Przegląd Powszechny

A A A

O dołączeniu do strefy euro i globalnym kryzysie

komentarze

Leszek Jerzy Jasiński

Rok 2009 jest czasem ważnych i okrągłych rocznic. W 2004 r. Polska została członkiem Unii Europejskiej, w 1999 r. przystąpiła do Paktu Północnoatlantyckiego, w 1989 r. miał miejsce finał rozmów Okrągłego Stołu, doszło do częściowo demokratycznych wyborów parlamentarnych i został rozpoczęty proces budowy demokracji i gospodarki rynkowej. Rocznice są okazją do refleksji, które w tym artykule, z powodu skrzywienia zawodowego autora, skoncentrują się na sprawach gospodarczych. W Unii Europejskiej od niedawna Czy obecność w Unii Europejskiej dobrze nam służy? Z pewnością jest odbierana jako korzystna przez wyraźną większość społeczeństwa, w świetle niektórych badań popiera ją do 80% Polaków. Także większość rolników i mieszkańców wsi, gdzie obawy przed integracją były dawniej największe, postrzega członkostwo w UE pozytywnie lub życzliwie. Obserwujemy niewiele agresywnej, antyunijnej propagandy, jak wolno sądzić, w dużym stopniu dlatego, że mało kto chętnie by tego słuchał. Postawiliśmy pytanie o korzyści z członkostwa. W obszarze zagadnień gospodarczych powinny nimi być: poprawa efektywności gospodarowania, lepsza pozycja międzynarodowa kraju, przekształcenia technologiczne, a na dłuższą metę, niekoniecznie natychmiast, wzrost dochodów podmiotów gospodarczych1. Nawet pogłębiona analiza często nie pozwala stwierdzić, jakie są przyczyny dobrych wydarzeń w gospodarce, w jakim stopniu fakty pozytywne z ostatnich lat wynikały z członkostwa w UE, a w jakim stopniu spowodowały je inne okoliczności. Po wejściu Polski do Unii uległa zwiększeniu stopa wzrostu produktu krajowego brutto (PKB), zmalało bezrobocie, powiększyły się płace; słowem ogólna sytuacja gospodarcza poprawiła się… do czasu załamania się koniunktury w 2008 r. Byłoby nieuzasadnione przypisać te zadowalające fakty tylko akcesji, chociaż miała ona w nich swój niemały udział. Z pewnością dokonała się poprawa na obszarach, które, zgodnie z ekonomiczną logiką, powinny skorzystać na wejściu do Unii2. Przede wszystkim należało oczekiwać szerszego dopływu
do Polski bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Polegają one, dla przypomnienia, na uzyskaniu kontroli kapitałowej przez przedsiębiorstwo z zagranicy nad przedsiębiorstwem działającym w danym kraju. Napływ kapitału do Polski uległ wyraźnemu przyśpieszeniu. W świetle bilansu płatniczego BIZ wzrosły z 4,1 mld euro w 2003 r. do 16,7 mld euro w 2007 r.

