Przegląd Powszechny

A A A

Co Polak może wyczytać dziś u Gombrowicza

komentarze

Pisanie o Polsce i polskości po Gombrowiczu jest zadaniem karkołomnym. Nie dość, że wciąż cierpieć musimy wszelkie choroby, na które byli w przeszłości narażeni straceńcy chcący ojczyźnianymi sprawami się zajmować, to dostaliśmy jeszcze w spadku po autorze „Trans-Atlantyku” świadomość bardziej bolesną, niż oni dostali.

Witold_Gombrowicz's_valise-001

Walizka Witolda Gombrowicza, z którą wypłynął w 1939 r. z Polski do Argentyny

(fot. Mariusz Kubik / Wikipedia Commons)

I słaba pociecha, że sam pisarz zdawał się doświadczać podobnych niedogodności. Sam pytał siebie przecież: Ojczyzny… Jak do nich się dobrać? To prawie temat niedozwolony. Gdy człowiek pisze o ojczyźnie, skręca mu się styl. Jak pisać – przypuśćmy – o Polsce nie wpadając w owo klasyczne „bo my, Polacy”, nie robiąc z siebie Europejczyka, nie nadrabiając miną, nie upokarzając się, nie wywyższając – bez zgrywy, szarży, bez gryzienia, kopania i szarpania… jak pchać palce we własną ranę, nie wyczyniając z bólu najprzeróżniejszych grymasów? Jak łechtać się w piętę achillesową nie robiąc z siebie pajaca?1

A jednak w tym szczególnym Gombrowiczowym przypadku owe jego zgrywy, szarże, gryzienia, kopania i szarpania gruntownie przeorały polski umysł i polski styl. Przeorały tak bardzo, że zmieniły się one nie do poznania. Już mało kto – jeśli odliczyć staroświeckich poczciwców czy „narodowo-radykalnych” uzurpatorów (nawet gdyby pośród nich znaleźli się prominentni politycy PiS oraz pobliskich terytoriów) – korzy się przed Polską jak przed matczyną boskością. Nie sądzę jednak, aby autor tej rewolucji był zadowolony z jej efektów.
Gombrowicz raczej nie tylko dla gry czystej i przyjemnej mawiał, że polskość jest w gruncie rzeczy dla niego sprawą drugorzędną. W ustawicznych sporach z polską zbiorowością chodziło mu przecie o coś głębszego – o wyzwolenie „ja” ze szponów grupy, ze zobowiązań, jakie na „ja” nieustannie naród nakładał. Sam po raz pierwszy doświadczył tego boleśnie, gdy jego gimnazjalni koledzy w uniesieniu szli na wojnę 1920 roku, i fakt, że bał się wtedy zostać żołnierzem – choć do wojska w wieku ledwie lat szesnastu iść nie musiał – określił jego postawę na całe życie. I od zależności od wszechwładzy polskiego stada nad jednostką szczęśliwie zdołał się uwolnić, lecz za wolność tę płacił cenę wysoką. Starcie z dyktatem polskiej zbiorowości nie było bowiem zajęciem szczególnie bezpiecznym. A rachityczna, „ciepełko dająca”, patriotyczna polskość prezentowała się w czasach, gdy „Dziennik” prowadził jako przeciwnik wciąż dobrze ustawiony na swym szańcu. Gombrowicz bez pardonu burzył ten zbiorowy spokój dziełami, które musiały wówczas wywoływać popłoch i agresję. Dzięki temu dostaliśmy w spadku najostrzejszy w naszej historii opis polskiej formy. Gombrowicz dokładnie określił jej cechy i dziwi tylko, że większość z nich trwa nienaruszona nawet wtedy, gdy patriotyczną blagę zastępuje coraz częściej przeciwstawność (nie wiadomo przy tym, czy na pewno przez autora „Pornografii” pożądana), w której wyrzekanie na Polskę jest w większym poważaniu niż bezkrytyczna do niej miłość.

