Przegląd Powszechny

A A A

Zanussi: Strategie życia

komentarze

W czasach pokoju i powszechnej konsumpcji ludzie próbują pytanie o Boga wypchnąć ze świadomości, a zaraz potem kompensują sobie brak metafizycznej perspektywy książeczkami o niesamowitościach, o duchach, o wampirach i zaczynają chodzić na horrory. Z prof. Krzysztofem Zanussim rozmawia Krzysztof Ołdakowski SJ

Steve Snodgrass-0011

 (fot. Steve Snodgrass / flickr.com / CC BY)

Jak pan przyjął decyzję komisji eksperckiej Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej o nieprzyznaniu dotacji dla pańskiego projektu „Ciało obce”?

Pomyślałem o moim wielkim mistrzu samuraju Akirze Kurosawie, który w podobnych okolicznościach targnął się na swoje życie. Ja tego rzecz jasna nie zrobię, ale zrozumiałem, że coś się w moim życiu skończyło. Przez czterdzieści pięć lat budowałem swoją pozycję i wydaje mi się, że w żadnym filmie nie zawiodłem. Jeśli nagle ktoś mi wyciąga dywan spod nóg, to po prostu przewracam się na nos i nie wiem, co robić. Złożyć dymisję, wyjechać za granicę, tam, gdzie jestem jeszcze doceniany?

Cały ten incydent jest dla mnie jak próba sił. Idzie nowe – jakby nowa formacja kulturowa i polityczna. Zabiega o monopol. Często głosi hasło tolerancji, ale tylko dla siebie. Poglądy jawnie przeciwne, które można z mego scenariusza wyczytać, są przyczyną powiedzenia filmowi „nie, bo nie”. I tak się stało. Decyzja nie była umotywowana niczym. Panie decydujące o moim projekcie nie potrudziły się, żeby wypełnić arkusz ocen. Czegoś takiego nigdy nie przeżyłem. Ta decyzja została w końcu zmieniona, ale…

Scenariusze cenzurowano w PRL…

Tak, ale było to przedmiotem negocjacji i powoływano się na jakieś wartości, fałszywe czy prawdziwe. Istniała możliwość odwołania. Teraz natomiast mamy ukrytą dyktaturę. I jest to oczywiście dyktatura jednoosobowej dyrekcji PISF. Wszystkie procedury są ustanowione w taki sposób, by rządzić mogła jedna osoba. I to w gruncie rzeczy nie jest źle. Ja bym się przeciwko temu nie buntował, jeżeli te jednoosobowe decyzje byłyby decyzjami światłymi. W sztuce rządy kolektywne nie dają dobrych rezultatów. Natomiast konstrukcja procedur w PISF jest taka, że opinie o filmach wydają osoby kompletnie zależne od Instytutu. Agnieszkę Holland stać na to, żeby mimo zależności od Instytutu, powiedzieć w mojej sprawie pozytywne zdanie, pozostałych po prostu na to nie stać. Nie spodziewam się po pani Szumowskiej, która ma za sobą zaledwie trzy filmy, że będzie mogła mówić innym głosem niż jej mocodawczyni. Przykro mi, że pan Jakimowski postąpił podobnie, ale on w ogóle pierwszy raz ocenia cudze utwory i myślę, że czuł się bardzo odważny, że może komuś starszemu powiedzieć w twarz „nie”, bo jemu się nie podoba mój scenariusz.

Kiedy artysta z pewnym doświadczeniem i kredytem zaufania proponuje coś, co może wszystkich dziwić, to niech dziwi. Przecież właśnie po to jest artysta. Nastąpił natomiast proces uśredniania, to znaczy przepuszczono parę projektów, o których wiadomo, że są konwencjonalne, i mój się wśród nich nie znalazł. Byłem zdruzgotany. Zastanawiam się, co zrobić dalej ze swoim życiem, bo trudno, żebym dalej funkcjonował jako reżyser impotent, któremu nie pozwalają kręcić filmów. Nie jest przyjemnie wykładać, odbierać odznaczenia, dyplomy, honory, a być pozbawionym najważniejszej prerogatywy, to znaczy prawa do wypowiedzi publicznej w sztuce. Przede mną zdarzyło się to Jerzemu Stuhrowi, który na pole reżyserii wyszedł w latach dziewięćdziesiątych i stworzył cykl filmów w stylu rozwiniętym przez Krzysztofa Kieślowskiego. Jemu także w sposób bezwzględny odmówiono wsparcia projektu, a choroba nie pozwoliła mu o ten projekt walczyć. Ja bym się nie pytał, co chce robić Stuhr. Jak chce coś robić, to niech robi, bo jak dotąd wszystko, co zrobił, było interesujące i oryginalne. Ludzie, którzy często na sztandarach piszą „różnorodność”, walczą z tą różnorodnością bardzo konsekwentnie.

