mówiąc, jesteśmy właścicielkami tego kawałka ożywionego ciała nie inaczej niż paznokci, które odcinamy od naszych palców, ponieważ w sposób niezaprzeczalny jesteśmy posiadaczami wszyst­ kiego, co jest w nas, emanuje z nas. Jedynie głupcy, którzy wierzą w Boga - dodaje Dolmancé - mogą uznawać za wielki występek zniszczenie tej kruszyny, ponieważ według nich nie należy ona do ludzi, ale - będąc dziełem Boga - należy do Boga (La Philosophie dans le boudoir, ou les Instituteurs immoraux, Paris 1795, 3e dialogue). Także ogromne ekscesy, które wiążą się z dzisiejszą por­ nografią, jak również usiłowania desakralizacji i zniszcze­ nia wartości moralnych obserwowane w pewnych dziełach dzisiejszej kinematografii, w których wychwala się najgor­ sze perwersje seksualne, pokazują, że nie zapomniano o de Sade. Wynika to także z faktu, że jego dzieła publikuje się i prezentuje masowemu odbiorcy a niektóre - jak Les 120 journées de Sodome - także na ekranach. Gdy chodzi o za- 257 sadę przyjemności, podniesioną dzisiaj przez wiele oś%b do rangi najwyższej normy postępowania, nie trudrro cfostrzec echo wielkiego kierunku materialistycznegó, który już od dwóch wieków (od materialistów XVIII wieku) znaczy historię Zachodu. Podobnie jak w pewnych tendencjach indywidualistycznych dzisiejszego świata - a także w od­ rzuceniu pracy, o ile ona przeszkadza cieszyć się życiem można dostrzec Stirneriańskie echa. Stirner bowiem pisze: Moje stosunki ze światem polegają na tym, żebym cieszył się nim i tak wyzyskuję go przez moją radość. Te stosunki są rozkoszą świata i należą do mojej radości. * Jakie są fundamenty nihilizmu, który pojawia się w ciągu dwóch ostatnich wieków? Dwie siły występują zawsze i z najwyższą wyrazistością: ateizm i materializm. Ateizm pojawia się w formie antyteizmu i antychrześcijaństwa. Jest rzeczą przejmującą widzieć, z jaką wściekłą nienawiścią wszyscy nihiliści - szczególnie de Sade, D'Holbach, Bakunin, Stirner, Nietzsche - atakują Boga i religię, zwłaszcza chrześcijaństwo i Jezusa Chrystusa, którego de Sade nazywa nędznym komediantem z Judei. Głosząc, że ateizm jest jedynym systemem tych wszystkich, którzy potra­ fią rozumować (de Sade), nihiliści czynią go bazą „wyzwole­ nia", które sobie zakładają: Jeśli Bóg istnieje, człowiek jest niewolnikiem; ale człowiek może i powinien być wolny. Przeto Bóg nie istnieje, głosi Bakunin. Ze „śmiercią Boga" upada fundament absolutnych war­ tości moralnych. W rzeczywistości - według nihilistów - nie ma Boga ani wartości moralnych, lecz istnieje tylko „Natura"; nie należy więc mówić o tym, co „powinno być", o „ideale" do zrealizowania, ale o tym, co ,jest", o „rzeczy­ wistości". A dla nich rzeczywistość - to materia, ciało, zmysły, instynkt. Przyjacielu mój - pisze dalej de Sade - to właśnie z natury libertyni czerpią zasady, które stosują w praktyce. Mówiłem ci już tysiąc razy, że natura inspiruje nam poruszenia, które są jej konieczne; my więc nie czynimy czegoś złego oddając się tym poruszeniom, jakie by one nie były. Gdy chodzi o niebo, mój drogi Kawalerze, przestań się go bać: jeden motor porusza Wszechświat, a tym motorem jest natura (La filosofia nel boudoir, Dedalo, Bari 1974, 234). 258 Na miejsce Natury nihiliści pochodzenia heglowskiego stawiają Historię, rozumianą jako Historię, która stop­ niowo wskazuje, jak się powinno działać, i która usprawied­ liwia wszystko, co się robi. Tak więc występek, który idzie „w myśl Historii", wymagany przez Historię, nie jest już „występkiem". W rzeczywistości dla Natury, jak i dla Historii, nie ma „dobra" albo „zła", wady albo cnoty, ponie­ waż człowiek działa jako narzędzie Natury albo Historii. Tyle, że - pisze de Sade - Zbrodnie są niemożliwe: Ślepe narzędzia własnych zachcianek, (jeśliby natura) kazała nam podpalić wszechświat, jedyną zbrodnią byłoby przeciwstawie­ nie się jej: wszyscy niegodziwcy tej ziemi są jedynie agentami swoich kaprysów (tamże, 235). Tak więc absolutny materializm - najczęściej natury scjentystycznej, ale niekiedy także natury historycznej - jest innym fundamentem nihilizmu, toteż znajduje się go we wszystkich formach tego ostatniego. W nihilistycznych ten­ dencjach naszego czasu wyraża się on w zasadzie „przyjem­ ności", w prymacie danym ciału i jego potrzebom (Na początku było ciało), w ciągłym twierdzeniu, że to wszystko, do czego natura, to znaczy instynkt, dąży albo jest popy­ chana, można i powinno się robić, nie pytając, czy to jest dobre, czy złe. Nie ma postępowania „przeciw naturze", nie ma „perwersji", lecz wszystko jest „według natury". I tak nie ma „normalnych" i „nienormalnych". Homoseksualista, gay, człowiek perwersyjny mają prawo występować jako tacy, nie wstydząc się ich domniemanej „niemoralności". * Nihilistyczne tendencje naszego społeczeństwa zwalcza się zdecydowanie, ponieważ one stanowią poważne niebez­ pieczeństwo dla istnienia i wzrostu człowieka. Faktycznie chodzi o tendencje niszczące „człowieczeństwo", to znaczy wartość właściwą człowiekowi. Nihilizm w swojej istocie jest antyhumanizmem; owszem, jest największym zama­ chem na człowieka. Koniecznie należy zwrócić na to uwagę, ponieważ dla wielu współczesnych tendencje, które zakwali­ fikowaliśmy jako nihilistyczne i wobec tego przeciw czło­ wiekowi, stanowią właśnie wielkie „osiągnięcia ludzkie", niemal przejście od „barbarzyństwa" do „cywilizacji". Podobnie dla wielu legalizacja przerywania ciąży byłaby 259 wielkim krokiem naprzód na drodze cywilizacji i wzrostu człowieka. Także „wolność seksualną" usiłuje się prezento­ wać jako zwycięstwo człowieka nad moralnym tabu, które go krępowały i przeszkadzały w osiąganiu szczęścia. Wydaje się. że w walce przeciw dzisiejszemu nihilizmowi istnieje jedna wielka trudność. Jest mianowicie w niektó­ rych ludziach naszego czasu rodzaj „skażenia inteligencji" przykro nam wyrażać się w ten sposób, ponieważ może się wydawać, że słowo jest obraźliwe - wskutek czego prawdę i dobro uważa się za fałsz i zło, a błąd, kłamstwo i zło ucho­ dzą za prawdę i dobro. Takie „skażenie" jest dość często owocem manipulacji inteligencją ze strony tego, kto - mając w ręku narzędzia kultury i przekazu społecznego może według swego upodobania i własnych interesów ideologi­ cznych albo materialnych „robić" prawdę i dobro, to znaczy uznawać za prawdę to, co jest kłamstwem, i za dobro to, co jest złem, i w ten sposób deprawować inteligencję i sumie­ nie człowieka, które są właśnie dla prawdy i dobra. Teraz nie da się zaprzeczyć, że w naszym świecie działają potężne siły manipulujące, które narzucają człowiekowi, co powi­ nien myśleć i jak się zachowywać - z taką gwałtownością, której z najwyższym trudem można się oprzeć. Co więc należy czynić w walce przeciw dzisiejszemu nihi­ lizmowi? Wydaje się, że najpilniejszym zadaniem jest ponowne zaproponowanie wartości religijnych, duchowych i moralnych. Przeciw nihilizmowi ateistycznemu, świec­ kiemu, materialistyczncmu i sceptycznemu, który stwarza w sercu człowieka głęboką pustkę i pozbawia go jakiego­ kolwiek sensu życia, można walczyć skutecznie, jeśli się ofiaruje wartości zdolne wypełnić tę pustkę i dostarczyć życiu pełnię znaczenia. Obecnie wartościami, które są zdolne tego dokonać, są jedynie wartości religijne i mo­ ralne. O tym powinni być przekonani wszyscy, którzy takie wartości wyznają. Nierzadko wszakże zdarza się, że chrześ­ cijanie nie wierzą, iż w czasie zaawansowanego ześwieccze­ nia - a taki jest nasz czas - jest możliwy powrót wartości religijnych i moralnych, a zwłaszcza, że one są w stanie odpowiedzieć na wymagania i oczekiwania dzisiejszych ludzi. Mówi się, że w epoce po-religijnej i po-chrześcijańskiej i, w pewnych aspektach, także po-moralnej, wartości 260 religijnych i moralnych nie odczuwa się już jako „wartości" i wobec tego próżny to trud chcieć je przywrócić. Niewątpliwie przywrócenie wartości religijnych i moral­ nych jest dziś dość trudne, ze względu na klimat obojętności religijnej i ateizmu, materializmu i hedonizmu, który domi­ nuje w naszym czasie. Tym niemniej taki klimat nie zdoła stłumić w naszych współczesnych oczekiwania i pragnienia czegoś innego, co by nie było czystą przyjemnością mate­ rialną lub płaską postawą konsumpcyjną. Nade wszystko jest pilna potrzeba, mocno dzisiaj odczuwana, żeby dać życiu sens, więcej, pełnię tego sensu. Wielu ludziom przyg­ niecionym problemami materialnymi ten problem nie na­ rzuca się. Ale kto myśli głębiej, nie może zakładać, że życie nie ma sensu, że jest absurdem - jak głosi pesymistyczny nihilizm Schopenhauera i Leopardiego, Pirandella i Ca­ musa, Sartre'a i Mora vii. Ale, żeby przywrócenie wartości religijnych, duchowych i moralnych - wśród których istotne miejsce należy się war­ tości życia - było dziś ważkie i przekonujące, powinno się dokonać nie w formie polemicznej, lecz pozytywnej. Nie chodzi o skazywanie i sądzenie, ale o pomoc ludziom, żeby mogli wejść na drogę, która nie jest drogą donikąd, lecz prowadzi do pełni bytu i życia. Warto tutaj przypomnieć, że 0 ile błąd należy ujawniać i zwalczać, o tyle błądzący są osobami ludzkimi, których wolność trzeba uszanować także wtedy, gdy - w dobrej czy złej wierze: któż to może powie­ dzieć? - są w błędzie. Przede wszystkim trzeba ukazać uczłowieczającą siłę, to jest zdolność, którą zawiera taka propozycja, żeby przyczy­ nić się do dobra i szczęścia człowieka, do jego wzrastania w „człowieczeństwie". Faktycznie wartości religijne i mo­ ralne są ludzkie i uczłowieczające. Niestety, ta cecha religii 1 moralności została przyćmiona w ludzkim sumieniu, z jednej strony przez długą i gwałtowną polemikę, którą prowadzono z nimi od Oświecenia do dziś i która je ukazy­ wała jako nieludzkie i odczłowieczające; z drugiej strony przez sposób, w jaki często prezentowało je pewne chrześci­ jańskie przepowiadanie, a zwłaszcza sposób - często nie­ właściwy - ich przeżywania i głoszenia przez wierzących. Nie można mianowicie zaprzeczyć, że błędna prezentacja chrześcijaństwa, a szczególnie moralności chrześcijańskiej, 261 kończyła się tym, iż pojawiały się one jako obce człowiekowi i jego życiu, przeto niewarte zainteresowania, jeśli nie wprost do odrzucenia. Wydaje się, że chodzi o to, żeby odgrzebać i rozwinąć wskazania Soboru Watykańskiego II zawarte w Konstytu­ cji duszpasterskiej Gaudium et spes, w których utrzymuje się, że Kościół, przynosząc światło czerpane z Ewangelii oraz dostarczając rodzajowi ludzkiemu zbawczych sił, jakie (...) otrzymuje od swego Założyciela, przyczynia się do zbawienia osoby ludz­ kiej i odnowienia ludzkiego społeczeństwa (n.3); w szczegól­ ności przyczynia się w świetle Chrystusa do wyjaśnienia tajemnicy człowieka oraz współdziała w znalezieniu rozwią­ zania głównych problemów naszego czasu (n. 10), przyczynia się do tego, aby rodzina ludzka i jej historia stawały się bar­ dziej ludzkie (n.40). W rzeczy samej na te pytania (o znacze­ nie życia, działalności ludzkiej i śmierci) najpełniejszą odpowiedź daje sam Bóg, który stworzył człowieka na swój obraz oraz wykupił z grzechu; dokonuje tego przez objawienie w Synu swoim, który stał się człowiekiem. Ktokolwiek idzie za Chrystusem, Człowiekiem doskonałym, sam też pełniej staje się człowiekiem (n.41). * Dzisiejszy nihilizm jawi się nam jako „znak czasów", który trzeba umieć odczytać, usiłując - poza jego negatywną wymową - odebrać apel, może niewyraźny, o wypełnienie pustki, którą zostawia w człowieku, poprzez ten supplément d'âme, który tylko religia i moralność mogą dać. Dlatego dla chrześcijaństwa - ale także dla innych religii i dla moral­ ności laickiej, które wobec aktualnego nihilizmu nie mogą pozostać obojętne - jest wielka szansa i zarazem wielkie wyzwanie. Chrześcijanie są wezwani - razem ze wszystkimi ludźmi, którzy wierzą w wartości religijne i moralne - żeby stanąć na wysokości czasów, nawet jeśli one są trudne. Ale czy chrześcijanin nie powinien być człowiekiem trudnych czasów? 7'łum. Mirosław Paciuszkiewicz SJ przegląd powszechny 5-6'83 262 Wojciech Roszkowski Synarchiści Polski międzywojennej W różnych kręgach mesjanistów, teozofów, Martynistów i Różokrzyżowców polskich w pierwszych latach po I woj­ nie światowej popularne było hasło syntezy różnych religii oraz teorii społeczno-politycznych w jedną wiedzę abso­ lutną. W dziedzinie filozofii społeczno-gospodarczej dąże­ nie to przybrało postać teorii synarchicznej. Określenie „synarchia", używane przez Martynistów francuskich, a w Polsce przez Józefa Jankowskiego, zrobiło następnie niejaką karierę stając się myślą przewodnią głównej organi­ zacji o charakterze politycznym wyłonionej z ruchu mesjanistycznego, założonej i kierowanej przez Włodzimierza Tarło-Mazińskiego, czołowego przedstawiciela polskiej masonerii okultystycznej. Włodzimierz Tarło-Maziński był z wykształcenia inżynie­ rem radiotechnikiem. Po ukończeniu Pawłowskiej Szkoły Wojskowej służył w armii rosyjskiej. Na jesieni 1917 r. prze­ szedł do tworzącego się I Korpusu gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego jako kapitan radiotelegrafista. Gen. Dowbór-Muśnicki wspomniał go zaznaczając, iż grawitował do bolszewizmu, nie wykonał jakiegoś rozkazu i znikł. W 1918 r. Tarło-Maziński pojawił się w Lublinie i pracował w Szta­ bie Generalnym Wojska Polskiego. Następnie ukończył kurs administracji na Uniwersytecie Warszawskim i dyplo­ matyczny przy Szkole Nauk Politycznych w stolicy. Z Różokrzyżowcami i ezoterykami związany był już prawdopo­ dobnie w czasie pobytu w Rosji. Od 1919 r. działał w Polskim Instytucie Mesjanistycznym, później także w Towarzystwie Miłośników Wiedzy i Przyrody. Według Jerzego Kubiatowskiego stworzyć miał polską organizację The Ancient Mystical Order Rosae Crucis, a od 1934 r. pełnił funkcję Wielkiego Mistrza Różokrzyżowców skupio­ nych w organizacji podległej Fédération Universelle des Ordres et Sociétés Initiatiques. W 1933 r. obronił doktorat 263 z filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. W 1939 r. wyje­ chał do Francji, gdzie był członkiem loży „Kopernik". Po II wojnie światowej wrócił do Polski i został naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Spraw Zagranicznych'. Stworzona przez Tarło-Mazińskiego i zarejestrowana 21 maja 1924 r. organizacja nosiła nazwę Poski Związek Synarchiczny. W jej obrębie działał - jako zakonspirowana instancja kierownicza - tajny Związek Rycerstwa Ducho­ wego, złożony wyłącznie z członków Zakonu Róży i Krzyża, któremu również przewodził Włodzimierz Tarło-Maziński. 29 sierpnia 1928 r. nazwę organizacji zmieniono na Związek Synarchiczny i pod tym mianem przetrwał on do wybuchu wojny we wrześniu 1939 r. Siedzibą Związku był dom przy ul. Brackiej 18 w Warszawie . Sekretarzem generalnym ZS był początkowo Jan Barchwic, a dyrekto­ rem zarządu głównego - Marian Pajor. Wśród czołowych działaczy organizacji znajdowali się wówczas między innymi: senator Gustaw Dobrucki, ubezpieczeniowiec Antoni Doerman, senator, mason i piłsudczyk Stanisław Gaszyński, Marian Hoff, Stefan Jabłoński, Wacław Kalabiński, entomolog i filozof walczący w Dywizji Białorusko-Litewskiej - Janusz Nadelwicz Kremky, Jerzy Kurczyński, Antoni Leparski, Leon Mikołajczak, Władysław Piotrow­ ski, „Sodalis Marianus" Wojciech Rzadkowski, Feliks Sobolewski i Mieczysław Wilbik. Organem Związku było wychodzące nieregularnie od 1926 r. pismo „Synarchista", poświęcone budzeniu myśli i sumienia społecznego. Już w pierwszym numerze „Synarchisty" ZS umieścił swój pro­ gram, którego potem właściwie nie zmieniano, a jedynie uzupełniano. Program synarchistów rozpatrywać można w trzech pła­ szczyznach: filozoficznej, społeczno-politycznej i gospodar­ czej. U źródeł filozoficznej koncepcji synarchii leżało przekonanie, iż przez dociekania rozumowe, syntezę war­ tości różnych teorii oraz przez doskonalenie duchowe moż2 J. Kubiatowski, Tarto-Maziński Włodzimierz (1889-1967), w: Polski Słownik Biograficzny, t. XX, s. 300-302; J. Dowbór-Muśnicki, Moje wspomnienia. Warszawa 1935, s. 234; L. Hass, Liberałowie, ezoterycy, pilsudczycy, .Dzieje Najnowsze" 1973, nr 3, s. 75. Synarchia w ustroju gospodarczym Polski, Warszawa 1929, s. 57-61. Tamże zna­ leźć można statut Związku Synarchjcznego. 1 2 264 liwe są poznanie i realizacja dobra i prawdy na ziemi. Synarchizm krytykował światopogląd materialistyczny, który miał zawierać elementy agnostyczne, relatywistyczne, walczył z religią i podkopywał godność ludzką przez branie pod uwagę jedynie interesów ekonomicznych. Krytyko­ wano też z pozycji synarchistycznych „idealizm" negujący możliwość prawdy absolutnej, popierający nierówność w świecie ziemskim w myśl zasady hierarchii bytów z Bo­ giem na szczycie, głoszący doskonalenie ducha „kosztem materii" i swego rodzaju fatalizm. Synarchiści przyjmowali praktyczną wyższość „idealizmu", ale uważali, że praw­ dziwą drogą jest „filozofia polska", zawierająca postulaty kształtowania rozumu, doskonalenia wewnętrznego w myśl założeń stworzenia oraz syntezy filozoficznej. Ażeby iść, trzeba wiedzieć, dokąd się idzie. Kto chce kierować, musi znać drogę i Cel - pisano w założeniach programowych Związku . Celem tym było dla synarchistów rozwijanie w społeczeństwie najwyższych zasad Prawdy i Dobra aż do ich utożsamienia się w czynach obywateli*. Była to więc swoi­ sta utopia realizacji Absolutu na ziemi. „Czasem synarchii" nazywał Mieczysław Wilbik czas zdobywania prawdy i stwa­ rzania dobra w procesie opanowywania materii przez ducha. Przyszłość widział on w szczęśliwym ustroju, gdy życiem ludzkości rządzić będzie świadomość, prawo i wolna wola. Zniknąć wówczas miało ryzyko gospodarowania wraz z opanowaniem przez naukę możliwości określania wszyst­ kich warunków działania. Podobnie rozum zapanować miał nad przypadkowością doboru małżeństw i wydawaniem potomstwa w celu „uszlachetnienia rasy" . W jaki sposób wyobrażał sobie Wilbik pogodzenie tej strasznej w gruncie rzeczy wizji rządów „rozumu" z wolną wolą jednostki trudno orzec. Na marginesie dodać można, że podobnie wzniosły program wcielania dobra i prawdy na ziemi głosili również ludzie dość dalecy od moralnej wielkości. Po I woj­ nie światowej na tematykę synarchiczną przerzucił się na przykład humorysta i publicysta „Kolców" Wojciech Karśnicki, bojkotowany przez środowisko dziennikarskie za szantaż wobec pewnej aktorki rewiowej . Synarchia miała być w myśl programu ZS stanem harmo­ nii wolnej woli i prawa, interesu społecznego i indywidual3 5 6 265 nego, rezultatem triumfu poznania i duchowości. Stan ten rozumiano jako skoordynowanie dążności pozytywnych dwu sprzecznych kierunków: Lewicy i Prawicy w imię dobra całego społeczeństwa i jego poszczególnych jednostek. Obrazował to schemat, w którym na biegunie lewym przed­ stawiono - od góry do dołu - republikę parlamentarną, socjalizm i „bolszewizm", na prawym zaś - monarchię, faszyzm i hitleryzm, przy czym kierunki górne zmierzały do syntezy, rozwoju i postępu, czyli - synarchii, dolne zaś - do anarchii . Szczególną rolę Polski w realizacji idei synarchii widzieli jej wyznawcy we własnej ocenie historii polskiej. Jej wyzna­ cznikami miały być słuszność, wolność i sprawiedliwość. Gdy w Zachodniej Europie, a ostatnio w Rosji, wszelkie zmiany w ustroju państwowym tworzyły się drogą krwawych nieraz rewolucji, nasza historia rozwijała sią ewolucyjnie (...) idąc konsekwentnie ku postępowi (...) Wśród powodzi absolu­ tyzmu, panującego we wszystkich ówczesnych państwach (mowa o XVIII wieku - przyp. W.R.) Polska jedna jest dumną wyspą swobód (...) Wojna musiała być słuszna i dla­ tego nazywano ją «potrzebą». Uczono, że zdrada nie jest polityką, a przemoc nie jest bohaterstwem*. Polska, twier­ dzili synarchiści, rozpadła się, ponieważ w czasie kryzysu, z którego wychodziła własnymi siłami, została rozdarta przez sąsiadów. W tej po części słusznej, po części zaś wyi­ dealizowanej wizji przeszłości Polski synarchiści szukali oparcia dla programu bieżącego. We współczesnym roz­ woju wypadków politycznych dostrzegali zalążki upadku Europy, która szła ku anarchii lub ku zgubnemu krępowaniu rozwoju społeczeństw. W tych warunkach, twierdzono, naród polski musi ratować siebie i wskazać innym drogi właściwe, wypełniając tym aktem swe opatrznościowe posłan­ nictwo w szeregu narodów całej ludzkości . Zadaniem Polski 7 9 Tamże, s. 18. Program polityczny Związku Synarchicznego, „Synarchista", Nr 1, z 15.11.1926 r, M. Wilbik, Rzut oka na przyszłość ustroju synarcfiicznego. Warszawa 1932, s. 27 i 24-25. ' W. Karfnicki, Kto chce rzeczywiście potężnej i bogatej Polski?, Warszawa 1927; C.Gajkowska, Karśnicki Wojciech (1870-1940), w: Polski Słownik Biograficzny t. XII, s. 143-144. ' Konstytucja synarchiczna. Warszawa 1934, s. 5. ' Synteza kierunków społecznych, Poznań 1928, s. 33. ' Synarchia w ustrojus. 15-16 i 54. 