Obrzydliwość bycia Polakiem

Teraźniejszy styl polski przejął, jak się zdaje, wiele z Gombrowicza. Centralna myśl „Trans-Atlantyku” o traktowaniu Polski z góry, o niepoddawaniu się wszechwładnej ojczyźnie zaskakująco szybko trafiła pod rodzime strzechy i mniemać można, że ma się tam całkiem dobrze. W końcu czy rażą kogo dzisiaj naprawdę antyojczyźniane krucjaty? Tę zmianę – szczególnie w młodym i średnim pokoleniu – wyraźnie można zauważyć. Niedługo przed swoją śmiercią, raz jeszcze odnosząc się do Gombrowicza, Czesław Miłosz podyktował znamienne słowa: A dzisiaj trudno już wmyślić się w uczucia ludzi zranionych przez te stronice. Dokonała się ogromna przemiana mentalności, polegająca na tym, że ubyło dumy narodowej, a może pychy, i w powszechnej praktyce zastąpiło ją naigrywanie się z własnego kraju i z bycia Polakiem. Gombrowicz chciał wyzwolić Polaków z ciężaru, jakim przez pokolenia stała się dla nich idea służby ojczyźnie, chciał, żeby mieli stosunek do niej swobodny, z dystansem, czyli bardziej normalny. Dzisiaj to dążenie u Polaków jest widoczne, ale wolno zapytać, czy dzieje się to całkowicie według jego intencji, czy też zdziwiłby się nieco rozmawiając z jakimś młodym Polakiem2.

Trudno głos Miłosza zlekceważyć, nawet gdy niektórych z nas wciąż napawają strachem repliki dawnego ONR-u, co to chcą mieszać polską poczciwość z ksenofobiczną agresją (przyznajmy, choć wrzaski czasem okrutne – bez większych sukcesów). Warto mimo wszystko zastanowić się chyba, jak też mógłby się Gombrowicz zachować obecnie, gdy zgrzebną formułę dawnego polskiego patriotyzmu zastąpiła nowa, wysławiająca – wedle słusznego określenia Miłosza – obrzydliwość bycia Polakiem. Czyż nie jest dziś bowiem prawdą, że Polak Polski nie lubi, Polak Polski unika, Polak na Polskę wyrzeka, Polak ma Polski dość serdecznie, Polak przed Polską się broni? Są oczywiście od tej reguły wyjątki wcale liczne (cośmy widzieć mogli ostatnio po katastrofie smoleńskiej, a szczególniej – w czasie bitwy o krzyż na Krakowskim Przedmieściu), lecz mimo wszystko współczesna polska forma nadto się nimi nie zajmuje. Odsuwane są z pogardą jako pozostałość po dawnym, nienowoczesnym świecie przegranych powstań i (wiecznie) moralnych zwycięstw. Nie ma się co jednak łudzić. Ta – bez wątpienia radykalna – zmiana polskiego stylu w istocie nie rozstrzygnęła żadnego z polskich dylematów, z jakimi mierzyć kazał się Polakom przed laty autor „Trans-Atlantyku”.

Swój program następująco Gombrowicz definiował we „Wspomnieniach polskich”: Pragnąłbym ni mniej ni więcej tylko zasadniczej reformy naszego stosunku do narodu, a poza tym kryje się zadanie zmiany nastawienia naszego wobec nas samych i wobec życia, uruchomienia w nas sił, które dotąd nie były wyzyskane, uzupełnienia Polaka dziś istniejącego Polakiem nowym, dotąd niewyznanym, żyjącym w nas tylko jako antynomia, jako odwrotna strona naszego medalu.

