Przegląd Powszechny

A A A

Jezus z Twittera

komentarze

Teologia, która nie mówi o ludzkiej rzeczywistości, nie jest nikomu potrzebna – mówi ksiądz Andrzej Draguła.

Twitter for Android

(fot. Johan Larsson / flickr.com / CC BY)

– Na ile współczesny język teologiczny komunikatywnie opisuje niewidzialną rzeczywistość?

– Problem zaczyna się już od samego pytania, bo w gruncie rzeczy należałoby zdefiniować, czym są język teologiczny, język teologii, język religijny i język religii. Moim zdaniem to nie jest to samo. Mam tutaj na myśli język relacji ksiądz-człowiek i Kościół-człowiek. Chyba najlepiej to nazwać pewną odmianą języka kościelnego, którego używa się w duszpasterstwie, czyli będzie to przepowiadanie w Kościele, przepowiadanie katechetyczne. Potem także działalność medialna, na przykład publicystyczna.

Profesor Dorota Zdunkiewicz-Jedynak zaproponowała bardzo ważne rozróżnienie: zrozumiałość to nie jest komunikatywność – komunikatywność to nie jest zrozumiałość. Istnieje tendencja, żeby sprowadzać komunikatywność języka do komponentu intelektualnego, do zrozumienia. Jeżeli jestem zrozumiały, to znaczy, że jestem komunikatywny. Ale język może być komunikatywny także poza sferą intelektualną. Zasadniczo komunikatywność języka nie zamyka się jedynie w jego zrozumiałości leksykalnej, ale zawiera się także w kontekście, w jakim się wypowiada. Chodzi na przykład o mowę ciała i kontekst liturgiczny. Jeśli chodzi o język liturgiczny, ludzie przychodzą do kościoła ze świadomością, że jest to język, który ma prawo, a nawet powinien zawierać jakiś komponent sakralności, tajemniczości, misteryjności. W dawnej Litanii do Serca Pana Jezusa było wezwanie: „Serce Jezusa, pożądanie wzgórz wiekuistych”. Konia z rzędem, kto mi wyjaśni, co to znaczy dokładnie: „wzgórza wiekuiste”.

– To wyobrażenie radości nieba?

We mnie to zostało jako piękna metafora. Samo słowo „pożądanie” wyrzuciliśmy z języka religijnego, bo nam się źle kojarzy, a tu właśnie chodzi o „pożądanie”, a nie tylko pragnienie. Język, który będzie operował metaforą, nie musi być zrozumiały w intelektualnym tego słowa znaczeniu. Inaczej będzie oczywiście, kiedy przejdziemy od języka liturgicznego do języka katechetycznego, czy do języka kaznodziejskiego. On musi tę komponentę zrozumiałości mieć silniejszą.

– Musi sferę misteryjną odnosić bardziej do codzienności?

– Teologia, która nie mówi o ludzkiej rzeczywistości, nikomu nie jest potrzebna. Ona musi się posługiwać sferą wyobrażeniową, która jest dla ludzi bliska. To bardzo jasno widać, kiedy z  Biblii czerpiemy język kaznodziejski, a są tam słowa, które wyrosły w kulturze agrarnej. Ksiądz czyta Ewangelię o „oraczach i o wiejadle w ręku”. To rzeczywistość tak obca współczesnemu człowiekowi żyjącemu w Warszawie lub w Nowym Jorku, że trzeba dokonać tłumaczenia jeszcze nie na poziomie sensu teologicznego, ale leksykalnej. Inaczej człowiek nie rozumie fabuły.

– Co trzeba zrobić?

– Należy posługiwać się przykładami z życia. W sierpniu błogosławiłem związek małżeński. Wziąłem do rąk tekst Ewangelii niedzielnej. Były w nim słowa: „kto chce pójść za Mną”. Widziałem wcześniej film, przygotowany przez amerykańską agencję reklamową, który mówi o naśladowaniu Jezusa za pomocą Twittera, gdzie jest funkcja „follow me”. To film, który pokazuje historię Jezusa, od powołania uczniów do śmierci. Jest też licznik „followers”, czyli zwolenników. Widać, jak ich liczba wzrasta, gdy są cuda, rozmnożenia, wskrzeszenia, a kiedy już jest Ogrójec, sąd, śmierć, liczba naśladowców spada. To nic nowego, Ewangelie mówią o tym samym. Ale uczepiłem się tego „follow”, bo przecież w angielskim „follow me” oznacza „idź za Mną”. Ktoś inteligentnie sobie pomyślał: tu jest „follow” i na Twitterze też jest „follow” – pokojarzmy to.