1 4 5 266 miało być więc oczyszczenie i stworzenie syntezy dwu obecnie walczących tendencji: lewicowego rewolucjonizmu i prawico­ wego konserwatyzmu. Ich współzawodnictwu i walce prze­ ciwstawiali synarchiści współpracę i „współwładzę", czyli synarchię. W całym tym rozumowaniu brak właściwie głęb­ szej analizy mechanizmu, który mógłby przynieść polskim cnotom zwycięstwo i możliwość przewodnictwa. Droga syntezy politycznych sprzeczności brzmiała wręcz księży­ cowo. Założenia politycznego programu ZS, uściślone w pro­ jekcie konstytucji opublikowanym w 1928 r., obejmowały utworzenie Rzeczypospolitej Synarchicznej, łączącej war­ tości indywidualne obywateli z wyzwalaniem twórczych sił Narodu i wielkomocarstwową ideą Państwa w Polsce. Prze­ widywano pięć rodzajów organów państwowych. „Władzę zwierzchnią" sprawować miał naczelnik państwa - synarcha, najwyższy autorytet w państwie, wybierany przez. Zgromadzenie Narodowe: sejm i senat, a łączący „władzę republikańską", czyli „wyzwalanie inicjatywy obywatel­ skiej", z „monarchiczną", czyli „dekretowaniem z mocą ustawy". Władzę ustawodawczą miały sprawować sejm i se­ nat pochodzące z elekcji na poszczególnych szczeblach rad gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Ciała ustawodaw­ cze miały więc być rezultatem pośrednich głosowań na osoby, a nie wyborów powszechnych z udziałem konkuru­ jących list. Władzę wykonawczą pełniłby rząd, przy czym dążono do rozdziału funkcji wewnętrznych rządu (premier), zewnętrznych (kanclerz) i wojskowych (hetman). Do czasu zorganizowania zgodnej współpracy wielkich i małych naro­ dów, bowiem bezpieczeństwa granic chronić miała Ochotni­ cza Straż Pokoju. Założenia ustrojowe synarchistów przewidywały także niezawisłość sądów. Piątym rodzajem władzy - organem „kierowniczym" - miała być Rada Synarchiczna, której celem byłoby rozwiązywanie sprzeczności pochodzących z rozbieżnych tendencji społecznych i nadawa­ nie celowego kierunku biegowi spraw państwa . Cały prob­ lem polegał na tym, że ZS nie precyzował sposobu powoływania owej kierowniczej rady autorytetów moral­ nych, a przypuszczać można, że chciał ją stworzyć z czo­ łówki tajnego gremium Związku. Na czele ściśle scentralizo10 267 wanej machiny państwa synarchiści zamierzali więc postawić przez nikogo nie wybieraną elitę rządzącą. W stosunku do projektów ustrojowych sanacji po 1926 r. synarchiści zajmowali stanowisko przychylne, choć jedno­ cześnie nieco krytyczne. Dość ostro oceniano nadmierne żonglowanie hasłem „sanacji moralnej", a nieegzekwowanie zakazów i nakazów moralnych w praktyce. Krytyko­ wano pozostawienie wielości partii politycznych, realizują­ cych, zdaniem ZS, nie odmienne koncepcje ustrojowe, ale własne interesy. Synarchiści dążyli do bardziej radykalnej przebudowy systemu politycznego. Antoni Leparski, który głosił hasło umoralnienia siłą, postulował na przykład ode­ branie parlamentowi, reprezentującemu materialne interesy ludności, przywileju tworzenia prawa moralnego. Swą wizję surowych rządów „prawa i porządku" łagodził mówiąc, że umiejętność rządzenia polega nie na ślepym i bezwzględnym stosowaniu nakazów, nie na przemocy, lecz na wywoływaniu i pociąganiu społeczeństwa do samorzutnych aktów samosta­ nowienia rozumnych praw i dobrowolnego ich poszanowa­ nia '. Była to niewątpliwie utopia totalitarnego mobilizo­ wania postępu duchowego społeczeństwa; ten sam Leparski zachwalał bowiem w dość nietypowy dla chrześcijaństwa sposób stryczek jako instrument podniesienia morale społe­ cznego. Jerzy Kurczyński pisał, że we wszystkich krajach cywilizowanych zrodził się zdecydowany odruch przeciwko demokracji i parlamentaryzmowi, choć wobec ówczesnych totalizmów europejskich zajmował stanowisko raczej krytyczne . Pewne światło na zasady tworzenia „władzy kierowni­ czej" synarchistów rzucał Antoni Leparski w projekcie powołania do życia Stowarzyszenia Moralnej Odbudowy Narodu z 1925 r., w którym nawiązywał do swej koncepcji „cenzusu etyczno-moralnego". Ustrój demokratyczny wy­ przedził, jego zdaniem, zdolności społeczeństwa, a za wręcz 1 12 Tamże, s. 62-64; Podstawy konstytucji polskiej, „Synarchista", Nr 4 z lipca 1928 r.; A.Leparski, Organa władzy państwowej, ich kompetencje i wzajemny stosunek, tamie. " A. Leparski, O moralności w prawodawstwie i rządzeniu, „Synarchista", Nr 2 z 15.04.1927 r. J. Kurczyński, Na rozdrożu sanacyjno-opozycyjnym, .synarchista", Nr 3/4 z 1933 r. 10 11 268 zgubne uznał zróżnicowanie obywateli w prawach wybor­ czych. Proponował przyjęcie Konstytucji Polskiej Prawego Obywatela w oparciu o wiarę i praktyki religijne, „wolność sumienia", uznanie rodziny za podstawę ustroju wraz z siłą i „prawem moralnym". Postulował też powołanie w ramach Stowarzyszenia Moralnej Odbudowy Narodu służb: etyki i moralności chrześcijańskiej, ładu i porządku społecznego, pogody ducha, opinii (w celu jej ujednolicania), bezpieczeń­ stwa, reform społeczno-ekonomicznych. Opowiadał się za oparciem Parlamentu Społecznego na zasadzie członkostwa SMON. Motywował to faktem, że sprawne kierownictwo zawsze musi spoczywać w ręku jednostek dobranych „odpowiednio" i „bez szumu"". Rysując wzniosłe cele podobnego ustroju: realizację „Dobra" i „Prawdy" na ziemi, zdawał się zapominać, iż przymus rodzi negatywny dobór elit rządzących i zabija zasługę moralną. Program gospodarczy Związku Synarchicznego był głów­ nie dziełem Feliksa Sobolewskiego. Po skończeniu szkoły jezuickiej w Chyrowie i Politechniki Lwowskiej wykładał on matematykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwo­ wie i działał w Towarzystwie Miłośników Wiedzy i Przy­ rody, W dziedzinie ekonomii był samoukiem. Sobolewski przyjmował za Erazmem Majewskim, że „kapitałem wymiennym" jest wszystko, co posiada jakąś wartość dla innych, zaś „bogactwo naturalne" stanowią wszystkie pozo­ stałe rodzaje własności. Przemiana kapitału wymiennego w bogactwo naturalne i na odwrót odbywać się miała w umyśle właścicieli. Według Sobolewskiego cena kapitału wymiennego zależała „w pewnym stopniu" od kosztów pro­ dukcji, nie miała jednak nic wspólnego z wartością. Ta ostatnia zależeć miała od pracy, choć w innym miejscu stwierdzał on, że obiektywnej wartości nie ma, a istnieje tylko treść towaru . Była to teoria całkowicie eklektyczna, łącząca elementy teorii wartości opartej na pracy z psychologizmem i szkołą liberalną. W programie Związku Synarchicznego z 1928 r. zakła­ dano zorganizowanie pracy na zasadach prawa własności indywidualnej pod centralnym kierownictwem państwo­ wym. Postulowano realizację ogromnych robót publicznych dla wzmocnienia potencjału mocarstwowego Polski - pro14 269 jektowano na przykład zbudowanie portu morskiego w Warszawie, osuszenie błot poleskich, regulację rzek i bu­ dowę dróg; Polska miała stać się ośrodkiem handlu europej­ skiego. Związek dążył do harmonijnego podziału zysków między kapitał i pracę, opartego na „naukowo" opracowa­ nej jednostce obliczeniowej. Popierał zrzeszenia spożyw­ ców, eliminowanie zbytecznej konkurencji w handlu detalicznym, utworzenie Izby Wytwórców - zrzeszenia właścicieli i związków zawodowych - oraz Izby Spożyw­ ców. Sprzeczność między kapitałem i pracą oraz między wytwórcami i spożywcami ustać miała po utworzeniu Insty­ tutu Celowości Gospodarczej i „naukowego" ujęcia cało­ kształtu życia gospodarczego . Przykładem sprzeczności synarchizmu były postulaty Stanisława Gaszyńskiego, który żądał przyciągnięcia kapitałów obcych i wyzwolenia Polski z pęt Związku Międzynarodowych Kapitalistów. Przy całym programie planowości i celowości gospodarowania postulował on też kasowanie etatyzmu . Przyczyn kryzysu gospodarki europejskiej po I wojnie światowej szukali synarchiści w zadłużeniu Europy wobec USA, powodującym wzrost podatków, a zatem zmniejsze­ nie konsumpcji, w odcięciu rynku rosyjskiego i chińskiego, a przede wszystkim w utrzymywaniu systemu waluty złotej, zaniku praw moralnych i uczciwości w stosunkach między jednostką i państwem, a także w braku czynnika facho­ wego, koordynującego gospodarkę w skali narodowej i europejskiej . Feliks Sobolewski twierdził, iż główne problemy Polski obejmują: kwestię pieniądza, zagadnienia narodowościowe, socjalne (problem podziału zysków między kapitał i pracę), oświatowe, wyznaniowe i obronne. Dla wprowadzenia ustroju synarchii gospodarczej postulował powołanie ogólnopaństwowej Rady Synarchicznej i podporządkowanie jej Głównego Urzędu Statystycznego. Znając dane o gospo15 16 17 " A. Leparski, Moralna odbudowa narodu, Łomża 1925, s. 23-47. " Program reformy ustroju pieniężnego. Warszawa 1926, s. 34-37. " Synarchia w ustroju .... s. 64-68. " S. Gaszyński, Projekt Klubu i kola zwolenników gospodarczego odrodzenia Polski, Warszawa 1921, s. 12-13; S. Gaszyński, Posłuszeństwo czy tylko bezmyślność, „Odro­ dzenie" 1926, nr VI, s. 25-27. " Synarchiczna reforma gospodarcza. Warszawa 1927, s. 15-17. 270 darce Rada miała sobie już poradzić w rozwiązywaniu wszystkich zagadnień w duchu „Prawa Powszechnego"". Wytyczne programu gospodarczego ZS z 1934 r. obejmo­ wały postulat takiego organizowania „sił wytwórczych", by najszerzej wyzwolić inicjatywę prywatną i samorządową. Produkcją dóbr rynkowych zajmować się miała inicjatywa prywatna, a „dóbr społecznych" potrzebnych ogółowi dla podnoszenia dobrobytu i kultury - państwo oraz samo­ rządy. Pracę uznawano za jedyne źródło wszelkiej wartości. Postulowano zaspokojenie potrzeb minimum każdemu pra­ cownikowi, ubezpieczenia społeczne i udział w zyskach. Monopol emisji pieniądza należeć miał do państwa, a nie do prywatnego banku akcyjnego, jakim był ówczesny Bank Polski. Żądano też wprowadzenia planowości w gospo­ darce narodowej, czym zająć się miał Instytut Celowości Gospodarczej. Odwoływano się przy tym do niezrealizowa­ nego §6Ó konstytucji marcowej o Naczelnej Izbie Gospo­ darczej". Jednym z istotnych składników programu ekonomi­ cznego ZS była reforma pieniądza. Projekt takiej reformy opracował już w 1922 r. Feliks Sobolewski, którego zwano w Związku twórcę pieniądza wolnego człowieka. W nawią­ zaniu do idei Józefa Hoene-Wrońskiego proponował on stworzenie całkowicie nowego oparcia dla pieniądza. Wska­ zywał bowiem, iż istnieje międzynarodowy związek kapitali­ stów posiadaczy złota, który dzięki tej straszliwej broni faktycznie kieruje rządami państw świata przy pomocy róż­ nych agentów, w tym także profesorów uniwersytetów pod­ trzymujących „mit złota" . Synarchiści wyróżniali za Hoene-Wrońskim i Majew­ skim trzy funkcje pieniądza: miernik wartości, środek porównawczo-wymienny i środek przechowywania war­ tości. Funkcje miernika wartości i środka tezauryzacji za­ mierzali powierzyć stałej Towarowej Jednostce Obliczenio­ wej, ustalonej na podstawie określonych proporcji kilkunastu podstawowych artykułów pierwszej potrzeby z matematyczną dokładnością jak metr, litr czy kilogram. Stanisław Gaszyński proponował 20 takich artykułów, zaś Feliks Sobolewski - 17: chleb, mąkę pszenną, kaszę jęcz­ mienną, ryż, fasolę, cukier, mleko, jaja, kiełbasę, masło, mięso wołowe, słoninę, kartofle, mydło, węgiel, drewno > 20 271 i naftę. Dla ułatwienia nazywał TJO polonem. I tak jeden polon zawierać miał na przykład wartość 238,59 g chleba, 125,63 g mąki, 1224,49 g węgla, 184,16 g nafty i równie dokładnie wyliczonych ilości pozostałych towarów podsta­ wowych. Polon miał stanowić równowartość 1 złotego polskiego . 21 Funkcję porównawczo-wymienną pieniądza synarchiści odrywali i czynili zmienną w postaci Znaku Obiegowego, zwanego piastem. Emisje piastów miały być dostosowane do pokrycia w ilości polonów, rosnącej wraz ze wzrostem gospodarczym. Kurs piasta do polona ustalać miał GUS. Operacje pieniężne kupna-sprzedaży, oszczędności, układa­ nie budżetów i pokrycie obiegu synarchiści chcieli oprzeć na polonach, zaś wypłaty - na piastach. Wzrost produkcji kra­ jowej powodował zwiększanie ilości polonów, a po przeli­ czeniu - także piastów. W przypadku presji towarów nie decydujących o wartości polona, centrala finansowo-gospodarcza miała korygować kurs piasta w stosunku do polona. System pieniądza synarchiczncgo winien, zdaniem jego twórców, gwarantować słuszną zapłatę za pracę i przedsięwzięcie oraz ryzyko. Tracić mieli tylko spekulanci i pośrednicy, którzy by nie mogli zarabiać na zmianach wartości polona. Niewątpliwie słabą stroną systemu było autorytatywne ustalanie kursu piasta do polona, który w zależności od woli centrali kształtować się mógł na pozio­ mie nierealnym, bądź umyślnie zaniżonym tak, by uzależnić materialnie jednostkę od państwa. Nie widać też było powodu, by spekulacja nie dotyczyła piasta lub towarów, które stałyby wyżej od zaniżonego pieniądza. Nie rozwią­ zano także problemu stosunku piasta do walut obcych, opartych na złocie i ewentualnego wykupywania piastów przez obywateli innych państw lub dewiz obcych przez kra­ jowców w zależności od tego, który pieniądz byłby mocniejszy . 22 '* F. Sobolewski, Prawda o Wrońskim iwiekopomnym jego odkryciu, „Synarchista* Nr 3 z czerwca 1928 r.; F.Sobolewski, Sad historii, „Synarchista" Nr Szmaja 1929 r. " Wytyczne synarchiczncgo programu gospodarczego, „Synarchista" Nr 2 z czerwca 1934 r. " Synarchiczna reformas. 30-31. S. Gaszyński, Szkice projektu finansowego, „Epoka* Nr 194 z 17.07.1927 r.; Projekt reformy ustroju pieniężnego.... s. 16; Synarchiczna reformas. 33-35. Tamte, >. 35-47. 2 1 2 2 272 Z innych problemów ekonomicznych Feliks Sobolewski i jego współpracownicy ze Związku Synarchicznego kładli duży nacisk na równomierny podział zysków z wymiany kapitał-praca. Proponował podział zysku czystego, pozo­ stającego po potrąceniu amortyzacji i dywidend, według „kapitału pracy" wyłożonego przez pracowników etato­ wych przedsiębiorstwa. Miarą „kapitału pracy" miało być pobierane wynagrodzenie. Była to koncepcja zbliżona do teorii solidarystycznej i syndykalistycznej udziału pracow­ ników najemnych w zyskach przedsiębiorstw. W latach trzydziestych Związek Synarchiczny opowiadał się w zasadzie za rządami sanacyjnymi, choć w konkret­ nych przypadkach zajmował własne, nierzadko krytyczne wobec grupy rządzącej, stanowisko. Na ogół synarchiści sprzyjali sanacyjnej prawicy. Mieczysław Wilbik dostrzegał na przykład w przemówieniu Walerego Sławka z 6 sierpnia 1933 r. elementy pokrewne idei synarchicznej: uwypuklenie roli „elity moralnej" jako „czynnika regulującego, o wartoś­ ciach wyższych ponad wyniki zwykłych głosowań i wybo­ rów", a także program instytucjonalizacji funkcji „harmoni­ zowania" społeczeństwa. Wilbik pisał w dużej mierze słusznie, iż „najsilniejszą władzą jest ta, która właśnie naj­ mniej potrzeby ma stosowania swych uprawnień do wywie­ rania przymusu na obywateli; ta, która cieszy się ich największym zaufaniem" . Nie zauważył jednak jak gdyby, że władza autorytarna powstaje na ogół w procesie rewolu­ cji i potem rzadko interesuje się zaufaniem społeczeństwa. Deklarację ideową Obozu Narodowo-Radykalnego oraz wytyczne programowe Grupy Zwolenników Idei Jagielloń­ skiej powitał Związek Synarchiczny w 1934 r. z uznaniem jako krok na drodze do synarchii , choć stosunek ONR do synarchistów był dość podejrzliwy ze względu na ich powią­ zania masońskie. Po powstaniu Obozu Zjednoczenia Narodowego synar­ chiści wyrazili zadowolenie, ale zgłosili i zastrzeżenia. Sta­ nowisko ZS wobec OZN sprecyzował Gustaw Olechowski jako chęć współpracy pod warunkiem „naprawienia krzywd" wyrządzonych przez obóz rządzący, jednoczenia narodu siłą moralną, a nie fizyczną, a także zachowania partii politycznych. Była to pewna niekonsekwencja w sto23 24 273 sunku do dotychczasowego programu, zawierającego wy­ raźne akcenty totalitarne. Olechowski wnosił do ideologii synarchicznej nieco zamieszania twierdząc aforystycznie, iż państwo bez opozycji to człowiek, który nigdy nie patrzy w lustro , ale nie było to w końcu czymś nadzwyczajnym w ruchu, który gotów był godzić wszelkie sprzeczności. Na początku 1937 r. Związek Synarchiczny zapowiadał, że nie jest partią polityczną. Pisano, iż ustroju synarchicznego nie można wywalczyć drogą rewolucyjną przez tłum dlatego, że każda rewolucja kończy się dyktaturą, tyranią i nieszczęściem jeszcze gorszym, niż była, reakcji . Tymcza­ sem w maju 1937 r. synarchiści rozpoczęli ofensywę polity­ czną. Opracowano i wydano drukiem broszurę z „Uniwersa­ łem Synarchicznym", który porównano pod względem zna­ czenia do Deklaracji Praw Człowieka i Manifestu Komuni­ stycznego. W „Uniwersale" rzucono hasło: W imię należy­ cie, głęboko pojętej polskiej, narodowej i państwowej racji stanu wzywamy do bezzwłocznego zawiązania Konfederacji Synarchicznej - cały Naród Polski, wszystkie ludy Rzeczpos­ politą zamieszkujące, każdego obywatela i wszystkie organi­ zacje. 29 maja 1937 r. Włodzimierz Tarło-Maziński wezwał do „pójścia w teren" i w patetycznych słowach zapowie­ dział początek nowej ery w opanowaniu materii przez ducha. Na kolejnych zebraniach ZS wyjaśniał szczegóły swego programu ewolucyjnego zaprowadzenia synarchii w Polsce. Wydano szereg odezw do robotników i chłopów. Sam Tarło-Maziński objechał z odczytami wiele miast pol­ skich. Bawił też krótko we Francji i Belgii, gdzie prawdopo­ dobnie kontaktował się z europejską czołówką masonerii okultystycznej. W tym samym czasie Mieczysław Wilbik szeroko omawiał humanistyczne i moralne wartości pokoju i wzywał do pacyfizmu . W trakcie ofensywy politycznej ZS przypomniał główne tezy synarchizmu. Podkreślano polskość tej idei, jej natural25 26 27 " M. Wilbik, Przygrywka konstytucyjna, „Synarchista" Nr 5 z sierpnia 1933 r. " O krok od synarchii, „Synarchista" Nr 2 z czerwca J934 r, G. Olechowski, Obóz Zjednoczenia Narodowego, „Synarchista" Nr 2 z kwietnia 1937 r. Wielka idea, tamże. Uniwersał synarchiczny, Warszawa 1937; J. Nadelwicz Kremky, Nakaz, „Synar­ chista" Nr 6 z sierpnia 1937 r.; M. Wilbik, Militaryzm i pacyfizm, „Synarchista" Nr 3 z maja 1937 r. 25 26 27 274 ność, program nie walki, lecz syntetyzowania wartości twór­ czych różnych nurtów myślowych, odrzucanie moralności utylitarnej, rozwiązywanie problemów życia ludzkiego w duchu sprawiedliwości, rozumu i umiarkowania. Zazna­ czano rozdział religii organizującej duszę od synarchii porządkującej życie publiczne. Coraz częściej też krytyko­ wano komisaryczny styl rządzenia sanacji, pozbawiony spo­ łecznej kontroli, toteż w grudniu 1937 r. na „Synarchistę" spadły pierwsze konfiskaty cenzury. W krytyce systemu sanacyjnego ze strony synarchistów było wiele demagogii; chodziło o to, że Polską rządzi nie ta „elita moralna", którą chciał ustanowić Związek Synarchiczny. 17 grudnia 1937 r. do Konfederacji Synarchicznej zgłosiła akces Polska Unia Demokratyczna z Franciszkiem Badow­ skim na czele. Postulowała ona rozwój robót publicznych, unarodowienie przemysłu przez eliminację obcego kapitału, rozwiązanie karteli i reformę rolną. Program P U D zawierał silne akcenty antysemickie . Synarchiści, dotąd dość oględni w kwestii żydowskiej, próbowali też nawiązać kon­ takty z Obozem Narodowo-Radykalnym i pozyskali nie­ których działaczy ONR ze Śląska. Powołano również do życia Ognisko Młodych Związku Synarchicznego z Kazi­ mierzem Goździńskim na czele. Ognisko nawiązywało wyraźnie do antysemickich tez programu ONR. W 1938 r. do Konfederacji Synarchicznej przystąpiła Radykalna Par­ tia Chłopska, Chliborobski Selanski Sojuz oraz Ukraińska Partia Agrarna Stefana Cyba. 12 lutego 1938 r. zawiązano Komitet Organizacyjny Wiel­ kiej Rady Konfederacji Synarchicznej. Deklaracja Konfede­ racji zawierała postulat rozładowania bezrobocia, unieza­ leżnienia gospodarki polskiej od kapitału obcego, reformy finansowej w oparciu o pieniądz wielotowarowy, wprowa­ dzenie centralnego planowania przez powołanie Instytutu Celowości Gospodarczej, reformy rolnej oraz rozszerzenia zakresu wolności jednostki. Równocześnie, jakby nie stało to w sprzeczności z głoszonym programem liberalizacji, zapowiadano poddanie się obowiązkom organizacyjnym Związku Synarchicznego oraz „Wodzowi Ruchu" - Włodzi­ mierzowi Tarło-Mazińskiemu. Prezesem Konfederacji zos­ tał Jerzy Kurczyński, ale najwyższym autorytetem synar28 275 chistów pozostawał Tarło-Maziński. Ówczesny program ruchu rozwinięto o projekt stworzenia Polski Synarchicznej na ziemiach jagiellońskich. W marcu 1938 r. Tarło-Maziński rzucił hasło zjednoczenia Słowian w Słowiańskiej Rzeczypospolitej Synarchicznej. „Twórca Ruchu" wysunął także projekt obchodzenia Święta Synarchicznego w dniu 2 maja, dla zaznaczenia powiązania idei społecznej 1 maja ze świętem narodowym 3 maja. Mistyczną, egzaltowaną atmosferę kręgu synarchistów w przededniu II wojny świa­ towej oddaje górnolotny poemat Sławy Durst z tego okresu: Synarchio, dla wielu jesteś niepojęta, Synarckio, dla wielu Ty jesteś Rzecz Święta, Z okrzykiem - precz nędza, ciemięstwo, obłuda idziem Ład czynić i wolności cuda . 29 Na początku 1938 r. synarchiści założyli swoją przybu­ dówkę wiejską - Radykalny Obóz Chłopski, zorganizowany z ramienia ZS przez Gustawa Olechowskiego. Działaczem ROC był między innymi Adolf Sawicki. Na Wszechpolskim Kongresie Chłopskim w Lublinie w dniu 10 kwietnia 1938 r. „połączono się sercem i myślą" z wodzem ruchu Tarło-Mazińskim, a prezesem ROC został Ludwik Maciąg. W sierpniu tegoż roku synarchiści założyli też swój Obóz Robotniczy. Kokietowano również Ukraińców: Ukraińska Partia Agrarna postulowała wyzwolenie terenów na wschód od Zbrucza. Ogólnopolski charakter tych inicjatyw był jed­ nak fikcją; szeregi synarchistów pozostawały nader szczupłe. Na początku 1939 r. w ruchu synarchicznym przeczu­ wano wojnę, ale wnioski z tych przeczuć były dość nieocze­ kiwane. Rzucono bowien wyzwanie do wszystkich partii politycznych w Polsce: Baczność. Germanizm idzie (...) Trzeba rwać wolności pęta - słowiański zjednoczyć lud . W czasie gdy Hitler zajmował Pragę, a Stalin wygłaszał słynne przemówienie na XVIII zjeździe partii, synarchistyczne hasła pacyfizmu i panslawizmu budzić musiały zdu­ mienie i refleksję nad intencjami ruchu. Tymczasem Tarło-Maziński z niepokojem oceniał „paralelizm polsko30 " „Synarchista" Nr 1 z 1.01.1938 r. " „Synarchista" Nr 10 z 9.04.1938 r. " „Synarchista" Nr 1 z 14.01.1939 r. 276 -niemiecki" na tle dotychczasowych wydarzeń i kierował uwagę Ukraińców w Polsce na Wschód. Wobec braku dokładniejszych materiałów na ten temat można się jedynie zastanawiać, czy ten szczytowy irracjonalizm mistyczno-nacjonalistyczny był tylko przypadkiem, jak również, co w tej sprawie mieli do powiedzenia przywódcy europejskiej masonerii okultystycznej. Po śmierci papieża Piusa XI w „Synarchiście" przypom­ niano wiersz Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu pytając, czy to już? i wymieniając nazwisko prymasa Polski kard. Augusta Hlonda. Związek Synarchiczny nawoływał do zjednoczenia narodowego i z satysfakcją obserwował konsolidację społeczeństwa w miarę narastania zagrożenia niemieckiego, choć nie ukrywał żalu, iż zjednoczenie to odbywało.się pod rządami OZN, a nie synarchistów. Tarło-Maziński głosił, że realną konsolidację narodu trzeba wypełnić „duchem synarchii". Na sobotnich zebraniach Zarządu Głównego ZS, którym pod koniec lat trzydziestych kierował - po Marianie Pajorze, Januszu Kremskym, Anto­ nim Leparskim i Mieczysławie Wilbiku - Stefan Pachnowski, Tarło-Maziński „wieszczył" o końcu Starego i początku Nowego Świata. Wzywał do tworzenia „wielkiego bloku słowiańskiego". Ostatni numer „Synarchisty" wyszedł 15 lipca 1939 r., w rocznicę bitwy pod Grunwaldem. W czasie okupacji hitlerowskiej, pod nieobecność Wło­ dzimierza Tarło-Mazińskiego, ruchem synarchicznym kie­ rował w konspiracji Stefan Pachnowski, przedwojenny prezydent Włocławka i jeden z założycieli Polskiej Partii Radykalnej, który redagował miesięcznik „Na Odwiecznym Szlaku Polski" i „Herolda Polskiego", a wraz z Błażejem Włodarzem opracował w 1941 r. Wytyczne organizacji pań­ stwa opartego na współpracy całego narodu. W 1943 r. Pach­ nowski zginął w Oświęcimiu. Po 1945 r. ruch synarchistyczny nie odrodził się w Polsce Ludowej. Według Leona Chajna, jedna z lóż Różokrzyżowców działała jeszcze przez jakiś czas w Pietrzejewicach, ale została wkrótce zlikwido­ wana przez władze . 