Mógłby ktoś dzisiaj mniemać, że gdy powszechnie zanegowano dawny patriotyczny wzorzec, gdy ogłoszono śmierć romantycznego kodu, odsłoniła się wreszcie przed nami ta druga, przepowiadana przez Gombrowicza strona polskości. Niesłusznie. Polak w zadęciu patriotycznym dla siebie wielki i Polak sobie samemu obrzydły nie za daleko bowiem od siebie stoją. Nie lubimy dziś Polski, nie bijemy przed nią pokłonów, nie padamy więcej przed nią na kolana, a przecież te same wciąż dławią nas kompleksy i te same fobie. Tak samo też objawia się w nas niedojrzałość jak w chlubiących się hurrapatriotyzmem rodakach z przeszłości. Różnica między tymi dwoma typami nie jest różnicą istotną, jest zaledwie różnicą akcentu. A typowe symptomy polskiej choroby, na które z pasją przed laty wskazywał Gombrowicz, wciąż dają znać o sobie z nieodmienną siłą. Wyliczmy je pokrótce.

Polski kompleks główny

Pierwszym kalectwem polskości, jak dawniej, pozostaje dziś przemożna ochota doścignięcia, dociągnięcia, doszlusowania, dołączenia do wyimaginowanych rajów, które – z definicji – nie mogą być polskie. Tej istotnej przypadłości zmienić nie zdołała po słabnącej patriotycznej fecie żadna samokrytyczna celebracja. Owa ułomność polskiej formy objawia się ze szczególną mocą w epokach świeżo odzyskanej wolności, gdy nikną nagle wszystkie zewnętrzne przeszkody, a wszelkie domniemane ojczyste wielkości odsłaniają swoją rzeczywistą mizerię.

Z niewiadomych do końca powodów Polakom trudno jest cieszyć się z odzyskiwanych niepodległości. Dziwne, jak aktualnie brzmią dziś słowa Gombrowicza ze „Wspomnień polskich” opisujące sytuację jego i jego kolegów w Drugiej Rzeczpospolitej: Prawdopodobnie najważniejszym naszym odkryciem było, iż nic nadzwyczajnego się nie dzieje i nie ma czym zbytnio się przejmować. Polska wybuchła? Urzeczywistniły się marzenia wieszczów i niewieszczów? No i co, jest Polska i koniec.

Tyle tylko że nie był (i nie jest) to wymarzony kraj szklanych domów, ale zacofana, wiecznie w rozwoju zapóźniona ojcowizna, przaśne poletko, na którego obrabianie nie starcza często ani sił, ani ochoty. Czyż nie lepiej stać na stronie i, narzekając czy przedrzeźniając, nie uczestniczyć, a bezrefleksyjnie się przyglądać? Czyż nie lepiej z (naturalną pono) dezynwolturą zabierać się do zajęć, nie wierząc, iż mogą być w sposób istotny sensowne? Gombrowicz dobrze wiedział, co kryło się za fasadą tych wstydliwych narzekań i lekceważeń. Jego diagnoza ułomności ludzi tamtego Dwudziestolecia zdaje się bezlitośnie i do nas odnosić: Jednakże – i już wtedy to wiedziałem, choć zapewne niezbyt jasno – inna jeszcze była przyczyna, że najzdolniejsi i najinteligentniejsi moi towarzysze woleli trzymać się na uboczu, wykpiwając się dowcipem, drwiną, wzruszeniem ramion od zaangażowania się w cokolwiek – a jeśli brali się do czegoś, to jakby od niechcenia i dla żartu. Tej wstydliwości swoistej winna była przeklęta wtórność naszej kultury w stosunku do innych przodujących kultur. Wówczas (jak i dzisiaj, niestety) naczelnym zadaniem naszym było dorównać… albowiem kiedy uzyskaliśmy samoistność państwową okazało się, że jesteśmy zacofani, spóźnieni i musimy doścignąć narody idące w pierwszym szeregu… Anglik lub Francuz nie zna takich kłopotów, on styka się bezpośrednio z życiem, z rzeczywistością; ale my szliśmy już z drugim szeregu, przed nami nie było surowego życia a tylko plecy tych co kroczyli przed nami. Ta Polska świeżo powstała musiała zatem zostawić innym wielkie odkrycia w filozofii, nauce, sztuce, rewolucje techniczne i inne, byliśmy skazani na rolę ucznia, którego największą zasługą mogło być co najwyżej szybkie przyswajanie sobie cudzych zdobyczy.