Wielu ludziom, którzy byli w kościele i nie wiedzą, co to jest Twitter, powiedziałem, że to taka ulepszona wersja Naszej-klasy. Ale są tacy, którzy twittują albo siedzą regularnie na Facebooku i dla nich te konteksty są zrozumiałe. Przykład Twittera jest jednym ze sposobów na przetłumaczenie sfery scenograficzno-fabularnej Biblii, ale jeszcze nie płaszczyzny sensu. Jednak bez rozumienia tej płaszczyzny scenograficzno-fabularnej, nie można zrozumieć sensu Ewangelii. Naszym pierwszym zadaniem jest więc wprowadzenie przez język katechetyczny i język kaznodziejski na nowo w świat Biblii, także przez próbę jej parafrazowania w nowoczesnym sposobie mówienia. Co zyskujemy? Nie dość, że zahaczamy o świat językowy współczesnych ludzi, to jeszcze zaczepiamy się o ich codzienne doświadczenie. Bo ich codziennym doświadczeniem jest na przykład Twitter i oni wiedzą, co to znaczy „iść za kimś”. Więc mogą sobie potem to przekombinować, jak to jest, iść za Panem Jezusem. To jest absolutnie konieczne.

– Tylko czy ta pogoń za formą nie spowoduje w pewnym momencie wypłukania sensu?

– Moim zdaniem nie. Jestem przeciwny czysto formalnym poszukiwaniom. Ważna jest treść. Chodzi o to, by mówca, czyli kaznodzieja, był zanurzony w języku współczesnego człowieka. Niestety, w sposób naturalny, przez to że seminarium, plebania i wszystko inne separuje go od normalnej rzeczywistości, następuje rozdźwięk między jego światem językowym a światem językowym słuchacza.

W kazaniach moich studentów wykreślam zdania typu: „musimy dzisiaj zawierzyć się Maryi”. Bo uważam, że zwykły człowiek tego zdania nie rozumie. Do tego zdania trzeba dorosnąć. Inne przykłady: „Otwórzmy dzisiaj serca Jezusa na Jego łaskę, pochylmy się nad swoimi grzechami…”. Normalni ludzie tak nie mówią. A ksiądz musi rozmawiać z normalnymi ludźmi. Posługiwanie się bełkotem spirytualnym, zrodzi u słuchaczy przekonanie, że to nie dla nich, że nie są w stanie osiągnąć tego, o czym słuchają. Sam ksiądz to rozumie intuicyjnie, a zwykły człowiek? „Macie naśladować Jana Pawła II”. To jest kolejne zdanie, które zawsze wykreślam. Bo jeżeli się tego naśladowania Jana Pawła II nie zoperacjonalizuje, jak mówi socjologia, jeśli się go nie przełoży na jakieś konkrety, to ten prosty człowiek sobie myśli: „Boże, Jan Paweł II, święty człowiek, błogosławiony, papież, a ja, jak ja mam go naśladować? Cóż ten ksiądz od nas chce?”.

– Co można powiedzieć o języku listów Konferencji Episkopatu Polski, które są często czytane zamiast kazań i homilii? Czasami słyszę, że jak ludzie słyszą zapowiedź listu, to automatycznie się wyłączają, czyli po prostu zamykają uszy. W nich właśnie mnoży się formuły, o których ksiądz mówi.