Czy to pokazuje, że dzisiaj jest miejsce tylko dla sztuki, która schlebia gustom szerokiej publiczności? Czy już nie wolno niepokoić, prowokować? I zleży to od arbitralnej decyzji grupy osób?

Chodzi o nieprowokowanie i niepodważanie poglądów przyjętych przez pewną grupę osób wpływowych w kulturze. Ponieważ wojujący feminizm uważany jest za pozytywny, to nie sposób powiedzieć o nim nic negatywnego. O innych formach rozsądnego feminizmu będę się zawsze wyrażał z najwyższą uwagą i uznaniem. Postulat równych praw i płacy jest bezwzględnie słuszny. Tak dla żartu wymyśliłem retoryczną figurę, mówię, że feminizm jest jak cholesterol – dzieli się na dobry i zły. Zły jest feminizm, który stwarza model kobiety karierowej, pozbawionej uczuć, singielki, która we wszystkich dyscyplinach związanych z sukcesem i władzą jest bardziej bezwzględna od mężczyzny.

I próbuje się za wszelką cenę wyzwolić.

Właśnie w ten sposób wyzwala się od charakterystycznych cech kobiecości. W wielkich korporacjach w Polsce pojawił się typ kobiety harpii. W świecie proces ten trwał dłużej i tradycyjne wzory kulturowe wyhamowały go. Znam wiele wybitnych kobiet interesu we Francji, we Włoszech, które stoją na czele dużych korporacji. To są osoby, które nie straciły swojej kobiecości, nie miały tego zamiaru. Często potrafią łączyć karierę z dość harmonijnym życiem rodzinnym. Model kobiety biznesu nie jest tak skrajny, jak to zdarza się u nas. U nas wszystko, co przyszło spóźnione i z Zachodu, jest powielane w powierzchowny sposób. W scenariuszu przedstawiam postacie polskich singielek, które próbują być straszniejsze od mężczyzn w bezwzględności, egoizmie, brutalności, karierowiczostwie, chamstwie i tak dalej. O tym coś chcę powiedzieć. Nie jest to żadne uogólnienie. Nie myślę, że tylko takie są polskie kobiety biznesu. Mój film pokazuje klęskę jednej kobiety, a także klęskę jej ofiary, która też się pod koniec opowieści załamuje. Oboje bohaterowie jakoś siebie potrzebują. Bo nie ma życia bez ideałów, bez nadziei. Jak one zginą, to życie zamiera. Mój film nie jest wykładem doktrynalnym. Nigdy nie robiłem filmów publicystycznych, doraźnych czy interwencyjnych.

 Nie jest to film, który ma z założenia przyłożyć skrajnym feministkom?

Nie zajmowałbym się tak podrzędnym zadaniem.

Czy to nie pokazuje pewnej ogólnej tendencji? Czy zwolennicy „postępu” eliminują wszystkie inne wrażliwości?

W historii kultury zawsze były takie procesy, że jedna moda wypierała drugą. Jednak jesteśmy obecnie na tyle świadomi, że potrafimy się przed tym bronić. Przy okazji tego projektu poczułem, że jestem samotny. Każda światła władza broni wielobarwności kultury i przeciwstawia się zawłaszczaniu przez jedną klikę całej dyscypliny. Takiej obrony potrzebują artyści, którzy są w mniejszości wobec obowiązującej mody. Takie właśnie słowa pociechy usłyszałem od ministra Zdrojewskiego.

Problem nie dotyczy tylko filmu. Uważam, że w Polsce nastąpiło zawłaszczenie teatru. Sam uprawiam teatr wyłącznie za granicą, więc nie muszę się skarżyć z powodów osobistych, bo nie mam w tej chwili zamiaru niczego więcej wystawiać na scenie w Polsce. Ale widzę, że w Polsce ostatnio doszło do zmowy krytyków i dyrektorów teatrów. Ukształtowała się taka sytuacja, że jeden nurt jest faworyzowany, a wszystkie inne spychane są na margines. Na moje oko są u nas zupełnie inne wybitne jednostki w teatrze, o których się prawie nie pisze i nie słyszy, bo są poza Warszawą. A jeśli nawet są w Warszawie, to też pozostają niedoceniane. Natomiast kilka innych kręgów jest przecenionych. Taki proces zawsze się kończy obalaniem pomników. Przyspieszony rytm życia publicznego wymaga szybkiego przemiału, tego aby co chwilę powstawali i ginęli nowi celebryci. To jest dla kultury wyniszczający proces. Kultura po prostu jałowieje.