31 31 L. Chajn, W sprawie masonerii - spokojnie, „Dzieje Najnowsze" 1972, nr l,s. 266. 277 Les symrchistes de l a S e c o n d e République la p e r s p e c t i v e m e s s i a n i q u e , e s t inspi­ L'appel à ia synthèse des religions et des théories philosophiques sous la f o r m e d ' u n s a v o i r a b s o l u fut p o p u ­ laire d a n s les cercles d e s m e s s i a n i s t e s , des t h é o s o p h c s et d e f r a n c ­ m a ç o n s blancs, p e n d a n t la S e c o n d e R é p u b l i ­ q u e . C e l a s'exprimait d a n s le d o m a i n e d e l a p e n s é e s o c i o ­ é c o n o m i q u e s o u s la forme d e la théorie d e synarchie. Ses p a r t i s a n s affirmaient q u e ­ p a r l e s recherches i n t e l l e c t u e l l e s , l a s y n t h è s e des c o n c e p t i o n s différentes, le p e r f e c ­ t i o n n e m e n t m o r a l et l e s p r a t i q u e s o c c u l t e s ­ la c o n n a i s s a n c e et la réalisa­ t i o n d u bien et d e la vérité s o n t p o s s i b ­ les. L a P o l o g n e ­ s e l o n e u x ­ avait un rôle privilégié à j o u e r d a n s l'cffectua­ t i o n d e la s y n a r c h i e , c o m p r i s e c o m m e synthèse des tendances opposées. L'histoire d e l a P o l o g n e , c o n ç u e d a n s rée de la raison juste, de la liberté et de la justice. S e l o n leur p r o g r a m m e , le p o u v o i r h i é r a r c h i q u e d o i t a p p a r t e n i r à l'élite morale qui s'aide p a r c i n q o r g a n i s m e s g o u v e r n e m e n t a u x : législatif, exécutif, j u d i c i a i r e , dirigent ( C o n s e i l d e s s y n a r ­ c h i s t e s ) e t Synarche s u p r ê m e . C e t t e u t o p i e , q u i p o s t u l a i t le p r i m a t d e l'é­ thique dans la vie politique, portait dans s o n sein le germe d u totalita­ risme. D a n s le d o m a i n e é c o n o m i q u e , les s y n a r c h i s t e s v o u l a i e n t créer u n e m o n n a i e à la valeur absolue, fondée sur l a d e m a n d e . J u s t e a v a n t l a s e c o n d e g u e r r e m o n d i a l e , ils p r o p a ­ g e a i e n t le p a c i f i s m e et le p a n s l a v i s m e . L'influence d e c e t t e cependant minime. élite était Ryszard Łużny [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk art. 2, pkt 3 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] Andrzej Werner [...] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk art. 2, pkt 2 (Dz.U. nr 20. poz. 99)] przegląd powszechny 5-6'83 278 Tomasz Kit zwal ter Jan Paweł Woronicz - szkic do portretu Doszedł do najwyższych godności kościelnych - został biskupem krakowskim (1815), arcybiskupem warszawskim i prymasem Królestwa Polskiego (1828); jego twórczość literacka cieszyła się w dobie porozbiorowej niezwykłą popularnością; dla Mochnackiego był najstarszym poetę w kościele pamięci narodowej. Członek kulturalnej, polity­ cznej i towarzyskiej elity Królestwa, bliski klasykom, a wzór dla romantyków - autorytet wśród współczesnych sobie połączył z uznaniem u potomnych. Jan Paweł Woro­ nicz (1757-1829) stał się w I połowie XIX wieku jedną z pierwszoplanowych postaci kultury polskiej, zaś popular­ ność jego odżywała w latach późniejszych'. Jakie były jej podstawy, kim był Woronicz jako człowiek idei? Urodzony w średniozamożnej rodzinie szlacheckiej, wychowywał się w atmosferze tradycyjnych wartości sar­ mackich. Doktor obojga praw Akademii Wileńskiej, wcześ­ niej uczył się u jezuitów i misjonarzy. Jako młody duchowny spróbował swych sił w literaturze, rychło też zna­ lazł się w kręgu zbliżonym do Stanisława Augusta; od 1800 r. datują się jego bliższe związki z Puławami Czartoryskich. Kapłan i literat, wszedł także do świata polityki: na Sejmie Czteroletnim zajmował się obroną interesów kleru. Świato­ pogląd jego kształtował się poprzez konfrontację wyniesio­ nych z domu wartości z oddziaływaniem idei „wieku świateł". Można zastanawiać się, jak głęboki wpływ wywarło na niego Oświecenie: w każdym razie początki twórczości literackiej Woronicza miały charakter wyraźnie oświeceniowy. W okresie Sejmu Czteroletniego, kiedy to zaznaczył się powszechny renesans tradycji i swojskości, oświeceniowość zaczęła być coraz to bardziej tłumiona przez wątki inne - wywodzące się z Pisma Świętego, z dzieł Bossueta i Skargi oraz z dziedzictwa sarmackiego. Nie zaprzeczając potrzebie reform, przeciwstawiał się Woronicz 279 czysto racjonalistycznemu traktowaniu kwestii społeczno-ustrojowych, wzywając do trzymania się w granicach nauki Kościoła i tradycji narodowej. Zdecydowanie przeciwny wszelkiemu radykalizmowi i laicyzacji, spojrzenie na bie­ żące sprawy kraju miał jednak ukształtowane przez umiar­ kowany nurt Oświecenia. Popierał dążenie do gospodarczej i kulturalnej modernizacji, do stopniowych reform i opar­ cia stosunków społecznych o zasady oświeconego i huma­ nitarnego paternalizmu. Konstytucję 3 Maja potraktował jako realizację tego programu . Uformowanych w tym okresie podstaw swej filozofii spo­ łecznej miał już Woronicz nie zmienić do końca życia. Choć w ocenie wielu problemów praktycznych występował jako człowiek Oświecenia, własną wizję społeczeństwa tworzył w opozycji do wzorów dominujących w myśli oświecenio­ wej. Kategorią centralną jego rozważań stało się pojęcie „organizmu", interpretowane w duchu wyraźnie zachowaw­ czym. Za podstawę życia społecznego uznał religię, zapew­ niającą zachowanie istniejącego ładu: struktury społeczne zyskiwały gwarancję stabilności poprzez sakralizację. W dobie Księstwa Warszawskiego, aprobując (trudno powiedzieć, z jakim przekonaniem) reformy napoleońskie zniesienie „niewoli" (tzn. poddaństwa chłopów) i wprowa­ dzenie równości wobec prawa - starał się wesprzeć osła­ biony w pewnym stopniu system mocą sankcji religijnej; cóż innego bowiem dopełni te rozległe i ogromne przerwy między położeniem, majątkiem, pomyślnością, znaczeniem tych rowienników co do prawa wspólnych, co do istoty tak daloko od siebie odsunionych? Nie redukując w żadnej mierze war­ tości religii do poziomu oddziaływania politycznego, pod­ kreślał jednak otwarcie jej utylitarny czy nawet instrumen­ talny walor w obliczu nieuniknionych - jak sądził nierówności, wypływających z samej istoty bytu społe­ cznego. Religia była dla niego środkiem, który jeden mocny 2 Por. A. F. Grabski, Myśl historyczna polskiego Oświecenia, Warszawa 1976, s. 429 n.; M. Janion, M. Żmigrodzka, Romantyzm i historia, Warszawa 1978, s. 66-69. A. Jougan, Ks. Prymas Woronicz. Monografia, cz. I, Lwów 1908; A. F. Grabski, dz.cyt., s. 433-434; .1. Trybusiewicz, Zagadnienie historyzmu w twórczości Jana Pawia Woronicza, „Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej", t. 4, 1959, s. 11-13, 42-43, 55-61. 1 ! 280 jest przekonać Łazarza przed bramą bogacza na śmieciu leżą­ cego, aby swą nędzę miłował, (...) który jeden jest w stanie natchnąć czarodziejskie posłuszeństwo owym cegiełkom, w kształcie i naturze równym, aby dla wzniesienia nowej budowy jedne z nich w rozkopanych wnętrznościach ziemi zagrzebły i cały ogrom ciężaru dźwigały, a drugie dla kształtu i ozdoby na szczycie świetnego gmachu jaśniały . To, że Woronicz akceptował reformy napoleońskie, nie oznaczało bynajmniej aprobaty dla niesionego przez nie nowego modelu społeczeństwa. Kontraktowy typ stosunków społe­ cznych uzupełnić należało wzorami szlacheckiego patrymonializmu, tak aby nowoczesność mieściła się w ramach polskiej tradycji . Na tle myśli epoki trudno uznać te kon­ cepcje za nazbyt oryginalne, zasługują one na uwagę przede wszystkim jako klasyczny przykład katolickiego konserwa­ tyzmu przełomu wieków. Zresztą, w miarę upływu czasu sprawy społeczne coraz mniej interesowały Woronicza; po roku 1815 trudno znaleźć w jego pismach wzmianki na ten temat. Jeśli można to tak określić, stał się wtedy konserwa­ tystą bezrefleksyjnym; nie był zdolny do przeprowadzanej często ze stanowiska zachowawczego przenikliwej analizy rzeczywistości społecznej (na gruncie polskim próbki jej dawał Kajetan Koźmian). W tej dziedzinie nie zapisał się Woronicz na trwałe w dzie­ jach myśli polskiej. A jednak ten niezbyt odkrywczy sposób patrzenia na społeczeństwo łączył się ściśle z koncepcjami stanowiącymi podstawę najcenniejszej części jego dorobku. Nie był bowiem jedynie zwolennikiem zachowania dawnych stosunków społecznych: tradycjonalizm miał dla niego wymiar znacznie szerszy; zaznaczyło się to jeszcze przed ostatnim rozbiorem, w specyficznej, nasyconej emocjami patriotycznymi atmosferze Sejmu Czteroletniego. O ile ludzie tacy jak Staszic tylko w części ulegali przypływowi kultu tradycji, zaś słynące z propagowania ideałów narodo­ wych środowisko puławskie starało się pogodzić je z pro­ gramem modernizatorskim, to w przypadku Woronicza zwrot ku przeszłości określił istotę całej jego postawy. Cnoty przodków miały być drogowskazem dla potomnych, dawność - wartością samą w sobie. Tradycja stała się osią Woroniczowskiego światopog­ lądu. Już wtedy jednak wyróżniał się Woronicz spośród 1 4 281 wielu apologetów czasu minionego: popularne, obiegowe nawet wątki wspierały u niego zaczątki historiozofii, wska­ zującej na obecność w dziejach elementów trwałych i nieistotność przemian. W sierpniu 1794 r. tak zwracał się do rodaków: ... chcąc wskrzesić i ożywić znękanych Polaków, badajmy się o Polakach potężnych, poważnych, od morza do morza panujących. Byli oni wprawdzie ludźmi i błądzić mogli, więc ich błędy niech nas zastrzegą od podobnych usterków; ale musieli być zarazem mądrzy, kiedy się ośm wieków przy tej ziemi i stanie ostali. Nie stękajmy próżno, że za ich życia inne były czasy, inne okoliczności, inny skład i postać rzeczy poli­ tycznych. Zawsze ludzie byli ludźmi i nic nowego nie ma pod słońcem '. Nic nowego pod słońcem - skromne to początki historiozo­ fii. Szok wywołany utratą niepodległości wyzwolić miał ene­ rgię duchową, która koncepcje Woronicza wypełniła nową, poruszającą umysły współczesnych i potomnych treścią. * Przełom XVIII i XIX wieku - to okres wzmożonego zainteresowania historią, zwłaszcza w najciężej doświad­ czonych przez wstrząsy krajach Europy. Wizja zagłady ist­ niejącego dotąd świata rodziła poczucie głębokiego zagubienia; im bardziej wątpliwy stawał się sens dziejów, tym usilniej starano się go odnaleźć. Pojawiły się wówczas liczne próby historiodycei: ponadczasowy absolut, tłuma­ cząc istotę pozornie bezładnych faktów, nadawać miał historii prawdziwą i ostateczną wartość . W Polsce proble­ mem naczelnym była katastrofa państwa. Każdy powstały tu system historiozoficzny musiał próbować wytłumaczyć 6 ' J. P. Woronicz, Kazanie przy pierwszem otwarciu sejmu głównego Ks. Warszaw­ skiego, miane w kościele katedralnym warszawskim dnia 10 marca 1809 r., (w:) Pisma, t. 4, Kraków 1832, s. 196-197. lamie, s. 195; por. tenże, Mowa na pogrzebie Rafała hr. Tarnowskiego (...) dnia 14 marca roku 1803, (w:) Mowy pogrzebowe i homilie dotąd drukiem nie ogłoszone, z włas­ noręcznych pierwotworów autora zebrane, Kraków 1861, s. 28-38 (tekst pochodzi z okresu poprzedzającego reformy napoleońskie w Księstwie, odnosi się jednak wyra­ źnie do problematyki z nimi związanej). Tenże, Kazanie przy zamknięciu pogrzebu księcia Michała Jerzego Ciołka Ponia­ towskiego (...) miane (...) w Warszawie dnia 20 sierpnia 1794 r., (w:) Pisma, t. 4, s. 52-53; por. J. Trybusiewicz, dz.cyt., s. 21 -26. Zob. A. Sikora, Historia i prawdy wieczne (Lamennais - Królikowski - Dézamy Blanqui). Warszawa 1977, s. 5-20. 4 5 6 282 ten fakt, próbować zracjonalizować to, co wykraczało poza dotychczasowe doświadczenia; tak też czynił Woronicz. W jego porozbiorowych utworach (najwybitniejsze i naj­ bardziej popularne to „Hymn do Boga", powstały w 1805 r., a wydany ok. 1809 oraz „Świątynia Sybilli" - napisana w kilka lat po trzecim rozbiorze, rychło znana w odpisach, wydana zaś w roku 1818) odnaleźć można świadectwo siły ciosu, jakim dla ówczesnych Polaków była utrata niepodległości: Sami siebie nie znamy, a gdzie stąpim krokiem Poziera trup ojczyzny posoką spluskany Wszystko drażni, rozdziera nieznanym widokiem; I sen nawet, spoczynku broniąc niezbłagany, Szarpie szydersko i serce, i czucie, Marzeniem wzrosłym i znikłym w minucie . 1 Rozpacz przeradzała się w patos wizji dawnej wielkości narodu. Przeszłość, droga Woroniczowi jeszcze w epoce stanisławowskiej, po rozbiorach nabierała - poprzez kon­ trast z przygnębiającymi realiami - jeszcze większej war­ tości. Upadek Polski był tym dotkliwszy, że od wieków łączyło ją przymierze z Bogiem; opiewając minioną świet­ ność, widział w niej Woronicz dowód szczególnej łaski Bożej, zaś w późniejszym rozkładzie państwa upatrywał dzieła szatana. Pod piórem autora „Świątyni Sybilli" prze­ szłość Polski odżywała w swym najpiękniejszym, najbar­ dziej podniosłym kształcie - zarówno w momentach powodzenia, jak i trudnych chwilach: ... rzućmy okiem, jako Polak dawny, W samych nawet nieszczęściach i wielki, i sławny. Na śmiertelnym rozciągnion wszystkich klęsk całunie Rozjadowionej paszczę rozdziera fortunie*. Lecz Bóg potrafi także karać. Losy Polski rozpatrywał Woronicz w perspektywie prowidencjalistycznej, widząc w dziejach nieustanną pracę Opatrzności: Q Nie traf ślepy, nie kolej narodami władnie: W Twoich się ręku rodzą i czasy, i losy. Więc gdy nie możesz karać bez przyczyny, Los nasz być musi płodem własnej winy . 9 283 Wina ta to odejście w dobie Oświecenia od wiary i tradycji, zastąpienie dawnych cnót wolnomyślicielstwem i radyka­ lizmem (Woronicz był jednak nie tyle przeciwnikiem oświeceniowości, co jej skrajnych odmian). Zerwawszy przymie­ rze z Bogiem, stali się Polacy przedmiotem jego gniewu. Bóg był wszakże dla Woronicza nie tylko siłą karzącą, ale również sprawiedliwością. Woroniczowska Opatrzność - to moc działająca racjonalnie, podstawa rozumnego ładu świata. Sens dziejów odnajdywał zatem Woronicz w boskiej sprawiedliwości i nadawał swej historiozofii wydźwięk zde­ cydowanie optymistyczny. Lata porozbiorowe uważał za okres moralnego odradzania się narodu i odnawiania przy­ mierza z Bogiem. Cierpienia spowodowane przez rozbiory przewyższyły miarę win Polaków. Doznają oni - pisze A. F. Grabski omawiając stanowisko Woronicza - krzywd ponad to, na co zasłużyli, co dzieje się za sprawą zaborców. Tak samo więc, jak upadek Polski był wyrokiem boskiej sprawiedli­ wości. Opatrzność musi niechybnie osądzić ciosy spadające na Polaków z rąk ich ciemięzców, bowiem Bóg nigdy nie jest ślepy na krzywdę, na niewinnie przelewaną krew, na łzy naro­ du . Przenikające utwory Woronicza napięcie emocjonalne mogło więc osiągnąć punkt kulminacyjny w mającym rychło nastąpić boskim wezwaniu: 10 Kości spróchniałe! powstańcie z mogiły, Przywdziejcie ducha i ciała, i s i ł y " . Kult tradycji przeradzał się w bliską już romantyzmowi wizję odrodzenia: zmartwychwstania wartości pogrzeba­ nych i utajonych. Widać tu, jak religia i tradycja przestają pełnić funkcję li tylko oparcia dla społecznej i politycznej zachowawczości. Autor „Świątyni Sybilli" przerywał krąg zakrzepłych sche­ matów i z właściwych tradycjonalizmowi pojęć budował profetyczną historiozofię narodową. Taki pozostał w pa­ mięci przyszłych pokoleń. ' J. P. Woronicz, Hymn do Boga. O dobrodziejstwach Opatrzności, narodowi pol­ skiemu wyświadczonych po upadku Polski (w:) Dzieła poetyczne wierszem i prozą, t. 2, Lipsk 1853, s. 10. * Tenże, Świątynia Sybilli, (w:) Dzieła, t. 2, s. 124. * Tenże, Hymn do Boga, s. 9. A . F. Grabski, dz.cyt., s. 438. " J. P. Woronicz, Hymn do Boga, s. 10. 10 284 Jak to jednak bywa, jeszcze za życia Woronicza poezja jego rozpoczęła egzystencję niezależną od osoby autora, niosąc ze sobą obraz twórcy natchnionych, budzących ducha narodu wizji, obraz, od którego stopniowo oddalały się rzeczywiste losy autora „Hymnu do Boga". Po napisaniu swych najwybitniejszych dzieł doświadczył Woronicz wielu burz dziejowych i każda z nich pozostawiała na-nim swój ślad. Kilka razy wydawało się, że odrodzenie niepodległego bytu Polski jest o krok; powstało Księstwo Warszawskie, a po nim Królestwo Polskie: najpierw Napoleona, później Aleksandra I uważano za wskrzesicieli ojczyzny. Im większe nadzieje, tym głębsze były rozczarowania. Pod ich ciężarem zmieniała się sylwetka duchowa Woronicza. W latach Kró­ lestwa Polskiego odszedł od twórczości literackiej sensu stricto, ograniczając się do wypowiedzi wypływających z jego obowiązków duchownych: homilii, mów i odezw. Narastało w nim poczucie znikomości spraw doczesnych. Nie oznaczało to wcale obojętności wobec bieżących proble­ mów; przeciwnie, silnie angażował się w sprawy polityczne: był jednym z najaktywniejszych przedstawicieli episkopatu, szczególnie zaabsorbowanym sporami wokół prawa mał­ żeńskiego, animatorem akcji przeciwko Stanisławowi Kostce Potockiemu . Lecz jeśli zajmował się sprawami „światowymi", to z przekonaniem, że służy ceiom znajdują­ cym się daleko poza horyzontem doczesności. W świecie chaosu niewzruszone pozostawały tyiko prawdy religii. Obejmując w 1815 r. biskupstwo krakowskie, pisał w odez­ wie wydanej 'z tej okazji: Jeszczeż nie czujemy widocznego gniewu i niełaski tego wiekuistego Pana, który wszystkie nasze nadzieje, układy i wysilone zapędy po tyk razy wiatrem rozdmuchnął? Jeszczeż nie dosyć napiliśmy się wezbranej tylu klęskami powodzi, w której toniemy? Zostawmy bezwiemym ludzkiego rozumu marzenia i rachuby ... Zabrakło Woroniczowi żywionego na początku wieku przekonania, iż wyroki Opatrzności są - do pewnego przy­ najmniej stopnia - możliwe do odczytania; świadczyła wówczas o tym wiara w rychłą, a szczęśliwą przemianę położenia narodu. Po latach rozczarowań utwierdził się w opinii, że nie należy próbować dociekać tajemnic boskich, lecz w pokorze podporządkowywać się wyrokom Stwórcy. 12 n 285 S4dził zresztą, że naród nie zasłużył jeszcze na łaskę. Czy istniała droga jego wskrzeszenia? Kiedy więc wszystkie nam nowomodne przemysły i środki dotąd nie pomogły, kiedy nas wszystkie rachuby, stosunki, przymierza tak żałośnie zawiodły, doświadczmy jeszcze starego rozumu ojców na­ szych ... 14 Tradycja miała stać się remedium na zlo współczesności motyw to stałe obecny w myśli Woronicza, niejednakowo wszakże rozwijany, zwłaszcza w odniesieniu do życia n a r o ­ d o w e g o . Z czasem n a d z i e j ę zastąpiła rezygnacja. Pełen nie­ pokoju patrzył biskup krakowski na obecne okoliczności, które nas wszystkich otaczają, stargane związki i zasady świata moralnego, klęski i cierpienia tylu narodów, zjazdy i narady mocarzów, którzy temu potopowi zaradzić chcą, prawa i żądania tylu ludów, które porządku i sprawiedliwości żądają, ciągle i bolesne za dni wieku naszego przemiany krainy naszej; domowe na koniec uciski i dolegliwości, pod którymi stękamy . Chociaż poza chaosem wydarzeń odnaj­ dywał Woronicz odwieczny i absolutny porządek Opatrz­ ności, ład ten s t a w i a ł pod znakiem zapytania znaczenie ludzkich ^wysiłków. P o c z u c i e bezsilności skłaniało d o postawy zachowawczej i lojalistycznej; taki też sens miała aktywność publiczna Woronicza w dobie Królestwa Polskiego. !5 Lecz pogrzeb jego w katedrze krakowskiej stał się w p o ­ czątku 1830 r. okazją do d e m o s t r a c j i patriotycznej; w świa­ domości ogółu był już wówczas ucieleśnieniem ideałów narodowych. Niezwykle popularna twórczość autora M Manteufflowa, J. A'. Szaniawski. Ideologia i działalność 1815-1830, War­ szawa 1936, s. 9-13; A.Jougan, dz.cyt., s. 174-185; H.Konic, Dzieje prawa małżeń­ skiego w Królestwie Polskiem (1818-1836). Kraków 1903, s. 5-88, 143-242; J. P. Woronicz, Przymówienie się w czasie dyskusji projektowi do prawa o małżeństwach na posiedzeniu Senatu w Warszawie, dnia 2 kwietnia 1818 r., (w:) Pisma, t. 5,s. 129-140; zob. także korespondencję Woronicza ze Stanisławem Wodzickim, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, rkp 11 657/11, k. 107 n. " J. P. Woronicz, Odezwa przy objęciu administracji biskupstwa i diecezji krakow­ skiej, wydana w Krakowie dnia 29 czerwca 1815 r. (w:) Pisma, t. I, s. 80-81. Tenże, Kazanie na pogrzebie księcia Józefa Poniatowskiego (...) miahe dnia 10 września 1814, (w:) Pisma, t. 5, s. 93. " Tenże, Przemowa przy rozpoczęciu nabożeństwa jubileuszowego w Krakowie, 1826 (w:) Homilie, nauki i przemowy dotąd drukiem nieogłoszone, z własnoręcznych pierwornorów autora zebrane, Kraków 1852, s. 81. 