– To, że listy czytane są zamiast homilii, jest oczywiście bezprawne. I homileci o tym nieustannie przypominają. Żadne przepisy na to nie pozwalają. Profesor Katarzyna Skowronek zrobiła studium językoznawcze listów pasterskich w latach 1945-2005: „Między sacrum a profanum”. Interesujące jest to, i taki jest jej wniosek, że listy pasterskie są straconą okazją na propedeutykę teologiczną. W dużym stopniu są elementem przedwyborczej debaty lub rocznicowej celebracji. List pasterski ma swoje określone zadanie. W gruncie rzeczy to jest taki „statement”, czyli opublikowanie stanowiska Kościoła w jakiejś sprawie. I być może taka treść domaga się określonych formuł, które pochodzą ze stylu oficjalnego czy też poetycko nacechowanego. Profesor Skowronek udowadnia rzecz przykrą: listy mówią mało o Panu Jezusie. Nie są forum przepowiadania Ewangelii, nie są forum katechizowania. Są miejscem publikacji oficjalnego stanowiska Kościoła w jakiejś kwestii, także oczywiście etycznej, co – nie ulega wątpliwości – jest ważne, ale w niewielki zakresie skłaniają do zastanowienia, jak żyć z Panem Jezusem w dzisiejszych czasach. Jak się usłyszy w pierwszym czy trzecim zdaniu o zwiększającym się konsumizmie, hedonizmie, relatywizmie, liberalizmie, permisywizmie i może jeszcze promiskuityzmie, to jest to bardzo zniechęcające.

– Czy w listach biskupów często nie pobrzmiewa totalna krytyka współczesnej kultury?

– Trudno zgodzić się z taką jej totalną krytyką. We współczesnej kulturze są bardzo różne zjawiska, cudowne i takie z pazurem diabelskim, gdyby ktoś dobrze poszukał. Ale ta czarna wizja świata to jest co innego. Natomiast operowanie terminami, którymi normalny człowiek się nie posługuje, zwiększa dystans między nadawcą a odbiorcą. W językoznawstwie mówi się o funkcji fatycznej języka. Polega ona na nawiązaniu kontaktu. Jeżeli tekst rozpoczyna się od tego typu zdań, to na pewno nie spełnia funkcji fatycznej i do tego kontaktu nie zachęca. Ludzie się po prostu wyłączają. I ja ich rozumiem.

– Na ile język język nauczania kościelnego, potrafi skutecznie zapalać dzisiaj ludzi, by chcieli podążać drogą ideałów ewangelicznych? Dlaczego na twarzach ludzi w kościele rysuje się smutek i przygnębienie?

– Problem jest złożony. Moim zdaniem nie jest aż tak źle. Drugorzędne motywy przychodzenia do kościoła, typu presja społeczna, wychowanie, tradycja rodzinna, odgrywają coraz mniejszą rolę. Badania socjologiczne pokazują, że dokonuje się pewnego rodzaju – nie wiem, czy to jest dobre słowo – oczyszczenie. To znaczy, że ludzi bywa w kościele mniej, ale za to motywację mają silniejszą. Jestem przekonany, że ci ludzie jednak przychodzą do kościoła z takim pragnieniem: „niech nam ksiądz powie coś, co uczyni nasze życie sensowniejszym, co pozwoli nam to życie lepiej przeżyć, co da nam siłę na ten tydzień”.

W końcu po to jest religia. Ona mówi, owszem, o wiecznym zbawieniu, ale ono musi się w jakiś sposób objawiać dzisiaj, Królestwo Boże jest zaczątkowo obecne tu i teraz, objawia się w nas. Jestem przekonany, że ludzie przychodzą z takimi właśnie pytaniami: „Jak my z tym wszystkim mamy teraz żyć? Co nam o tym mówi Pan Bóg, co nam wskazuje Ewangelia? Co nam daje to, że Pan Jezus się urodził?”. Jaką mamy odpowiedź? Papież Benedykt XVI kładzie bardzo silny akcent na to, by mówić młodym ludziom, że Chrystus niczego nie zabiera, a dużo daje. Wiara nie ogranicza, ale wyzwala. Wierzyć jest oznaką siły, a nie słabości. Tego przesłania nam brakuje.

– Może za rzadko mówimy, co Bóg czyni dla nas, a za często, co my powinniśmy zrobić dla Niego?