Pewną odpowiedzią na tę tendencję jest pańska inicjatywa „Karuzela kultury”. Przeczytałem tegoroczny program, jest imponujący.

Jest to przede wszystkim robione za bardzo małe pieniądze, z ogromnym poparciem publiczności pozawarszawskiej. Świnoujście latem to jest polska ściana zachodnia – od Bielska-Białej po Szczecin. Rzesze inteligencji są ogromne i bardzo spragnione rozmowy, mają swoje wymagania, które bardzo szanuję. Zapraszamy tam ogromną liczbę adwersarzy. Oni są w większości. My, organizatorzy jesteśmy mniejszością. Chcemy, żeby tak było. Bardzo pilnuję, by „Karuzela”, nie miała charakteru „wyznaniowego”.

Ale to nie jest nic wstydliwego ani gorszącego, jeśli powiemy, że nie budujemy getta.

Bohaterami „Karuzeli kultury” są często ludzie cisi, a nie znani z okładek popularnych magazynów. Na przykład Piotr Wojciechowski, który mówi zupełnie inaczej niż wszyscy i skłania do poważnego zastanowienia. To jest jeden z największych niezagospodarowanych umysłów, które Kościół ma do dyspozycji i chyba o tym nie wie. Jest jeszcze może dziesięć takich postaci, które mógłbym wskazać. Między innymi Jerzy Surdykowski czy Jerzy Sosnowski. Ale to wszystko. Nie ma środków, narzędzia, które by mogło takie autorytety upowszechnić. Jerzy Surdykowski był na „Karuzeli” rewelacyjny. To jest człowiek, który umie mówić o chrześcijaństwie inaczej niż wszyscy, ortodoksyjnie i z wielkim poszanowaniem innych. Na tej „Karuzeli kultury” jest pani Henryka Krzywonos, która przerywa wszystkim, kiedy czegoś nie rozumie, i zawsze otrzymuje brawa od publiczności, kiedy mówi: „Panie, to już mnie przerasta, proszę powiedzieć po ludzku, co pan ma na myśli”.

Mówi się na przykład o wzrastających wskaźnikach gospodarczych, o ogólnym rozwoju, a to zupełnie nie jest odczuwalne przez zwykłego człowieka.

Nie, bo nikt nie wie, o co chodzi. Albo weźmy pytanie, na które się nie szuka odpowiedzi: Czy zwykły człowiek ma być ciągle coraz bogatszy? A dlaczego?

Bo tak kiedyś powiedziała Margaret Thatcher.

Tak, ale czy miała rację? Zastanówmy się nad tym. Czy człowiek umie zagospodarować swoje bogactwo?

Nie oszukujmy się, mamy dzisiaj do czynienia z kultem bogactwa.

Mamy, ale trzeba wiedzieć, czy to jest dla ludzkości zdrowe i czy konsumpcja jest dobrem absolutnym, czy jednak nie jest lepiej, kiedy się czegoś wyrzekamy? W Chinach ogromne masy ludzkie walczą o przeżycie biologiczne. Tam nie można stawiać tego pytania. Oni po prostu walczą z głodem. Natomiast czy konieczne jest, żeby wszyscy posiadali jachty? W Szwecji podobno konieczne.

Chciwość stała się dzisiaj swego rodzaju bożkiem.

Ona była zawsze obecna w historii. Jednak zamożność szła w parze z pewnymi wymogami kulturalnymi.

Puszczono kaganiec chciwości i mamy kryzys.

Kryzys to jest naturalne zjawisko w kapitalizmie, podobno powinien był nastąpić dużo wcześniej. Jest wśród ekonomistów ciekawa debata. Mówią oni, że istnieje analogia między odmową normalnego starzenia się i wstrzykiwaniem sobie botoksu w imię złudzenia, że czas się nas nie ima, a ratowaniem się przed kryzysem – przez odwlekanie go. Im bardziej był odwlekany, tym jest głębszy. A powinien był nastąpić osiem-dziesięć lat temu. Kryzys jest tym pokerowym „sprawdzam”, kiedy okazuje się, co kto ma naprawdę, a co jest złudzeniem. Tak mi tłumaczą też ekonomiści. I debatują o botoksie na giełdzie.

