Przegląd Powszechny

A A A

Koniec i cień

komentarze

Wskazywanie końca to próba wybicia się na boskość, która jest tylko powtórką Upadku. Jeszcze jednym znakiem skończonego człowieczeństwa ze wszystkimi jego dziełami i aspiracjami, w tym także z religią, nauką i sztuką.

andrewmalone-001s

(fot. andrewmalone / flickr.com / CC BY)

Najpierw przyznajmy, że lubimy się ekscytować opowieściami o końcu świata. Ciekawość dotyczącego ostatecznego zniszczenia cywilizacji czy kosmosu wielokrotnie ujawniała się w dziejach ludzkości. Od biblijnego przekazu o potopie i arce Noego aż po takie produkty współczesnej kultury jak film Armageddon historii na temat końca wszystkiego powstało tysiące. Fascynują nas również cywilizacje, które uległy już zagładzie. Nie chodzi tu wyłącznie o takie potęgi jak starożytny Egipt czy Rzym.

Znany amerykański biolog ewolucyjny Jared Diamond kilka lat temu opublikował książkę Upadek, w której przedstawił przyczyny i przebieg nagłego schyłku kultur Wikingów na Grenlandii, ludu Wyspy Wielkanocnej, amerykańskich Majów i jeszcze kilku innych. Zdaniem Diamonda można wskazać kilka głównych czynników przyczyniających się do zagłady cywilizacyjnej, ale najważniejszy to bez wątpienia „złe wykorzystanie zasobów naturalnych”. Gdy pozostająca od wieków w całkowitym odosobnieniu społeczność Wyspy Wielkanocnej wytrzebiła na swym zamkniętym terytorium lasy, ludzie tam zamieszkujący pogrążyli się w kompletnej anarchii. Wybuchły gwałtowne waśnie, dokonywano aktów kanibalizmu. W krótkim czasie około 90% populacji wyginęło. Diamond dowodzi, że takie przypadki zagłady całych kultur powinny skłaniać nas do refleksji i odpowiednich prewencyjnych działań.

Koniec świata można więc odłożyć w czasie a nawet go odwołać, jeśli tylko zastosujemy się do racjonalnych pryncypiów współczesnych naukowych objawień, w których ekologia swobodnie splata się z socjologią, ekonomią, historią, medycyną, politologią czy czym tam jeszcze. Cóż, intuicje ludzkości przez wiele wieków szły raczej w innym kierunku. Bo wszelka – oparta na pozareligijnych racjonalistycznych przesłankach – prewencja końca świata aż do niedawna dość powszechnie była uważana za głupstwo.

***

Żydowska tradycja biblijna zostawiła nam w spadku przekazy o Dniu Pańskim, tj. czasie ostatecznego zwycięstwa Boga nad jego wrogami, którzy to wrogowie, do pewnego przynajmniej momentu, utożsamiani byli z historycznymi nieprzyjaciółmi Izraela. Znakami tego Dnia są w Biblii zwykle ciemność oraz trzęsienia ziemi (z czasem także i inne katastrofy naturalne, jak choćby wspaniale opisana w I rozdziale Księgi Joela plaga szarańczy). Wedle proroków w Dniu Pańskim znajdzie swoje spełnienie nadzieja pokładana w przyjściu Mesjasza. Dokona się też zbawienie wszystkich narodów.

Intuicje te rozwijane były konsekwentnie w żydowskiej literaturze apokaliptycznej oraz w Nowym Testamencie. Chrześcijanie wierzyli od początku, że zanim dokona się w Chrystusie powszechne zbawienie, nastąpi okres ucisku. W Ewangelii wg św. Marka Jezus mówi o tak mówi o czasie poprzedzającym jego ostateczne przyjście.

„Słońce się zaćmi i księżyc  nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba” (Mk 13,24b-27).

Św. Paweł w swym najstarszym znanym nam piśmie – Pierwszym Liście do Tesaloniczan – przytacza na temat przyjścia Pana kilka ciekawych szczegółów:

„Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi” (1Tes 4,16).

Czas ostateczny będzie zatem czasem zmartwychwstania. Nowy Testament nie zaspokaja jednak naszej ciekawości odnośnie tego, kiedy dokładnie owe wypadki będą miały miejsce. W Markowej Ewangelii Jezus udziela za to następującej rady:

„A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec. Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie” (Mk 13,28-33).