12 14 286 „Świątyni Sybilli" zaczynała pełnić funkcję inspirującą wobec nowych kierunków myśli polskiej, powstających w kręgach bardzo zróżnicowanych: od demokratów po konserwatystów. Wyzwolona z towarzyszących jej powsta­ niu doraźnych odniesień, poruszała wartością niezależną od ewolucji postawy samego Woronicza: siłą przekonania o lepszym jutrze narodu. przegląd powszechny 5-6'83 287 Krystyna Tarnawska-Kaczorowska Tadeusz Baird - «Egzorta» (...) Jedną wargą podnoszę Drugą bunt, wyznaję miłość Dla rozpaczliwej Równowagi (...) Kazimierz Wierzyński, Przerażony, z tomiku „Kufer na plecach" (1964) listopad grudzień 1982 Egzorta (do tekstów starohebrajskich na głos recytujący, chór mieszany i orkiestrę symfoniczną / 1 9 5 9 - 6 0 / ; opracowanie tekstu: Tadeusz Baird przy współudziale Tadeusza Marka) nie należy do utworów goszczących często na estra­ dach filharmonicznych. A przecież może dostarczyć sporo satysfakcji i recytatorowi, i zespołowi chóralnemu, i instru­ mentalistom, i dyrygentowi. Egzorta wiedzie żywot koncer­ towy w cieniu i na uboczu innych utworów Tadeusza Bairda, którym łatwiej przyszło zdobyć trwałe zaintereso­ wanie i życzliwą sympatię melomanów, uchodzi - jak się wydaje - za utwór mało typowy dla tego kompozytora, za utwór okazjonalny, szczególny i odosobniony. A przecież jest Egzorta na swój sposób i atrakcyjna, i poruszająca, i nie brak jej znamion stylu Bairdowskiego - zarówno w sa­ mej substancji dźwiękowej jak i w tym, co ponadmaterialne, co pozadźwiękowe. Egzorta nie doczekała się analitycznych rozpraw muzykologicznych, nie obrosła w interpretacyjną literaturę, choć nie skąpi ciekawej proble­ matyki kompozytorskiej i stwarza dogodną okazję do odczytań pełniejszego wizerunku osobowości twórcy. Zapoznane dzieło, które nie utrafiło w swój czas? Minęło się ze społecznym oczekiwaniem i zapotrzebowaniem? Pojawiło się za późno? A może trochę przedwcześnie pow­ stało? Historia sztuki - pani okrutna, ferująca nie zawsze zrozumiałe i sprawiedliwe wyroki - miewa też chwile wiel­ kiej łaskawości inscenizując powtórne niejako narodziny niektórych dzieł, przywracając je do ponownego, pełniej­ szego życia. Egzorta została napisana w latach 1959-60; rękopis zam­ knięty jest datą: 31 XII 1959. Baird miał wówczas 31 lat. Niespełna ćwierć wieku minęło od tej chwili. 288 O czym jest ten utwór? Bo dobra muzyka zawsze jest o c z y m ś , choć zdarza się, że mowę jej niekiedy trudno pojąć bez reszty. Tu z pomocą przychodzi tekst. W progra­ mie IV „Warszawskiej Jesieni" (1960), w czasie której odbyło się prawykonanie Egzorty, kompozytor tak przed­ stawił swój utwór; Wydaje się, że wydrukowanie tekstu Egzorty (...) będzie dla słuchaczy dostatecznym wprowadze­ niem w intencje autora oraz charakter i myśl przewodnią utworu. Ale Baird był znany z nadzwyczaj lakonicznego komentowanie swojej muzyki i miał ku temu uzasadnione racje. Racja Autora nie musi być jednak racją krytyka: temu ostatniemu nie przystoi nadmierna powściągliwość i prze­ sadny umiar w słowach. Oto pełny tekst Egzorty. Przytaczam go w przekonaniu, iż jeśli nawet nie będzie to „dostateczne wprowadzenie", to na pewno - konieczny warunek wstępny i punkt wyjścia do dalszych rozważań. 1. Strach, któregom się lękał, przyszedł na mnie. 2. W okropnościach widzenia nocnego, gdy przypada twardy sen na ludzi 3. Zdjęła mnie trwoga, która duch mój wszystek poraziła jako sęp lecący do żeru ... 4. Bracia moi giną. 5. Od poranka giną aż do wieczora, 6. Stronią od swych dróg, uchodzą z ziemi swojej i z miast, 7. Rozbiegają się, wszędy unosząc swój lament, 8. Lecz starci bywają snadniej, aniżeli mól. 9. Długoż pyszni radować się będą i kardzie wołać? 10. Długoż łotrostwem swym się chlubić i nieprawość czynić będą? 11. Braci mordować, wdowy i sieroty zabijać? 12. Szaleńcy pośród ludzi, kiedyż zrozumiecie: 13. Że bracia moi starci bywają snadniej, aniżeli mól... 14. Od poranka aż do wieczora bywają starci... 15. 1jako cień są dni nasze na ziemi... 16. W okropnościach nocnego, gdy przypada twardy sen na ludzi, 17. Strach, któregom się lękał, przyszedł na mnie. Tekst ten pochodzi z dwóch źródeł: z Księgi Joba i z Księgi Psalmów. Obie w tłumaczeniu Jakuba Wujka. Fragmenty z Pierwszej Księgi zachowały w kilku przypadkach niemal dosłowne brzmienie oryginału. 289 Psalmy i dzieje Joba uchodzą za najpiękniejsze, najbar­ dziej natchnione karty Biblii. Fakt, iż Czesław Miłosz te właśnie dwie Księgi przetłumaczył (godzi się dodać, że z oryginału hebrajskiego, a nie z Wulgaty) może być dowodnym świadectwem ich kunsztu i arcydzielności. Zapewne nie było też rzeczą przypadku, iż do nich to właśnie zwrócili się Baird i Marek w poszukiwaniu tworzywa lite­ rackiego do Egzorty. W rezultacie stworzyli spójną całość o wyrazistej i oryginalnej kompozycji pierścieniowej z nawrotem w zakończeniu dwóch inicjalnych wersetów w przestawionym porządku; podobnemu zabiegowi podle­ gają także wersy 5 i 8 pojawiające się ponownie, z pewnymi modyfikacjami, jako 14 i 13. Tekst Egzorty obfituje w liczne wyznaczniki mowy wią­ zanej, co upoważnia do uznania go za utwór poetycki. Wersy o różnej rozpiętości sylabicznej są w sposób wyczu­ walny wewnętrznie urytmizowane, a pewne układy akcen­ towe powtarzają się gdzieniegdzie: np. regularny (z wyjąt­ kiem nagłosu) amfibrachiczny tok w wersie 7, zaśjambiczny - w 12. Dzieje się tu często tak, i ż - j a k wysłowił to Norwid bez-rymowy wiersz RYTMU JE SIĘ NA CAŁĄ SWĄ DŁUGOŚĆ, nie zaś w końcowym, JEDNYM zabrzmieniu wyrazów! .1 jest to cecha dość powszechna tekstów biblijnych. Inną właściwością znamienną dla pierwowzoru są zachowane w kilku werse­ tach paralelizmy (wzajemne podobieństwa), które były regułą kompozycyjno-stylistyczną poezji hebrajskiej i przy­ dawały jej dostojności, wzniosłości i ekstraordynaryjnego charakteru. Trzy przykłady: 1 I) Bracia moi giną. / Od poranka giną ai do wieczora, II) Stronią od swych dróg, uchodzą z ziemi swojej i z miast III) Że bracia moi starci bywają snadniej, aniżeli mól / Od poranka aż do wieczora bywają starci... Z figur retorycznych odnotujmy: elipsę (wers 11), inwersję (9, 10) i w tychże samych wersach - anafore. Ekspresję wypowiedzi podnoszą i emocjonalnego zaangażowania podmiotu lirycznego dowodzą: eksklamacja (wers 4), apos­ trofa kiedyż zrozumiecie] (w wersie 12) i pytania retoryczne Ze wstępu do Pierścienia Wielkiej Damy czyli ex-machina Durejko; cytat na podstawie: Cyprian Norwid, Pisma wybrane. Wybrał i opracował Juliusz W. Gomulicki, t. 3. Dramaty, Warszawa 1968 PIW, s. 137. 1 290 (wersy 9, 10, i 11). Foniczna warstwa wypowiedzi świadczy też o celowych działaniach instrumentacyjnych (zapewne tłumacza i adaptatorów pospołu) mających niewątpliwy wpływ na ewokowanie pewnych nastrojów. Zauważmy nasycenie całego tekstu (z wyjątkiem jedynego wersetu 15) dźwięczną, wibrującą, twardą, by tak rzec - dobitną spółgło­ ską r, a także zagęszczenie samogłosek nosowych modelu­ jących brzmieniowy kształt wersetu 7, w którym mowa 0 lamencie. Emocjonalną deklarację dynamizuje nieprzy­ padkowe chyba nagromadzenie stosunko dużej ilości - bo aż 24-ch - czasowników (przymiotniki na przykład wystę­ pują tylko czterokrotnie). Wyraźne uporządkowanie cza­ sów delimituje zarazem tekst: wersy 1-3 w czasie przeszłym (z jednym wyjątkiem: przy­ pada), 4-8 w czasie teraźniejszym, 9—12 w czasie przyszłym, 13-16 w teraźniejszym, 17 w przeszłym; w czasie przeszłym - oznajmia się, wyznaje, zwierza; w teraźniejszym - biada 1 uskarża; w czasie przyszłym - wyklina i złorzeczy. A cała ta liryczna konfesja dokonuje się albo zdławionym od bólu głosem, albo wybucha krzykiem gniewu i rozpaczy spotęgo­ wanym oskarżycielską pasją. Nie skrywając widomej inspi­ racji z Kierkegaarda przekłada Miłosz znane z Egzorty wyimki psalmów: Bojaźń i drżenie na mnie przyszły + i groza mnie okryła (...) Jak długo, Panie, jak długo + nieprawi cieszyć się będą? (...) Opamiętajcie się niemądrzy w narodzie, + o głupcy, kiedyż zmądrzejecie? . Egzorcie patronują bogowie Hypnos i Tanatos - Sen i Śmierć - rodzeni bracia, potomkowie Nocy i Ereba, władcy podziemnego królestwa zmarłych i boga ciemności. W mrocznej scenerii .widzeń nocnych i czającego się stra­ chu, widmo śmierci nawiedza tych, których dni na ziemi jako cień. Z mrocznej przestrzeni wyłaniają się nikczemne moce, złowrogi świat, potęga zła. Noc jest samotna, dzień jest kolektywny powie Antoni Kępiński . Formę poetycką nada tej myśli angielski poeta siedemnastowieczny Robert Herrick: Za dniaśmy razem; a noc rzuca nami / W światów odrębność. Każde gnane snami . Żałobna Egzorta kreśli obraz posępny, apokaliptyczny nieledwie. Stylistyka biblijna, archaiczna nuta, tylko w nie­ znacznym stopniu zapewniają emocjonalny dystans, który 2 3 4 291 zresztą muzyka nader skutecznie usunie, zniweczy. W cen­ trum snu-koszmaru - Bracia. M o i Bracia, wersety 4 i 13nie pozostawiają tu żadnych wątpliwości. Bracia, którzy giną. Którzy zasługują na współczucie, dopraszają się uczucia solidarności i braterstwa. Ten quasi-P$alm upomina się 0 poniewieranych, cierpiących, ciemiężonych. Ten Tren płacze naszych Braci. „Egzorta" znaczy: usilne błaganie, zaklinanie. Ale także napomnienie czyli ostrzeżenie, przestrogę. Jak w pozostałych utworach wokalno-instrumentalnych Tadeusza Bairda, tak i w Egzorcie tekst znaczy bardzo wiele, a słowo otacza się szczególną pieczołowitością i wy­ suwa na plan przedni. Tutaj powierza się je soliścierecytatorowi. Partia jego zanotowana jest na jednej linii, ale ze znacznym zróżnicowaniem rytmicznym i z licznymi wskazówkami odnoszącymi się zarówno do dynamiki 1 tempa, jak ekspresji i sposobu operowania głosem. Trzeba od razu powiedzieć, ze Baird zyskał znakomitego wyko­ nawcę w osobie Aleksandra Bardiniego . Inwencja od­ twórcy przejawia się w sposobie kształtowania wypowiedzi: w dawkowaniu pauz, rozmieszczeniu akcentów i punktów kulminacyjnych, w bogatym modulowaniu głosu, w płyn­ n a m przechodzeniu ze śpiewu mówionego w melopeię, w deklamację umuzycznioną, w umelodyjnioną mowę. Wszystkie środki służą tu komunikacji i ekspresji zarazem. Recytację intensyfikują przyciski znaczeniowe, zwalnianie i przyspieszanie toku narracji, zróżnicowanie intonacyjne, efekty emfatyczne i wokalno podobne. Kilka linijek tekstu (z minimalnymi zmianami) powierza kompozytor chórowi. W kompozycji trwającej omem i pół minuty chór dochodzi do głosu pięciokrotnie i podaje naj­ istotniejsze momenty „fabuły": zawiązanie (wers 1 i frag­ menty 3), dwa punkty kulminacyjne - eksklamacjf (wers 4) i apostrofę (fragmenty wersów 9-12), i końcową wyrazistą 3 Cytaty pochodzą z: Księga psalmów, tłumaczył z hebrajskiego Czctfcw Miłosz, Paris 1981 Editioius du Dialogue, 55.6 (i. 146) i 94,3 i 8 («. 222) Antoni Kępiński, Melancholia, Warszawa 1974 PZWlek., s. 88 Na podstawie: Jera? S. Sito, W pierwszej i trzeciej osobie, Warszawa 1 9 6 7 P I W , 3. 2 1 7 . Wiersz nosi tytuł „Sny", przekład J . S . Sito. Mim na myśli nagranie płytowe PN Muza X L 0177. Korzystam z U-go wydaafe partytury Egzorty, Kraków 1967 PWM. s 3 4 5 292 sentencję (15 wers). A że nie jest sprawą drugorzędną czytel­ ność tych wątków - śpiewa przeważnie a cappella i przewa­ żnie w technice kontrapunktycznej nota contra notam. Najbardziej typowym przykładem będzie w „dwugłosie" z recytatorem intonowana pieśń-wyrzut wybuchająca pod koniec krzykiem eon passione, w której tylko szczątkowe znamiona techniki dodekafonicznej zachowały się, gdyż jak Baird niejednokrotnie podkreślał: (...) środki powinny być podporządkowane celowi nadrzędnemu, ważniejszemu, któ­ rym jest mówiąc najogólniej - wyrażenie przez artystę jego prawdy o świecie, życiu, człowieku . Mieszany zespół chó­ ralny operuje w Egzorcie zróżnicowaną techniką i ekspresją wokalną. Czasem jednoczy się w unisonie, niekiedy rozpo­ czyna imitacyjnym wejściem głosów, często kończy swą kwestię zastygając w eufonicznym akordzie. Ostatni „stasimon" - czterdziesto sekundowa miniatura chóralna oparta we wszystkich głosach na tej samej serii (jednej z pięciu użytych w tym utworze) jest chyba najpiękniejszym epizo­ dem Egzorty i dowodnie zaświadcza o mistrzowskim ope­ rowaniu przez twórcę zespołem wokalistów. Chór spełnia w tym utworze dwojaką rolę: z jednej strony sekunduje głównemu interpretatorowi tekstu, powtarza i udobitnia jego zasadnicze kwestie, użycza mu swej siły, wzmacnia jego racje, jednoczy się z nim w bólu i w gniewie, z drugiej strony stara się obłaskawić, stonować grozę widzenia noc­ nego dźwiękiem, śpiewem, muzyką. Słowo i wszystko, co ono niesie i wszystko, co za nim się kryje, jest w Egzorcie powtórzmy to - najważniejsze. Muzyka zdobywa trochę względnej autonomii w tych epizodach, gdy pozostawiona sama sobie tworzy kulminacje zgrzytkiwym klasterem, bru­ talnym wielodźwiekiem, gdy utrwala lub zmienia nastrój, gdy zapowiada dalszą „akcję", gdy potęguje, upatetycznia, przydaje dramatyczności, albo przeciwnie - uspokaja, łago­ dzi, wycisza. Te chwile pozostawione do własnej dyspozycji wykorzystuje muzyka skwapliwie i z rozległą znajomością swych semantycznych możliwości: kamienny stukot ksylo­ fonu, przenikliwy flażolet skrzypiec wspartych wielonczelami, rozdzierające frulato trąbki lub puzonu, beznamiętne, miarowo odmierzane pizzicato smyczków, tremolo tomtomów przypominające żałobne werble, jak cios pięć miaż6 293 dżących uderzeń w kotły, appassionato wyśpiewana zwięzła fraza wzburzonych skrzypiec i altówek, na tle zgiełku orkiestrowego tutti wybijający się dźwięk trzech tam-tamów i talerzy, a potem ciężki łomot wielkiego bębna, przeraźliwy krzyk na całe gardło instrumentów dętych, z rzadka jaśniej­ szy motyw czelesty lub harfy. I zanim znów uprzywilejo­ wane miejsce zajmie słowo, muzyka -- by je wesprzeć i uzupełnić - sięgnie celnie i skutecznie do arsenału emocji i jakości ekspresyjnych; większości rodowód ekspresjonistyczny będzie oczywisty, większości przypisać należy „war­ tości estetyczne ostre" (wedle koncepcji Mieczysława Wallisa), których celem - nie tyle wzruszać, co porazić i wstrząsnąć. Baird tworzy w Egzorcie pewien zestaw struktur - dźwię­ kowych gestów znaczących o stałych (element wariacyjny odgrywa tu nikłą rolę) właściwościach ekspresyjnych (ten sam instrument, rejestr, seria, podobny motyw, ukształto­ wanie rytmiczne), które „spożytkowuje" w stosownych momentach. Język muzyczny Egzorty jest bezpośredni, funkcjonalny i łatwo czytelny. Tadeusz Baird, uchodzący przede wszyst­ kim za wielkiego liryka, ogranicza tu swój ekwipaż liryczny, porzuca rozlewną kantylenę, solowe popisy poszczególnych instrumentów (ulubionego oboju w ogóle nie włącza do obsady), rezygnuje z poetyckich uniesień, z wyrafinowania formalnego, z wyszukanych efektów kolorystycznych, komplikacji metro-rytmicznych. W Egzorcie zachodzi fenomen, który by można nazwać „prozaizacją" muzyki (przez analogię do „prozaizacji" poezji, np. u Tadeusza Różewicza). Nie chodzi w Egzorcie o podobanie się, zadzi­ wianie, uwodzenie, ale przede wszystkim o jednoznaczność komunikatu, o wzmocnienie prawdy przekazu. Muzyka, z pełną świadomością narzucając sobie duże rygory warsz­ tatowe, mówi tu prosto i zrozumiale, nie kunsztownie, domyślnie i wieloznacznie. Równocześnie warstwa muzy­ czna Egzorty - choć wydać się to może paradoksalne uwzniośla i monumentalizuje tekst, a smak artystyczny i trudna sztuka samoograniczenia skutecznie bronią przed * Utrwalić tycie czyli siebie. Rozmowa z Tadeuszem Bairdem, Nurt II (199) 1981, s. 14. 294 osunięciem się w płaską publicystykę muzyczną, przed popadnięciem w sztampę plakatu dźwiękowego. Czujemy instynktownie, że przeżycia którego źródłem i przyczyną jest Egzorta, nie można sprowadzić wyłącznie do wymiaru estetycznego, że wartość tego utworu należy jeszcze do innych obszarów, a r a c j a jego jest jeszcze innego rzędu. Egzorta pozbawiona jest środków stylizujących trudno przecież do efektów archaizujących zaliczyć quasi responsorialne niekiedy epizody rozgrywane między chó­ rem a recytatorem czy bliską chorałowej fakturę psalmolodii od t.72. Między innymi ten właśnie fakt upoważnia do odczytań uniwersalnych, do nadania Egzorcie wagi sym­ bolu ponadczasowego scalającego wielowiekowe doświad­ czenia ludzkości. Nie tylko nieszkańców Judei - synów Abrahama - wyznawców Starego Testamentu, ale i pierw­ szych chrześcijan prześladowanych za wiarę, i bohaterów licznych walk wyzwoleńczych, i niewolnych obywateli róż­ nych totalitarnych systemów, i ofiar obozów i wypraw krzyżowych, Hiroszimy i Inkwizycji, ofiar zbrodni ludobój­ stwa i ofiar tyranii, przemocy, despotyzmu i fanatyzmów wszelkiej maści, wszystkich ofiar, którym bogini sprawiedli­ wości dziejowej Nemezis nie okazała życzliwości. Na swój poetycko-muzyczny sposób Egzorta „wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu". „Spisuje czyny" haniebne i zbrodnicze i upomina się o „człowieka pro­ stego" - tego z dobrze znanego Miłoszowego wiersza pt. „Który skrzywdziłeś". Ideowe przesłanie łączy Egzortę we wspólnym szeregu z takimi na przykład utworami jak: Krzysztofa Pendereckiego Dies irae (oratorium Pamięci Zamordowanych w Oświęciniu, 1967), Luigi Nono II canto sospeso (kantata, której tekst wykorzystuje fragmenty listów członków europejskiego Ruchu Oporu skazanych na śmierć, 1955-56), Benjamina Brittena Requiem wojenne (tekst: Missa pro Defunctis i poematy W. Owena, 1961), Arnolda Schoenberga Oda do Napoleona (tekst: G. Byron, 1942), tegoż kompozytora Ocalały z Warszawy (tekst: A. Schoenberg, 1947) i Stanisława Wiechowicza List do Marc Chagalla (rapsod dramatyczny do tekstu Jerzego Ficowskiego, 1960-61). Utwór Wiechowicza nosi podtytuł Pamięci Korczaka. Egzortę można by zadedykować Pamięci ludzkości. 295 Dla tych, którzy skłonni by byli dopatrywać się w takim poszerzającym ujęciu nadużycia interpretacyjnego, mam kilka cytatów: 1) Każdy artysta jako twórca wyraża to, co jest jemu tylko właściwe (element osobowości). 2) Każdy artysta jako dziecko epoki wyraża to, co właściwe tej epoce (element stylu w jego wartości wewnętrznej, składający się z języka epoki i języka narodu, jak długo naród istnieje). 3) Każdy artysta jako sługa sztuki wyraża to, co właściwe jest sztuce w ogóle (element czysto artystyczny i wiecznotrwały (...)) . 7 Wassily Kandinsky Twórczość wysokiego lotu toczy swój dyskurs niejako poza dobrem i złem doraźności (...); powołaniem sztuki jest wyzwo­ lenie się z historycznego kontekstu. Jej adresat odznacza się dużą ogólnością, mówiąc prościej, dzieło artystyczne zakłada, że będzie czytane nie tylko tu i teraz, ale także gdzie indziej i kiedy indziej . 6 Jan Prokop Dzieło współtworzy czytelnik, konwencja, epoka Jan Błoński I od siebie: nie udaje się dziełu przydawać nowych treści, zaszczepiać dodatkowych sensów, dopisywać znaczeń nie uwzględnionych przez twórcę, jeśli ono samo do tego nie upoważnia, do tego nie nakłania, jeśli nie jest dostatecznie „otwarte" na nowe „style odbioru" (Michał Głowiński), jeśli nie jest podatne na „twórczą zdradę" (Robert Escarpit). Niemożliwe jest ponadto wyabstrahowanie dzieła z wielora­ kich uwarunkowań, odizolowanie g o - w procesie odbioru od rzeczywistości zewnętrznej w ogóle, a od aktualnego kontekstu w szczególności. Wreszcie - ocena dzieła zrelatywizowana do miejsca i czasu, w jakich utwór powstawał jeśli w ogóle możliwa, co bardzo wątpliwe - nie wyklucza spojrzenia wartościującego sub specie aeternitatis. ŻywotWassily Kandinsky, Język form i kolorów (1912), przekład J. Maurin-Bialostocka. W: Artyści o sztuce. Od van Gogha do Picassa. Wybrały i opracowały: Elżbieta Grab­ ska i Hanna Morawska, Warszawa 1977 PWN, cytat ze s. 271-2. Jan Prokop, Literatura dobrych manier, Tygodnik Powszechny 36 (1702). 61X1981. * Jan Błoński, Jeszcze o poezji i świętości (I), Tygodnik Powszechny 39 (1735), 261X1982. 1 8 296 ność dzieła, to możliwość jego aktualizacji powie Anna Kamieńska . Dlaczego Tadeusz Baird napisał tę pieśń lamentacyjną, ten „Braci Pamięci Żałobny Psalm", który pozwala być swemu twórcy bardziej tu i teraz niż niejednemu z fakty­ cznie obecnych. Za tak sformułowanym pytaniem kryje się przekonanie, że dla Bairda - wielkiego liryka - to genre trochę zaskakujący, że on sztuką tonów raczej „wyznawał miłość" wszelaką niż „podnosił bunt". A przecież tej powierzchownej, bo ujmującej tylko część prawdy, etykietce przeczą pełne dramatu i dramatyczności Psychodrama i III Symfonia, a przecież w Concerto lugubre zanim przystanie na śmierć, wykrzyczy swój niepokorny sprzeciw. Podobnie w Głosach z oddali, ostatnim przejmująco pięknym utworze Bairda, w którym są i niezgoda na okrutny świat, i buntow­ nicze wadzenie się z Bogiem (III pieśń) i strach przed Czarną Panią z kosą (II pieśń). A w dramacie muzycznym Jutro obecne są i cierpienie, i rozpacz, i demony zła, i mi­ łość, i śmierć. Eros i Tanatos są stałymi wątkami twórczości kompozytora, co nie przeczy temu, iż Egzorta plasuje się na przeciwległym biegunie erotyczno-miłosnego nurtu repre­ zentowanego przez kilka cykli pieśni Bairdowskich. Bronisław Przy łuski, poeta wciąż w ojczyźnie nieobecny, powiedział przed kilkoma laty: Wydaje się, że impulsem twórczości (obojętnie jakiej) jest skaleczenie, jakaś rana, jakaś dolegliwość fizyczna czy duchowa. Jakiśproblem, z któ­ rym nie można sobie dać rady w życiu. Dopiero sztuka w każ­ dej postaci może to skaleczenie uleczyć, zabliźnić ... . Przypomnijmy jeszcze kilka faktów. • Brak jakichkolwiek dowodów na to, że utwór powstał na zamówienie (skądinąd zresztą wiadomo, że Baird nie przyj­ mował żadnych zleceń, jeśli nie „dostrajały się" do jego prywatnych artystycznych planów). • Egzorta powstała między przesyconymi liryzmem Eks­ presjami na skrzypce i orkiestrę (1959) a zmysłowymi Eroty­ kami na sopran i orkiestrę symfoniczną do wierszy Małgorzaty Hillar (1960-61). • Obecność podmiotu lirycznego jest aż nadto dostrzegalna w tym monologu psalmicznym wygłaszanym w pierwszej osobie. 10 11 297 • Kompozytor miał za sobą niewygasłe wspomnienia wojenne, okupacyjne. • We wczesnych latach pięćdziesiątych dosięgły go tragi­ czne przeżycia związane z fałszywym oskarżeniem ojca, w konsekwencji czego zapadł wyrok śmierci, wreszcie ułaskawienie. Wszystkie te okoliczności każą sądzić, że Egzorta powstała z przymusu wewnętrznego, z autentycznej potrzeby serca, z potrzeby (zastanowienia się) nad wiecznie powtarzającym się dramatem ludzkiego losu , z potrzeby - głęboko moral­ nej - świadczenia, przypominania i ostrzegania. Co więcej okoliczności te pozwalają wierzyć, że utwór w którym pobrzmiewa Czechowiczowska „nuta człowiecza", miał spełnić katartyczną rolę. Egzorta, jak większość dzieł Bairda, tłumaczy się w dużym stopniu przez biografię Autora. A czy Tadeusz Baird sam w związku z Egzorta nie zada­ wał sobie pytania: dlaczego to piszę"} Jest to bardziej niż prawdopodobne. A jak na nie odpowiadał? Może tak jak Albert Camus: Kształtując na swój sposób rzeczywistość, artysta utwierdza moc swej odmowy . A może tak jak „lutni­ sta ciemnego czasu i losu", Kazimierz Wierzyński, w wier­ szu „Po co piszę": 11 li Aby coś okazało się piękne, Stało się faktem i nie dało się cofnąć, Aby odtąd trwało niedosięgłe dla nikczemności, Aby przy nim bezsilna była nienawiść i przemoc, Aby choć taka wolność miała gdzieś swoje azylum A wszechpotęga zła choć taki opór przeciwko sobie Po to piszę i gdybym nie był pewny, że mam rację, Nie wiedziałbym, po co istnieję. 