Przegląd Powszechny

A A A

Tracona szansa czy zapowiedź wiosny? Przygotowanie do małżeństwa w Kościele

komentarze

Nie żyjemy już w państwie totalitarnym i dziś nikt nie zakazuje ewangelizacji. Czy będziemy potrafili przestrzec młodych przez życiowymi błędami i dać im nadzieję, że wielka miłość jest możliwa?

 

55c

(fot. nodomain.cc / flickr.com / CC BY)

Niedawno między starymi rodzinnymi dokumentami znalazłem niewielką karteczkę opatrzoną pieczęcią parafii i podpisem księdza. Maszynowym pismem informowała, że skończyłem kurs przedmałżeński. Takie zaświadczenie otrzymywali po ukończeniu edukacji licealnej wszyscy, którzy uczęszczali na katechezę przy mojej parafii. Był to jeden z magnesów, który sprawiał, że na lekcje religii w ogóle chodziliśmy.

 

Katecheza lat osiemdziesiątych

Z samych katechez niewiele pamiętam: przekomarzanie się księdza z jednym z moich kolegów, który twierdził, że do małżeństwa już jest gotowy; katecheta dopytywał żartobliwie, czy ma… „żenidło”. Pamiętam jedną kartkówkę, w której jako uzasadnienie sensu małżeństwa rezolutnie zacytowałem zasłyszane gdzieś porzekadło, że nieszczęście pół-szczęściem bywa razem z żoną, a radość z nią dzielona nawet podwojoną…, a potem dziwiłem się, że za moją wybitną – jak mi się wtedy wydawało – elokwencję otrzymałem tróję… Dziś mogę jedynie domniemywać, że skoro na kartkówce padło takie pytanie, to pewnie ksiądz podawał wcześniej jakieś teologiczne uzasadnienie sensu i celu małżeństwa, ale mnie to umknęło…

Nietrudno się domyśleć, że mój stosunek do tych lekcji na pewno nie był zadowalający. Warunki zewnętrzne też nie były najlepsze, bo zajęcia odbywały się w dużej sali, która mieściła dobrze ponad setkę uczestników ze wszystkich równoległych klas licealnych, a nawet z innych szkół średnich naszego miasteczka. Samo to wystarczało, żeby dziś nic nie móc powiedzieć zarówno o ówczesnym poziomie nauczania, jak i o jego zawartości merytorycznej.

Kiedy po latach wpadł mi w ręce mój zeszyt od religii, zdziwiłem się nawet, że ksiądz dyktował nam sensowne notatki o historii Kościoła (wymieniał ojców łacińskich i greckich) albo o II Soborze Watykańskim, ale to mogłem dopiero docenić z perspektywy moich studiów teologicznych, a samych treści głoszonych na szkolnej katechezie niemal w ogóle nie pamiętam. Moja uwaga była wtedy zaprzątnięta zupełnie czymś innym. Zaświadczenie o przebytym kursie przedmałżeńskim zupełnie nie odwzorowywało prawdy o poziomie mojego przygotowania do małżeństwa, kiedy w wieku dziewiętnastu lat kończyłem liceum.

Więcej pamiętam z lekcji przygotowania do życia w rodzinie, które odbywały się w ramach szkolnych lekcji wychowawczych; pewnie dlatego, że w klasie, która mieści dwadzieścia kilka osób, inaczej się słucha. Z drugiej publiczne czytanie „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej było wystarczającym magnesem, by przyciągnąć i skupić rozbieganą uwagę nastolatków, nawet jeśli do lektury nie były wybierane te najbardziej pikantne fragmenty (tylko takie, które mogły kształtować w miarę realistyczne patrzenie na związek kobiety i mężczyzny, z jego wymaganiami dojrzałości).