Koniec świata jest zatem wyłączną prerogatywą Boga. Dlatego nie ma sensu przewidywanie dokładnej daty przyjścia Pana w mesjańskiej chwale – czyli paruzji (greckie słowo parousia oznaczające „przybycie” nabrało w Nowym Testamencie technicznego znaczenia, pod którym zaczęto rozumieć przede wszystkim powtórne przyjście na ziemię Jezusa Chrystusa). Jeszcze mniej sensu mają próby zapobieżenia wydarzeniom ostatecznym. Ich czas raczej nie wynika z sekwencji dziejów ziemskich. Co innego musi być przyczyną paruzji niż logika naszej historii, nawet jeśli historia ta od pewnego momentu stała się również historią Kościoła.

Pierwsi chrześcijanie, co wiemy z Nowego Testamentu, byli bardzo niecierpliwi i podobnie jak my wypatrywali bacznie pojawienia się Dnia Pańskiego. Z Pierwszego Listu do Tesaloniczan dowiadujemy się, że wśród tych mało cierpliwych znalazł się nawet św. Paweł. Bardzo wierzył w rychłe przyjście Chrystusa. Był niemal pewien, że nastąpi to za jego życia. Jego późniejsze listy takiej pewności jednak już nie zdradzają. Kościół zyskiwał świadomość, że między pierwszym ziemskim przyjściem Jezusa, objawieniem (epifanią) Boga w człowieku a paruzją musi rozciągać się czasowy interwał, który żadną miarą nie jest Bożą zwłoką, ale przygotowaniem. W Drugim Liście św. Piotra tak oto zostało to wyjaśnione:

„Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia. Jak złodziej zaś przyjdzie dzień Pański, w którym niebo ze świstem przeminie, gwiazdy się w ogniu rozsypią, a ziemia i dzieła na niej zostaną znalezione. Skoro to wszystko w ten sposób ulegnie zagładzie, to jakimi winniście być wy w świętym postępowaniu i pobożności, gdy oczekujecie i staracie się przyspieszyć przyjście dnia Bożego, który sprawi, że niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią. Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość” (2P 3,8-13).

Paruzja będzie to zatem pełna epifania Boga, której największym zapowiednikiem stało się pierwsze przyjście Chrystusa. Nic dziwnego, że chrześcijanie przez wieki chcieli epifanię tę przyśpieszyć, powtarzając „marantha” – „przyjdź nasz Panie”.

W Dniu Pańskim dokona się „nawrócenie wszystkich”. Powstanie wtedy nie tylko „nowa ziemia”, ale i „nowe niebo”. Czy naszemu czasowi może być z nimi po drodze? Czy Dzień Pański będzie przynależał do znanego nam biegu dziejów czy też raczej do zupełnie innego porządku? W naszym cywilizacyjnym kręgu wraz z chrześcijaństwem utarło się przekonanie, że czas ma charakter linearny. Zmierza do wielkiego eschatologicznego celu. Ale czy miarą eschatologii musi aby na pewno być fizyczny czas, który ludzkość – dziś już z pomocą wspaniałych atomowych zegarów – coraz dokładniej jest w stanie odmierzać? Chrześcijanie wierzą, że Bóg stał się człowiekiem – Jezusem z Nazaretu – w dostępnym i znanym ludziom czasie. Czy ostateczna epifania także w takim właśnie czasie się dokona, skoro ludzkie dzieje nie mogą być dla niej przyczyną?

***

W dziejach chrześcijaństwa raz po raz wybuchały histerie związane z rychłym przewidywaniem końca świata. Po każdej wskazanej dacie bardziej czy mniej konsekwentnie przypominano sobie Jezusowe zdanie, że wiedzę o „owym dniu” czy „godzinie” ma tylko Ojciec w niebie. Dwieście lat temu narodziny sekularyzmu przyniosły nową optykę także w tej kwestii. Hegel, ironicznie odwracając sens ewangelicznego zdania, wzywał:

„Zabiegajcie tymczasem o ubiór i pożywienie, a królestwo Boże samo wam przypadnie”.

Różnonurtowi następcy Hegla z tęsknotą wyczekiwali więc świeckiego raju na ziemi. Snuto rozważania, tworzono teorie, wywoływano rewolucje, obalano stare i budowano nowe ustroje społeczne, które ze zmiennym szczęściem przekształcały się i trwały lub zapadały się w niebyt.