W chwili pisania artykułu nie było jeszcze pełnych danych za rok 2008. Skokowy wzrost poziomu BIZ był
niewątpliwy: w latach 1998-2003 wynosiły one przeciętnie 6,3 mld euro, w latach 2004-2007 już 12,7 mld. Przesunięcie analizy na czas przed 1998 r., kiedy inwestycje były jeszcze mniejsze, obraz zmiany wyostrza. Główną przyczyną przyśpieszenia inwestycji było członkostwo w Unii, oznaczające lepsze postrzeganie Polski jako miejsce lokowania
kapitału. Co więcej, BIZ pojawiały się w dużej mierze nie jako skutek procesów prywatyzacji, jak często było wcześniej, ale jako wynik inwestycji nowych, tworzonych od podstaw, tzw. inwestycji greenfield. Dzięki tym inwestycjom Polska stała się znaczącym producentem samochodów, telewizorów, także plazmowych, artykułów gospodarstwa domowego i elektroniki użytkowej. Dużą część powstałych nowych zdolności wytwórczych zaprojektowano z myślą o eksporcie do krajów „starej” Unii, a nie tylko na rynek krajowy. Tym samym inwestycje osiągnęły większe rozmiary, co w chwili obecnej, w sytuacji zapaści gospodarczej, oznacza kłopot wynikający ze spadku popytu eksportowego. W tym miejscu warto uczynić uwagę ogólną. We współczesnym świecie zachodzą procesy przemieszczania się zdolności wytwórczych
z kraju do kraju. Zmienia się międzynarodowy podział pracy i Polska powinna przejąć pewną część „tortu”, jaki BIZ tworzą w skali globalnej. Mamy swoje atuty, wśród nich bliskość krajów bogatych. Obecność w Unii Europejskiej pozwala tę szansę wykorzystywać lepiej, chociaż automatycznie nie przesądza o wielkości strumienia BIZ. Napływ inwestycji z ostatnich lat można uważać za zjawisko naturalne, biorące się z sąsiedztwa Polski z krajami wysoko rozwiniętymi. W czasach komunistycznych taki proces był zablokowany, po 1989 r. rozwijał się powoli z braku pełnego przekonania
biznesu, jak sprawy się potoczą. Przepływowi kapitału nie sprzyjały trudności, jakie rodziła zmiana ustroju. Wejście do Unii stworzyło nową sytuację jakościową. Drugi ekonomiczny, „namacalny” efekt członkostwa stanowią fundusze strukturalne. W 2007 r. transfery z budżetu UE wyniosły 8 mld euro, czyli ponad 2% PKB. Obecna unijna perspektywa finansowa, rozciągająca się na lata 2007-2013, przewiduje wydatkowanie na rzecz Polski 70 mld euro. Pozostając poza Unią otrzymywalibyśmy, jak można przypuszczać, bez porównania mniejsze środki w ramach współpracy, partnerstwa, przygotowania do członkostwa, czy jak inaczej by to nazwano. Znowu warto uczynić ogólną refleksję. Weszliśmy w okres, gdy do naszej dyspozycji są bardzo duże środki na modernizację kraju, wypracowane poza Polską. Stoimy przed szansą wzmocnienia własnej pozycji i rozwiązania wielu problemów gospodarczych, w mniejszym stopniu społecznych, czego przy wykorzystaniu wyłącznie środków własnych w tej skali nie dalibyśmy rady. Tę szansę można nazwać bez patosu historyczną. Korzyści z członkostwa odniosły rolnictwo i wieś. Płatności bezpośrednie, fundusze strukturalne w środowisku wiejskim, większa stabilizacja warunków dla produkcji rolnej są wymiernymi efektami akcesji. Wzrosły, chyba na poziomie odczuwalnym, dochody rolników, jednocześnie postępują w sposób stopniowy i wolny od konfliktów niezbędne przekształcenia modernizacyjne. Trzeba zauważyć, że na sytuację wsi miała też znaczący wpływ ogólna sytuacja cenowa na światowych rynkach artykułów rolnych,zwłaszcza w 2007 r.