Czy to, co pan proponuje, czyli zejście na plażę z ważnym przesłaniem, zadawanie istotnych pytań, jest dzisiejszym sposobem na poruszenie człowieka?

Osoby zapracowane czują się odmóżdżone i widać wyraźnie, że chciałyby w wakacje doładować baterie. Skracają pobyt na plaży i od trzeciej po południu siedzą w naszych namiotach, bo chcą posłuchać o ważnych sprawach. Nie wychodzi z nimi do nich ani telewizja, ani tygodniki, których poziom też jest w tej chwili bardzo obciągnięty ku dołowi. A jak ktoś troszeczkę chce utrzymać wyższy poziom, to inni go opluwają, że jest nudny. Czytam byłego redaktora Wprost i kiedy mówi o tygodniku Polityka, że jest nudny, bo nie obciągnął jeszcze dosyć poziomu ku dołowi. W Karuzeli kultury takiej intencji nigdy nie było. Przeciwnie, bardzo staramy się podkreślać, że kultura bywa wysoka i niska, tę niską przez uprzejmość nazywamy „popularną”, ale nie należy jej się zbytnio kłaniać. To, że za nią stoją pieniądze, to nie znaczy, że za nią stoją jakieś szczególne wartości, niemniej serwuje kulturę popularną obok Vivaldiego i Haendla w wykonaniu Filharmonii z Poznania. Kultura wysoka ciągle obumiera, popada w sklerozę, więc też nie trzeba jej dowierzać do końca. Na Karuzeli kultury one się zderzają i patrzymy, co z tego zderzenia wyniknie. Taki był sens tej fundacji przez lata, kiedy ona funkcjonowała, pod patronatem p. Władysława Bartoszewskiego, który był i jest do tej pory naszym honorowym prezesem. Taka była pierwotna intencja. Nie chodzi nam o to, żeby zejść do ludu z czymś bardzo prostackim. Podejmowaliśmy próbę nawiązania rozmowy, w której będą się przecinały różne środowiska, różne doświadczenia, w której będzie się prześwietlać celebrytów i patrzeć, co oni mają naprawdę do powiedzenia. To celebryci przyciągają tłumy. My stawiamy przed nimi pytania. Niektórzy wychodzą z tego świetnie, a niektórzy żałośnie, i tych więcej staramy się nie zapraszać. Także to jest taki tygiel, który nie ma na celu tego, żeby wszystko zmieszać, tylko to jest tygiel, w którym próbujemy sprawdzić, co się ostanie, czyja myśl przetrwa. Zaprosiliśmy na pierwsze wydanie Karuzeli trzech byłych ministrów kultury, z trzech krajów ościennych. Pytaliśmy  Rosjanina, Niemki i Włocha po co kultura polityce i po co polityka kulturze. To naprawdę był ciekawy panel. Potem radio go przejęło i puszczało nawet parę razy. Bo to był bogaty panel, w bardzo ciekawej sprawie. I to nie było żadne zejście do najniższego wspólnego mianownika.

Ale też konfesjonały widziałem na plaży?

One nie są na plaży, one są w namiocie. Wiadomości o konfesjonałach może są mylące. Z konfesjonałem wiążemy nie spowiedź, ale anonimowość. Chcemy, żeby ludzie mogli znanemu człowiekowi opowiedzieć anonimowo, nie zdradzając, kim są, o najważniejszych zdarzeniach życia. I opowiadają o tym żywo, ciekawie, i nawet ze szczegółami. Istnieje duże ryzyko, że pojawi się dużo osób szalonych lub sfrustrowanych, i że oni zdominują te rozmowy. Tymczasem to nieprawda. Ludzie młodzi, i starzy przynoszą niezwykle ciekawe historie, których nie mieli komu opowiedzieć. I dlatego to jest ciekawe. I słucha tego raz p. Żakowski, raz p. Stuhr, pani Wałęsowa czasem ktoś z cele brytów. Ludzie sami wybierają, komu chcą coś opowiedzieć.

A które ze zjawisk Karuzeli kultury są według Pana szczególnie cenione przez odbiorców?