Wszystkiemu temu towarzyszyły w tym coraz bardziej sekularnym świecie (polityczna christianitas w XIX wieku była już wspomnieniem) refleksje o końcu cywilizacji chrześcijańskiej czy – odpowiednio – europejskiej bądź zachodniej. Pisał w swym Zmierzchu Zachodu (1917) Oswald Spengler o kulturowej dojrzałości i schyłku Egiptów czy Rzymów, przewidując dla Europy los podobny. Miał wielu krytyków, ale i wielu naśladowców (nawet nie tak znów dawno temu w słynnym Zderzeniu cywilizacji Huntington garściami zdawał się czerpać ze Spenglera).

Proroctwom na temat schyłku i zmierzchu towarzyszyły też dzieła nieco bardziej optymistyczne. Magiczne słowo „postęp” odmieniano w nich przez wszystkie przypadki. Szczególnie na tym polu zasłużyli się liczni naśladowcy i następcy Marksa aż upadek muru berlińskiego wystawił ich wiarę na próbę. Niektórym wydawało się, że próba ta miała charakter ostateczny. Francis Fukuyama w tekście opublikowanym w pamiętnym roku 1989 a zatytułowanym  Koniec historii? dowodził, że po krachu komunizmu w Europie wschodniej historia właściwie się zatrzymała się w swym biegu. Jej zanik będzie stawał się coraz bardziej widoczny wraz z rozprzestrzenieniem się globalizacji. Kulminacyjnym punktem pooświeceniowego postępu jest bowiem liberalna demokracja i rynkowa gospodarka – systemy najdoskonalsze, choć – jak krygująco zastrzega Fukuyama – „nieidealne”. Doskonałość przyciąga, więc do demokracji i wolnego rynku zmierzać odtąd stopniowo powinny wszystkie społeczeństwa świata. W ostatniej dekadzie ubiegłego tysiąclecia Fukuyama twórczo rozwinął swoją słynną wyjściową tezę z – jak go nazwano – „najsłynniejszego eseju świata”, perorując o „końcu człowieka”. W wizji tej znaną nam ludzkość zastąpić mają w przyszłości genetycznie zmodyfikowane osobniki. Koniec historii na naszych oczach staje się więc końcem ludzkości. Czy Fukuyama to jeszcze jeden z fałszywych proroków ostatecznego schyłku?

***

W zeszłym stuleciu nie tylko Fukuyama wskazywał na absolutne wyczerpanie znanego nam paradygmatu historii i człowieczeństwa. Może najcelniej przedstawił to Samuel Beckett w swojej Końcówce. Tytuł ten odnosi się w pierwszym rzędzie, jak podkreślają uczeni beckettolodzy, do ostatniej części szachowej partii. Chodziłoby więc w tej sztuce o przedstawienie sytuacji przed końcem. Jednak Beckett nie wierzył w absolutny eschatologiczny koniec. Najogólniejszy sens twórczości Becketta polega wręcz na przeciwstawieniu się eschatologicznej tęsknocie. Pisał o tym następująco Czesław Miłosz w Ziemi Ulro:

„Beckett, jak zresztą cała jemu współczesna literatura zachodnia, urbi et orbi ogłosił to, co jeszcze w XIX wieku znane było tylko nielicznym, a co sarkastycznie wyrażał Nietzsche, wołając do Europejczyków: <<Cóż to, zabiliście Boga i myślicie, że ujdzie wam to bezkarnie?” Teraz w skali masowej nastąpiło uświadomienie sobie nowej sytuacji metafizycznej człowieka, którą określa dużymi literami wypisane: NIE MA. Żadnego głosu przemawiającego ze wszechświata, żadnego zła i dobra, żadnego spełnienia oczekiwać i żadnego Królestwa”.

Nie przypadkiem pierwszą wypowiedzianą w Końcówce są słowa Clova:

„Skończone, skończyło się, kończy się już, to chyba się już kończy”.

Clov to bohater ulegający mocy Rozumu  – owego tyrana współczesnego scjentyzmu, który w sztuce Becketta reprezentowany jest przez postać Hamma. I nie przypadkiem tenże Hamm stwierdza w pewnym momencie z sarkazmem, że Bóg nie istnieje. Clov daje mu zaskakującą odpowiedź: „Jeszcze nie”. Cóż to może znaczyć?

W ostatniej scenie Końcówki Clov wkłada płaszcz i kapelusz. Zamierza odejść. Nie wiadomo jednak dokąd pójdzie ani czy na pewno to zrobi. Wedle Becketta nic bowiem nie kończy się definitywnie, tylko przemienia się w coś innego. Dyktat tzw. światopoglądu naukowego nie musi trwać wiecznie (a w obrębie tego światopoglądu, co warto pamiętać, mieszczą się przecie zarówno opowieści Diamonda o ekologicznej zagładzie czy tezy Fukuyamy o zmierzchu człowieka). Można jednak też trwać w obliczu końca, dalej poddając się rozumowym czy scjentystycznym tyraniom.