Być może pouczającą lekcją były również dwa obyczajowe skandale, które wstrząsnęły naszą małą społecznością. Pierwszy to zajście w ciążę mojej koleżanki z siódmej klasy szkoły podstawowej i jej ślub z szesnastoletnim ojcem dziecka. Późniejszy widok dobrze zapowiadającej się uczennicy, która nagle musiała przerwać edukację, pójść do pracy i podjąć wszystkie obowiązki dorosłego życia, stał się ważnym ostrzeżeniem przed zbyt szybkim pragnieniem korzystania z praw dorosłych. Cena za to wydawała się zbyt wysoka.

Drugi skandal o podobnym charakterze miał miejsce w drugiej klasie liceum. Tu znowu „pierwszy raz” okazał się brzemienny w skutkach, mimo że – jak głosiła szeptana wieść – nie przyniósł młodej kobiecie żadnej satysfakcji. Znowu szybki ślub i przerwanie szkoły, a w rezultacie znaczne utrudnienie dobrego startu życiowego okazało się ceną za chwilę zapomnienia.

To były ważne lekcje, w których za katedrą stawało samo życie, a cudze błędy i ich konsekwencje pokazywały, jak ważną dziedziną jest seksualność i jaka z nią łączy się odpowiedzialność.

 

Początki poradnictwa rodzinnego w Kościele

Nie wiem czy opisywane tu doświadczenia były typowe dla mojego pokolenia, ale myślę, że statystycznie tak mogło wyglądać „przygotowanie do małżeństwa” w dużej części parafii w latach osiemdziesiątych XX wieku. Robiono, co było można, a władze PRL na pewno tego nie ułatwiały. Wprawdzie w końcu lat pięćdziesiątych pionierskie kursy przedmałżeńskie rozpoczynał jeden z duszpasterzy akademickich przy parafii świętego Floriana w Krakowie ksiądz dr Karol Wojtyła, a potem jako biskup obligatoryjnie wprowadzał je w całej archidiecezji, ale nietrudno zauważyć, że był to nietuzinkowy ksiądz i wybitny biskup, no i było to w wielkim Krakowie, a nie w prowincjonalnym miasteczku, z którego pochodziłem. Książka „Miłość i odpowiedzialność” – zapis kulowskich wykładów Karola Wojtyły – jest nie tylko dokumentem z dawnych czasów, ale ważnym źródłem inspiracji dla dzisiejszego duszpasterstwa. Biskup Karol Wojtyła z czasem zaangażował sztab ludzi, którzy współtworzyli z nim poradnictwo rodzinne, a wielkie zasługi w tych pracach miała doktor Wanda Półtawska.

W podobnym czasie w diecezji katowickiej z inicjatywy biskupa Herberta Bednorza przy parafii katedralnej powstało chyba pierwsze w Polsce poradnictwo rodzinne. Była to odpowiedź na ustawę o dopuszczalności aborcji na życzenie, którą w 1956 roku uchwalił Sejm PRL. W pierwszym okresie swojego istnienia poradnictwo to koncentrowało się przede wszystkim na uczeniu naturalnych metod regulacji poczęć (które wtedy ograniczały się chyba jedynie do metody termicznej), aby przyzwolenie ze strony władz państwowych nie spowodowało, że zabijanie nienarodzonych stanie się jedną z metod antykoncepcyjnych powszechnie praktykowanych w  rodzinach. Organizacja poradni została powierzona lekarzowi psychiatrze, Elżbiecie Sujak[1]. Ciekawe, że po uzyskaniu doktoratu osoba ta w latach osiemdziesiątych XX wieku z nadania ojca rektora Alberta Krąpca OP została pierwszym wykładowcą seksuologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Dopiero z czasem poradnictwo rodzinne przestało być tylko jednostką specjalną od „gaszenia pożarów” wywołanych ustawą legalizującą aborcję, a coraz więcej energii mogło angażować w pozytywną pracę nad przygotowaniem do małżeństwa. W Warszawie w tworzenie tego typu poradnictwa rodzinnego zaangażowana była Teresa Strzembosz, która organizowała ogólnopolską sieć poradnictwa rodzinnego przy parafiach.