14 Anna Kamieńska, Twarze Księgi. Warszawa 1981 Pax, s. 30. " Ks. Janusz St. Pasierb, Bronisław Przyłuski, poeta. Tygodnik Powszechny 32 (1698), 9VIII1981. Tadeusz Baird, „Listy Goethego": słowo a muzyka, Dialog 2 (309) czerwiec 1982, Rok XXVII, s. 137-142; cytat ze s. 137. Albert Camus, Człowiek zbuntowany (Bunt i sztuka). W: tegoż autora, Eseje, wybór i przekład Joanny Guze. Wstęp napisał Jerzy Kossak, Warszawa 1971 PIW, s. 370. Kazimierz Wierzyński, Wiersze wybrane. Wyboru dokonał i wstępem opatrzył Michał Sprusiński, Warszawa 1979 PIW, s. 179. 10 12 1J 14 298 Tekst stanowi skróconą wersję referatu wygłoszonego na Sympoz­ jum „Tadeusz Baird - sztuka dźwięku, sztuka słowa" odbytego w ramach XVI Ogólnopolskiej Konferencji Muzykologicznej, Warszawa, Związek Kompozytorów Polskich, 12 XII 1982. Tadeusz Baird - Egzorta (Exortation) zorta est simple, fonctionel et très compréhensible. L'Exôrtation est un phénomène assez paradoxal, dans lequel s'accomplit à la fois une sorte de „prosaisation" de la musique et une monumentalisation par la musique du texte. L'Egzorta ressemble, du point de vue de son caractère, au Dies Irae de Egzorta, composée dans les années 1959/60, fut exécutée pour la pre­ mière fois pendant le 4 «Automne de Varsovie" (Warszawska Jesień) en 1960. Le livre de Job et Le livre des Psaumes servent de base pour Baird et Marek - auteurs du texte. La partie vocale joue - comme dans d'autres oeuvres musicales et vocales d'ailleurs de ce compositeur - un rôle principal. Dans l'oeuvre présentée la majeure partie du texte est exécutée par le soliste-interprète. Le langage d'Eg- Krzysztof Penderecki, à II canto sospeso de Luigi Nono ou au Requiem de guerre de Benjamin Britten. przegląd powszechny 5-6'83 299 Piotr Matywiecki Józef Gielniak Mowa będzie o czerni i bieli, które wyraziły całą „naoczność", subtelne „kolorowe" fenomeny zmysłów i na tych samych kartach lęk osobowości, rozziew między byto­ waniem a nicością. Niech abstrakcje wstępu natychmiast poświadczą się w konkrecie! Przez pole zboża, pod burzowym niebem lecą kruki. Vin­ cent van Gogh maluje granatową ciemność i żółte światło a płótno chwyta nadlatującą czerń, która przecina, przek­ reśla kolory. Kolory - treść jego życia. W roku 1958 Józef Gielniak rani płytkę linoleum nacięciami, które nasycone farbą i odbite na papierze tworzą grafikę: „Improwizacja I w hołdzie V. van Gogh". Pionowe i plączące się trawiaste kreski, wirujące i promieniste kreski nieba a wśród kresko­ wanej płaszczyzny szczeliny czerni, wyłomy w umownej przestrzeni, wyloty do ... Otchłani? Nicości? Oto sekwencja chwil tożsamych (każda jakby była p o g ­ ł ę b i e n i e m poprzedniej), ale oddzielonych czasem fizy­ cznym i czasem kultury, chwil, które kontemplując świeżość jednej wystudiowaniem drugiej zapadają się w so­ bie coraz rozpaczliwiej: burza w polu i złowrogi nastrój, malowany pejzaż i kreśląca go czerń, czarno-biała umow­ ność i sugestia otchłani. Na grafice Gielniaka polatuje przeczucie odwrotnej strony, negatywu zmysłów - CZER­ NI, dla której czerń jest światłem-przeczucie lęku egzysten­ cjalnego: A jeśliby oko twoje było chore, całe ciało twoje będzie ciemne. Jeśli tedy światło, które jest w tobie, jest cie­ mnością, sama ciemność jakaż będzie (Mateusz 6, 23). Alchemicy znali termin „melanosis" - sczernienie, spale­ nie: zanim nieszlachetną materię metali przemieni się w kró­ lewską postać złota, trzeba ją sprowadzić do pierwotnego chaosu, zdegradować, pozbawić właściwości. To nazywano „melanosis". Zanim pomówimy o malarstwie, o królowa­ niu koloru, trzeba abyśmy zdegradowali kolor do przed-czerni, do przed-widzialności. W grafikach Gielniaka jesteśmy bliscy tła materii pierwszej. 300 Simone Weil zapisała: De-kreacja: sprawić, że przechodzi się od tego co stworzone, do tego coprzed-stworzone. Destruk­ cja: sprawić, że przechodzi się od tego co stworzone do nicości. Występna namiastka de-kreacji. Kreski Gielniaka prowadzą oczy łodygami rajskich roślin, w których rozwidnia się przed-stworzenie, które wrastają w nasz świat, ale bywa i tak, że jego kreski trafiają w szczeliny destrukcji rozpru­ wające wzrok. Zanim obejrzymy grafiki poznajmy życie ich autora. * Żył lat czterdzieści (1932-1972) - z tego większość w sa­ natoriach chorób płucnych - tyle, aby doznać cierpień, pracy, sukcesu, życia rodzinnego, samotności, przyjaźni. Miał czas na autorefleksję, ale choroba odbierała mu możli­ wość ciągłego, spokojnego wyrażania się dla innych bywały okresy zapaści i osłabienia, wykluczające artysty­ czną pracę. Urodzony we Francji przyjeżdża do Polski jako osiemna­ stoletni młodzieniec o losie już zdeterminowanym: we Fran­ cji początkuje talent i zaczyna się choroba. Od roku 1953 do śmierci mieszka w sanatorium Bukowiec, nie opuszczając go. Przemyślny jego los w tym jednym aspekcie, bo symboli­ czne jest zetknięcie się wydarzeń - jednorazowego i ciąg­ łego: wielkich przenosin i dożywotniego osiedlenia się w sanatorium. Przeciwieństwo jest złagodzone: repatriant to ktoś, kto z obcego wraca na swoje, jego przenosiny są zakorzenieniem; stały mieszkaniec sanatorium (Gielniak poślubił tam swoją żonę, tam urodził się jego syn) ma nato­ miast poczucie tymczasowości, tej najgłębszej: mógł w jed­ nej chwili odejść z miejsca nierównowagi do „normalnego" życia albo w śmierć. Na świat patrzył ze swojego, zadomowionego miejsca ale miejsce to, choćby zakorzenione i pracą, i życiem rodzinnym, unosiło się w próżni niewiadomego. Rodzaj tej próżni możemy wyczuć intuicją przez zestawienie ubogiego miana „Bukowiec" z nazwami metropolii, do których posy­ łał prace graficzne i z których odbierał wiadomości o suk­ cesach : Wiedeń, Paryż, Tokio, Ułan Bator, Rio de Janeiro, New York itd. Jeśli uświadomimy sobie, że widział jedną 301 tylko swoją wystawę - we Wrocławiu - że choroba uniemoż­ liwiała mu nawet bliskie podróże, zrozumiemy symbolikę przestworzy, które jego wyobraźnia oswoić i zapełnić mogła - czym? Rysował przecież mikrokosmos na kartach atlasu w skali 1 do miliona! Nic dziwnego, że ułamek milimetra między kreskami bywał Otchłanią ... Zamknięty w sanatorium izolowany był od doświadcze­ nia publiczności jako tłumu, ale przecież nie osamotniony. Kultywował (z konieczności i potrzeby) intymny kontakt z ludźmi. Tak uczył się swojej sztuki - profesor Stanisław Dawski był opiekunem, nauczycielem i powiernikiem - tak przyjaźnił się korespondencyjnie i przyjmując wizyty poe­ tów, aktorów, malarzy i grafików. Ze wspomnień można odczuć, że podejmował odwiedzających z dalekich stron na sposób „korespondencyjny", a więc - paradoksalnie - bar­ dzo bliski: naocznie przy nim obecni byli jednocześnie jakby listami o sobie wysłanymi przez ich życie wewnętrzne. Grafiki (po kilkanaście egzemplarzy, jak dla kręgu przy­ jaciół, była to konieczność techniczna) sporządzał jakby dla jednego człowieka. Konieczne wyjaśnienie: każdy artysta ma na względzie odbiorcę jako jednostkę, integralną osobę ale z świadomością (szczególnie artysta współczesny), że kontakt z osobą następuje poprzez świadomość istnienia tłumu innych odbiorców, świadomość obecną w twórcy i w odbiorcy. Gielniak inaczej, bez tej świadomości, bez­ pośrednio. A jednak za pośrednictwem! Między prywatnym kręgiem artysty a społecznością poś­ redniczyła ... choroba. Skazywała na cierpienie publiczne nie tylko dlatego, że opisywane w artykułach i esejach, które mógł czytać u siebie; sanatoryjne życie sprawiało, że wszystko wokół było przedłużeniem, konsekwencją, insty­ tucjonalizacją choroby: „zdrowotny" klimat, sprzyjająca albo szkodliwa pora roku, lekarze i specyficzna z nimi przy­ jaźń, która jest powiernictwem duszy, ale i jej somatycznego podłoża, miary czasu (harmonogramy kuracji, jej rytmy, zapowiadane i odkładane terminy opuszczenia sanato­ rium). Nie działo się to w intelektualnej próżni: znana była oczytanemu i wrażliwemu pacjentowi dwudziestowieczna kultura związków choroby i artyzmu sublimowana w po­ wieściach Tomasza Manna i w wierszach Lieberta, znał 302 i chrześcijańską filozofię sensu cierpienia, i laicką filozofię heroizmu wobec absurdu. Żył tą kulturą jako współtwórca jej kanonu i jeden z poddanych jej wzorcom. Nie odró­ żnimy przyczyny od skutku: choroba inspirowała tematy dzieł, a dzieła wikłały wyobraźnię w problemy choroby. Osiągnął także (mówią o tym listy) znawstwo fizjologiczno-farmakologicznej strony cierpienia, co dało mu dziwne odczucie ciała (ale i psychiki!) jako „biernej" materii, w któ­ rej „pracują" konkurując i przezwyciężając się choroba i le­ karstwa. Wszyscy moglibyśmy mieć to odczucie '•nieustannie mnożą się i obumierają komórki tkanek - ale dla osób zdrowych byłoby ono nieznośne. Zauważona przez wielu „cielesność" jego rycin komponowanych wedle ryt­ mów kreacji przenikanych rytmami destrukcji jest być może metaforą niedowolną - może był Gielniak autoportrecistą ożywianego i umierającego w każdej chwili ciała? Z pew­ nością każdy świetlisty lub czarny znak na jego grafikach jest dwuznaczny i eschatologicznie decydujący, każdy staje się protokołem targu, o którym Stanisław Jerzy Lec powie­ dział: Po długich largach z sobą człowiek postanawia być. Równocześnie z identyczną decyzją powziętą przez śmierć. Jakby chcąc to nam przekazać Józef Gielniak (wiemy o tym z jego wypowiedzi) na grafice zatytułowanej „Podróż do­ okoła karty gorączkowej" stawiał jeden znak dziennie w ciągu krytycznego roku, kiedy przesilała się choroba ... Pisano o nim wiele. Stał się bohaterem mitu pięknego i użytecznego w świecie osobowości rozbitych. Osoba i sztu­ ka (o czym wielokrotnie pisano) wyszły naprzeciw potrzebie bezpośredniości. Asceza obcowania z dziełem (w porówna­ niu z wernisażowym życiem towarzyskim, z całym życiem traktowanym przez niektórych artystów jak wernisaż wystawy!) uwydatniała bogactwo wartości zawartych w dziele. Asceza czerni-bieli, małych formatów, „ubogich" konieczności warsztatowych (rylec, płytka linoleum i prasa) uwydatniały makro- i mikro-kosmiczność tematów i demiurgicznej pracochłonności. Na jeden z nie zauważonych składników Gielniakowego mitu zwrócę uwagę. Jego osoba stała się dla wielu Świętym Pośrednikiem między człowiekiem a przyrodą, reprezen­ tantem ludzi w świecie chwastów i traw. Spośród mnóstwa 303 wierszy tej treści i tego przesłania przytoczę fragment naj­ bardziej znanego: A pochylił się najniżej - niżej niż niżej, bo do źdźbła Spracowanego własnym wysychaniem Do mrówki utrudzonej posiadaniem aż tylu łapek; Do dna ... s G r o c h o w i a k - „Gielniak" Nie dlatego, aby przerywać poecie, ale by pozwolić Józe­ fowi Gielniakowi wcielić się w słowa innej poetki, Joanny Pollakówny, zacytuję jej wiersz nie jemu poświęcony wprawdzie, ale jak cała poezja tej autorki, pełny Gielniakowego mitu: (...) ty się nade mną schylisz przejmująco tkliwy i ostrym dłutkiem wejdziesz w moje skronie „Panteizm" W tym wierszu, jak i w nie przytoczonej części wiersza Grochowiaka, Gielniak staje się Pośrednikiem o silnej mocy wiążącej: pośredniczy między naszym ,ja" a ciałem, wprowadza Osobę nie tylko do Przyrody uniwersalnej, ale do przyrody jej Ciała. Wydaje się, że dotykamy tu jednego z archetypicznych wątków współczesnej świadomości. * Jeszcze kilka uwag przed obejrzeniem grafik. W czynnościach grafika, stosującego technikę tak pra­ cochłonną i delikatną, zawiera się m a g i a . Terminu tego używam w sensie ścisłym a nie metaforycznym, wedle kla­ sycznej definicji zasad myślenia magicznego, sformułowanej przez Jamesa Frazera: (...) podobne powoduje podobne i (...) rzeczy, które kiedyś pozostawały w styczności ze sobą nadal działają na siebie nawet wtedy, gdy kontakt fizyczny przestał istnieć. Jak więc Gielniak pracował? - Miesiącami „dłubał" dłut­ kiem (zawsze tym samym, złamało mu się niedługo przed śmiercią) w płytce linoleum na pulpicie opartym o kolana. Można sobie wyobrazić manualny rytm, wieloletni zapa­ miętały taniec dłoni wokół małego prostokąta: modlitwa ręki, liturgia przed ołtarzem dziwnej wiary! W przestrzeni tańczyła ręka, tę przestrzenność jakby przedłużała, „wrzeź- 304 biała" ją w materię podłoża zacięciami, draśnięciami, rysami - płaska rycina (punkty, plamy, linie) była efektem. Odmiennie pracuje rysownik: ręka bezpośrednio przemie­ nia swój ruch przestrzenny w płaski ślad. Graficzny efekt, zamiana przestrzenności w płaskość, ma wiele z obrzędu: nasycanie farbą, czułość odbijania na bibułce. W odczuciu artystów i znawców-kolekcjonerów to nie tylko czynność techniczna, to może przede wszystkim celebrowanie sty­ czności, aby silniejsza była więź magiczna, gdy na zawsze rozejdą się płyta oryginalna i jej odbitki! Mechanizm prasy przenosił intencje ręki. Próby zastąpienia Gielniaka przez przyjaciół chcących pomóc mu w dniach osłabienia nie uda­ wały się. Odbitkom brakowało subtelnej wyrazistości. W obrazie czy rysunku widzi się utrwalenie gestu ręki już nieobecnej i przejmuje świadomość, że tylko tu, w jednym punkcie świata pozostawiła ślad. Kiedy porównuje się odbitki grafik, wie się, że gdzieś istnieje m a t r y c a , mate­ rialny przedmiot bliższy artysty niż kartka papieru, którą mamy przed sobą. Oryginalna, rzeźbiona dłutkiem płyta pośredniczy między ręka grafika a okiem widza. Za chwilę zdamy sprawę z treściowej zawartości rycin Gielniaka, ze spotykanego tylko w największej sztuce pełnego i uniwer­ salnego świata. Płyty i ich odbitki z pewnością skojarzą się z mitem Księgi-prawzoru i kosmosu, który jest Księgi odczytywaniem, również dlatego, że specjalnym przyrodopodobnym pismem została sporządzona. Dla Gielniaka, pustelnika z przymusu, krzepiące i tworzące konieczną dla pracy równowagę musiało być posiadanie oryginalnych płyt: matkowały dziełom rozsyłanym daleko od siebie i two­ rzyły magiczne centrum, ku któremu podążały myśli widzów ze świata. Magia, której najprostsze zasady wymieniłem, powoduje, że nie można środków graficznych - przejawień się czerni i bieli - traktować formalnie, w systemie opisu ścisłego. Czerń i biel stanowią parę o różnych znaczeniach w plasty­ cznym języku, a więc mogą np. być kontrastem, albo pozo­ stawać w relacji tła i figury na tle - to zauważają teoretycy sztuki, ale nie zdają sprawy z naszego oglądu. Zjawiska, które musimy ujmować - przez przyzwoitość intelektualną w cudzysłowy, np. dwojakie „mnożenie się" czerni w bieli 305 albo bieli w czerni, a więc „mnożenie się" form abstrakcyj­ nych w wyabstrahowanej z form pustce (ornament), albo „mnożenie się" „istot" w przebywanym przez nie „bycie" (graficzne przedstawienia roślinności), zjawiska takie i im podobne pozostawia się do opisu poetyckiego. A one wywołują najgłębszy sens grafik Gieiniaka. Środki użyte, np. sposób stosowania „czerni samej w sobie", stanowią mieszaninę efektów wizualnych i ich cienia w nieświado­ mej, „magizującej" pracy umysłu. Wiemy, że czarna plama może sugerować otwór, przebicie kartki na wylot, może być czymś naniesionym na podłoże, uwypuklającym się, może być złudzeniem cienia - ale dopiero gdy te fakty czy złudze­ nia wzrokowe zostaną pochłonięte przez magiczne kontek­ sty odczujemy czerń istotową, wyrażającą siebie samą w postaci Otchłani, nie wedle kierunków przestrzennych, nie w znaczeniu „niezgłębionego otworu", ale jako poczucie metafizycznego Braku. Linoryty z 1957 roku („Bukowiec", „Kowary I") stanowią wstęp do twórczości dojrzałej. Ich grafizm jest podziałem płaszczyzny na pola zrytmizowane według dwu zasad oddzielnych, ale przenikających się: podziału biologicznego (rozdwajające się konary drzew, kształty liści) i podziału architektonicznego (frontony budynków, rytm cegieł, kie­ runki alej ogrodowych). Gra plastyczna zmienia się we wstrząsający problem duchowy w linorycie z tego roku „W hołdzie mojemu przyjacielowi Z.G.": elewacja kaplicy cmentarnej jest ścianą monumentalnej bryły ale zarazem nikłym wykresem białych linii na ogromnej czerni. Ścieżki cmentarne wyglądają jak szczeliny pustki między szeregami wyrównanych „pod linijkę" nagrobków. Wśród regularnych rytmów chaotycznie kładą się opadłe liście i ślady stóp. Grafika przedstawia „coś" i „nic" jednocześnie: wyobra­ żone kształty, ich znaczący byt, są wchłonięte, zdezintegro­ wane i jakby wyabstrahowuje się z nich nieludzki, czysto idealny rytm. Z pełnego, bogatego życia czyta się jego for­ malny, pośmiertny wzór ... Cała ta refleksja jest momen­ talna i zawdzięczamy ją plamom czerni i bieli tak rozłożonym, że napinają kontrast między umiejętnością rozpoznawania podobieństw a podświadomą nieomal zdol­ nością chłonięcia abstrakcji. 306 W późniejszych dziełach rytm architektoniczny uogólni się i przetworzy w rodzaje rytmów tektonicznych, w bryły trwałych albo pękających masywów. Najczęściej będzie określał ogólną kompozycję, jej temat przedmiotowy, podziały i formy zgrubne: glob ziemski, piętrzącą się Wieżę Babel, Drzewo Kosmiczne, otchłań międzygwiezdną. Wew­ nątrz ogólnych, tektonicznych podziałów panuje rytm bio­ logiczny. Jego roślinna odmiana stanie się tak ważna w pracach Gielniaka, że trzeba jej poświecić osobną chwilę uwagi. Jeśli wolno założyć, że artysta może środkami sztuki dokonywać fenomenologicznego wglądu, to jego przedmio­ tem w twórczości Gielniaka jest świat roślinny. Tylko poezja może nam pomóc zdać sprawę z podobnych ambicji. Dysponujemy odpowiednim świadectwem: francuski poeta, Francis Ponge, który swoją twórczość poświęcił próbom zobaczenia zjawisk i rzeczy w fenomenologicznym, odbanalizowanym wglądzie, tak pisze o roślinach: Nie mają głosu. Są nieledwie paralitykami. Mogą zwrócić na siebie uwagę jedynie przez swe pozy (...) Każdy gest, każda myśl, może nawet chęć, zamiar, kończy się monstrualnym wzrostem ich ciała, nieodwracalnym MOZROŚNIĘCIEM. (...) Leniwe, spędzają swój czas na komplikowaniu swego własnego kształtu, na doskonaleniu swojego własnego ciała w kierunku największej komplikacji analizy. Gdziekolwiek zrodzone i jak by nie były ukryte zajmują się tylko dopełnieniem wypowie­ dzenia się: przygotowują się, ozdabiają, oczekują na przyjście tego, który je odczyta. (...) Roślina jest analizą w dzianiu się, dziwaczną dialektyką w przestrzeni. Rozwój poprzez podział poprzedniego czynu. Zwierzęta wypowiadają się głosem lub mimicznie poprzez gesty znoszące się wzajemnie. Rośliny wypowiadają się na piśmie, raz na zawsze. Nie ma sposobu, aby coś zmienić, skruchy są niemożliwe: aby poprawić się. trzeba dorzucić. Poprawić tekst napisany i WYDANY, przez dodatki, i tak dalej. Zauważmy jednak, że rośliny nie dzielą się w nieskończoność. Dla każdej istnieje kres. Każdy z ich gestów zostawia nie tylko ślad, jak dzieje się z człowiekiem i jego pismami, pozostawia obecność, narodziny nieodwra­ calne i NIE ODŁĄCZONE OD NICH. „ F a u n a i flora". T ł u m . J a c e k T r z n a d e l 307 Gdyby poemat położyć n a miejscu grafik mówilibyśmy o tym samym! Najważniejsza wydaje się intuicja łącząca roślinność z pismem - nikt lepiej nie powiązał ze sobą skład­ ników kluczowego dla współczesnej plastyki mitu „pisma": z jednej strony panuje kult odręcznego, nerwowego, indywi­ dualnego duktu pędzla czy rylca (nazywa się go metafory­ cznie pismem i twierdzi, że bezpośrednio wyraża osobo­ wość), z drugiej mówi się o automatyzmie tego pisma bardziej niż z podświadomości wynikającym z poza-świadomości, z tego co przypadkowe, dowolne. Bezpoś­ redni wyraz psychiczny i automatyzm: dwa bieguny mitu łączą się - jakże właściwie brzmi ten przysłówek! - o r g a n i ­ c z n i e w twórczości Gielniaka, w jej roślinnym universum. Mówiąc językiem poety Francis Ponge'a, omawiane grafiki to swoiste teksty spisane przez roślinność, teksty natury. Semiotycy, badacze systemów znakowych używają terminu „tekst kultury". Teksty natury i kultury przenikają się w li­ norytach Gielniaka, każdy z nich stawia problemy uwikła­ nia się w kulturę i naturę, stawia je bezsłownie, a więc wikła w nie twórcę bez możliwości refleksyjnego, ex post, wycofa­ nia się z nich: Rośliny wypowiadają się na piśmie, raz na zawsze. Nie ma sposobu, aby coś zmienić, skruchy są niemoż­ liwe: aby poprawić się, trzeba dorzucić. Jest to zagadnienie etyczne. Oto odpowiedni fragment z listu Józefa Gielniaka: Pracuję jak muzyk jazzowy, który ma przed sobą wiele dróg, niezliczone możliwości i musi w trakcie gry zdecydować się na jedną. To wymaga ciągłego napięcia, wielkiej dyscypliny i od­ wagi i nieustannego dokonywania wyboru, I każdy wybór, dodajmy pozostawia (ma rycinie) obecność, narodziny nie­ odwracalne i nieodłączne od dzieła, nadaje grafice status osobowy. W roku 1958 Gielniak rozpoczął cykl najczęściej interpre­ towany i odbierany najwrażliwiej: „Sanatoria" - coraz ina­ czej, ale z jednego psychosomatycznego nasienia form wywodzą się kształty budynków, mury poprzerastane tkan­ kami płuc, naczyń krwionośnych, ale i traw, chwastów, miejsce dożywocia przyswojone ciału i ziemi niczym pokarm na bytowanie dłuższe i szerzące się wszechstronniej niż indywidualny los ludzki. Osoba i kosmos zarazem. O trzech z tych rycin chciałbym napisać. 