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć. Ludzie chcą oczywiście rozrywki, ale przy okazji staramy się obsłużyć również publiczność bardziej wymagającą, i zawsze, mimo lata, jest coś z muzyki i z teatru z wyższej półki, coś stosownego na lato. Bo latem nie czas, żeby grać Requiem. Obok sztuki jest dużo czynności typu fizycznego, są różne sporty i zabawy dla dzieci oraz namiot nauki.

Byłem ostatnio na Targach Wydawców Katolickich i tak chodziłem obserwowałem, jaka książka dzisiaj idzie na tzw. rynku katolickim. Zauważyłem, że przede wszystkim książki o szatanie, demony, opętania i egzorcyzmy, a druga tematyka to cuda, czyli nadzwyczajności. Czy trochę nam się ta świadomość religijna nie stabloidyzowała?

Oczywiście. Religijność ludowa zawsze miała swoje kiczowate oblicze, kiedy jeszcze nie było tabloidów. Ale dawniej kich był cichy, pokorny. A w tej chwili stoją za nim tłumy i pieniądze.

Więcej książek o szatanie niż o Panu Jezusie.

Podejrzewam, że to jest wyraz lęków, którymi ludzie są podszyci, niepewności i potrzeby transcendencji. Czujemy, że religia w ogromnym stopniu się uspołeczniła i upolityczniła, a oddaliła się od metafizyki. Ten zarzut akurat bije w was, jezuitów, bo wyście trochę poszli w tę stronę. Od 1968 roku religia dla wielu chrześcijan stała się ideologią sprawiedliwości społecznej, a przecież w Ewangelii naprawdę nie o tym głównie jest mowa. I dlatego czuje się dzisiaj niedosyt metafizyki. Ludzie kupują ją z drugiej ręki, tandetniejszą. Coś takiego, co daje im poczucie tajemnicy, która ich przerasta.

Powiedział Pan o sprawiedliwości, ale intencja u początków była szlachetna, żeby wiara, jeśli autentyczna przemieniała struktury.

Oczywiście, to tylko kwestia harmonii. Przeżyliśmy i przeżywamy w wielu miejscach świata walkę zbrojną w obronie elementarnych wartości. Chrystus wspomina, że także przynosi miecz, ale uroda ewangelicznego przesłania leży w tym, że nie daje się nigdy zamknąć go w jednym wymiarze.

Mówił Pan o pewnej presji kulturowej. Czy dzisiaj jednak nie odczuwamy pewnego nacisku współczesnej kultury, mówiliśmy o pewnych jej elementach, bogactwo, wszystko zaraz, natychmiast, od razu – czy to nie wpływa jednak na utratę wiary wśród katolików w Kościele, że nasze ideały mogą rzeczywiście się sprawdzić i być drogą do szczęścia?

Myślę, że największym impulsem dla takiej sekularyzacji jest złudne poczucie bezpieczeństwa i iluzja zrozumiałości świata. Bo jak świat jest zrozumiały, jest takim cyklem związków przyczynowo-skutkowych, to rzeczywiście można się tym Bogiem nie przejmować. Natomiast ilekroć stajemy na rozdrożu, ilekroć nie wiemy, w kogo bomba uderzy czy gdzie wybuchnie, to natychmiast pytamy: a kto to w takim razie już wie albo kto zdecydował o tym, co się ze mną stanie? To pytanie w czasach pokoju i powszechnej konsumpcji ludzie próbują wypchnąć ze świadomości i zaraz potem kompensują sobie brak metafizycznej perspektywy książeczkami o niesamowitości, o duchach, o wampirach i zaczynają chodzić na horrory, które są przecież same w sobie czymś dziwacznym. Dlaczego człowiek sam sobie sprawia przykrość? Dlaczego lubimy się bać? Pamiętam, że w latach powojennych: strach, gwałt czy przemoc to były w sztuce rzeczy kompletnie niesprzedażne. Pilnowano się, żeby na afiszach filmowych przypadkiem nie było pistoletu, bo ludzie nie pójdą. Po wojnie nikt tego nie chciał oglądać. Był taki odrzut na krew, na cierpienie, a dzisiaj tylko tym można ludzi przyciągnąć. Wtedy przyciągało się często fałszywą urodą, pokazywało się piękne kobiety, wzniosłe uczucia, że wspaniałe przeżycia. Dzisiaj z kolei modnie jest powiedzieć, że najpiękniejsze przeżycie naprawdę podszyte jest świństwem, które z człowieka wypływa. Trwa demaskowanie człowieka do dna i twierdzenie, że nikt nie jest lepszy, że wszyscy są podli, tylko nie wszyscy się przyznali. W tym jest pewna tendencja światopoglądowa. W czasach powszechnej zamożności trafia ona na dobrą glebę.