Nietrudno się domyślić, że w tamtych czasach w przygotowaniu do małżeństwa prym wiodły duszpasterstwa akademickie. Kiedy studenci zaczynali dobierać się w pary i myśleć o wspólnej przyszłości, wiadomo było, że przy takich ośrodkach mogą znaleźć najlepszą pomoc. Pamiętam, jak mój brat w latach osiemdziesiątych odbywał takie przygotowanie z narzeczoną podczas studiów we Wrocławiu w tak zwanej Maciejówce.

 

Poeci i grafomani

Gorzej natomiast bywało w parafiach, bo tam zdarzały się różne „kwiatki”, jak konstatacja, że „ojcostwo to świadomy akt refleksji”, o czym na parafialnym kursie przedmałżeńskim dowiedział się na przykład Adam Nowak, lider zespołu „Raz, dwa, trzy”, podczas przygotowania do małżeństwa. Wiele oczywiście zależy od osób, które się zajmują tą dziedziną. Znajomy proboszcz zlecił tę działkę wikaremu, zobaczył, że ten wypuścił uczestników kursu po dwudziestu minutach, i wiedział, że lepiej będzie, kiedy katechezy przeprowadzi sam… Miał bowiem świadomość, że przygotowanie do małżeństwa jest wielką szansą dla Kościoła – może nawiązać kontakt z młodymi i wesprzeć ich w ważnych decyzjach.

Znajome małżeństwo opowiadało mi, że podczas katechez przygotowujących do małżeństwa prowadzonych przez osobę świecką usłyszeli pytanie, co by zrobili, gdyby zostali zdradzeni. Narzeczona odpowiedziała, że nie bierze takiej opcji pod uwagę. Wtedy prowadzący nachalnie przekonywał ją, że w takiej sytuacji powinna przebaczyć, bo to jest właściwa postawa chrześcijańska. Pomijam tu ewangeliczną naukę o przebaczeniu, która jest słuszna, ale emocjonalne molestowanie narzeczonych takimi hipotetycznymi pytaniami na pewno nie należy do obowiązków doradcy rodzinnego.

Inna mężatka opowiadała mi, że chcąc rozwiązać problemy w małżeństwie trafiła do przyparafialnej poradni rodzinnej i tam usłyszała, że… „powinna bardziej zaufać Bogu i się modlić”. Znowu, żeby być dobrze zrozumianym, dodam, że nie mam nic przeciw modlitwie i zawierzeniu, ale w poradni rodzinnej należałoby oczekiwać nieco bardziej kompetentnej pomocy w myśl znanej sentencji świętego Ignacego Loyoli, który mawiał: Rób tak, jakby wszystko zależało tylko do ciebie, a ufaj tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga.

Powyższe przykłady są ilustracją trudności, jakie ciągle napotyka rozwój poradnictwa rodzinnego przy parafiach. Dobrze jednak, że takie poradnie powstają i że angażuje się w ich prowadzenie coraz więcej osób, które nierzadko kończą nawet różnorakie studia nad małżeństwem i rodziną. Problemem natomiast pozostaje to, że nie zawsze zdobyta wiedza przekłada się na praktykę doradczą. Proboszczom pewnie też łatwiej jest zatrudnić za „Bóg zapłać” pobożną kobietę, niż poszukać do poradni profesjonalisty, który zwykle jest droższy.

 

Czas charyzmatyków

Poza instytucjonalnym trybem rozwoju poradnictwa rodzinnego i przygotowania do małżeństwa dużo dobrego dzieje się tam, gdzie działają charyzmatycy. Nie myślę tylko o uczestnikach Odnowy w Duchu Świętym (choć i wpośród jej uczestników takie osoby się znajdą), ale o ludziach, którzy niesienie pomocy narzeczonym i małżonkom traktują jako rodzaj misji. W Polsce jest już sporo takich osób i one stanowią autentyczny skarb Kościoła. Na pewno w tej dziedzinie największe zasługi ma rekolekcyjny Ruch Spotkań Małżeńskich, który w Warszawie kilkadziesiąt lat temu rozpoczynał działanie pod kierunkiem Ireny i Jerzego Grzybowskich, a dziś dorobił się już wielu podobnych ośrodków działających w różnych miastach Polski. Na Śląsku podobną działalnością od lat zajmują się państwo Maliccy, którzy prowadzą między innymi rekolekcje w domu rekolekcyjnym księży jezuitów w Czechowicach-Dziedzicach.