– Zapewne tak. Może moje myślenie jest zbyt radykalne, ale argumentacja w naszym przepowiadaniu oparta jest przede wszystkim na poczuciu winy, na żalu, na przeproszeniu i na dobrych uczynkach. Bardzo mało mamy katechezy – w szkole i w Kościele – o Bogu wyzwalającym, zbawiającym, darmo dającym łaskę, o tym, że już jesteśmy zbawieni, a nie, że dopiero musimy to zbawienie wypracować, wycierpieć, zarobić na nie. Widziałem taką reklamę jednego z Kościołów: „Nasza strategia rekrutacji nie opiera się na poczuciu winy”. Coś w tym jest. W protestantyzmie więcej mówi się o tym, że już jesteśmy zbawieni, pozostaje nam tylko się tym cieszyć i tym zbawieniem z wdzięcznością żyć. Tego nam bardzo brakuje. Ludzie nie mają tej przemieniającej świadomości, że są zbawieni. Czasami katechetka, katecheta czy ksiądz powie dziecku, że jak nie będzie robiło dobrych uczynków albo jeśli się nie poprawi w Adwencie, to Pan Jezus nie przyjdzie. To bzdura i wielka herezja. Pan Jezus przyjdzie bez względu na wszystko. Święty Augustyn mówił: że wzywany czy niewzywany, Bóg przyjdzie. Pytanie, czy ja Go przyjmę?

– Ale ta perspektywa, nawet jak najpiękniej przekazana, na niewiele się zda, jeśli nie przejdzie przez osobiste doświadczenie, jeśli pozostanie na poziomie głowy.

– Musimy wskazać, jak to się w życiu człowieka dokonuje, gdzie już to wyzwolenie widać. Jest koncepcja, która mówi, że homilia polega na interpretacji ludzkiego doświadczenia. Słowo Boże to jest dialog słowa w Biblii ze słowem, które Bóg mówi poprzez życie człowieka, i dopiero z tego dialogu wyrasta rzeczywiste Słowo Boże. To jest najtrudniejsza rzecz w kaznodziejstwie, bo to jest funkcja prorocka, czyli zdolność do interpretowania rzeczywistości. Trzeba interpretować tę rzeczywistość przede wszystkim jako zbawioną. Mamy z tym trudność.

Owszem, jest to rzeczywistość, w której dokonuje się zmaganie dobra ze złem, ale musimy pamiętać, że to zmaganie już w pewnym sensie się skończyło. Owszem, ono się ostatecznie wypełni w eschatonie, ale w historii zbawienia nic ważniejszego po Zmartwychwstaniu już się stać nie może. Paruzja tylko to uzupełni. Zdarza mi się to czasami mówić w kazaniach, zwłaszcza w Wielkim Poście, że trochę jesteśmy jak na wojnie z Krzyżakami po Grunwaldzie – jeszcze walka trwa i ona będzie trwała do końca życia, bo przecież znamy tę apokaliptyczną wizję o „wężu starodawnym” i „niewieście”. Ale ja się upieram, naprawdę się upieram, jak tylko mogę i gdzie tylko mogę, żeby ludzie w okresie paschalnym śpiewali pieśni paschalne, żeby to orało ich świadomość, że żyjemy w okresie, kiedy jest „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana”. Niestety, bardzo szybko Jezus, który zwyciężył śmierć, piekło i szatana, ustępuje miejsca Bernardce dzieweczce, która szła po drzewo w las. Bo przychodzi maj…

– W trakcie Wielkiego Postu  mamy różne nabożeństwa: Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale. Pod tym względem okres wielkanocny jest trochę pusty, kiedyś było coś takiego jak „risus paschalis”, trzeba było rozśmieszać wiernych w okresie wielkanocnym, by na ich twarzach pojawiał się uśmiech i żeby zapraszać ich do tego chrześcijaństwa paschalnego. Dzisiaj z tym jest gorzej?

– Zamiast „risus paschalis” mamy na twarzach taki trochę „rigor mortis”… Może trzeba by nawet pieśni paschalne śpiewać co niedzielę, żeby sobie uświadamiać, że my tu świętujemy mękę, śmierć i zmartwychwstanie Pańskie? Moim zdaniem tego rysu paschalnego w naszej mentalności katolickiej jest za mało. Także w świadomości teologicznej księży jest go za mało. Nad tym trzeba pracować.