Polacy nie umieją wyzyskać drugorzędności w nich tkwiącej. Nie potrafią żyć własnym życiem. Kompleksy leczyć chcą zawsze biernym naśladownictwem, aspiracjami do bycia bardziej niepolskimi niż polskimi autorytetami i wielkościami. Ileż to razy nasłuchaliśmy się, że ONI („w Europie”, „na Zachodzie”) mają doskonalsze fabryki, że ONI mają rozsądniej i skuteczniej zorganizowane instytucje polityczne, że ONI mają ciekawsze i lepiej tworzone filmy – jedynym naszym zadaniem ma zatem być skracanie tego przygniatającego nas dystansu! Modernizacja jest oczywiście konieczna, ale my jesteśmy skłonni dodawać do niej jeszcze ideologię wprost wypływającą z naszego kompleksu niższości. Bo musimy pokazać, że możemy być tak samo wartościowi jak ONI, że będąc mniej doskonałymi, możemy wreszcie osiągnąć doskonałość taką jak ONI, najlepiej w takim samym jak ONI (to znaczy jak najmniej polskim) stylu…

Polak sam sobie obrzydły nie jest oczywiście od tych obsesji wolny. Chęć dorównania Zachodowi czy Europie przemienia się w nim jednak w natychmiastową chęć ucieczki z ojczyzny do obczyzn, które w jego wyobraźni są – a jakże! – ziemiami mlekiem i miodem płynącymi, bo przestał wierzyć, iż pełne dorównanie owemu mitycznemu światu będzie w ogóle za jego żywota możliwe. Myślenie w Polsce nie przestaje tedy zależeć od demona krajów bardziej rozwiniętych i szczęśliwych. Dlatego nie jest całkiem swobodne, skutkiem czego wiele mamy niedoskonałych podróbek cudzych osiągnięć, a nie zbywa nam nadto na oryginalności własnej.

A jednak i to powoli się zmienia. Łatwość podróżowania po 1989 roku, nowa emigracja zarobkowa i świadomość obecnych kłopotów Zachodu uruchomiły skutecznie destrukcję bezkrytycznej „pro-okcydentalnej” mitologii. Jej wyznawcami są co najwyżej współcześni „postępowcy” marzący o legalizacji eutanazji, aborcji na żądanie, małżeństw jednopłciowych i tym podobnych „wyznaczników Okcydentu”. Większość Polaków wie jednak już, że Zachód nie jest rajem. A mimo to Polacy Polski za jej „lichotę” (mniejsza już o to, czy do końca prawdziwą; przecie i byty najzupełniej nieprawdziwe mocno doskwierać potrafią) nienawidzić nie przestają.

Stosunek Polaka do Zachodu, pełen nietajonych fascynacji i uraz, słusznie Gombrowicza wprawiał w złość. Widział on jednak także drugą jego stronę, choć mniej się nią zajmował. Pisał w „Dzienniku”: Jak drażni niejasność naszego stosunku do Zachodu! Polak, konfrontujący się ze światem wschodnim, jest Polakiem określonym i z góry wiadomym. Polak, zwrócony twarzą na Zachód, ma mętne oblicze, pełne niejasnych gniewów, niedowierzania, tajemniczych zadrażnień.