Bo wtedy człowiek jest spokojniejszy. Ma takie poczucie, że inni właśnie nie są wcale lepsi od niego.

Jeżeli mam gwarancję, że nikt nie jest lepszy ode mnie. To już się nie muszę się o nic starać.

Chciałem spytać o refleksję płynącą z ducha chrześcijańskiego na przemiany cywilizacyjne. Przestajemy je ogarniać głębszą refleksją. Jak je przeżywać w duchu chrześcijańskim? Tu chyba brakuje rozsądnej podpowiedzi Kościoła?

Ona gdzieś rodzi się w świecie. Znam myślicieli, znam hierarchów, którzy są w tej materii bardzo zaangażowani. W Polsce bardzo mało o tym słyszę. Nie słyszę ze strony Kościoła pochwały dla wspaniałych przemian, które u nas nastąpiły, dla naszego wolnego społeczeństwa, które jest w miarę samorządne i zdobyło się na wielki skok edukacyjny. Równocześnie chciałbym usłyszeć, co w tej egzaltacji postępem i nowoczesnością jest po prostu niemądre czy wręcz głupie. Kościół, który zawsze stoi na straży spraw wiecznych, mógłby o tym dziś bardzo skutecznie przypomnieć.

Tak, bo jest i ogromny postęp technologiczny, postęp naukowy, mówiliśmy komercjalizacja…

To trudno powiedzieć. Ja w komercjalizację akurat o tyle nie wierzę, że jak świat światem mamona zawsze była dla ludzi ogromnie potężnym bożkiem, także tu… Sądzę, że paradoksalnie mamona mniej znaczy. Mniej ludzi zabija się dla pieniędzy. Dawniej zabijali się na ulicy. A dziś  w rozwiniętym świecie wszyscy mają już tyle, że rzadko chce im się zabijać. Można rozważać bardziej szczegółowo, co z postępem zmieniło się na lepsze i co na gorsze, ale ciągle pozostaje otwarte pytanie o sens życia, o to, w jakim porządku ustawić swoje wybory, co wybierać naprzód, a co później. Jako artysta na moich wykładach zajmuję się tym w amatorski sposób. Jeżdżę bardzo dużo po świecie i w Polsce. Wykładam taką dyscyplinę, którą sam trochę wymyśliłem, dla żartu nazywam to „Strategie życia”. I opowiadam o tym, jak w rozmaity sposób można życie rozegrać. Ilustruję to przykładami z filmów. Miałem taki wykład przez kilka lat co roku na Politechnice na piątym roku mechatroniki, wykładam to w Collegium Civitas, wykładałem to gdzieś w Gliwicach – mówię o polskich uczelniach. Poza Polską miałem te wykłady w Europie Zachodniej, w Rosji, a przede wszystkim w Ameryce. Tam to się zaczęło, tam się nauczyłem jak mówić o tych sprawach do młodych. Widzę, że na to jest pewien popyt, ludzie chcą, żeby się ktoś razem z nimi zastanowił, żeby im dał pewien katalog rozwiązań, jak można życie rozegrać tak albo też inaczej i co z tego w perspektywie czasu wynika. Bo o tej perspektywie czasu jako stary człowiek mogę mówić z pewną kompetencją Na moich oczach ileś pokoleń ludzkich przeszło. I widzę, że właśnie młodzi są chętni do słuchania.

A strategia życia, jaką proponuje dominujący nurt współczesnej kultury?

W tej strategii są czasem pomysły doskonałe, a czasami pomysły fatalne. I dlatego potrzebny jest krytycyzm, który mówi, że wszystko trzeba sprawdzić, niczemu za mocno nie ufać. Młodzi ludzie pragną akceptacji swojego najbliższego środowiska, często grupy rówieśniczej czy subkulturowej. A stąd niech pragną akceptacji przez autorytety. Otóż jak się te autorytety zniszczy, to ludzie tracą motywację do tego, żeby się wspinać wysoko, bo wystarcza im akceptacja grupy rówieśniczej. Ta akceptacja jest zazwyczaj bardzo uśredniająca. Natomiast z drugiej strony autorytety przyjmowane ślepo wiodą na manowce i dlatego bywają dzisiaj aż przesadnie ostrożni.

 

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.