– A na ile propozycje Kościoła w dziedzinie moralności jest dla współczesnych zrozumiałe i koresponduje z ich doświadczeniem?

– Jest to oczywiście znowu kwestia języka, ale jest to także problem wzajemnego niezrozumienia motywacji, którymi ludzie się kierują. Jeśli chodzi o kwestie moralne, to najtrudniejszy jest dzisiaj problem (współ)życia przedmałżeńskiego. Księża opowiadają o tym, że chodzą po kolędzie do ludzi związanych nawet z duszpasterstwem akademickim i okazuje się, że oni mieszkają ze sobą, jak to się kiedyś mówiło, „na waleta”. I nie widzą w tym problemu. Albo widzą w tym problem, ale nie potrafią się oprzeć pewnej tendencji. Bo jest taka moda, żeby razem mieszkać. Taki jest prąd kulturowy i oni po prostu wchodzą w to. Nie chcą być wyśmiani.

– Jest na to przyzwolenie usankcjonowane powszechnym obyczajem społecznym?

– Często w ich domu nikt już o tym nie wspomina, rodzice to już zaakceptowali, społeczność dookoła też to zaakceptowała i właściwie zostają z tym problemem sami. Mam wrażenie, że ci młodzi ludzie nie rozumieją go do końca, także trochę z naszego powodu, ponieważ problem zamieszkania przed ślubem sprowadziliśmy do kwestii współżycia, a moim zdaniem to nie jest to samo. Zamieszkanie ze sobą przed ślubem to nie jest tylko sprawa seksu, to jest przede wszystkim kwestia budowania relacji, to jest problem istotnego znaczenia przysięgi małżeńskiej, płaszczyzna psychologiczna i tak dalej. Obserwuję pary, które mieszkają ze sobą i wcale nie jestem przekonany, że to im dobrze służy, choć oni są pewni, że tak jest dobrze, bo oni się „próbują”. Ludzie kiedyś się nie „próbowali” i byli ze sobą dziesiątki lat, dlatego że ważniejsze dla nich były fundamentalne aspekty życia małżeńskiego typu zobowiązanie i wierność niż jakieś tam, nazwijmy to, mniej lub bardziej niedopasowanie codzienne, seksualne, jakiekolwiek inne. Ostatnio zapytałem pewnego młodego człowieka, czy w tym okresie mieszkania razem dowiedzieli się czegoś nowego o sobie. Przyznał, że nie.

– Co można powiedzieć o stosunku ludzi do nauczania Kościoła w sprawie „in vitro”?

– Mamy poważne trudności z mówieniem o poczęciu i o śmierci. Kiedyś, gdy ktoś umierał, człowiek mówił prosto, że to „Bóg go zabrał”. I koniec. A w liturgii mówimy, że „powołałeś go do siebie, zabrałeś go do siebie”. A co się dzieje z dzieckiem, które przychodzi na świat? Jeżeli to jest dziecko poczęte w sposób absolutnie naturalny, to rodzice powiedzą, że „Bóg dał nam dziecko”. Co mają powiedzieć ludzie, którzy mają dziecko z „in vitro”? Czy można użyć takiej formuły, że „Bóg dał nam dziecko”? To jest bardzo ważne pytanie natury teologicznej.

Czy przy tym poczęciu nie ma Boga? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie jest jedna: jest, bo albo Bóg jest, albo Go nie ma. Nie ma tutaj czegoś pomiędzy. Słyszałem teologa, który mówił: „tak, ale tutaj przymuszamy Bożą wolę”. Czy można przymusić Bożą wolę? Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że mamy trudności w nazywaniu rzeczywistości początków życia. My zaraz mówimy, że to jest właśnie „dziecko załatwione” albo „dziecko sztuczne”, albo – co gorsza – „produkt”, który nie ma duszy nieśmiertelnej czy ma jakąś gorszą duszę nieśmiertelną.