Migracja zarobkowa Polaków wymyka się ocenom jednoznacznym. Umożliwiło ją członkostwo w UE i otwarcie niektórych rynków pracy dla naszych obywateli. Jest to dla kraju spora korzyść w postaci napływu pieniędzy i okazja do potrzebnego szkolenia zawodowego, ale oznacza też czasowe rozdzielenie rodzin i trwały odpływ wielu utalentowanych ludzi. Tak czy inaczej, migracja zarobkowa stanowi wynik świadomych decyzji ludzi, którzy uznali, że im się opłaca. Narodowy Bank Polski szacuje, że w 2007 r. wynagrodzenia za pracę i transfery z tego tytułu wyniosły 20,4 mld złotych, w 2004 r. sięgały one 10,5 mld. Wejście do bloku integracyjnego mogło wywołać skutki negatywne. Deszcz pieniędzy w formie BIZ i funduszy strukturalnych mógł osłabić równowagę makroekonomiczną Polski, jednak tak się nie stało. Nie pojawił się ciąg wydarzeń odnotowany w krajach bałtyckich: szybki wzrost gospodarczy, szybki wzrost płac, wysoka
inflacja, pogorszenie się konkurencyjności eksportu, pogorszenie się bilansu płatniczego, początek procesów recesyjnych (zwłaszcza w Estonii i na Łotwie), wzmocnionych przez skutki światowego kryzysu finansowego. Byłoby dużym błędem ograniczać korzyści i niekorzyści związane z członkostwem w UE do wydarzeń gospodarczych, w szczególności do strumieni pieniędzy. Na forum Unii Europejskiej rozstrzyga się wiele spraw dotyczących funkcjonowania gospodarki, bezpieczeństwa energetycznego, ochrony środowiska, polityki edukacyjnej i naukowej, wiele zagadnień czysto politycznych, związanych z wymiarem sprawiedliwości, w pewnym zakresie także składających się na obronność. Polska ma możliwość uczestniczenia w procesie podejmowania wspólnych decyzji i tworzenia
wspólnych regulacji prawnych. W jaki sposób te możliwości wykorzystamy, zależy przede wszystkim od nas samych.
Obrazu obecności kraju w UE nie powinny przesłaniać, towarzyszące unijnym szczytom, kłótnie naszych polityków wysokiego szczebla, chętnie nagłaśniane przez media. I chociaż nie buduje to dobrego wizerunku kraju za granicą, a w kraju nie mamy z czego się cieszyć, są to wydarzenia dla naszego członkostwa marginalne. Pod warunkiem że nie będą zbyt częste. W 966 r. Polska trafiła do Europy Zachodniej w sensie religijnym, politycznym, kulturowym i gospodarczym3. Dzisiaj znajdujemy się między obszarem ekonomicznie wysoko rozwiniętym, a obszarem o wyraźnie niższych wskaźnikach PKB na mieszkańca, o niższej chłonności eksportowej, o zupełnie innych niż na Zachodzie możliwościach inwestowania za zagranicą i o gospodarce w dużym stopniu surowcowej. Nie należy rezygnować z rozwoju kontaktów gospodarczych ze Wschodem, ale naturalny punkt ciążenia polskiej gospodarki pozostaje, jak przed wiekami, na Zachodzie. W strefie euro chyba niedługo Czy powinniśmy dołączyć do strefy pieniądza euro? Czy warto sięgać po jednolity europejski pieniądz i wspólną politykę pieniężną? Odpowiadając na te pytania „tak”, wypada zaznaczyć, że
problem wymyka się prostej klasyfikacji w kategoriach „zero-sto”, między tymi skrajnymi liczbami znajduje się wiele liczb po drodze. Trudno mówić, że decyzja pozytywna będzie prowadzić wyłącznie do dobrych skutków. Do pewnych granic racje są podzielone, chociaż chyba nie pół na pół: wiele wskazuje, że „plusy” biorą górę nad „minusami”.
Zasadniczy obszar kontrowersji, jaki ujawnił się ostatnio w Polsce, miał w małym stopniu charakter merytoryczny. Dyskusja była dosyć powierzchowna, pojawiło się, nie pierwszy raz w polskiej polityce, straszenie obywatela wątpliwymi argumentami, uzasadnienie podjęcia tej inicjatywy było mało wyraźne… Wielka szkoda, że obszerny, bo liczący ponad 3 tys. stron, raport Narodowego Banku Polskiego na ten temat nie znalazł prawie wcale odzwierciedlenia w środkach masowego przekazu4. Jest to materiał specjalistyczny, badający problem z wielu punktów widzenia, który nie tak trudno