308 Pierwsza - „Sanatorium III" - jest przetworzeniem wcześ­ niejszej („Bukowiec") stanowiącej realistyczne tło: budynek w śnieżnym ogrodzie z płatami odsłoniętej ziemi, z pla­ mami krzewów. W „Sanatorium III" obłe, czarne plamy umieszczone w tych samych miejscach kompozycji zarażają swoimi formami wycięcia okien i bramę wejściową. Przebi­ jają się „na drugą stronę", są nie tylko znakiem, ale i przeja­ wieniem się śmierci w cielesnej materii. Trywialne porówna­ nie upodabnia je do dziur w płucach, ale ich groza ogarnia całą przyrodę, odbiera jej pewność bytowania. Słowa są bezsilne - efekt zależy od ciężarnej obłości czarnych pustek, tak ukształtowanych, aby zapadały się poprzez oczy i psy­ che widza do demonicznej poza-światowej sfery. „Sanatorium IV (Saint Hilaire)" to otoczony łąkami i roz­ budowany wokół porośniętego zielskiem dziedzińca system średniowiecznych murów, baszt i gmachów. Ściany tych budowli - próbki wypreparowanych tkanek przyjęte przez organizm łąk - pożyłkowane są różnymi rytmami krwionoś­ nych naczyń, zasłaniają jedna drugą, wciągają wzrok w perspektywę miasta, polis, które jest wspólnotą biologi­ czną bardziej niż socjalną. Ale w niektórych czarnych jamach okien jarzą się płomyki. Świec? Jakby nie były tam umieszczone, jakby się tam urodziły - emanacje duchowego światła w fortecach cielesności. „Sanatorium V" jest łąką wypiętrzoną, zbryloną w bu­ dowlę. Różnica między otoczeniem a sanatorium jest w za­ gęszczeniu konsystencji: na dookolncj łące korzenie, bulwy, łodygi układają się w osobne, różnogatunkowe egzemplarze flory, a budynek sanatoryjny jest gąszczem nie do rozplata­ nia. Sterczące z niego pod prostymi kątami antenowate i szablaste wyrostki sugerują żywotną odporność i agresję, są roślinnymi żądłami. W tym też roku rozpoczyna się cykl „Improwizacji". Ich różnorodność każe dokonać wyboru. Na początku kilka słów o „Improwizacji na temat tworzenia świata" i „Impro­ wizacji II (Fantaisie sur un thème morbide)". Ryciny wypeł­ niają skupienia światła i ciemności, materii i pustki. W pierwszej błyskawice, potoki, łodygi, żyły (bo mogą stać się wszystkim!) świetlistej materii w nieustającej życiodajnej transfuzji wymieniają między przestrzeniami ledwo zaczęte 309 intencje kształtów, w drugiej odlatują od siebie, przyjmują między siebie czerń, rozdzierają się na pośmiertne strzępy organizmów czy galaktyk. W oba dzieła zaangażowane są podobne sploty linii, podobny - choć w innych proporcjach - sposób przenikania się czerni i bieli, podobna kompozycja tła i „postaci". O ich zasadniczo różnych tematach - stwo­ rzenia i śmierci - decydują minimalne różnice w zagięciach włókien. Linoryty te pokazują jak zadziwiająco nieznaczne zmiany kierunku prowadzenia dłutka mogą w pracach Gielniaka zmieniać znaczenie kompozycji i ich fragmen­ tów, tworzyć niezliczone odmiany mieszanin kosmogonii i końca świata, życia i śmierci. Lata 1960-1961 przynoszą grafiki-amulety: „Przeciwko chorobom" i „Podroż dookoła karty gorączkowej". W pier­ wszej liternictwo magicznych napisów wbudowane w po­ dobną do kręgosłupa formę krzyża obrasta organicznymi komórkami widzianymi w rentgenowskim prześwietlają­ cym ujęciu. Druga oplata wykres temperatury czerwonymi znaczkami, dzień po dniu. Magicznej roli obu, ich grze • z zagrożeniem, wikłaniu tempa czasu w kaligrafii, labiryn­ tach, symetriach należałoby poświęcić szkic osobny. Pomys­ łem mogłaby być podwójność znaczenia obu grafik: są a m u l e t a m i , a więc chcą zatrzymać, ukształtować przy­ szłość w pożądanej postaci i są p a m i ę t n i k a m i , a więc notują przeszłość dla przyszłości, dla nieobliczalnej loterii czasu. Chciałbym powiedzieć coś o grafikach (wiek należy do cyklu „Improwizacji"), których tematem kompozycyjnym jest wyraźny, symboliczny kształt. Linoryt z 1962 roku, „Stanisławowi K. Dawskiemu" przedstawia drzewo od korzeni po liście obnażające komór­ kową budowę, konstrukcyjne idee życiowych funkcji: mocy pnia, pączkowania, rozsyłania zarodników, opadania odrzuconych liści. To wielkie Drzewo Życia jest nastrojo­ wym wielogłosowym szumem linii i zarazem autodemaskującym się bezlitosnym mechanizmem obumierania, który sam siebie przerabia w śmierć. Podobna w ogólnym kształcie monstrualnego d r z e w o kwiatu, którego płatki rozpięte są na kosmicznych odległoś­ ciach jest „Improwizacja dla Grażynki IV" (rok 1966). 310 Chłodna i ciemna korona dostosowana do ziarnistego, monotonnego tła gwiazd wspiera się na rozżarzonej łody­ dze, w jej boku rozkwita oślepiająca światłość. Przytoczmy słowa Ponge'a z cytowanego już poematu: rośliny, aby zwrócić na siebie uwagę, rozporządzają jedynie swymi pozami, gestami, a czasem wyjątkowym znakiem, niezwy­ kłym apelem do oczu i węchu, w formie baniek czy bombek świetlistych i pachnących, które nazywa się kwiatami, a które bez wątpienia są ranami. To przekształcenie wie­ cznego liścia na pewno coś oznacza. Mały kwiat w łodydze kosmicznego kwiatu „Improwizacji IV" zawsze wydawał mi się bolesny. Kojarzyłem go z fragmentem „Lekarza wiej­ skiego" Kafki: lekarz podchodzi do chorego chłopca, poraża go widok zarobaczonej, białej rany. i mówi: Biedny chłopcze, nic ci nie można pomóc. Odkryłem twoją wielką ranę; zginiesz od tego kwiatu w twoim boku. Chłopcem, któ­ remu nie można pomóc uczynił Gielniak cały młodzieńczy wszechświat form, a jego raną to, co najboleśniejsze w obli­ czu śmierci - oślepiające piękno. „Improwizacje dla Grażynki" VI (1966 r.) i VII (1967 r.) są kluczowe dla wielokrotnie już wzmiankowanego prob­ lemu Otchłani. O tych linorytach trudno jest mówić: ich czernie sprowadziły słowa do stopnia niewyrażalności, dokonują melanosis na znaczeniach. Przy opisie „Sanato­ rium III" wspomniałem o czarnych, obłych plamach tak ukształtowanych, że „przelatują" przez wzrok, przez słowną świadomość i obrazową podświadomość i łączą się w pozaświadomości z tym, co anty-ludzkie, wyłącznie materialne, demoniczne. „Improwizacje" VI i VII powiększają te plamy do najważniejszego tematu, nadają im skalę między­ gwiezdną. Wprowadzają jednak podstawowe zróżnicowa­ nie - można je zasugerować przymiotnikami z zastrzeże­ niem, że nie da się pochwycić wewnętrznej wizji a tylko wrażenie wrażenia. Grafiki te przeciwstawiają sobie dwie Otchłanie: pełny, ciężki, upostaciowany w wirze ogrom nad krajobrazem i próżną, znieruchomiałą, bezpostaciową „przerwę" między galaktykami. „Tak" i „nie" pozaludzkiego świata. W roku 1969 powstał linoryt „Bukowiec naoczny". Tutaj Otchłań pokazana jest przez swój negatyw - wzorzyste, 311 pokryte ornamentem spiralnych prążkowań skorupy owo­ ców, wyprężone w skrętach liście i płatki, jakby skóra świata zrzucona po linieniu i sugerująca życie, które spod nadmiernie ozdobionej powierzchni przeniosło się gdzieś indziej. W centrum chitynowa upiorna maska króluje nad bujnymi pozorami istnienia. Problem zasłony, „naoczności" ukrywającej „sedno", na dwa sposoby podjęty jest przez grafiki „Bez tytułu" (w wy­ jątkowej dla Gielniaka technice mezzotinty) z roku 1968 i „Transitus" z roku 1971. „Bez tytułu" to zachowująca ciągłość tkanina, pokrowiec fałdami piętrzący się w dalekosiężną perspektywę miasta jak z widzenia El Greco. Z tej samej materii niebo a nawet słońce, które jest różą zmarszczek. Światłocień wypełnia krajobraz promieniowaniem pomieszanym z kurzem. Wnę­ trze świata wrasta w zewnętrzność, tkanina zyskuje nie­ skończenie głęboką mięsistość - „naskórek" pochłania „istotę". Zupełnie inaczej ujmuje temat zasłony linoryt „Transitus" poświęcony pamięci Ignacego Witza. To ostatnia praca Gielniaka odbita własnoręcznie. Zasłona - rozpostarty płaszcz Odchodzącego?, sanatorium porównane do namio­ tu koczownika?, kurtyna zakończonego spektaklu? - przer­ wana jest w wielu miejscach a i sama jakby była oddarta od nieokreślonej przestrzeni. Ktoś tędy przedarł się. Na zewnątrz? Do wnętrza? Z pewnością w niewyobrażalne. Nie oddałbym sprawiedliwości sztuce Józefa Gielniaka nic zwróciwszy uwagi na dwie grafiki (spośród wielu innych), w których udowodnił, że swoim rylcem umie nie tylko współodczuwać ale i współ-myśleć o kulturze. W roku 1963 stworzył „Improwizację - elukubrację fanta­ zyjną i krotochwilną" przedstawiającą ziemski glob z na­ roślami miast, pokreślony liniami szos i trakcji i jego otoczenie wypełnione eskadrami samolotów i satelitami. Ale w planecie otwierają się naturalne geologiczne zapaści i nadnaturalne czeluście a wokół atmosfery unoszą się demony, święci, obrazy bożków i Boga. Każdy centymetr kwadratowy tej mieszaniny natury, kultury, cywilizacji, reli­ gii, marzeń i fikcji jest równie ważny i nierozplątywalny. 312 Próbą zrozumienia tego niepojętego gąszczu jest ostatnie dzieło (rok 1972) odbite z płyty po śmierci autora. Przedsta­ wia wieżę Babel jako splot hierarchii tworzącej ludzką kul­ turę. Ta wieża jest zarazem drzewem ludzkiej wiedzy wyrasta na zrębie skał, przetwarza swoją korę w zmienne zarysy stylów architektury. U szczytu jest przerwa, luka wypełniona świetlnymi racami geometrycznych wykresów, a nad nią dopiero wznoszą się nowoczesne prostopadłoś­ ciany budowli. Z przepracowywanego pnia natury tryskają fikcje umysłu i tworzą drugą naturę, bezpłodny odłamek, ale może zaczątek Nowej Ziemi? Ten dylemat zgodny jest z tradycją rozterek klasycznej filozofii i zaświadczony twór­ czością, która powtórzyła w rozwoju artysty dzieje Drzewa Wiadomości. W tak podłej materii jak linoleum, ale z tak wielką godnością umysłu. Z mężnym przekonaniem, że nie przystoi cierpiącemu popadać w rozpacz bez nadziei na to, że będzie objęta Rozumem. Jeśli tyle wypowiada czerń i biel, to co powie kolor? Jôzsf Gielniak L'essai p r é s e n t e l à c r é a t i o n artistique d'un des plus célèbres graphiques p o l o n a i s , J ô z e f G i e l n i a k (1932-1972). E n s ' a p p u y a n t s u r les c o n s i d é r a t i o n s d'ordre g é n é r a l c o n c e r n a n t l'art graphique entendu c o m m e une discipline p l a s t i q u e , l'auteur a n a l y s e les m o t i f s principaux d e la graphique, de Gieln i a k , c o n t e n u s d a n s le c y c l e Sanatorium d a n s l e q u e l l'artiste e x p r i m e ses r é f l e x i o n s s u r l a m a l a d i e , l a vie e t la m o r t , e t le c y c l e Improvisations qui d é v e l o p p e n t le r y t h m e d e c r é a t i o n e t d e d e s t r u c t i o n - visibles d a n s l'univers naturel. L'examen des thèmes de la biologie et, t o u t p a r t i c u l i è r e m e n t , d e l a flore y occupe une place importante. Pour G i e l n i a k , l e s sujets traités o n t u n e v a l e u r existentielle; sa g r a v e m a l a d i e s ' e n t r e m ê l e a v e c l'artisme. L ' u n e et l'autre t r a n s p a r a i s s e n t à travers s e s oeuvres. przegląd powszechny 5-6'83 Wielkie pojęcia polityczne 313 Kazimierz Dziewanowski Europa: pępek świata czy wyrostek robaczkowy? Proszę zwrócić uwagę na pewien wymowny i pobudza­ jący do rozmyślań fakt. Otóż już od wielu miesięcy, właści­ wie od dwóch lat, centralnym i coraz ostrzej się rysującym problemem, wokół którego obraca się polityka światowa, a w każdym razie takim problemem, który najbardziej przyczynił się do wzrostu temperatury - jest sprawa w grun­ cie rzeczy drugorzędna. Chodzi o tak zwane „rakiety euro­ pejskie". Rzeczą, która budzi zadumę jest fakt, że w całej tej sprawie nie idzie o główne arsenały strategiczne obu wiel­ kich mocarstw, o główną linię konfrontacji między nimi na polu zbrojeń, lecz o tak zwane „bronie teatru". Mówiąc ściślej: o bronie ograniczonego zasięgu, bronie teatru ewen­ tualnych działań w Europie. A zatem chodzi o boczny teatr działań. I to właśnie zastanawia. Europa jako boczny teren dzia­ łań, ogromnie ważny, ale nie jedyny; jako rejon, w którym lokuje się bronie dodatkowe, nie te najważniejsze, najcięższe i najkosztowniejsze; bronie średniego zasięgu - i średniego znaczenia. Broń, która może istnieć, ale może jej nie być i nie zmieni to głównych kalkulacji sztabów generalnych. Tego dotąd nigdy nie bywało. Dotychczasowe wojny światowe zaczynały się i kończyły w Europie i jej przede wszystkim dotyczyły (fakt, że w roku 1945 wojna z Japonią trwała dłużej, niczego w tym nie zmienia, bo Japonia nie była przecież w tej wojnie pier­ wszym przeciwnikiem). W Europie znajdowały się główne przyczyny tych wojen i tam też koncentrował się największy wysiłek stron walczących. Warto przy tym zwrócić uwagę, że chociaż światowymi nazywa się tylko dwie wojny dwu­ dziestego wieku, to jednak w rzeczywistości wielkie wojny europejskie już od dawna ogarniały cały ówczesny świat 314 i wcale nie ograniczały się tylko do Europy. W siedemna­ stym i osiemnastym wieku toczono podczas wojen europej­ skich walki również w Indiach i w Kanadzie, na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i w Afryce, w rejonie Morza Karaibskiego, w Indiach zachodnich i na wyspach dzisiejszej Indonezji; ponadto na wszelkich morzach i ocea­ nach. To samo działo się na początku dziewiętnastego wieku, czyli w epoce napoleońskiej. Tak więc już tamte wojny były w gruncie rzeczy światowymi. Zawsze jednak ostateczne rozstrzygnięcie losów wojennych zapadało w Europie, a inne teatry wojenne były mu podporządko­ wane. O losach Indii, Kanady czy Przylądka Dobrej Na­ dziei decydowano w europejskich traktatach pokojowych. 1 oto teraz Europa spadła do roli jednego z wielu teatrów ewentualnych działań bojowych. Tak więc światowa poli­ tyka i strategia przestały być „europocentryczne". Już wiele lat temu intuicja poetycka podpowiedziała Pawłowi Valéry, że tak właśnie się stanie. Napisał głośne słowa: Czy Europa przemieni się kiedyś w to, czym jest w rzeczywistości: w mały przylądek kontynentu azjatyckiego? Czy Valéry miał słuszność głosząc swą przepowiednię? Ośrodki siły przesunęły się gdzie indziej. Europa straciła dawne znaczenie. Zapłaciła wysoką cenę za własne szaleń­ stwo: za nie kończące się, wyniszczające wojny, nienawiść panującą między niezbyt przecież ludnymi państwami i na­ rodami. Za stałe i uparte przekładanie interesu partykular­ nego ponad interes wspólny: kontynentalny, kulturowy, cywilizacyjny. Półwysep europejski, jak niegdyś półwysep grecki, rozdzierany wewnętrznymi sprzecznościami i niena­ wiścią, wyczerpał w końcu swe siły i musiał ustąpić pier­ wszeństwa innym potęgom: ludniejszym, lepiej wyposażo­ nym w bogactwa naturalne, zjednoczonym, świadomym swych celów i swojej siły. A przecież, od bardzo już dawna nie brakowało światłych umysłów, które rozumiały, że wieczna wrogość między poszczególnymi krajami europejskimi i ciągłe między nimi walki - są samobójczym absurdem. Wiktor Hugo napisał już przed ponad stu laty: Wojna między Europejczykami jest wojnę domową. A jeszcze wcześniej pisał Monteskiusz: Europa nie jest niczym innym jak jednym narodem składają- 315 cym się z wielu; Francja i Anglia tak samo potrzebuję pomyśl­ ności Polski czy Moskwy, jak jedna ich prowincja potrzebuje pomyślności drugiej... Hugo twierdził, ża tak jak w czasach Ajschylosa istniała narodowość grecka mimo podziałów państwowych, tak samo istnieje narodowość europejska. W roku 1916, w którym rozpoczęła się bitwa pod Verdun i ofensywa nad Sommą - dwa najkrwawszc szaleństwa europejskich sztabów generalnych - gdy floty Wielkiej Bry­ tanii i Niemiec stoczyły gigantyczną Bitwę Jutlandzką, gdy na całym froncie wschodnim toczyły się zacięte walki, a mo­ carstwa centralne rozpoczęły najazd na Rumunię, .Tules Romains napisał: Europa - mój kraj... A zatem, mimo nieprzejednanej wrogości, j a k a istniała od wieków pomiędzy poszczególnymi państwami i narodami Europy, istniała też świadomość wspólnoty, pokrewień­ stwa, jedności losu. Była i jest świadomość, że historia naszego kontynentu - to historia wspólna, że mamy łączące nas cechy i że nasz zakątek geograficzny odegrał w dziejach świata rolę szczególną. Każdy, kto w swym życiu podróżo­ wał po innych kontanentach - choćby widział tam rzeczy najpiękniejsze lub najbardziej imponujące - wie, że gdy znajdzie się z powrotem w jakimkolwiek miejscu Europy, ma poczucie powrotu do domu, choćby nie rozumiał miejs­ cowego języka. Przez wiele lat zajmowałem się jako publicysta i reporter Trzecim Światem, zagadnieniami Afryki, Bliskiego Wscho­ du, Azji. Przemierzyłem tysiące, a raczej setki tysięcy kilo­ metrów, przeczytałem dziesiątki, a raczej setki tomów. Jedną z rzeczy, których się nauczyłem było to, że nasze myślenie jest od bardzo dawna obciążone „europocentryzmem", to znaczy, że patrzymy na otaczający nas świat przyj­ mując podświadomie punkt widzenia Europy. Historia świata, jego idei, nauki, filozofii i sztuki - to była przede wszystkim historia europejska, a reszta to jedynie egzotyka. Tak skłonni jesteśmy uważać. Problemy społeczne, gospo­ darcze, kulturalne, wszystkie zagadnienia rozwoju ... Na każdą z tych spraw instynktownie spoglądamy oczami europejskimi, szukając rozwiązań i drogowskazów poprzez przyrównywanie do wzorów i doświadczeń europejskich. Czynili tak od dawna wszyscy, łącznie z najwnikliwszymi 316 myślicielami, zarówno z tymi na przykład, którzy tworzyli filozofię, etykę i naukę społeczną o inspiracji chrześcijań­ skiej, jak i z teoretykami socjalizmu. Było to spojrzenie jed­ nostronne, które utrudniało zrozumienie świata. Uświadomienie tego zostało połączone (zwłaszcza u zachodnio-europejskich intelektualistów oraz, ujmując rzecz ogólnie, wśród ludzi lewicy) z głębokim poczuciem winy. Uznano, że Europejczycy ponoszą winę za dzieje eks­ pansji i wyzysku kolonialnego, za opóźnienie w rozwoju, zacofanie i nędzę innych rejonów świata, za zniszczenie i upadek innych kultur. Nie brakowało przykładów po­ twierdzających to oskarżenie. Wystarczy przypomnieć katastrofę kultury Majów i Azteków, wyniszczenie Indian północnoamerykańskich, dzieje handlu niewolnikami. Oskarżano Europejczyków również i o to, że w swej pysze i europocentrycznym zadufaniu starali się narzucić światu jeden tylko, europejski sposób myślenia, jeden wzór cywili­ zacji i kultury, a nawet jedną tylko naukę. W dekadzie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a także i później, młoda inteligencja wyzwolonych krajów Trzeciego Świata pod­ niosła bunt przeciwko europejskości. Przywódca nowego państwa Gwinei, Sekou Toure, powiedział wtedy, że trzeba wymyśleć wszystko od początku, nawet matematyka powinna być afrykańska. Inteligencja europejska, czując się winna, nieraz przyjmo­ wała te twierdzenia za dobrą monetę. A przecież antyeuro­ pejska reakcja ludzi, którzy się wyzwolili, lecz wciąż cierpieli na liczne kompleksy, choć zrozumiała, była - jak to nieraz bywa w podobnych przypadkach - emocjonalna i prze­ sadna, często nawet irracjonalna. Kiedy w dawnych krajach kolonialnych minęła pierwsza euforia i kiedy w Europie zaczęto chłodniej analizować dzieje stosunków tego konty­ nentu ze światem, wnet spostrzeżono, że nie można ich rozpatrywać wyłącznie w kategoriach jednostronnej winy, ekspiacji albo oskarżeń. Po prostu to nie jest prawdziwe. Zauważono, że opóźnienia wielu krajów w rozwoju nie da się w pełni wytłumaczyć europejskim wyzyskiem, bo prze­ cież są i takie kraje, które nigdy mu nie były poddane, a mimo to są opóźnione; są też takie, dla których import europejskiego prawa, organizacji, medycyny, oświaty stał 317 się ważnym czynnikiem rozwoju. Indie za czasów Kompanii Wschodnio-Indyjskiej były obiektem bezwzględnego wyzy­ sku - to prawda; ale jest też prawdą, że angielskie prawo i oświata, a także angielskie zasady administracyjne pozo­ stawiły tam niezatarte piętno, co wyszło na korzyść nowego państwa indyjskiego. Wpływ Europy na dzieje świata jest tematem, który będzie pasjonował historyków przez następnych kilkaset lat, trudno więc powiedzieć o nim coś sensownego w tak króciutkim artykule. Ale jest jasne, że roli tego „przylądka Azji" nie da się sprowadzić do jednostronnych i upraszcza­ jących ogólników zwracających uwagę tylko na zaborczy, ekspansywny czy wręcz rozbójniczy charakter Europejczy­ ków; a tak przedstawiali nieraz sprawę historycy byłych krajów kolonialnych, jak również przeniknięci poczuciem winy historycy z kręgów lewicy europejskiej. Często upra­ szczali oni sprawę w sposób budzący zdumienie. Ale nie oni jedni tak czynili. Oto cytat z dzieł Arnolda Toynbee'go, którego w żaden sposób nie można zaliczyć w poczet bro­ datych młodzieńców z Sorbony i Nanterre: Ekspansja współczesnej cywilizacji zachodniej jest czymś niepowtarzal­ nym, ponieważ ... stała się zjawiskiem światowym. Eurazjatyccy koczownicy podbili niemal cały Stary Świat przemierza­ jąc na końskim grzbiecie stepy i pustynie ... W trzynastym wieku Ery Chrześcijańskiej zrodzona na stepie koczownicza kawaleria mongolska miała ogromny zasięg; ale została zdy­ stansowana przez osiadłych mieszkańców Zachodu, kiedy począwszy od piętnastego wieku opanowali oni przy datniejszy jeszcze dla komunikacji żywioł - ocean. Osiągnęli to przy pomocy swego wynalazku; okrętu żaglowego nowego typu, zdolnego całymi miesiącami przemierzać przestrzenie wodne. Nowoczesny zachodni trój lub czteromasztowiec o osprzęcie rejowym zdatny do żeglugi oceanicznej rozszerzył ekspansję Współczesnej Cywilizacji Zachodniej, ponieważ dał jej mary­ narzom dostęp do wszystkich wybrzeży, włączając w to Ame­ rykę i Antypody. Koń stepowy zawiózł koczowniczych jeźdźców aż pod kuchenne drzwi cywilizacji Starego Świata; okręt oceaniczny zawiózł zachodnich nawigatorów pod bramy wejściowe wszystkich cywilizacji na kuli ziemskiej* * Arnold Toynbee, An Historian's Approach to Religion (1956). 