Ruch Spotkań Małżeńskich prowadzi zarówno rekolekcje dla małżonków, jak i tak zwane wieczory dla zakochanych, którymi zajmuje się zwykle cały zespół osób: małżonkowie i duchowni. Pierwsi dają liczne świadectwa, które uprzedzają wiele problemów komunikacyjnych, jakie mogą zaistnieć w toku budowania bliskiej relacji (zwłaszcza po wspólnym zamieszkaniu po ślubie), drudzy wprowadzają w liturgię. Właśnie tam odbyłem swój kurs przedmałżeński wraz z żoną. Po kilku latach wybraliśmy się także na rekolekcje dla małżeństw organizowane przez ten ruch.

Kobieta i mężczyzna to dwa różne światy. Potrzeba wiele wysiłku i kompetencji, by wzajemnie się rozumieć i na bieżąco rozwiązywać konflikty. Inaczej będą się one nieustannie nawarstwiać – w skrajnych wypadkach aż do całkowitego przesłonięcia małżeńskiej więzi. Spotkania Małżeńskie, jak i praktyczna znajomość psychologii komunikacji (której przeszczepienie do Polski i popularyzację zawdzięczamy między innymi dr Elżbiecie Sujak), grają kluczową rolę w dojrzałym budowaniu relacji narzeczeńskiej i małżeńskiej. Są świadectwem troski Kościoła o narzeczonych i małżonków. Dobrze by było, gdyby podobna atmosfera towarzyszyła innym kościelnym inicjatywom.

Z podobnych ruchów można wymienić Equipe Notre Dame –  powstały we Francji w latach czterdziestych wieku po spotkaniu księdza Henri’ego Caffarela z grupą małżeństw. System budowania podobnych kręgów małżeńskich przejął później ksiądz Franciszek Blachnicki – stworzył rodzinną gałąź Ruchu Światło-Życie, czyli Ruch Domowego Kościoła. Ruchy te służą głównie tym, którzy już weszli w związek małżeński i założyli rodzinę.

Oprócz tego mamy w Polsce sporo indywidualnych inicjatyw. Na przykład Mistrzowską Akademię Miłości prowadzoną w Warszawie przez Mirę Jankowską w formie latającego uniwersytetu. MAM organizuje spotkania z ciekawymi osobami, które mają coś do powiedzenia o miłości damsko-męskiej. Wiedzę na temat różnych aspektów miłości i małżeństwa od lat popularyzują: doktor inżynier Jacek Pulikowski, ojciec doktor habilitowany Kazimierz Lubowicki OMI, ojciec doktor Ksawery Knotz OFMCap, doktor Mieczysław Guzewicz, profesor Krystian Wojaczek czy też małżeństwo Marioli i Piotra Wołochowiczów. Działalność tych osób koncentruje się na formacji młodych do dojrzałego i odpowiedzialnego myślenia o relacjach damsko-męskich poprzez publikacje książkowe, prasowe, internetowe czy bezpośrednie spotkania. Lista osób specjalizujących się w problematyce narzeczeńskiej czy małżeńskiej ciągle się wydłuża i do nich głównie powinni kierować zaproszenia duszpasterze – jeśli chcą, by w ich środowiskach tematyka damsko-męska była obecna na wysokim poziomie.