przekształcić w tekst zdolny trafić nawet „pod strzechy”. Dla idei  integracji ze strefą euro jest to dokument korzystny.
Ocena projektu dołączenia do strefy euro powinna brać pod uwagę kilka zasadniczych kwestii. Trzeba się zastanawiać nad
zbieżnością cyklu koniunkturalnego u nas i w krajach pieniądza euro, czy jego przebieg jest podobny i czy są podstawy, by uważać, że wspólna polityka pieniężna będzie dobrze służyć wszystkim zainteresowanym. Należy pytać o szanse wystąpienia tzw. wstrząsów asymetrycznych, czyli gwałtownych zmian na rynkach poszczególnych krajów używających wspólnego pieniądza. Żadne wstrząsy nie są pożądane, ale jeżeli już się pojawiają, niech przyjmują postać symetryczną, we wszystkich krajach podobną do siebie. W takim przypadku w ramach wspólnej polityki pieniężnej jest łatwo znaleźć jedną receptę dla całego ugrupowania. Trzeba również pytać o szanse zachowania równowagi w płatnościach międzynarodowych w okresie, gdy zabraknie środka wspomagania równowagi, jakim jest kurs walutowy. Wejście do strefy euro stwarza warunki do trwałego obniżenia się w Polsce stopy procentowej, co z kolei sprzyja osiągnięciu wyższego tempa wzrostu gospodarczego. Na ile znacząca okaże się taka korzyść? Pierwszy raport o przyjęciu europejskiego pieniądza, sporządzony przez Narodowy Bank Polski kierowany przez Leszka Balcerowicza, akcentował ten fakt jako główną korzyść z integracji monetarnej5. Kolejnym problemem jest określenie znaczenia dla polskich podmiotów gospodarczych eliminacji tzw. kosztów transakcyjnych, towarzyszącym wymianie walut. Koszty te są nieodłączne od systemu wymiany walut, dopóki będzie się wymieniać waluty, nie będzie to odbywać się za darmo. Ponosimy je w stopniu większym lub mniejszym wszyscy, pytanie, na ile są one dla nas dużym obciążeniem? Jeszcze ważniejszym problemem jest ustalenie korzyści z wyeliminowania ryzyka kursowego. Rzecz w tym, że zmiany kursu
walutowego, czyli umocnienie się własnego pieniądza lub jego osłabienie, oraz skala tego zjawiska, mają duży wpływ na opłacalność zagranicznych transakcji handlowych i inwestycyjnych. Zmiana kursu jest w stanie przynieść nadzwyczajne korzyści lub doprowadzić do nieoczekiwanych strat. W październiku 2008 r., gdy kryzys finansowy dopiero do Polski
docierał, referowałem problem integracji monetarnej w Stalowej Woli. Po zakończeniu mojej, pewnie mocno akademickiej prezentacji miałem okazję porozmawiać z jednym z miejscowych dyrektorów. Powiedział mi krótko: kierownicy firm w Stalowej Woli są za przyjęciem euro, ponieważ tracą dużo kontraktów eksportowych na skutek zmienności kursu złotego. I był to jego cały komentarz. Wejście to strefy euro wymaga spełnienia tzw. kryteriów konwergencji (zbieżności). Dotyczą one inflacji, stóp procentowych, deficytu budżetowego, długu publicznego i kursu walutowego6. Jest to wyzwanie, by nie powiedzieć wprost trudność, i można dyskutować czy łatwiej spełnić te warunki podczas prosperity, czy w okresie osłabienia wzrostu. Kryteria konwergencji oznaczają nie tylko zbliżenie do siebie gospodarek różnych krajów, co znacząco ułatwia prowadzenie wspólnej polityki pieniężnej, są również receptą
na poprawę równowagi makroekonomicznej, która służy wzrostowi PKB i rozwojowi gospodarczo-społecznemu.
Mówi się, że do integracji monetarnej potrzebna jest także konwergencja realna. Jest to termin niejednoznaczny, najczęściej oznacza on zbliżenie do siebie wielkości PKB na mieszkańca7. Z uwagi na dużą różnicę między nami a strefą euro z tego punktu widzenia, pomysł integracji monetarnej należy odłożyć na odległą przyszłość. Mówiąc prostym językiem, najpierw powinniśmy stać się tak bogaci jak Francuzi, a przynajmniej jak Hiszpanie, by miała sens idea przyłączenia się eurolandu. Nie jest to argument przekonujący. Odległość między Polską a strefą euro mierzona poziomem PKB per capita jest mniejsza, i to znacząco, od różnic wewnętrznych, międzyregionalnych, i w krajach