Hamm w swej ostatniej scenie w Końcówce mówi:

„Jeśli gra się to tak, grajmy to tak, i nie mówmy już o tym”.

Zarzuca sobie na twarz „starą chustę” i nieruchomieje. Nie znaczy to, że umiera. On tylko zawiesza „końcówkę partii”, której nie można czy też dalej nie warto już rozgrywać. Zawsze figury mogą zostać na nowo rozstawione na szachownicy, by nowa partia mogła zostać rozegrana. Aż do kolejnej końcówki. Wymyślanych wciąż na nowo scenariuszy końca może być wiele. Gra polega na tym, by je bez przerwy przywoływać. Największym lękiem tych, którzy mają świadomość dochodzenia do kresu, jest to, że kres może istotnie nastąpić i to być może znienacka. Ci, którzy mają świadomość zbliżania się końca, wierzą, że Boga jeszcze nie ma. Ale co wtedy, gdy koniec naprawdę nastąpi a On przyjdzie „jak złodziej” do krainy nieustannego wyczekiwania na koniec?

***

Walter Benjamin był w posiadaniu pewnej akwareli Paula Klee, której malarz nadał tytuł Angelus Novus (dziś dzieło to można oglądać w Muzeum Izraela w Jerozolimie). Benjamin uważał, że na obrazie przedstawiono anioła, który:

„wygląda tak, jak gdyby zamierzał się oddalić od czegoś, w czym zatopił spojrzenie. Ma szeroko rozwarte oczy, otwarte usta, rozpostarte skrzydła. Tak zapewne wygląda Anioł Historii. Oblicze zwrócił ku przeszłości. Tam, gdzie przed nami pojawia się łańcuch zdarzeń, on widzi jedną wieczną katastrofę, która nieprzerwanie mnoży piętrzące się ruiny i ciska mu je pod stopy. Chciałby się pewnie zatrzymać, zbudzić pomarłych i poskładać szczątki zaścielające pobojowisko. Lecz od raju wieje wicher, zaplątał mu się w skrzydłach, a tak jest potężny, że anioł nie potrafi ich złożyć. Wicher ten niepowstrzymanie gna go w przyszłość, do której zwrócony jest plecami, podczas gdy przed nim aż pod niebo wyrasta zwalisko ruin. To, co nazywamy postępem to właśnie ten wicher”.

Anioł Historii, którego ujrzał Benjamin, zapatrzony jest w raj, w którym wydarzył się Upadek. Ci, którzy wierzą w postęp, szaleńczo próbują się od Upadku odwracać. Anioł Historii tego nie chce albo nie potrafi. Wyczekujący na koniec, sparaliżowani strachem przed końcem pogrążają się zawsze w kontemplacji Upadku, który nie tylko miał miejsce w przeszłości, ale wciąż w pewien sposób dokonuje się tu i teraz. Przyglądanie się nieuchronności zepsucia nie jest jednak antidotum na ślepy pęd postępu, któremu po Oświeceniu tak często poddawali się wierzący w sekularne eschatologie. W projekcjach „nowej ziemi” raz po raz ujawniało się bowiem przeświadczenie, że Upadek mógł co dopiero nastąpić. Ci, co myślą, że zostali wrzuceni w sytuację przed końcem, przekonują się nagle, że kres mógł już mieć miejsce. I to jednak nie może w nich zniszczyć wiary w koniec, mimo że okazuje się on nieostateczny.

Nie bez powodu Nietzsche i Beckett uznawali za nadrzędny porządek kolistości czasu i ideę wielkiego powrotu. Taki porządek nie przewiduje absolutnej śmierci (choć śmierć względna – zarówno w odniesieniu do jednostek jak i gatunków – jest oczywiście faktem). W kontemplacji nienadchodzącego końcu, w jego nieustannym przewidywaniu odsłania się niezgoda na śmierć i poczucie (złudnej?) nieśmiertelności. Gdy kilka lat temu Krystian Lupa wyreżyserował w Madrycie Końcówkę Becketta, paradoks ten dotarł do niego z całą siłą:

Człowiek jest nieśmiertelny i śmiertelny zarazem. Można powiedzieć, że nasza niezgoda na śmierć i niemożność podjęcia z nią jakiejkolwiek bliższej znajomości powoduje to nasze dziwaczne poczucie tymczasowej nieśmiertelności. Nie polega ono na tym, że trwamy wiecznie, ale na tym, że dopóki trwamy, nie jesteśmy w stanie śmierci zaakceptować. Nie umiemy włączyć jej w krąg swojego kosmosu i przez to mamy dziwne, niepokojące poczucie tej nieśmiertelności – zamkniętej, krążącej w jakimś zamkniętym ścianami lęku pomieszczeniu. Dotyczy to również Końcówki Becketta.