Czy polska forma staje się bardziej pewna siebie w odniesieniu do europejskiego Wschodu? Coś w tym być musi na rzeczy, skoro tylko wśród wschodnich nacji ukazać się potrafimy jako w pełni „europejscy”, z nieodłączną mieszaniną poczucia wyższości i lekceważenia, okazywanych nieraz aż nadto ostentacyjnie… Ileż byśmy ciągle dali, by nasza zachodniość została w końcu uznana za pewnik na tym nigdy nas do końca nierozumiejącym Zachodzie! Mina nasza jednak cokolwiek niewyraźna, gdyż ciągle pokazuje się nam naszą wschodniość, odsłaniając mielizny naszych – zawsze pełnych pretensji – uzurpacji do bycia „prawdziwymi” Europejczykami. Wobec Wschodu natomiast nie chcemy czuć się za bardzo wschodni. Przyrodzona chybotliwość polskiej formy, jak to przedstawiał Gombrowicz, daje tu znać o sobie z ogromną siłą: Wschód mianowicie, zawsze oscylował pomiędzy krańcami i tu rządzi zasada: tertium non datur. Jeśli nie ujrzymy w tym straszliwej głębi, to to będzie straszliwa płytkość. Jeśli nie – straszliwa mądrość, to okropne głupstwo. Jeśli nie wzniosłość, to płaskość. Ale dołóżmy jeszcze jedno niebezpieczeństwo, już typowo polskie, wynikające z polskiej sytuacji pośredniej, dzięki której kraj nasz jest po trosze karykaturą zarówno Wschodu jak Zachodu. Wschód polski jest Wschodem umierającym w zetknięciu z Zachodem (i vice versa) wobec czego „coś tu zaczyna szwankować”. I wciąż pewnie szwankuje, niezależnie od radykalnych zmian w obrębie polskiego stylu.

Zdziwiły mnie niedawno słowa wypowiedziane przez emigrantkę z Białorusi w bardzo narodowo mieszanym towarzystwie na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium w Belgii; owa emigrantka powiedziała ni mniej ni więcej, że Polska tym wciąż jest dla wschodnioeuropejskich krajów, czym Francja była ongiś dla całej Europy – wzorcem wolnościowej postawy i zachowań (jak i pewnie, choć tego już przez grzeczność nie powiedziała, przykładem bufonady). Ba! Tylko czy wielu w Polsce umiałoby z taką opinią się zgodzić? Wśród wyznawców obrzydliwości bycia Polakiem Polska nie zasługuje na taką rolę, bo w ogóle trudno, by była jej pisana jakakolwiek ważniejsza rola w europejskiej polityce. Najlepiej byłoby przecie, skorośmy już jakimś cudem weszli do Unii, dbać o wąsko rozumiane „polskie interesy”, a „swoje ucapić”. Za walką „za naszą i waszą wolność”, jak również za własne bufonady niejednokrotnie dostawaliśmy w przeszłości – i to nieodległej – w tyłek. Wystarczy. Nie nam być – z naszymi kompleksami – kulturowym wzorcem czy skutecznym politycznym wsparciem dla kogokolwiek. Mogą nam różni Giedroycie, Mieroszewscy czy Miłosze przypominać, że wobec narodów przy naszych wschodnich granicach czuć się powinniśmy – z historycznych względów – dłużnikami. W końcu to głosy z przeszłości, na które nasza obecna wygoda potrafi doskonale być głucha.

Epigonizm i niedojrzałość

Silenie się na zachodniość i europejskość nadal pozostaje naczelną polską dyrektywą, nawet gdy Zachód i Europa przybliżyły się dzisiaj do Polski jak chyba nigdy wcześniej w historii. Nie znaczy to jednak wcale, iż ubyło nam ambasadorów Europy, którzy, choć sami jak najbardziej rodzimego chowu, wciąż zajmują eksponowane pozycje mentorów. Są to ludzie, jacy obyciem swoim i kulturą zdają się do formy polskiej słabo przystawać, ale dziwnym zrządzeniem losu wielką zwykle w tym kraju cieszą się estymą. Gombrowicza instynktownie ciągnęło do takich postaci. Jedną z nich była Zofia Nałkowska. Tak pisał o niej we „Wspomnieniach polskich”: W ogóle trzeba powiedzieć, że ta kobieta nie nadawała się ani do Warszawy, ani do Polski, jej miejscem był Paryż, a w każdym razie Zachodnia Europa. To był punkt, który mnie szczególnie interesował – bo i ja czułem się przecież raczej nieswojo w środowisku polskim i całą istotą ciążyłem ku Europie.