„starej” Unii i w Polsce. A przecież te obszary ekonomiczne pozostają w zasięgu jednej polityki pieniężnej. To nie rozpiętości wewnętrzne są istotne, ale, dla wielu ekonomistów, w największym stopniu podobieństwo przebiegu cyklu koniunkturalnego. Wypada uczynić jeszcze dwie uwagi. Po 1989 r. polska polityka zagraniczna została nakierowana na przeciwdziałanie podziałowi UE na formalne wyodrębnione, tak lub inaczej, części, czyli na część gorszą i lepszą, z członkostwem pełnym i „wzbogaconym”. Takiego podziału nie ma, chociaż polskie starania nie okazały się
tego przyczyną główną. Otóż w Unii może powstać, może już istnieje, automatyczny podział na strefę euro i kraje poza nią. Sposobem przezwyciężenia tego polaryzacji jest integracja monetarna. I uwaga druga. Wyznacznikiem maksymalnego opóźnienia momentu dołączenia do strefy euro powinien być dla nas czas adaptacji wspólnego
pieniądza przez Republikę Czeską i Węgry. Należy uniknąć niekorzystnego dla nas efektu przesunięcia się handlu i inwestycji zagranicznych8, czyli przemieszczenia się strumieni handlowych i inwestycyjnych od nas tam, gdzie powstaną lepsze warunki do prowadzenia biznesu. Czy wprowadzenie euro musi oznaczać jednorazowe podwyżki cen i jak duże one będą? Wprowadzenie nowego pieniądza, czyli dokonana z dnia na dzień denominacja niedziesiętna, nie musi uruchamiać dużych podwyżek, czego przykładem są Słowenia i Słowacja. Na pewno jest to pewien problem, na ile duży, zależy od sposobu przygotowania operacji zmiany pieniądza i od struktury rynku krajowego. Mówiąc wprost, perspektywa ograniczonych podwyżek cen nie powinna przysłaniać szerokiej panoramy zjawiska wielowymiarowego o ważnych następstwach dla długookresowego rozwoju kraju. Nie należy patrzeć przez okulary dusigrosza i centusia, ale przez okulary męża stanu. Ewentualnie przez pincenez damy stanu. W globalnym kryzysie dziś Dwadzieścia lat temu rozpoczął się w Polsce proces przechodzenia od gospodarki nakazowej do rynkowej. Tej rocznicy towarzyszą skutki globalnego kryzysu finansowego, pierwszego poważnego wyzwania dla ciągle nowych rozwiązań ustrojowych w polskiej gospodarce. Czy nowy system ekonomiczny dobrze zdał w naszym kraju egzamin życia? Mimo kryzysu akceptacja przez społeczeństwo rynkowych zasad funkcjonowania gospodarki jest dzisiaj dużo większa niż dziesięć lat temu. Z pewnością daje znać o sobie zwykłe przyzwyczajenie się do „nowego”, stale rosnący odsetek ludzi młodych, „starego” nie pamiętających, są chyba także odczuwalne osiągnięcia „rynku”, w dużej mierze skończyły się trudności okresu przejściowego. Z pewnością przez dwadzieścia lat społeczeństwo znacznie się wzbogaciło, co nie znaczy, że powiodło się wszystkim. W kategoriach czysto ekonomicznych są podstawy, by mówić o sukcesie. Wynika on z prostej przyczyny: system rynkowy jest bardziej racjonalny niż system nakazowy, przy czym ta racjonalność występuje przede wszystkim na szczeblu mikroekonomicznym, najbardziej w przedsiębiorstwach9. Również polityka makroekonomiczna zyskała szansę stać się bardziej skuteczną, m.in. dzięki ograniczeniu listy spraw, jakimi zajmuje się centralna władza w państwie.
Poniższa tabela daje obraz niektórych zmian, jakie nastąpiły w gospodarce. Ich dobrym uzupełnieniem jest porównanie dzisiejszych sklepów i centrów handlowych z handlem socjalistycznym.