 

Moja droga

Na koniec chciałbym podzielić się własnym doświadczeniem. Jako świecki teolog duchowości musiałem zająć się tą problematyką od strony naukowej. Przygotowując wykład monograficzny na temat duchowości małżeńskiej i wertując literaturę przedmiotu mogłem zorientować się, jak wiele jest jeszcze do zrobienia w dziedzinie teologii duchowości małżeńskiej. Moje wykłady w Karmelitańskim Instytucie Duchowości w Krakowie spotkały się z dobrym przyjęciem. Z drugiej strony, gdy pomagałem jako kierownik duchowy w rekolekcjach ignacjańskich w Centrum Duchowości Księży Jezuitów w Częstochowie czy w Zakopanem, napotykałem na rekolektantów, którzy zmagali się z problemami relacji w swoich małżeństwach albo związkach, które dopiero do małżeństwa zmierzały. To nasunęło mi pomysł zorganizowania sesji rekolekcyjnej zarówno dla kandydatów, jak i samych małżonków. Sesja ta zatytułowana „Małżeństwo – przypadek czy powołanie? Duchowe fundamenty miłości małżeńskiej” przez pięć lat organizowana była w Częstochowie i spotkała się z dobrymi recenzjami. Potem miałem jeszcze okazję z powodzeniem wygłosić wykład dla rodzin z Kościoła Domowego i nieformalnej grupy małżeństw z Krakowa. W okolicach grudnia sesja odbędzie się w formie kursu dla narzeczonych w ośrodku rekolekcyjnym sióstr jadwiżanek w Zawichoście.

Niektóre fragmenty z tej sesji po pewnych modyfikacjach głosiłem także dla trzech duszpasterstw akademickich w Warszawie, Lublinie i Krakowie oraz dla licealistów w ramach szkolnych rekolekcji wielkopostnych w Wieliczce oraz na Forum Młodych w Bielsku Podlaskim. Osobną inicjatywą są też „Walentynki u kapucynów”, czyli spotkanie zorganizowane (jak dotąd dwukrotnie) w okolicach Święta Zakochanych przy klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów na ul. Lotetańskiej w Krakowie, gdzie po mszy w intencji par wygłosiłem raz wykład: „Cztery kroki do prawdziwej miłości”, a w kolejnym roku: „Jak zakochać się na zawsze?”. Sala w niedzielny wieczór była wypełniona – to wystarczająco czytelny znak, jak wielkie jest zapotrzebowanie na tego typu treści.

 

***

Obecnie toczy się bój o młodego człowieka. Z jednej strony mamy komercyjne media, których działalności częściej przyświeca myśl, aby wszelkimi sposobami przyciągnąć uwagę i sprzedać czas antenowy, niż dać impuls do harmonijnego rozwoju, z drugiej Kościół z ewangelią i Jezusową wizją pięknej miłości, z którą należałoby dotrzeć do jak największej liczby młodych. Nie żyjemy już w państwie totalitarnym i dziś nikt nie zakazuje działalności ewangelizacyjnej, od nas więc zależy, czy będziemy potrafili zagospodarować wolność, jaką mamy, aby przestrzec młodych przez życiowymi błędami i dać im nadzieję, że piękna, wielka i dozgonna miłość jest możliwa. Od nas zależy, czy będzie to stracona szansa czy nowa wiosna Kościoła, bo przecież z dobrze dobranych małżeństw będą rodzić się dzieci, które znajdą najlepsze środowisko do swojego rozwoju osobowego i duchowego.

 

Cezary Sękalski, doktor teologii duchowości, dziennikarz i wykładowca. Wykłada w Karmelitańskim Instytucie Duchowości w Krakowie i na Podyplomowych Studiach Duchowości Katolickiej w Lublinie. Wydał m.in. „Przepis na miłość. Poradnik duchowy dla początkujących i zaawansowanych” oraz ostatnio audiobook z zapisem sesji rekolekcyjnej „Małżeństwo. Przypadek czy powołanie? Duchowe fundamenty miłości małżeńskiej”. Mieszka w Krakowie.



[1]Więcej na ten temat można przeczytać w moim wywiadzie-rzece z dr Elżbietą Sujak „Jestem od zamiatania drogi do Kościoła”, Kraków 2009.