Gombrowicz szanował Nałkowską, ale naprawdę cenić już jej nie mógł. Słusznie uważał, że tacy ludzie jak autorka „Granicy” nie są w stanie z polską formą w ogóle się zmierzyć, bo sytuując się na zewnątrz, dalej pozostają jej niemymi zakładnikami. Pielęgnując w sobie europejskość, wzmagają rodzime skazy. Trudność zmierzenia się z polskim życiem wyciszana jest w nich przez zainteresowanie kulturami o lepiej ustawionym głosie, ale wziąć z nich są w stanie tylko zewnętrzną otoczkę, która – gdy do polskości ją przypiąć – może być jedynie pięknoduchowskim sztafażem. Gombrowicz ostro krytykował niewystarczalność takiej postawy: Ale bo ja w gruncie rzeczy nie cierpiałem takich Europejczyków, jak Nałkowska, przyswajających sobie savoir vivre Europy, a uchylających się od istotnej konfrontacji z Zachodem. Była to w moim pojęciu imitacja Europy, nie zaś rzetelna z nią styczność. (…) Była więc Nałkowska bardziej ambasadorem Europy w Polsce, niż przedstawicielem Polski w Europie, a to według mnie nie była najlepsza metoda żeby przeobrazić się w rzetelnego Europejczyka.

Bo też rzetelnym Europejczykiem można być tylko wtedy, gdy ta chybotliwa i kulawa polskość zostanie szczerze za wartość uznana w całej swojej chybotliwości i kulawości. Wtedy też dopiero Polacy mogliby pokusić się o wykazanie starej Europie jej własnych ułomności, której wyznać sama ona przed sobą nie umie. Do tego potrzebna byłaby jednak odwaga w przyznaniu się do wrodzonej polskiej niedojrzałości, lecz tutaj czyha niestety inne jeszcze niebezpieczeństwo. Gombrowicz widział je w specyficznym typie katolicyzmu, jaki się w Polsce wytworzył. Pisał o nim w „Dzienniku”, dobrze wyczuwając podstawową słabość: Katolicyzm taki, jak urobił się historycznie w Polsce, rozumiem jako przerzucenie na kogoś innego – Boga – ciężarów nad siły. Jest to zupełnie stosunek dzieci do ojca. (…) Więc dziecko może pozostać dzieckiem, ponieważ wszystka „ostateczność” przekazana jest Bogu-Ojcu i jego ziemskiej ambasadzie, Kościołowi. Polak uzyskał z ten sposób świat zielony także dlatego że w nim łąki, drzewa są kwitnące, nie zaś czarne i metafizyczne. Żyć na łonie natury, w świecie ograniczonym, pozostawiając czarny wszechświat Bogu.

Mnie, który jestem okropnie polski i okropnie przeciw Polsce zbuntowany, zawsze drażnił polski światek dziecinny, wtórny, uładzony i pobożny. Polską nieruchomość w historii temu przypisywałem. Polską impotencję w kulturze – gdyż nas Bóg prowadził za rączkę.

I chciał zrazu Gombrowicz to wieczne polskie dzieciństwo zniszczyć! Przeciwstawiał się mu, bo w nim widział źródło najgorszych naszych przypadłości: wtórność wobec kultur bardziej samodzielnych, brak dojrzałej świadomości intelektualnej, rozumową rozlazłość sprzężoną z poczciwą cnotliwością, nieśmiałość, jaka pozwala sobie wyłącznie na przyjmowanie rozwiązań cudzych. Stawka była wielka – chodziło o nadanie polskości koniecznej powagi, o uruchomienie energii zdolnej ostro wystąpić przeciw wszelkim chęciom dorównania, naśladownictwom, puszeniu się na wyrost czy udawaniu. Tylko wtedy mogłaby przecież dojść wreszcie do głosu bardziej autentyczna polska forma!