Wybrane cechy polskiego przemysłu
pod koniec lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX w.
Kryteria
Koniec lat
osiemdziesiątych
Koniec lat
dziewięćdziesiątych
Produkcja zbyteczna 40% Nieliczne produkty:
węgiel
kamienny,
cukier
Udział sektora elektromaszynowego
w eksporcie przemysłowym
25% 39%
Różnorodność produkcji Bardzo niska Bardzo wysoka
Odnowienie środków trwałych 17,5% 49%
Zanieczyszczenie środowiska
Ścieki 100 15,0
Pyły 100 14,7
Gazy 100 39,0
Odpady 100 43,4
Wydajność pracy 100 152
Własność prywatna środków
trwałych 3% 28%
Uwaga: zanieczyszczenie środowiska i wydajność pracy pod koniec lat osiemdziesiątych przyjęto za 100. Źródło: A. Lipowski, Struktura gospodarki transformującej się,
Warszawa 2000, s. 97.
Proces stopniowych, bo na pewno nie w pełni satysfakcjonujących przemian przerwał w 2007 r. światowy kryzys finansowy. Jego skutki zaczęły być w Polsce odczuwalne pod koniec 2008 r. Co istotne, z punktu widzenia przyczyn sprawczych stanowi on po60 łączenie pewnych słabości „konstrukcyjnych” systemu rynkowego z błędami w sztuce, jakie w tym systemie nie powinny wystąpić. Słabością systemową są bańki spekulacyjne, błąd w sztuce tkwił w kredytach subprime. Przez lata amerykańskie banki udzielały na szeroką skalę kredytów hipotecznych na budowę domów klientom o słabej sytuacji ekonomicznej, niekiedy pozbawionym zdolności kredytowej. Wśród obdarowanych kredytami, nazywanymi na wyrost subprime (prawie pierwszorzędny), znaleźli się ludzie określani groteskowo jako ninja, czyli „no income, no job, no assets”, „bez dochodów, bez pracy, bez aktywów”. Takie osoby nie powinny otrzymać kredytu hipotecznego, ich potrzeby mieszkaniowe trzeba zaspokajać innymi metodami. Dlaczego jednak kredytów udzielano? Były one zabezpieczone przez budowane domy, a więc nawet, jeżeli do banku nie wróciłyby pieniądze, mógł on przejąć budowany dom i odzyskać środki. Na rynku nieruchomości ceny stale szły w górę, pęczniała bańka spekulacyjna, co oznaczało dla banków niemal brak ryzyka. Do czasu! Kredyty subprime stały się podstawą konstrukcji nowych instrumentów finansowych, masowo kupowanych przez instytucje finansowe. Cicha zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać. Sytuacja uległa zasadniczej zmianie, gdy w 2006 r. ceny nieruchomości zaczęły spadać. W połowie 2007 r. dwa duże amerykańskie fundusze inwestycyjne poinformowały, że posiadane przez nie aktywa finansowe są w znaczącej części oparte na niewiele wartych kredytach subprime. Szybko okazało się, że aktywa banków są pełne kredytów niespłacalnych, przez co cały system bankowy w krajach wysoko rozwiniętych stanął na progu bankructwa. Trudności sektora finansowego przelały się na gospodarkę realną, czyli na sferę produkcji i usług. Recesja stała się faktem10. Być może obecny kryzys skończy się, zanim w Polsce i na świecie ludzie stracą przekonanie do systemu rynkowego. W chwili powstania tego artykułu, pod koniec marca 2009 r., dało się zauważyć pierwsze oznaki poprawy sytuacji. Każdy kryzys, jak każdy inny życiowy kłopot, ma swoją dobrą stronę: zmusza do przemyślenia sposobu funkcjonowania instytucji gospodarczych i całego ładu społecznego. Wolno dzisiaj uważać, że w gospodarce światowej nastąpią pewne zmiany, zabezpieczające przed powtórką obecnych wydarzeń. Zapewne nie zagwarantują one pojawienia się w przyszłości innych wyzwań i trudności. System rynkowy ma wiele odmian11. Trudno uznać, że w Polsce dyskusja, jak usprawniać rozwiązania systemowe, także w perspektywie obecnego kryzysu, stała się społecznym faktem. W ten sposób coś tracimy, podobnie jak straciliśmy przez minione dwadzieścia lat możliwość harmonijnego połączenia, niekoniecznie w formie instytucjonalnej, systemu rynkowego z etyką i aksjologią katolicką. Od 1989 r. minęło sporo czasu. Nie postrzegamy już systemu rynkowego jako idealnej formy organizacji gospodarki. I słusznie, bo taką nie jest. Po pierwsze, w gospodarce rynkowej pojawiają się recesje, polegające na spadku ogólnego poziomu aktywności gospodarczej, co rodzi negatywne konsekwencje wykraczające poza sferę gospodarczą. Po drugie, w systemie rynkowym tworzą się tzw. bańki spekulacyjne, polegające na długotrwałym i szybkim wzroście ceny określonego zasobu, wykraczającym daleko poza jego wartość realną. Wcześniej lub później bańki pękają, czyli nadmuchane ceny maleją, pozbawiając ludzi oszczędności ulokowanych w aktywach. Po trzecie, mechanizm rynkowy może iść w parze z negatywnymi efektami zewnętrznymi i asymetrią informacyjną. Do pewnych granic za pomocą prawa można się przed tym bronić. Chodzi tu np. o słabą orientację władz publicznych, kto w społeczeństwie rzeczywiście zasługuje na pomoc finansową, a kto w istocie ją wyłudza. Po czwarte, podmioty gospodarcze podejmują decyzje bardzo często, a na pewno nie zawsze, mając na uwadze perspektywę krótkookresową, ignorując skutki długookresowe. W szczególności pewnego dnia może nas wszystkich zaskoczyć niewydolność systemu energetycznego w skali kraju, ignorowana przez podmioty prywatne. Po piąte, w odróżnieniu od komunizmu jest to system z bezrobociem jawnym, a nie utajonym. Zatrudnienie w przedsiębiorstwach jest zracjonalizowane i bezrobotnych nie przechowuje się na terenie zakładu pracy.
Winston Churchill powiedział, że demokracja jest złym ustrojem, ale nie ma od niej lepszego. System rynkowy ma wiele zalet, ale nie jest wolny od wad. I także on nie znajduje dla siebie lepszej alternatywy.