Wychodzi na to, że ci, którzy żyją z wiedzą o „owym dniu i godzinie”, czują i tworzą nieśmiertelność. A przecież wiedza ta, o czym już była mowa, to wyłączna prerogatywa samego Boga. Współcześni prorocy końca dobrze o tym wiedzą, ale przecież według nich Boga albo już nie ma albo jeszcze nie ma.

***

Z Ewangelii wiemy, że królestwo Boże już jest pośród nas, ale jeszcze nie nadeszło. Czy warto słuchać współczesnych proroków końca?

Słynny brytyjski astrofizyk Stephen Hawking uważa, że ludzkość w wieku XX weszła w okres gwałtownej przemiany. Przemiana ta może potrwać nawet i tysiąc lat. Z perspektywy dziejów gatunku to bardzo niewiele. Z perspektywy jednostek jest to jednak okres bardzo długi. W każdym razie będzie to okres wyjątkowo dla ludzkości niestabilny i nerwowy, aż do końca (sic!) obumrze stare „ja” w człowieku a narodzi się nowe. Hawkingowi z pewnością nie chodzi tu o przemianę w sensie religijnym. Czy przewiduje, że wszyscy staniemy się bezdusznymi scjentystami, dla których po wiekach zmagań nieśmiertelność przestanie być utopijną tęsknotą a stanie się jedną z możliwości wyboru? W takim razie drugą z możliwości musiałaby śmierć – pojmowana już nie jako konieczność i dopust, lecz najprawdziwszy akt wolnej woli. Wśród współczesnych luminarzy medycyny i nauk o nieśmiertelności ciągle jeszcze nie mówi się chyba zbyt często. Jednak gdy się dobrze wsłuchać, można usłyszeć chyba stare słowa węża wypowiedziane w ogrodzie Eden: „Będziecie jako bogowie.”

Prorocy końca świata zdają się ogłaszać kres jako śmierć obecnego człowieka. Po tym śmiertelnym ma przyjść nieśmiertelny. Ale pełna epifania, powtórne przyjście Chrystusa nie będą do tego potrzebne.

***

Czy św. Jan miał zatem rację, gdy pisząc o czasach ostatecznych, przepowiadał pojawienie się Antychrysta – proroka fałszywie pojętej nieśmiertelności?

Wskazywanie końca to próba wybicia się na boskość, która jest tylko powtórką Upadku. Jeszcze jednym znakiem skończonego człowieczeństwa ze wszystkimi jego dziełami i aspiracjami, w tym także z religią, nauką i sztuką. Boga objawiającego się na końcu człowiek nie może wywołać do przyjścia. Bóg przyjdzie jak złodziej niezależnie od ustaleń (choćby uczciwych, subtelnych czy pracowitych) Diamondów i Fukuyamów. Żyjemy więc nie tylko w obliczu końca. Żyjemy w boskim cieniu.

W zeszłym stuleciu nikt chyba lepiej tego nie wyraził niż Thomas Stearns Eliott w zakończeniu Wydrążonych ludzi:

„Pomiędzy ideę

I rzeczywistość

Pomiędzy zamiar

I dokonanie

Pada Cień

Albowiem Tuum est Regnum

Pomiędzy koncepcję

I kreację

Pomiędzy wzruszenie

I odczucie

Pada Cień

A życie jest bardzo długie

Pomiędzy pożądanie

I miłosny spazm

Pomiędzy potencjalność

I egzystencję

Pomiędzy esencję

I owoc jej

Pada Cień.

Albowiem Tuum  est  Regnum

Albowiem Tuum est

Życie jest

Albowiem Tuum est

 

I tak się właśnie kończy świat

I tak się właśnie kończy świat

I tak się właśnie kończy świat

Nie hukiem ale skomleniem.

(przeł. Czesław Miłosz)

 

Sebastian Duda – filozof, teolog, publicysta, redaktor Przeglądu Powszechnego.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.