 

  1. CHonenx napisał(a):

    Na ostatniej bouwdie miałem ciekawe przygody. Na korytarzu przy schodach, w starym domu, zagnieździł się straszny grzyb. Gdy go zobaczyłem, to coś podskoczyło we mnie, pełne obaw i zaszurało nogami, skore do ucieczki. Umęczony w nocy, wyśniłem sobie właśnie te schody. Schodząc po nich, spotkałem siebie, stojącego w tym właśnie miejscu.Oo, pomyślałem, witam. Co tu robisz? Przy dobrym dostrojeniu, przyglądałem się sobie, zastanawiając w ktf3rym momencie wytworzyłem ten zagubiony aspekt. W astralnej postaci, stałem z zamglonymi oczyma, nie reagując na moje uwagi. Hej co tu robisz?Szarpnąłem swf3j duplikat za ramiona. On, czyli ja, stal jak niezguła w jednym miejscu i przewracał niezgrabnie oczyma. Jak cie wchłonąć, byś zniknął?Gdy nie reagował na moje zabiegi, to pocałowałem go jak narcyz, po ojcowsku, w czoło.Nie zrobiło to jednak na nim żadnego wrażeni. Ej, choć stary polatamy, wziąłem go za rękę i polecieliśmy w gore. Fajne jest to oobe, powiedział i rozpuścił się.*Pracując na bouwdie, odczułem silny ucisk, natychmiast przy tym słabnąc Cos jak utrata chęci do pracy z pragnieniem natychmiastowego odpoczynku.O, siedzi mi ktoś na głowie, pewnie Pan XXX, jak zawsze w pracy.Odwracając się gwałtownie postrzegłem, ze się mi przygląda , obok niego stoi ktoś krzaczasty i zadaje mu pytania. Ach! Krzyczy Pan-XXX z daleka.Sprowadziłem pomoc. Będziesz miał pomocnika, uśmiechnięty od ucha do ucha.Chcąc zaoszczędzić i sprowadził kogoś z ulicy, niepotrzebnego mi pomocnika, bym się nie przeciążył. Będąc podwykonawca zaakceptowałem jego probe, zaniżenia ustalonej wcześniej ceny za usługę.Często tak robił, Przed rozpoczęciem zasladzał, by następnie nie dotrzymać umowy.Tylko dlaczego w takich momentach robi mi się słabo, odczuwam to delikatne dygotanie, charakterystyczne przy utracie energii.?Bo on jest niezwykle pazerny i pożera jak smok. Gdy liczy swoje zyski, jego wspf3łpracownicy tracą entuzjazm do pracy i jakoś ich mdli.By się ratować z tarapatf3w, skręciłem się podwf3jnie w astralnym i oddałem to co od niego dostałem.Pan-XXX opuścił budowę, odchodząc umęczony na kawę.Pomimo tego, ze zachęcam do dawania, to skrzętnie chronię własnego interesu *Innym razem, odczuwałem rozleniwiające zmęczenie. Pomimo wylegiwania się wcale nie ustępowało. Co się dzieje, skąd to zaburzenie. Położyłem się, by odetchnąć. Po godzinie, odczułem ożywczy napływ energii, niosącej ze sobą echo jakiś rozmf3w. Właśnie w tym momencie palono zmarłego wuja, przygotowując urnę na pogrzeb.W nocy, odśniłem w mieszkaniu wujka jego przyszły pogrzeb, Na balkonie zapalił się sam piecyk, wypalając drewniane części jego konstrukcji.Eeee, nic nie bolało, powiedzieliśmy do siebie:)*Opisana w naszych artykułach utrata dobrego samopoczucia, jest wspaniałym przykładem wymiany energii miedzy ludźmi .Moje wyobrażenia o tym zjawisku spisze w kolejnych artykułach.Nie będzie jednak w nich krwawych opisf3w i przerażających, mrożących krew w żyłach przygf3d. Opisze jedynie to, co wszyscy dobrze znamy i nie zwracamy na to już żadnej uwagi.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.