Przegląd Powszechny

A A A

Przykazania miłości

PP
komentarze

Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich myśli swoich, a bliźniego swego jak siebie samego. Te przykazania w zasadzie mówią wszystko o ks. Jerzym, o jego życiu.

ddd1

(fragment okładki książki „Tama. Opowieść o życiu i męczeństwie Księdza Jerzego Popiełuszki” autorstwa ks. Jana Sochonia / Wydawnictwo WAM)

On te przykazania wypełniał dokładnie, to był jego cel, a jak pokazało życie, miłował Boga i bliźniego więcej niż siebie samego. Z nich przecież wynika: Zło dobrem zwyciężaj. I tę wiarę nam przekazywał. Do ks. Jerzego trafiłem bez żadnych rekomendacji, chyba tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego. Przyniosłem od naszej Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej PAN pieniądze dla młodych strażaków wyrzuconych z Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarnictwa. W tym czasie ks. Jerzy opiekował się nimi i organizował wszelką pomoc. Wychodząc po serdecznej rozmowie, powiedziałem: Żegnam księdza. I w tym momencie ks. Jerzy zaprotestował: Nie żegnam. Do zobaczenia. Przecież pan tu wróci. I wróciłem. Wracam do ks. Jerzego już prawie trzeci dziesiątek lat. Tak zaczęła się nasza znajomość i, myśląc nieskromnie, przyjaźń. W natłoku otaczających go wtedy problemów i ludzi potrafił znaleźć chwilę dla każdego, kto jego rady lub pomocy potrzebował.

Dla niego oddanie własnych zimowych butów, w których chodził, było oczywiste. Komuś były potrzebne. Jeden raz mówił nieprawdę, że te buty są dla niego za ciasne, choć chodził w nich od początku zimy. Ale chciał mnie przekonać, że mogę je spokojnie zanieść mojemu ojcu, któremu właśnie zimowe buty się rozpadły, a w sklepie nie można było kupić nowych. To była też troska i pamięć, by w lekach przychodzących z darów wygrzebać potrzebne dla mojej matki. Starał się i potrafił nas zmusić, byśmy byli inni, może trochę lepsi. Takim przykładem jest historia pana Zygmunta, który zjawił się w mieszkaniu ks. Jerzego pewnej jesiennej niedzieli, tuż po mszy św. Wszedł człowiek w bardzo zniszczonym ubraniu, widać było po nim wielkie zmęczenie. Mówił, że się ukrywa, prosił o pomoc. Oczywiście, ks. Jerzy natychmiast zajął się uzupełnieniem ubioru przybysza.

Ponieważ miał tego dnia spotkanie z medykami w kaplicy Res Sacra Miser, chciał zostawić przybysza w swoim mieszkaniu, by trochę odpoczął. W tym czasie było to bardzo ryzykowne i nierozsądne, bo ówczesne służby specjalne usilnie pracowały nad tym, by się dostać do mieszkania ks. Jerzego. Wobec tego przybysz resztę niedzieli i noc spędził w moim mieszkaniu, a kolejne dwa dni gdzieś w Legionowie u zaufanych ludzi. Gdyby nie zdecydowana postawa ks. Jerzego, nie wiem, jak byśmy się zachowali, zwłaszcza że informacje, jakie udało się uzyskać o przybyszu, nie bardzo pokrywały się z jego wersją. Po trzech dniach ubrany i wypoczęty pan Zygmunt rozpłynął się gdzieś w Polsce. Ale w tych dniach dostaliśmy lekcję, jak należy traktować potrzebującego pomocy. Miał w sobie ks. Jerzy jakiś talent wyszukiwania osób i spraw wymagających jego wsparcia. Jadąc w marcu 1984 r. do Zakopanego, by trochę odpocząć i przygotować homilię na Mszę św. w intencji Ojczyzny, zabrał nas, Antka Tarłowskiego i mnie, byśmy w kaplicy u sióstr zainstalowali nowe nagłośnienie. Już na miejscu przypominał, że na ostatnim piętrze, w małym pokoiku leży siostra-staruszka, której trzeba zainstalować dodatkowy głośnik. Następnego dnia, gdy szliśmy na krótki spacer w góry, ciągnął na sankach pakę strzykawek insulinowych dla innej siostry, mieszkającej przy pustelni brata Alberta. I do dziś widzę w oczach siostry zdumienie i radość, że ks. Jerzy i o niej pamiętał. Było też wiele troski o nas, będących blisko niego. Kiedy w kwietniu 1983 r., na moje imieniny, zapytałem, czemu tak oficjalnie wpisywał dedykację w ofiarowanym mi Piśmie Świętym, odpowiedział: A po co masz mieć przeze mnie kłopoty, jak ci w domu zrobią rewizję?

Potrafił nas chronić w chwilach dla siebie najtrudniejszych. Kiedy wybierał się do Bydgoszczy w swoją ostatnią drogę, zaproponowałem, że z Antkiem Tarłowskim pojedziemy drugim samochodem. Podobną propozycję składał Mietek Białach. Odmówił wszystkim. To była dla mnie zaskakująca odpowiedź, wypowiedziana w ostrym tonie: Nie! Pilnuj dzieci. Nie trzeba. Teraz wiem, w jak wielkim napięciu wtedy żył. Zdawał sobie sprawę z grozy sytuacji i nie chciał nas narażać na niebezpieczeństwo. Po tej odpowiedzi rozmowa nam się rwała, a on, jakby przepraszając za swoją ostrą wypowiedź, przygotował coś do zjedzenia. Jeszcze parę słów i pożegnanie. Jak nigdy, bez słowa, objęliśmy się i wyszedłem z mieszkania, wierząc, że spotkamy się w sobotę, około południa. A on wtedy chyba wiedział, że może to być nasze ostatnie spotkanie. Ten jeden raz nie wolno było posłuchać tego „Nie”. Zostali sami z Waldkiem Chrostowskim, bezbronni wobec ludzkiej podłości.

* * *
Nie jestem rodowitym warszawiakiem. Po wojennych tułaczkach wraz z rodzicami zamieszkaliśmy w Aninie. Na stałe związały mnie z Żoliborzem lata osiemdziesiąte, czas „Solidarności” i spotkanie ks. Jerzego Popiełuszki. Wraz z przyjaciółmi z mojego Instytutu organizowaliśmy nagłośnienie Mszy św. w intencji Ojczyzny odprawianych przez niego. Od tej pory jestem związany z kościołem św. Stanisława Kostki, chociaż nie jest to moja parafia.

MAREK CHMIELEWSKI, inżynier, były pracownik Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej, członek Rady Kościelnej Służby Porządkowej.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.