Ale może właśnie autentyczność polskości tkwi w dziecięctwie, w niedojrzałości? Gombrowicz natychmiast instynktownie wyczuł, że jego radykalizm potraktowany zbyt dosłownie musi prowadzić do sprzeczności: Rujnować dzieciństwo? W imię czego? W imię dojrzałości, której sam ani znieść, ani przyjąć nie mogę. Przecież Bóg polski (w przeciwieństwie do Boga Simone Weil) jest właśnie wspaniałym systemem utrzymania człowieka w sferze pośredniej bytu, jest tym uchyleniem się od ostateczności którego domaga się moja niedostateczność. Jak mogę chcieć żeby nie byli dziećmi, jeśli sam per fas et nefas chcę być dzieckiem?

Dzieckiem, ale takim które dotarło do wszystkich możliwości dorosłej powagi i doznało ich. (…) Bez blagi, kiedy wymawiam słowo „dzieciństwo” mam wrażenie, że wypowiadam najgłębszą treść, i jeszcze nie obudzoną, narodu, który mnie spłodził. Ale to nie dzieciństwo dziecka, tylko trudne dzieciństwo dorosłego.

Czyli polska niedojrzałość wzbogacona o dorosłość i powagę mogłaby dać szansę na takie określenie narodowej formy, w której zaistniałaby wreszcie upragniona przestrzeń indywidualnej wolności. Czy na pewno jednak? Przecież forma, jakąkolwiek by była, zawsze swobodę jednostki ogranicza!

Ponowna samotność

Gombrowicz zdawał sobie doskonale sprawę, że w wyzwoleniu Polaka ze szponów polskości nie chodzi o proste zastąpienie formy starej formą nową, choćby najbardziej wrogo do dawniejszych modeli ustawioną. Można mniemać, że dziś nie mniej byłby zniesmaczony upodobaniem, jakie wielu znajduje w podkreślaniu obrzydliwości bycia Polakiem, niż wtedy, gdy dyzgust swój kierował przeciwko narodowej tromtadracji. Najpewniej widziałby w tym swoistym obowiązku wyrzekania na polskość kolejny przykład poddawania się dyktatowi zbiorowości, który autentyczność i oryginalność jednostki zabija.

Gombrowicz, wbrew temu co wielu chciałoby o nim obecnie myśleć, swoje zadania i swoją walkę pojmował bowiem głębiej; zwalczanie skostniałego patriotycznego wzorca polskości nie było dla niego celem samym w sobie. Pisał o tym w liście do Miłosza cytowanym w „Dzienniku”: Poprzez Polskę z 1939-go „Trans-Atlantyk” celuje we wszystkie Polski teraźniejszości i przyszłości, gdyż mnie idzie o przezwyciężenie formy narodowej, jako takiej, o wypracowanie dystansu do wszelkiego „stylu polskiego”, jaki by on nie był. Dziś Polacy w Kraju też poddani są pewnemu „stylowi polskiemu”, który tam rodzi się pod presją nowego życia zbiorowego. Za sto lat, jeśli pozostaniemy narodem, wytworzą się wśród nas inne formy i późny mój wnuk będzie się buntował przeciw nim, podobnie jak dziś ja się buntuję.