 

 

1 A. M. El-Agraa (red.), The European Union. Economics and Policies, Harlow 2004, s. 18.

2 4 lata członkostwa Polski w UE. Bilans kosztów i korzyści społeczno-gospodarczych, Urząd Komitetu Integracji Europejskiej, Warszawa 2008.

3 H. Samsonowicz, Dzień chrztu i co dalej …, Warszawa 2008, s. 114.

4 Raport na temat pełnego uczestnictwa Rzeczpospolitej Polskiej w trzecim etapie Unii Gospodarczej i Walutowej, NBP, Warszawa 2009.

5 Raport na temat korzyści i kosztów przystąpienia Polski do strefy euro, NBP, Warszawa luty 2004.

6 L. J. Jasiński, Podstawy makroekonomii, Warszawa 2008, s. 117.

7 C. Wójcik, Integracja ze strefą euro. Teoretyczne i praktyczne aspekty konwergencji, Warszawa 2008, s. 37.

8 P. R. Krugman, M. Obstfeld, International Economics. Theory and Policy, Boston 2003, s. 246.

9 G. Sorman, Ekonomia nie kłamie, Warszawa 2009, s. 169.

10 W. M. Orłowski, Świat, który oszalał, czyli poradnik na ciekawe czasy, Warszawa 2008, s. 63nn.; A. Sławiński, Przyczyny globalnego kryzysu finansowego, w: J. Osiński, S. Sztaba (red.), Nauki społeczne wobec kryzysu na rynkach finansowych, Warszawa 2009.

11 L. J. Jasiński, Odmiany systemu rynkowego, „Przegląd Powszechny” nr 3/2007.
LESZEK JERZY JASIŃSKI, ur.1952, dr hab., pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN; autor książek: „Reforma Unii Europejskiej” (1988), „Polska polityka kursowa w okresie umacniania się systemu rynkowego 1990-1998” (1999). Mieszka w Warszawie.

 

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.