Chcę być dobrze zrozumiany, ja tutaj nie bronię „in vitro”. Próbuję pokazać trudność w mówieniu na ten temat. My zaraz włączamy jakieś negatywne rejestry, które moim zdaniem są z teologicznego punktu widzenia nieuprawnione. Nie należy mylić oceny moralnej czynu rodziców z ontologią dziecka. Nie możemy powiedzieć o tym dziecku, że ono jest gorsze, że ono jest niepełnym człowiekiem. I w znaczeniu biologicznym, i w znaczeniu psychicznym, i w znaczeniu teologicznym jest takim samym dzieckiem Bożym jak każde inne. Ma tak samo duszę nieśmiertelną i ma ten sam grzech pierworodny jak każdy inny, nie jest bardziej czy mniej teologicznie obciążone. Ono może być obciążone w sensie psychologicznym, jak będzie wiedziało, w jaki sposób zostało poczęte. Pewnie sobie nie uświadamiamy, ilu ludzi spośród naszych słuchaczy w Kościele to są osoby poczęte „in vitro”. Musimy mieć świadomość, że w Kościele są też prawdopodobnie i tacy ludzie. W przypadku „in vitro” mamy konflikt norm moralnych i ludzkich pragnień. Wiadomo, że te ludzkie pragnienia nie unieważniają norm moralnych, ale to nie znaczy, że my nie musimy się z tymi ludzkimi pragnieniami liczyć. Musimy próbować je rozumieć.

Nie jestem przekonany, że to jest zawsze tak, że ludzie myślą egoistycznie: „nam się należy dziecko”. Znam wiele małżeństw, które czują się niepełne przez to, że nie mogą mieć dziecka. Po prostu czują się niezrealizowane, gorsze. I może też nie mamy pomysłu na to, żeby jakoś  „waloryzować” te małżeństwa. Księżom, którzy się świadomie wyrzekają ojcostwa, trudno jest zrozumieć, że ktoś może się nie czuć bez niego w pełni wartościowy. Jesteśmy także teologicznie obciążeni, bo sama tradycja biblijna mówi, że bezpłodność jest karą Bożą. Jeżeli tak, to mamy już kolejną grupę ludzi, która nam mówi: „adieu”. Znajdą sobie Kościół bardziej inkluzywny, w którym zostaną przyjęci bez żadnych wstępnych warunków.

Nie chodzi o to, że my mamy zrezygnować z norm, tylko nie możemy tymi normami zabijać ludzi. Trzeba się liczyć z ludzkimi uczuciami i trzeba o nich z tymi ludźmi rozmawiać. Być może będzie to długa rozmowa, zanim uwrażliwimy ich na to, że są jakieś inne sposoby wyjścia z sytuacji, na przykład adopcja. Ktoś mi ostatnio powiedział: „a jak to było z Abrahamem, Sarą i Hagar?”. Myślę sobie, rzeczywiście, to jakby matka zastępcza. Jak to teraz teologicznie potraktować? Oczywiście, interpretując tamtą historię biblijną, że trzeba patrzeć w innych kategoriach, ale ludzie mówią, że to nie jest tak, że to się nigdy w tradycji judeochrześcijańskiej nie wydarzało. Dzisiaj mamy inną świadomość podmiotowości człowieka, jego relacji oraz płciowości. Ale chodzi o to, żebyśmy mieli większą wrażliwość w mówieniu o tych sprawach z ludźmi, że to nie może być po prostu mówienie zamykające wszelką dyskusję. Nie można rzucać gotowymi formułami, które zabijają. Być może czeka nas długa rozmowa, być może ci ludzie odejdą nieprzekonani i powiedzą: trudna jest ta mowa, nie da się jej słuchać. Być może tak będzie.

– Ale może warto pójść z nimi dokąd się da?

– Być może takie pytanie kiedyś usłyszymy: „jak daleko z nimi poszedłeś w tej rozmowie?”. Mój świętej pamięci proboszcz mawiał: „najpierw się nawróć, a potem pogadamy”. Tak się już nie da. Z ludźmi trzeba rozmawiać. Jest takie zdanie, które mi się podoba. Timothy Radcliffe, dawny przełożony generalny dominikanów, mówił, że Kościół ma kłopot z kreowaniem własnego wizerunku. To nie znaczy, żeby kreować go w sposób sztuczny, ale żeby dbać o ten wizerunek. Przydałoby się takie PR-owskie działanie, polegające na uświadamianiu, że Kościół ma dla ludzi Słowo. Bóg też ma dla nich Słowo, Słowo wybawiające i Słowo zbawiające. Wiem, że ono jest bardzo trudne, ale jest.