Myliłby się zatem ten, kto za dystans do stylu polskiego brałby prostą zamianę formuły – Polaka chełpiącego się sobą i zakochanego w sobie na Polaka siebie nienawidzącego. Człowiek, jeśli tylko chce pozostać swobodny i autentyczny, musi wystąpić przeciw każdej formie, która każe mu wyrzekać się własnego rozumu, własnych doświadczeń, własnej żywotności, własnego rozwoju, własnej godności wreszcie. I nie jest prawdą, że godność jednostki nic wspólnego ze sprawami narodu mieć nie może czy nie powinna. Polak wywołany do tablicy, by zdać egzamin ze swojego człowieczeństwa, będzie przecie także za Polaka brany i dlatego powinien polskość tę w sobie uznać i tak z nią żyć, tak ją światu przedstawiać, by jego swoboda i autentyczność nie doznały żadnego uszczerbku. Gombrowicz nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, skoro zapisał w „Dzienniku” następujące zdania: A przecież nie co innego, jak właśnie godność narodowa nie pozwoliła mi na żadne kalkulacje – gdyż jestem człowiekiem o zaostrzonym, niewątpliwie, poczuciu godności osobistej, taki zaś człowiek, gdyby nawet nie był związany z narodem więzami zwyczajnego patriotyzmu, będzie zawsze pilnował godności narodu, chociażby z tego tylko względu, że nie może od narodu się oderwać i wobec świata jest Polakiem – stąd wszelkie poniżenie narodu poniża i jego osobiście wobec ludzi. Te zaś uczucia, niejako przymusowe i niezależne od nas, są stokroć silniejsze niż wszystkie nauczone i oklepane sentymenty.

Dodajmy: silniejsze także niż wszystkie nauczone i oklepane wyrzekania… Przezwyciężenie polskiej formy nie oznacza bowiem zamknięcia się w antynomii staroświeckiego patriotyzmu, tak ongiś Gombrowicza gniewającego. Wszystkie główne grzechy polskości skarlałej: bezkrytyczne silenie się na wielkość, snobizm cudzych osiągnięć, wtórność i brak powagi w stosunku do życia dotyczą zarówno Polaków (a przyznać trzeba, że ciągle ich nie brakuje), którzy bezkrytycznie uznają patriotyczną ortodoksję, jak i tych, co skłonni są dziś ostentacyjnie manifestować polskością obrzydzenie. Opowiedzenie się za którąkolwiek z tych opcji nie daje gwarancji, że gombrowiczowski program „przezwyciężenia Polski” znajdzie wreszcie pożądaną przez pisarza realizację.

Kto wie jednak, czy Gombrowicz, wzywający Polaków, by przez przyznanie się do własnej niedojrzałości mogli tym przyznaniem się od niej oderwać, nie zostawił nam w spadku nieprzezwyciężalnych paradoksów. Czy wolność taka, jaką sobie wyobrażał, wolność, w której indywidualne uzdolnienia, rozum, etyka, prawda ważyłyby więcej od wierności zbiorowym euforiom, w ogóle w Polsce może zaistnieć? Czy Polak zawieszony między hurrapatriotyzmem a coraz bardziej powszechną do polskości idiosynkrazją umie to swoje położenie rzeczywiście dla własnego rozwoju wyzyskać? Czy też dalej jak ognia boi się swego wnętrza i ucieka przed nim w formy, jakich wciąż mu polska zbiorowość nie przestaje narzucać? Tyle że piedestał ojczyzny zastąpiony w tym przypadku został przez celebrowanie brzydzenia się polskością.

Gombrowicz takimi oto słowy uzasadniał w „Dzienniku” swoją krytykę irytującej go ówczesnej polskiej formy: Chodziło tu ni mniej ni więcej tylko o przewekslowanie z człowieka mającego formę na człowieka (dotyczy to także narodu) wytwarzającego formę – recepta sucha, ale zmieniająca nagle i niespodziewanie cały polski sposób bycia w świecie.
O ile ciągle jeszcze uznać wypada wartość Gombrowiczowskich upomnień, gdy idzie o nakłuwanie balonów już zbyt nadętych narodowym gazem, o tyle jego recepty w kwestii tworzenia samodzielnej narodowej formy utraciły chyba, jak na razie, moc przekonywania. Zostaliśmy znów sami z naszym największym przekleństwem.

Sebastian Duda, ur. 1975, filozof, teolog, redaktor „Przeglądu Powszechnego”.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.