318 Jest to z pewnością bardzo trafna obserwacja, ale nie wydaje się, by dostatecznie wyjaśniała zawiłą zagadkę euro­ pejskiej ekspansji i niepowtarzalny charakter europejskiego rozwoju. Albowiem, aby zdać sobie w pełni sprawę z uni­ kalności dziejów Europy, trzeba wziąć pod uwagę, że ten stosunkowo niewielki i niezbyt bogato wyposażony przez naturę rejon geograficzny był w ciągu wieków jednocześnie kontynentem najzaciętszych wojen i największych rewolu­ cji, kontynentem najgwałtowniejszych sporów religijnych (dotyczących istoty pojmowania religii - przykładem refor­ macja i kontrreformacja), a zarazem kontynentem nowo­ czesnej nauki, najdynamiczniejszej literatury i sztuki, teorii społecznych i utopii, humanizmu, nauki historii, nauk prawnych, medycyny, oświaty, sportu i tylu innych jeszcze zjawisk, które w sumie złożyły się na współczesną, uniwersalistyczną cywilizację. Nie umiemy do dziś wyjaśnić prze­ konująco i w sposób naprawdę wyczerpujący, dlaczego to właśnie tutaj nastąpiła eksplozja rozwoju umysłowego, dla­ czego Europa w pewnej chwili podporządkowała sobie świat, zamiast żeby ludniejsze i bogatsze rejony świata pod­ porządkowały sobie Europę. Niejeden z historyków i publicystów pochodzących z po­ zaeuropejskich kręgów kulturowych próbował w ostatnich kilkudziesięciu latach dać odpowiedź na to pytanie. Były to jednak zawsze odpowiedzi cząstkowe, które zmuszały do postawienia następnych pytań. Europejczycy - pisano dlatego podbili cały niemal świat, że byli lepiej zorganizo­ wani i lepiej uzbrojeni. Tak, ale dlaczego? Dlaczego maleńka i uboga Portugalia dokonała tak ogromnych pod­ bojów? Dlaczego dokonała tego samego niewiele liczniejsza Hiszpania i Anglia? Dlaczego podwaliny całej współczesnej myśli ludzkiej powstały na kamienistej i nieurodzajnej ziemi greckiej? Co sprawiło, że w skłóconych, ciasnych i najeżo­ nych wieżami obronnymi miastach włoskich, w których nikt nie był pewny, czy dożyje jutrzejszego poranka - pow­ stała myśl humanistyczna? Dlaczego tam właśnie narodzili się Dante, Machiavelli, Leonardo. Tomasz i Franciszek, którzy pchnęli ludzkie myślenie na niespotykane dotąd wyżyny? Dlaczego w małych, kupieckich miastach, gdzie ludzie zajęci byli głównie gromadzeniem zysku, pojawili się 319 Erazm, Morus, Bacon, Kant? Nie brakowało przecież na świecie większych i bogatszych centrów handlowych ... Marco Polo wyliczył w swym dziele niemało ogromnych i przebogatych metropolii, z podziwem pisał, że nie ma w Europie niczego podobnego, jednakże to Wenecjanin jako pierwszy odwiedził Pekin, natomiast kupcy pekińscy nie odwiedzili Wenecji. Dlaczego? Wszystko to jest niejasne, niewytłumaczone, wciąż nie zbadane. Ale nagromadzenie widocznych gołym okiem fak­ tów świadczących o przewadze Europy, jej szybszym i nie­ powstrzymanym rozwoju we wszystkich niemal dziedzinach ludzkiej działalności, zbudziło najpierw uczucie dumy, potem butę i pogardę dla innych. Prawdą jest też to, co zarzucają krytycy, że Europejczycy uznali swój kontynent za pępek świata, że poczuli się rasą powołaną do panowania i krzewienia cywilizacji. Nie wszyscy czuli pogardę dla innych ras, było niemało takich, którzy uważali po prostu, że skoro przodują, to ich obowiązkiem jest opieka nad tymi, co stoją niżej, kierowanie nimi, jak się kieruje dziećmi. Ale i ten europejski paternalizm też budził niechęć, a nawet nienawiść. Dziś wiemy, że to było złe i skoro zastanawiamy się nad niezwykłymi dziejami naszego kontynentu, czynimy tak nie po to, aby wskrzeszać poczucie wyższości, ale ponieważ nie można wymazać niezaprzeczalnych faktów historycznych. Szybszy rozwój Europy we wszystkich niemal dziedzinach życia w ciągu tylu wieków jest faktem; natomiast przyczyny tego są wciąż niejasne i wiemy o nich mało. Dzisiaj znaczenie naszego kontynentu zmalało i stał się on przedpolem, na którym ścierają się interesy sił, na jakie Europa ma wpływ ograniczony albo zgoła niewielki. Od dawna nie brakowało proroków takiego obrotu wydarzeń. Nie mówię już o słynnym Zmierzchu Zachodu Spenglera, który niezbyt jednak trafnie przewidział przyszłość. Byli tacy i wcześniej, jak na przykład Edmund Burkę, który blisko dwa wieki temu pisał: Epoka rycerska skończyła się. Nastąpiła epoka belfrów, ekonomów, rachmistrzów. Chwała Europy zagasła na zawsze Dziś wiemy, że obaj ci prorocy zbytnio się pośpieszyli. Jednakże dzisiaj Europa nie jest już pępkiem świata. 320 Czy jest tylko jego wyrostkiem robaczkowym, który spra­ wia same kłopoty, może nawet przyprawić o śmierć, ale nie przynosi pożytku? I czy zawsze tak już będzie? Wydaje mi się, że są to pytania pasjonujące, na które wprawdzie nikt odpowiedzieć nie potrafi, ale możemy przecież spróbować się nad nimi zastanowić. Będziemy zatem nadal rozmyślać o losach Europy. przegląd powszechny 5-6'83 321 Andrzej Osęka Pietàwspółczesna W małej warszawskiej galerii „Forma" otwarta była w kwietniu wystawa prac polskich artystów współczesnych ­ malarzy, rzeźbiarzy, rysowników, grafików - poświęcona tematowi pieta. Wywołało to u wielu zdziwienie: w świec­ kiej galerii temat religijny? Przecież miejsce takiej wystawy jest raczej w kościele. W starym motywie ikonograficznym pieta splata się kilka równoległych wątków: martwe ciało Syna, z rozdartym bokiem - to męczeństwo; postać i twarz Matki - to wizeru­ nek bólu, rozpaczy; wreszcie cała kompozycja grupy malar­ skiej lub rzeźbiarskiej, zwykle bardzo starannie rozwiązana, pomyślana jako jedność, łącząca sobą męczeństwo Syna i ból Matki - to współczucie, współodczuwanie. Pieta wywodzi się z łacińskiego piet as, co znaczy miłość należna rodzicom, rodzinie, ojczyźnie, przyjaciołom. Chodzi więc o ten krąg uczuć, które odnoszą się do wspólnoty między ludźmi. Nie jest to jednak po prostu wspólnota - na przykład - w pracy, zabawie, walce. Nie ma w niej symetrii, identyczności losu. Postacie dramatu, jakim jest pieta, łączą się w nieszczęściu, lecz los ich nie jest ten sam. Ktoś umarł ktoś go opłakuje. Wydaje się, że nie chodzi tu tylko o opłakiwanie Syna przez Matkę oraz przez inne osoby biorące udział w zdarze­ niu (w wielu wersjach tego motywu osoby takie występują), lecz o najszerzej pojęty akt miłosierdzia, caritas, o nakaz dzielenia cierpień z cierpiącymi. Niejednokrotnie w wyo­ brażeniu pieta znajdziemy gest podparcia osuwającego się ciała, objęcie bezwładnej postaci - gest symboliczny. Przy­ kładem najsławniejszym jest tu „Pieta Rondanini" Michała Anioła, wielokrotnie trawestowana przez artystów następ­ nych stuleci. Na wystawie w Galerii „Forma" znalazły się między innymi prace Stanisława Rodzińskiego, Barbary Zbrożyny, Anny Mizerackiej. Ewy Cwiertni, a także kilku artystów ludowych. W dwóch tylko czy trzech przypadkach są to 322 obrazy powstałe w wyniku zamówienia kościelnego lub konkursu. Inne - to swobodne wypowiedzi twórców, ich głos prywatny. Mógłbym jeszcze wymienić kilka dzieł z os­ tatnich lat, które za temat obrały sobie opłakiwanie Chrystusa. Pojawienie się tego rodzaju głosów, podjęcie tego właśnie motywu dzisiaj, niezależnie od siebie, przez wielu polskich artystów, jest rzeczą godną uwagi. Nie tylko dlatego, że cierpienie jako temat dzieła sztuki wydaje się w chwili obec­ nej tak ważne, i nie tylko dlatego, że współczucie jest teraz tak ludziom potrzebne, tak cenne dla nich. Samo przypom­ nienie tego pojęcia, odwołanie się do jego wizerunku już nabiera wymowy. Rzecz jednak nie tylko w aktualności tematu. Docenić wagę zwrotu ku tematyce cierpienia i współczu­ cia można dopiero wtedy, gdy się sobie uświadomi, jak dalece sztuka ostatnich dziesięcioleci była pozbawiona ele­ mentu caritas. Niektóre jej kierunki wyrzekały się progra­ mowo wszelkiego sentymentalizmu, proklamowały chłód uczuciowy, zimną kalkulację form. W abstrakcji geometry­ cznej - i w takich jej późniejszych odmianach jak minimal art - świat zwęża się do stosunków między liniami, barwami, kształtami o gładkiej i nieprzenikliwej materii. Przypadek Mondriana, który w komentarzach do swych obrazów zawarł dalekie echa teozoficznych spekulacji, który w prze­ cięciu się linii wertykalnych i horyzontalnych kazał widzieć krzyż, nie jest tu bynajmniej wyjątkiem. Krzyż Mondriana to zespolenie sprzecznych a dopełniających się pierwiast­ ków: męskiego i żeńskiego, aktywności i uległości, dyna­ miki i stabilności etc. Na żadne idee w rodzaju Odkupienia przez śmierć, na żadną miłość ludzi, która prowadziłaby aż do męczeństwa - nie ma tu po prostu miejsca. Tym bardziej nie ma go w programach kierunków takich jak futuryzm czy surrealizm. Futuryści wielbili fetysze nowoczesności: My chcemy sławić agresywny ruch, gorącz­ kową bezsenność, krok biegacza, salto mortale, cios w twarz i pięść. (...) ryczący samochód, który zdaje się pędzić po taśmie karabinu maszynowego, jest piękniejszy od Nike z Sa­ motraki. Kult nowoczesności, wspólny dla wielu kierunków sztuki XX wieku, rzadko kiedy poszedł tak daleko w otwar- 323 tej adoracji przemocy, jednak awangarda zawsze, na różne sposoby, uznawała siłę faktów dokonanych za argument ostateczny. Najważniejsze było dla niej to, co Nowe. Surrealizm był programowo antyklerykalny. W jednym z pism, wydawanych przez członków tego ruchu, publiko­ wano dokumenty w rodzaju „Nasz współpracownik Benja­ min Péret obrażający księdza": na zdjęciu widać, jak wybitny poeta Péret w niechlujnym podkoszulku, przy­ brawszy agresywną postawę, mówi coś do przechodzącego i najwyraźniej zdumionego pana w czarnym kapeluszu i su­ tannie. Naprawdę jednak antychrześcijański, już nie tylko antyklerykalny, był ten wątek w programie surrealistów który wyobraźnię poety stawiał ponad moralnością: Dykto­ wanie myśli wolne od wszelkiej kontroli umysłu, poza wszel­ kimi względami estetycznymi czy moralnymi. Ciekawe, że w cytowanej wyżej definicji surrealizmu, sformułowanej w Manifeście z 1924 roku, podkreślano dotąd zwykle pro­ gramowy anty-racjonalizm lub anty-estetyzm; immoralizm uchodził uwadze. Tomasz Breton mówi, że prawdziwy czyn surrealistyczny - to strzelać na oślep do tłumu z pistoletu. W filmowej wykładni programu grupy, w „Złotym wieku" Bunuela bohater biegnący ulicą w szaleńczym pędzie przewraca umyślnie (już nie pamiętam: staruszkę czy kalekę w wózku?) kogoś zwyczajowo domagającego się litości i pomocy. Miało to znaczyć, że surrealista jest bezlitosny, nie uznaje żadnych zakazów moralnych. W późniejszym okresie kieru­ nek ten nic manifestował swego immoralizmu w sposób tak naiwny i dosłowny, jednak przekonanie, że wyobraźnia artysty z moralnością, współczuciem nie ma i nie powinna mieć nic wspólnego - to przekonanie w świadomości dwu­ dziestowiecznego twórcy zakorzeniło się bardzo mocno. Długo jeszcze można by opisywać dzieje immoralizmu w sztuce naszego stulecia, a i w stulecie ubiegłe warto by sięgnąć. Na jedno trzeba przy tym zwrócić uwagę: motyw cierpienia, gdy pojawia się w powieściach, wierszach, obra­ zach, ogromnie często związany jest z osobą samego arty­ sty. To on cierpi, on przeżywa katusze, załamuje się w męce tworzenia - każe sobie współczuć i kochać siebie. Ten nar­ cyzm artysty bardzo znacznie zwęził horyzonty sztuki współczesnej. 324 Nie znaczy to, że artysta nie przywoływał swymi dziełami cierpienia innych, zdarzało się to jednak nieczęsto, zwykle w czasach szczególnego zagrożenia lub w klimacie przygnę­ bienia, jaki panował po ostatniej wojnie. Powstało, od końca lat trzydziestych poczynając, wiele obrazów i rzeźb, które były czymś między epitafium a oskarżeniem. Najsław­ niejsze z nich - to „Guernica" Picassa. Nie umniejszając w niczym ich moralnej powagi warto jednak zanotować, że posiadają one bardziej polityczny niż etyczny charakter. Skrzywdzony, cierpiący z reguły pojawia się tu sam, lub w otoczeniu sobie podobnych, co najwyżej - razem z op­ rawcą. Prawie nigdy nie występuje w sposób znaczący ktoś, kto przynosiłby miłosierdzie. W twórczości sakralnej tematyka miłosierdzia istniała niejako osobno, poza wydarzeniami historycznymi, poza sferą aktualnych ludzkich przeżyć. Obecnie, jak się wydaje, te dwa motywy: oskarżycielski oraz sakralny temat pieta zaczynają się w wyobraźni artystów łączyć. Trudno jeszcze pisać o tym zjawisku - zbyt mało jest dzieł, nie sposób zdobyć się na uogólnienia. Faktem niewątpliwym jest jed­ nak to, że w świadomości wielu artystów nastąpiła istotna przemiana - poecie przestało się wydawać, że szybuje ponad moralnością, dla malarza - temat Miłosierdzie stał się znów tematem nie tylko dopuszczalnym, lecz i aktualnym. przegląd powszechny 5-6'83 325 Ludwika Malewska Modlitwa o pewność Który nie możesz być poddany niszczącemu działaniu zwątpienia Jesteś wodą na pustyni nicości jesteś światłem w ciemnościach niewiedzy jesteś gwiazdą ślepców zabłąkanych Spraw żeby niepewność była łaską pewność drogą przed dalekim horyzontem wiedza pyłem gwiezdnym niewiedza ścieżką wśród gwiazd Zbuduj dom cztery ściany i dach i aby wiatr nie niszczył go stale aby oszczędził tę konstrukcję z papieru a w niej kroplę i blask zwierzę i człowieka i pewność jaką daje przełamany chleb ciepła dłoń puszysty grzbiet chłodny policzek i słowa tak proste że wypowiedziane są nadmiarem istnienia Modlitwa o czas Który jesteś wiecznością spraw żeby Czas był pełny słów które czynią gestów które mówią Innych którzy blisko Spraw niech zniknie czas pusty kłamstwa milczenia obcości odwróć bieg złego czasu spłyń dobrym deszczem Czasu wszystkich ludzi przegląd powszechny 5-6'83 « '' 3 Wokół colloquium «Romantyzm i s t y l e z a c h o w a ń społecznych»* (Jarosław Marek Rymkiewicz znieważa ducha romantycznego) Jarosław Marek Rymkiewicz w książce „Juliusz Słowacki pyta 0 godzinę" napisał o duchu romantycznym: Ten duch nas przecież zdobył, podbili zakuł w kajdany. Cokolwiek pisze się dziś po polsku, dźwięczy tak, jak dźwięczą kajdany, kiedy się potrząsa kajdanami. Bo też kto dziśpisze po polsku, ten - choćby i sam o tym nie wiedział albo z dumą prezentuje te kajdany, albo próbuje je zerwać, myśląc uciec z totalitarnego królestwa, które ten duch romantyczny założył 1 w którym wciąż włada. Ale uciec nie można . Musimy przeniknąć siłę fatalną polskiego romantyzmu, by poznać siebie samych. Szukamy zatem naszego początku tam, gdzie nasz kres. Romantyzm stanowiący koniec epoki jest równo­ cześnie poszukiwaniem początku, jest zatem próbą ogarnięcia całości sposobu przeżywania rzeczywistości, rozpoznaniem tego, co jeszcze trwa w jego ograniczeniach. Przezwyciężenie schyłku może nastąpić tylko przez zmianę sposobu myślenia o świecie, zaś konflikt między istniejącą rzeczywistością a ideałem, marzeniem tworzy świadomość utopijną. Bez nowej utopii realność traci swą sankcję moralną, staje się grą pustych form. Konieczność przemia­ ny musi się zwrócić przeciwko dotychczasowemu rozumieniu tradycji, przeciw wyobrażeniu o sprawdzalności, trwałości, prze1 "W dniach 6-7 grudnia 1982 roku dobyło się zorganizowane przez Pracownię Historii Literatury Epoki Romantyzmu przy Instytucie Badań Literackich PAN colloquium „Romantyzm i style zachowań społecznych". Było to kolejne, po „Słowackim mis­ tycznym", ogólnopolskie sympozjum będące próbą pokazania różnych możliwości myślenia o polskim romantyzmie. Spotkanie otworzył dcc. dr hab. Ryszard Przy­ bylski, zagajenia w kolejnych colioquiach wygłosili: doc. dr hab. Wiktoria Śliwowska, dr Maria Woźniakiewicz-Dziadosz (Konspirator i spiskowiec), dr Marta Pi wińska (Więzień), prof, dr hab. Alina Witkowska (Emigrant), dr Jarosław Marek Rymkie­ wicz, dr Marta Zielińska, doc. dr hab. Alina Kowalczykom (Umierający i samobójca), prof, dr Maria Janion, doc. dr hab. Ryszard Przybylski (Marzący). Niestety, nie moż­ na przywołać na określenie tych spotkań źródła terminu sympozjum. Chwile wspólnej rozmowy i wspólnego myślenia zdarzały się rzadko, mimo wielości przywoływanych fragmentów naszej wiedzy o romantyzmie. Czyżby niemożliwe było zderzenie Rozumu i Marzenia? Niemożliwe staje się wiec przedstawienie sesji inaczej niż przez zapis całości, orga­ nizatorzy planują wydanie materiałów w takiej samej formie, jak przy okazji poprzed­ niego sympozjum. Powyższe opisanie jest tylko próbą pokazania kilku wątków tema­ tycznych i myśli, z tych jakie pojawiły się w trakcie colloquium. ' Jarosław Marek Rymkiewicz, Juliusz Słowacki pyta o godzinę. Warszawa 1982, s.29-30. 328 c i w c i ą g ł o ś c i c z a s u h i s t o r y c z n e g o . Istnieje zatem k o n i e c z n o ś ć s t w o r z e n i a w ł a s n e g o m i t u początku - (...) chęć zintegrowania CZASU POCZĄTKU to zarówno chęć odnalezienia obecności bogów, jak ODZYSKANIA ŚWIATA MOCNEGO, ŚWIĘTEGO I CZYSTEGO, jakim był in illo tempore . Ów c z a s m i t y c z n y w y z n a c z a nowy c z a s h i s t o r y c z ­ ny, dla k t ó r e g o mit jest w z o r c e m , w ten s p o s ó b zastana przeszłość z o s t a j e o d d z i e l o n a o d t e r a ź n i e j s z o ś c i . M i t ustanawia ś w i a t j a k o r z e c z y w i s t y , b o w i e m (...) mówi jedynie o RZECZYWISTOŚCIACH, o tym, co się stało RZECZWIŚC1E, co się w pełni przejawiło*. Człowiek w ś w i e c i e m i t u m o ż e s t a ć się r z e c z y w i s t y i osiągnąć p e ł n i ę t y l k o w t e d y , g d y p o w t a r z a d z i a ł a n i a bogów. Musi s a m s t w o r z y ć swój świat, przełamać j e d n o r o d n o ś ć przestrzeni, zatem d o ś w i a d c z y ć p r z e c i w i e ń s t w a z a c h o d z ą c e g o m i ę d z y tu i tam, m i ę d z y o b s z a r e m bezkształtu a obszarem świętym - rzeczywistością tworzoną w m a ­ r z e n i u . Bogiem jest człowiek, który marzy. Marzenie, które jest o d c h o d z e n i e m o d tu t' teraz, z y s k u j e siłę kreacyjną r ó w n ą boskiej l u b p r z y n a j m n i e j r o s z c z ą c ą sobie p r a w o d o takiej mocy. M r o c z n a t e r a ź n i e j s z o ś ć staje się w r o m a n t y z m i e ź r ó d ł e m m a r z e ń , tutaj zos­ taje n i e r o z e r w a l n i e z w i ą z a n e z tam. W m a r z e n i u , tak j a k w m i c i e , prawdę utożsamia się z rzeczywistością kreowaną, słowu nadaje się f u n k c j ę m a g i c z n ą . M a r z e n i e , b ę d ą c e p o s t r o n i e wolności, może o k a z a ć się n i e b e z p i e c z n e d l a S y s t e m u . P r z y p o m n i j m y słowa Alek­ s a n d r a II w y p o w i e d z i a n e w c z a s i e w i z y t y w W a r s z a w i e w r o k u 1856, a n a j w y r a ź n i e j u j a w n i a j ą c e g r o ź b ę n i e w i d z i a l n e j p o t ę g i w e w n ę t r z n e j : Lecz powtarzam wam, panowie, żadnych marzeń, żadnych marzeń. Zderzenie rzeczywistości i marzenia, p o d s t a w o w e j kategorii r o m a n t y z m u , tworzy kolejne role bohatera r o m a n t y c z n e g o . N a p o z i o m i e autokompromitacji r o m a n t y z m u jest t o postać roztar­ g n i o n e g o marzyciela. P o s t a w a ewazyjna, wyrażająca się w chęci p r z e b y w a n i a tam, u c i e c z c e w r e g i o n y u s p o k o j o n e g o d u c h a , tworzy m i ę k k o ś ć , r o z l e w n o ś ć , r o z m a z a n i e - w s z y s t k o t o , co o d r ó ż n i a pasywną emocjonalność o d uczuciowości twórczej. Ale n a w e t ci nienowocześnie słabi t w o r z y l i w y r a ź n i e o k r e ś l o n ą g r u p ę k s z t a ł t u j ą c ą ś r o d k a m i e s t e t y c z n y m i styl ż y c i a i n n y niż o b o ­ w i ą z u j ą c y , d o k o n y w a l i transfiguracji s i e b i e w p r z e d m i o t p o d z i w u . P r o t e u s z o w y d a n d y s - S ł o w a c k i - w y o b c o w u j ą c y się z t ł u m u salo­ n o w e g o pospólstwa, ale i wyzywający je równocześnie; bóstwo spowite w obłok tajemnicy (jak n a z w a ł C h o p i n a R y s z a r d Przy­ b y l s k i o p i s u j ą c k o n c e r t w sali P l e y e l a w r o k u 1840) - t o e p i f a n i e r o m a n t y c z n e g o A p o l l i n a . K r e a c y j n a siła m a r z e n i a staje się także f u n k c j ą r o m a n t y c z n e j m i ł o ś c i d ą ż ą c e j d o r o z p ł y n i ę c i a się p o p r z e z sztukę w kimś drugim i całym kosmosie, zatem d o najpełniejszego zjednoczenia i p o r o z u m i e n i a zarazem, ale równocześnie i d o śmier­ ci, jaką jest zagrożenie integralności jednostki. T y m niemniej 2 jest t o ś m i e r ć s p e ł n i a j ą c a , p r z e z k t ó r ą uzyskuje s i ę m o ż l i w o ś ć p r z e k r o c z e n i a u l e g ł o ś c i i k t ó r a jest f o r m ą z d o b y c i a w o l n o ś c i . M a r z e n i e r o m a n t y c z n e jest w i ę c siłą a r t y s t y c z n i e o p a n o w u j ą c ą kolizje n i e m o ż l i w e d o p r z e z w y c i ę ż e n i a , p o p r z e z t w ó r c z o ś ć b u d u ­ jącą postawę pirroniczną w o b e c świata. Konflikt rzeczywistości i A r k a d i i kształtuje t e ż p o s t a w ę tyrtejską, w której z n a c z e n i e m m a r z e n i a jest c z y n z b l i ż a j ą c y tu i tam, p r z e k r o c z e n i e S y s t e m u p o ­ przez s p i s e k , w a l k ę . T w o r z y w i ę c o n o k o l e j n e r o l e . W znacznie większym stopniu niż kult jednostki, romantyzm inauguruje kult postaci*. M a s k a jest s p o s o b e m ż y c i a , h i s t o r i a dos­ t a r c z a z a ś w c i e l e ń i p r z e b r a ń , S p r z y s i ę ż e n i e kształtuje s p o s ó b z a c h o w a n i a , m a n i f e s t a c j ę tajności w i d o c z n ą c h o ć b y w stroju czarnej p e l e r y n i e , m a s c e . . . - k t ó r y m a b y ć s y m b o l e m j e d n o ś c i w s z y s t k i c h t w o r z ą c y c h n o w ą u t o p i ę wspólnoty połączonej więzami bezpośredniego, spontanicznego braterstwa, czułością i miłością bez przymusów, utopię zbiorowości autentycznej i wolnej*. R e a l i z o w a ­ niu jej miało służyć pełne wyodrębnienie uczestników spisku ze s p o ł e c z e ń s t w a p o p r z e z r y t u a ł inicjacji, s p e ł n i a j ą c e g o t a k ż e f u n k c j ę ł ą c z e n i a sfery p r y w a t n o ś c i i sfery d z i a ł a l n o ś c i p u b l i c z n e j oraz przede wszystkim zapewnienia tajności. R ó w n o c z e ś n i e sprzysięże­ nie m i a ł o b y ć m i e j s c e m s p e ł n i e n i a i n d y w i d u u m , a l e z d e r z e n i e d w ó c h w a r t o ś c i - j e d n o s t k i i wizji n o w e g o ś w i a t a - tworzy para­ d o k s y d z i a ł a l n o ś c i s p i s k o w e j . R y t u a ł , utajnienie stają s i ę w a r t o ś ­ c i a m i z a s t ę p c z y m i u t o ż s a m i o n y m i z s a m ą o r g a n i z a c j ą i jej c e l a m i , wyjście na z e w n ą t r z ł ą c z y s i ę b o w i e m z destrukcją i przekreśla możliwość ochrony jednostki. Bezimienność, żądanie poświęcenia wszystkiego z zatarciem o s o b o w o ś c i łącznie przekreślały możli­ w o ś ć realizacji i n d y w i d u u m i p e ł n e j w o l n o ś c i . R ó w n o c z e ś n i e cha­ rakter d z i a ł a n i a w y z n a c z o n y p r z e z cel (... zemsta, zemsta na wroga) przekreśla z a s a d y e t y c z n e , g o d n o ś ć i h o n o r , w y m a g a n e o d z a ­ p r z y s i ę ż o n e g o , w i m i ę m o r a l n o ś c i wewnątrzspiskowej. Sposoby - walka o nowy świat t o c z y się starymi m e t o d a m i . Z a t e m bunt z r o d z o n y z t e g o , co i n d y w i d u a l n e , podważa romantyczne p o j ę c i e j e d n o s t k i . Buntownik, przekonany o swej niewinności, chce pokonać zło, ale wówczas wyrzeka się dobra i rodzi nowe zło . Sytuacja s p i s k o w c ó w wydaje s i ę być tożsama z sytuacją poli­ cjantów. Obie te sekty monopolizujące p e w n e przeżycie historii wyodrębniają się i zostają wyizolowane ze s p o ł e c z e ń s t w a . Są pod­ miotami historii, która jawi się jako tajna, podczas gdy społe6 działania nie w y c h o d z ą p o z a granice wyznaczone przez System Mircea Eiiade, Sacrum - mit - historia. Warszawa 1974, s. 107. Tamże. Albert Camus, Eseje. Warszawa 1971, s. 307. Maria Janion, Maria Żmigrodzka, Romantyzm i historia. Warszawa 1978, s. 352. ' Albert Camus, dz.cyt., i. 302. 2 3 4 5 330 czeństwo w swych działaniach jest jawne. Istnieją tylko w czasie historii w odróżnieniu od wielorytmiczności czasu społecznego. Sposób myślenia zarówno spiskowców, jak i policjantów jest skanonizowany i tworzy struktury zamknięte. Osobni mają więc osobną świadomość. Pozostają nieprzejrzyści dla społeczeństwa, 0 które i za które toczy się walka. Podobne zbliżenie zachodzi między rolami konspiratora, emisa­ riusza i szpiega. Wspólna tajność misji buduje anonimowość osoby istniejącej w dwóch porządkach egzystencjalnych i ten sam typ zachowań - konieczność zmiany ról, przebrań. Kłamstwo jest koniecznością narzuconą przez status konspiratora i szpiega. Narcyza Źmichowska we Wstępnym obrazku poprzedzającym „Pogankę" - tworząc literacki portret Henryka Dembowskiego - pokazała przyzwyczajenie do kłamstwa i mistyfikacji wykracza­ jące poza rolę, zatem stwarzające nieautentyczność i nietożsamość egzystencji własnej i nadające jej piętno niejednoznaczności etycznej. Wyraźnie widoczne jest na tych przykładach działanie mechanizmu teatralizacji rzeczywistości wykorzystywane w spis­ kowej teorii historii, której tworzenie miało uzasadniać podjęte działania, terror, więzienia. Kolejną postacią romantyzmu jest więzień - jedyny bohater pozytywny, nosiciel idei wolności. Jest poza Gmachem, zatem tylko on jest całkowicie przeciw niemu. System musi zatem zredu­ kować tożsamość i dokonać transformacji myśli więźnia, czemu służyć mają metody nowoczesnego więzienia, wykształcone w po­ czątkach XVIII wieku, a w pełni realizowane w wieku XIX w wię­ zieniach takich, jak chociażby warszawska Cytadela - skrajna unifikacja, odpersonalizowanie, odizolowanie od innych ludzi - tych na zewnątrz i tych wewnątrz, zarówno więźniów, jak i straż­ ników, zakłócenie poczucia czasu, stały nadzór. Bezczynność 1 samotność przenoszą egzystencję w zabójczy dla więźnia świat marzenia. Konieczność przełamania izolacji wyzwala potrzebę pisania, rozmowy. Słowo jest sposobem przekroczenia więzienia. Zapisane mury, zapisane kartki papieru, także tego rozdawanego przez komisje śledcze. Twórczość okolicznościowa, piosenki, ale i autobiografie, obrachunki, spowiedzi. Więzień pisze zawsze więcej niż chce i wie o tym śledczy. Więzienie staje się konfesjona­ łem z cieniem szubienicy. Słowo zapisane jest próbą zaistnienia w cudzej pamięci, a zatem kolejnym przekroczeniem egzystencji. Przejście to zaznaczane jest w nagrobkach ściennych, symbolizują­ cych również, jak jest to pokazane w III części Dziadów, powtór­ ne narodziny. Emisariuszami wolności okazali się także polscy emigranci. W czasie oblężenia Paryża i Komuny Paryskiej ci, którzy uszli z płonącej Troi unosząc pamiątki i cnotliwych starców, & którzy stali 331 się starcami, umierali z głodu i zimna, a na dodatek stawali przed plutonami egzekucyjnymi. Wersalczycy rozstrzeliwali w nich wol­ ność. Mimo iż Emigracja była społeczeństwem zrodzonym z klęs­ ki, a takie nie zna braterstwa, zachowała paradoksalną jedność niezgody. Elementem scalającym była polityka nadająca sens istnieniu przez określenie celów. Wspólnie przeżyte - nie po to, żeby zapomnieć, ale by opowiedzieć Polakom o Polakach - doś­ wiadczenie walki i klęski powstania listopadowego umożliwiło stworzenie literatury rozrachunkowej uruchamiającej nowy, uniwersalistyczny sposób myślenia o sprawie polskiej, przenosząc ją na poziom myślenia o człowieku uwikłanym w sprawy społeczne. Emigracja otworzyła marzenie mesjanistyczne, w którym wizja ideału, nadzieja, oczekiwanie łączy się z myśleniem o przyszłości jako zadaniu, które trzeba wykonać. Mesjanizm XIX wieku to tylko stanie się ciałem Słowa, unoszącego się z dawna nad przepaściami duszy polskiej. To tylko uzewnętrznienie się w widzialnym symbolu, dokonywanego w głębiach narodowego istnienia misterium . Ale emigranci stracili s w o j ą s z a n s ę przez myślenie o sobie w czasie przeszłym - jam kiedyś był bohater, a teraz jestem nikt. Obciążeni poczuciem grzechu i winy zakończyli życie wcześniej niż umarli. Ucieczką od tu i teraz Emigracji mogła być tylko Polska zastygła, utopia przeszłości, taka jak ta przeniesiona w świat liryki dwunastu ksiąg „Pana Tadeusza". Bohaterami romantycznego marzenia są także samobójcy i umierający. Romantycy umierali młodo, ale śmierć ta nie jest ważna jako proces, lecz jako zmiana sposobu istnienia. Tak jak w micie, metamorfoza jest stałą cechą świata romantycznego. Rytuał spiskowej inicjacji był często obrzędem symbolicznej śmierci i zmartwychwstania, połączonych z przeobrażeniem tego, kogo poddawano zaprzysiężeniu. Samobójstwo jest samo­ bójstwem niepełnym, przekroczeniem śmierci w celu nowych na­ rodzin, a zatem tylko przyspieszeniem przemiany. Śmierć roman­ tyków jest przekroczeniem, ale jest też usytuowaniem się na grani­ cy życie-śmierć, co daje możliwość oglądania siebie jako trupa, uwolnienia się równocześnie od swojej śmierci i swojego życia. Zatem dwoisty nocny człowiek - żywy i umarły zarazem. Według Marii Janion przyczyną śmierci Emmy Bovary był arszenik romantycznego marzenia. Zaś Jarosław Marek Rymkie­ wicz w trakcie colloquium „Romantyzm i style zachowań roman­ tycznych" powiedział, że duch romantyczny jest mordercą, który zwraca się najpierw przeciwko samemu sobie i temu, który go przyjmuje. Potem morduje innych. 1 7 Bronisława Ostrowska, Utwory prozą. Warszawa 1982, s. 55. Beata Chmiel przegląd powszechny 5-6'83 332 Rewolucjonista i despota, Refleksje nad «Spowiedzią» Bakunina Artykuł jest rozszerzoną wersją głosu w dyskusji, na zorganizowanej przez Instytut Badań Literackich PAN w dniach 6-7 grudnia 1982 r. sesji poświęconej stylom zachowań romantycznych. Całość materiałów sesji ma ukazać się staraniem organizatorów. Spotkanie studenta Razumowa, głównego bohatera powieści J. C o n r a d a „ W o c z a c h Z a c h o d u " , z w y s o k i m u r z ę d n i k i e m policji, r a d c ą M i k u l i n e m , k o ń c z y się t a k ą o t o s c e n ą : - Sądzę, że nie będę więcej potrzebny? - Gdy Razumow zadawał to pytanie, dłoń jego spoczywała jeszcze w ujęciu radcy Mikulina. Ow zwolnił ją pomału. - To proszę pana dopiero się pokaże - rzekł z wielką powagą. Bogu jedynemu wiadoma jest przyszłość. Ale może pan być spokojny, że nigdy nie myślałem o rozciągnięciu nad panem dozoru. Jest pan młodym człowiekiem o wysoce niezależnym charakterze. Tak. Odchodzi pan stąd wolny, jak ptak, ale to nie przeszkadza, że w końcu wróci do nas. - Jat Ja!-wyrwał się Razumowowi szept przerażonego sprzeciwu. - Po cóż? - dodał słabym głosem. - Tak. Ty sam, Kiryło Sidorowiczu - powiedział wysoki urzędnik policji surowym tonem głębokiego przekonania. - Powrócisz do nas. Niektórzy z naszych największych ludzi musieli to w końcu uczynić. - Naszych największyh ludzi - powtórzył Razumow zdumionym 'głosem. - Tak. Istotnie. Nasze największe umysły ...Do widzenia'. R a z u m o w zareagował zdumieniem na p e w n o ś ć siebie i poczucie siły, z a w a r t e w s ł o w a c h r a d c y M i k u l i n a . Z d u m i e n i e b y ł o dla n i e g o j e d y n ą o b r o n ą w o b e c z a p o w i e d z i , iż p o l i c j a potrafi s i ę g a ć b r u t a l ­ n i e d o g ł ę b i l u d z k i e j p s y c h i k i i t w o r z y ć z niej d o m e n ę s w e j w ł a d z y . G d y w 1917 r. z o s t a ł y o t w a r t e tajne a r c h i w a , ś w i a t ł o d z i e n n e ujrzały liczne z e z n a n i a , w y z n a n i a i s p o w i e d z i c z y n i o n e p r z e z w i ę ­ ź n i ó w c a r a t u . U k a z a ł o się o b l i c z e policji w a l c z ą c e j j u ż nie t y l k o o z e z n a n i a , ale i o d u s z ę w i ę ź n i a . P u b l i k a c j e r o z m a i t y c h d o k u ­ m e n t ó w ś l e d z t w i p r o c e s ó w ze z m i e n n y m s z c z ę ś c i e m trwają d o dziś. W r o z w o j u „literatury p e n i t e n c j a r n e j " R o m a n t y z m z a j m u j e s z c z e g ó l n e miejsce. W y z n a c z a j e ż y w i o ł o w y r o z w ó j e u r o p e j s k i c h 333 ruchów rewolucyjnych i doskonalenie nowożytnego systemu rep­ resji. Wyrazem pozycji, jaką w romantycznej hierarchii postaw zajmuje rola więźnia, jest popularność pamiętnika Silvio Pellico (1789-1854) „Le mie prigioni" (Moje więzienie, wyd. 1832 r.). Wspomnienia (z polskich można wskazać pamiętniki W. Łukasiń­ skiego i H. Kamieńskiego), literackie zapisy sytuacji więźnia („Dziadów" cz. III), napisy na murach czy rozmaite dokumenty powstałe w toku śledztwa, stanowią historycznoliterackie tło „Spowiedzi" Bakunina. Ten fascynujący tekst, który swą popular­ ność wśród historyków zawdzięcza osobie autora, a także zacho­ wanym na marginesie uwagom cara, czynionym w trakcie lektury i niebłahym walorom artystycznym, jest zapisem mentalności więźnia-rewolucjonisty z pierwszej połowy XIX w. Rosyjscy rewolucjoniści wiedzieli o istnieniu „Spowiedzi" Baku­ nina od początku lat sześćdziesiątych XIX w. W grudniu 1860 r. w liście do Hercena, pisanym z Syberii, Bakunin wspomniał o tym dokumencie, zaś po przybyciu na Zachód wyjaśniał całą sprawę osobiście - niejednokrotnie i niejednoznacznie. Wydawca kores­ pondencji Bakunina z Hercenem, Mihajło Drahomaniw, w 1895 r. przypuszczał, że „sprawozdanie" Bakunina znajduje się w archi­ wum Trzeciego Oddziału. Tuż przed wybuchem I wojny światowej niemiecki historyk Theodor Schiemann dotarł do wymiany kores­ pondencji między carem a hr. Orłowem na temat więziennego wyznania Bakunina, nie udało mu się jednak dotrzeć do samego tekstu. Po raz pierwszy fragmenty „Spowiedzi" ukazały się w 1919 r. na łamach „ Wiestnika Literatury", pełny zaś tekst opublikowano w roku 1921. W Polsce obszerne omówienie „Spowiedzi", pióra Jana Kucharzewskiego, ukazało się w 1925 r. w „Przeglądzie Współczesnym", a następnie w III tomie jego pracy „Od białego caratu do czerwonego". W całości w języku polskim „Spowiedź" została zamieszczona w I tomie „Pism wybranych^ Bakunina pod red. Hanny Temkinowej. Ogłoszenie więziennego wyznania Bakunina wywołało w latach dwudziestych burzliwą dyskusję w literaturze radzieckiej, w której obok historyków zabierali również głos starzy rewolucjoniści (np. Wiera Figner). Szybko zainteresowali się „Spowiedzią" historycy Rosji i anarchizmu na Zachodzie Europy. Niemal od początku, w sporach o więzienny epizod biografii Bakunina, łączono oceny polityczne, moralne i psychologiczne. Pytano więc o to, „co chciał uzyskać" a także „co uzyskał", o treść i o formę, wreszcie o etykę rewolucjonisty i granice wytrzyma­ łości psychicznej człowieka. ' J. Conrad, W oczach Zachodu, Warszawa 1974, s. 313-314. 334 W swych rozważaniach pragnę pójść śladem Jana Kucharzewskiego. Odsunął on na drugi plan pytanie o konkretne przyczyny powstania tej właśnie spowiedzi, dokonał natomiast analizy zna­ nych (przypomnijmy, w połowie lat dwudziestych) rosyjskich dokumentów o podobnym charakterze. Dostrzegał prawidło­ wości działania policji i paradoksy myślenia rewolucyjnego. Szu­ kał rysów wspólnych, łączących rozmaite i pochodzące z różnych epok zachowania (policji i więźniów) w toku śledztwa. Moim za­ miarem jest poszukiwanie w tekście „Spowiedzi" i dokumentach związanych z jej powstaniem, zapisu dramatycznej konfrontacji rewolucjonisty-więźnia z indagującym go despotą. Najpierw o osobach dramatu. Michał Bakunin (1814-1876) w chwili aresztowania w Dreźnie 10 maja 1849 r. miał już za sobą doświadczenia petersburskiej szkoły kadetów i studiów filozoficznych, liczne kontakty z rosyj­ skimi i europejskimi rewolucjonistami oraz wpisany głęboko w psychikę klimat emocjonalny rodzinnego domu w Priamuchinie, naznaczony niezwykle silną, obustronną miłością Michała i jego sióstr. W styczniu 1850 r. skazano go na karę śmierci, którą w drodze łaski zamieniono na dożywotnie więzienie. W maju 1850 r. wydano go Austrii, gdzie również został skazany na śmierć i uła­ skawiony. Na terenie monarchii habsburskiej więziono go w Pra­ dze, zaś później - wobec pogłosek o próbie uwolnienia go - został przewieziony do Ołomuńca, gdzie przykuto go do ściany łańcu­ chami. W maju 1851 r, przekazano Bakunina Rosji. W ten sposób, po dwóch latach więziennej tułaczki, trafił za mury twierdzy Piotra i Pawła. Od roku 1844, jako poddany rosyjski, pozbawiony był zaocznie „praw stanu", czyli tytułów i przywilejów szlacheckich i skazany na roboty na Syberii. Według niepisanych zasad obowią­ zujących przy ekstradycji mógł się jednak spodziewać, że władze rosyjskie nie ukarzą go śmiercią, praktyka bowiem wskazywała, iż ekstradycja nie przyczyniała się do urealnienia kary śmierci. Rosja, w której znalazł się Bakunin, wchodziła w końcowy okres panowania Mikołaja I (1825-1855). Monarcha ten, wychowany w duchu wojskowym, którego wstąpieniu na tron towarzyszyło powstanie dekabrystów, przez cały okres swych rządów tłumił bezwzględnie wszelkie przejawy sprzeciwu wobec systemu. Bezwzględne represje wspomagane były przez prace legislacyjne, które miały na celu szczegółowe uregulowanie wszystkich przeja­ wów życia społecznego. Wraz z narastaniem tysięcy przepisów rozwijał się aparat biurokratyczny. Była to Rosja, którą portreto­ wał Gogol. 335 Po dwóch miesiącach pobytu w twierdzy odwiedził go w celi hr. Aleksy Orłów, który kierował tajną policją cesarstwa i przekazał od Mikołaja wezwanie, aby Bakunin napisał do niego, jak do swego duchowego ojca. Orłów tak zdawał Mikołajowi sprawę z tej rozmowy: Mówiłem dość długo z Bakuninem i opowiadałem mu dokładnie to, co Wasza Cesarska Mość mnie rozkazał. Był w dobrym nastroju. Wydaje mi się. że jest niemal gotów żałować, i już dziś zaczął notować swoje doświadczenia, obiecując niczego nie zataić. Ale poprosił, aby pozostawiono mu czas, abymóg)wsT\uko wyjaśnić ai do końca . 2 W 9 lat później w liście do Hercena Bakunin pisał o tym spotka­ niu: Pomyślałem nieco i zdecydowałem, ii przed jury, przy jow nej procedurze powinien byłbym wytrwać w swej roli do końca. Lecz w czterech ścianach, we władzy niedźwiedzia mogłem bez wstydu złagodzić formy i napisałem istotnie rodzaj spowiedzi, coś w rodzaju „Dichtung und Wahrheit", czyny moje były zresztą tak jasne, iż nie było co ukrywać . W słowach tych zwraca uwagę podkreślenie roli 3 jawności lub tajności procedury śledczej jako czynnika określają­ cego postawę więźnia. Dla uwięzionego rewolucjonisty czym innym było śledztwo, gdy stanowiło prolog do jawnego procesu sądowego, czym innym zaś, kiedy zapowiadało niejasną przy­ szłość, o której zadecyduje tajna policja polityczna. Świadomość wiasnej sytuacji decydowała o przyjmowanym stylu zachowania . Gdy po upływie miesiąca Orłów przekazywał carowi „autobio­ grafię" Bakunina, opatrzył ją następującym komentarzem: Przesy­ 4 łam sprawozdanie Bakunina, które przeczytałem z wielką uwagą ... Opisuje ze szczegółami i otwarcie wszystkie wydarzenia i swoje kon­ takty z przywódcami republikańskimi. Na szczęście nie miał żadnych kontaktów w Rosji. Co się tyczyjego życzenia, aby zesłać go na ciężkie roboty, zamiast pozostawienia go w twierdzy, Bakunin jest wysoce niebezpieczną osobą, i według mojego zdania, nie jest cał­ kiem wyleczony z przewrotnych poglądów. Wydaje mi się, że Wasza Cesarska Mość nie powinien, przesądzając o jego losie, kierować się dobrocią swego serca. Ale uważam za możliwe, aby po pewnym czasie, w drodze laski, polepszyć warunki jego pobytu w twierdzy L. Orton, Wokół „Spowiedzi" Bakunina, „Znak" nr 7 (265), 1976r.,s. 1008-1024; cyt. ze s. 1015; artykuł ten zawiera najpełniejszą informację na temat powstania Spowiedzi, jej losów i sporów wokół niej. Czytelnika zainteresowanego sylwetką Bakunina - teoretyka anarchizmu - wypada odesłać do wstępu H.Temkinowej do Pism wybranych Bakunina oraz pracy tej samej autorki Bakunin i antynomie wolności. Warszawa 1964 a także do odnośnego rozdziału książki A.Walickiego Rosyjska filozofia i myśl społeczna od Oświecenia do marksizmu. Warszawa 1973. Cytuję za: J. Kucharzewski, Od białego caratu do czerwonego, t. i. Lata przełomu. Romanow, Pugaczcw czy Pestel, Warszawa 1928, s. 2-3. Przykładem może tu być zmiana postawy L. Mierosławskiego w Berlinie w latach 1846-47. 2 ! 4 336 / stworzyć mu możliwość odetchnięcia świeżym powietrzem a pó­ źniej zobaczenia rodziny. Ale w żadnym razie nie trzeba wysyłać go na ciężkie roboty, gdzie z powodu swego temperamentu i niezłomności ducha stałby się niebezpieczny i szkodliwy. Wybacz mi, Wasza Cesarska Mość, moją otwartość - to mój obowiązek. Mikołaj po przeczytaniu „Spowiedzi" opatrzył ją następującą adnotacją skierowaną do swego syna, późniejszego Aleksandra II: Trzeba żebyś przeczytał, bardzo ciekawe i pouczające, zaś Orłowowi odpo­ wiedział: Podzielam całkowicie Twoje zdanie. Nie można traktować go inaczej. On nie zasługuje pozostać tam, gdzie jest . 5 na zaufanie. Wierzę, że na razie może Bakunin przebywał w twierdzy Piotra i Pawła do 1854 r., kiedy w obawie, iż ewentualne francusko-angielskie oblężenie Petersburga mogłoby doprowadzić do jego uwolnienia, przewieziono go do Schliisselburga. W 1857 r. złożył Bakunin na ręce Aleksandra II prośbę o łaskę, w wyniku czego został zesłany dożywotnio na Syberię, skąd uciekł po czterech latach. Zaproszenie więźnia do własnoręcznego spisania autobiografii, spowiedzi czy historii wydarzeń, w których brał udział, jest niemal rutynowym elementem śledztwa. O postępowaniu ze swymi „oso­ bistymi" więźniami w samym centrum imperialnego systemu wię­ zień, w twierdzy Piotra i Pawła, decydował sam car. Jego zgoda była potrzebna, aby otrzymać przybory do pisania. Zachowało się wiele osobistych cesarskich decyzji brzmiących: dać pisać, co chce. Więzienne wyznania - pisane nad Newą i nad Wisłą - były podobne. Machina śledcza działała w całym imperium i posługi­ wała się tymi samymi metodami. W toku śledztwa niektórzy wię­ źniowie milczeli zawzięcie i była to posiawa całkowicie jedno­ znaczna dla obu stron. Inni decydowali się na podjęcie gry o losy własne i współtowarzyszy. Zadziwia rozmaitość postaw prezento­ wanych w śledztwie i bogactwo form wypowiedzi. Nawet pobie­ żne przejrzenie publikacji dotyczących polskich spisko w ukazuje tę różnorodność. Obok autobiografii duchowych i wielopiętrowych zmyśleń napotykamy szczere „wyznania", które więcej jnówią o „grzechach" innych niż przewinach autora, następnie memoriały zawierające propozycje reformy systemu czy historie ruchów rewo­ lucyjnych. Chwilami przy lekturze tych dokumentów ma się wraże­ nie, iż pokój przesłuchań czy więzienna cela stawały się dla podejrzanego zwierciadlową salą, w której ścianach dostrzegał swoje zwielokrotnione i zdeformowane odbicia. Pokój luster może być jednak wyrafinowaną pułapką. Ten kto znajduje się w środku, zajęty jest swoimi odbiciami - we własnej pamięci, we wspomnie­ niach innych, w oczach policyjnych agentów - i stara sieje złożyć 337 w jednolity obraz. Ale lustro b y w a półprzejrzyste i ktoś znajdu­ j ą c y się p o drugiej j e g o s t r o n i e z o b a c z y g r y m a s na t w a r z y w i ę ź n i a o s a c z o n e g o z w i e l o k r o t n i e n i a m i w ł a s n e j o s o b y . I w y r a z tej t w a r z y b ę d z i e najistotniejszą i n f o r m a c j ą , j a k i e j o c z e k u j e ś l e d c z y . Z d j ę c i e z a s ł o n y m i l c z e n i a jest w ł a ś n i e w e j ś c i e m d o p o k o j u luster, B a k u n i n j u ż na w s t ę p i e z a s t r z e g ł się: Najjaśniejszy Panie, nie wymagaj ode mnie, abym czynił spowiedź z cudzych grzechów. Przecie na spowiedzi nikt nie wyjawia grzechów innych ludzi, tylko swoje . T e s ł o w a w y w o ł a ł y u w a g ę c a r a , iż t y l k o s p o w i e d ź b e z w a ­ r u n k o w a jest p r a w d z i w a , nie s p o w o d o w a ł y j e d n a k u z n a n i a t e k s ­ tu B a k u n i n a z a p o z b a w i o n y w a r t o ś c i . Z w i e r c i a d ł a b y ł y p ó ł p r z e j ­ rzyste ... 6 S p o w i e d z i p r z e d c a r s k i m k o n f e s j o n a ł e m nie b y ł y o g ł a s z a n e , c o n a j w y ż e j s ł u ż y ł y policji j a k o n a r z ę d z i e s z a n t a ż u . O t y m j e d n a k , c o w o w y m konfesjonale m ó w i o n o , wiedziała doskonale dworska p u b l i c z n o ś ć . „ S p o w i e d ź " B a k u n i n a czytali: M i k o ł a j I c a r e w i c z , hr. O r ł ó w , j e g o z a s t ę p c a D u b e l t , k s i ą ż ę A. I. C z e r n y s z e w ( p r z e w o d n i ­ c z ą c y R a d y S t a n u ) o r a z g e n . P a s k i e w i c z (ze w z g l ę d u n a s p r a w y p o l s k i e ) i z a p e w n e n i k t więcej p o z a a r c h i w i s t a m i i k o p i s t a m i Trzeciego Oddziału. Pewne wiadomości o postawie więźnia prze­ d o s t a w a ł y się p o z a ścisły k r ą g c z y t e l n i k ó w . J e d n a z d a m d w o r u t a k pisała d o s w e g o przyjaciela: Pisze on ( B a k u n i n ) teraz swoje wspo­ mnienia oczywiście nie do druku lecz dla Monarchy. Nader umiejęt­ nie polepsza swoje położenie, wije się jak wąż; wyplątując się z najcięższych opałów: tu kpiną z Niemców, tam najgłębszą skruchą, to znowu pełną uniesienia pochwalą. Cokolwiek by mówić, mądrze sobie poczyna . 7 1 D w o r s k a publiczność znała więc tajemnice konfesjonału w naj­ o g ó l n i e j s z y m zarysie, nie m u s i a ł a z a ś p o z n a w a ć s z c z e g ó ł ó w w c e ­ lach p r o p a g a n d o w y c h . Ż y ł a b o w i e m w o b r ę b i e t e g o s a m e g o s y s t e m u w a r t o ś c i c o m o n a r c h a . O p i n i ę p u b l i c z n ą u s c h y ł k u XIX w . trzeba b y ł o j u ż p r z e k o n a ć , c h o ć i w c z e ś n i e j p r o j e k t y w y k o r z y ­ stania zeznań i prac pisanych w celach więziennych były p o d e j m o ­ w a n e . Istniały b o w i e m o d ł a m y o p i n i i p u b l i c z n e j , s k ł o n n e d a ć w i a r ę rewolucjonistom, a przynajmniej wątpić w słuszność doktryny c a r a t u . L u d z i t y c h t r z e b a b y ł o z a t e m p r z e k o n a ć o b ł ę d a c h ich myślenia i odstręczyć o d owej fałszywej wiary, pokazując jak w y r z e k a j ą się jej n a j g o r l i w s i p r o r o c y . * Orton, art. cyt., s. 1015. ' Spowiedź, W: M. Bakunin, Pisma wybrane, i, 1, Warszawa 1965, s. 402-403. W dalszym ciągu cytuję w tekście artykułu, podając w nawiasach: Spowiedź i zazna­ czając stronę. Orton. art.cyt.,