– Co zrobić w sytuacji, gdy nasze słowa są dla wiernych niezrozumiałe w kontekście ich doświadczenia albo wręcz naszych słów nie akceptują?

– Ludzie mają naturę, powiedzmy, ekonomiczną, robią to, co im się jakoś opłaca, niekoniecznie w rozumieniu merkantylnym. Robią to, co daje im zaspokojenie, sens, krótko mówiąc – nie działają bezmyślnie. Wiele problemów natury etycznej wynika z tego, że ludziom potrafimy powiedzieć to, czego im nie wolno, a mamy trudności z powiedzeniem, dlaczego im nie wolno. Oni pytają, dlaczego coś jest złe. Nie da się w konfesjonale czy z ambony mówić językiem filozofii o tym, że człowiek samoudziela się drugiemu człowiekowi w pełnym akcie małżeńskim. My to wiemy, my to możemy pisać w pracach doktorskich, habilitacyjnych i to jest właściwe formułowanie tych problemów, ale z płaszczyzny języka akademickiego trzeba przejść na płaszczyznę języka bardzo ludzkiego.

Przecież – jak mówił błogosławiony Jan Paweł II – „człowiek jest drogą Kościoła”. Chodzi o jego dobro. Ludzie bardzo często oskarżają nas, Kościół, że przedkładamy idee nad człowieka, a to jest wówczas ideologia. Często jesteśmy o to oskarżani, dlatego właśnie, że ludzie nie rozumieją, jakie dobro stoi za danym zakazem.

Wróćmy do kwestii wspólnego mieszkania przed ślubem. Być może ludzie nie pytają tylko o zło, ale i o dobro: „Niech nam ksiądz powie, jakie będzie dobro w tym, że my ze sobą nie zamieszkamy?”. Bo jak zapytają o to, jakie to będzie zło, to mamy gotową odpowiedź: „bo współżyć ze sobą jest wykroczeniem przeciwko VI przykazaniu, będziecie popełniali grzech ciężki”. Tylko że oni to wiedzą, a mimo to podejmują taką decyzję. „Niech nam teraz ksiądz powie, jakie dobro wyniknie z tego, że my razem ze sobą nie będziemy? – mówią. – Jakie dobro wyniknie z tego, że my nie zdecydujemy się na zapłodnienie in vitro? Proszę nam to przedstawić jako alternatywę. I to taką alternatywę, która wygra z naszymi pomysłami. Niech ksiądz nam powie, dlaczego my mamy tego nie robić? Co my będziemy z tego mieć? Życie wieczne. No dobrze, ale my chcemy tutaj na ziemi choć trochę być szczęśliwi”.

– Szczęście nie oznacza drogi łatwej i przyjemnej, ale może po prostu szczęście to jest życie godne i uczciwe?

– Powiedziałbym: przyzwoite. Tak, ale otwiera się kolejny problem językowy. O przywrócenie człowiekowi wierzącemu i przywrócenie kaznodziejstwu słowa „szczęście”. Jakbyśmy nie mieli prawa do szczęścia. Trochę nas w to wciągnęła pobożność ludowa przez te wszystkie „łez padoły”  i „łez doliny”. Ostatnio pytałem na kazaniu: „Rzeczywiście chcecie uciekać z  tego łez padołu? Wcale nie chcecie, fajnie nam tu. Boli, owszem, ale fajnie nam tu. Jakoś nikt nie zwiewa”.

Szczęście, niestety, kojarzy nam się bardzo przyjemnościowo, a przyjemność wcale nie jest jakimś najważniejszym komponentem szczęścia. Ludzie potrafią być szczęśliwi nie mając w tym przyjemności, co wymaga wysokiego stopnia autorefleksji. Ale na pewno trzeba przywrócić kaznodziejstwu i katolicyzmowi prawo do bycia szczęśliwym tu na ziemi. Oczywiście, to szczęście będzie inne niż tamto, i może dlatego tak trudno jest nam mówić o niebie, w którym będzie szczęście ekstremalne. Ale jak myśleć o szczęściu ekstremalnym, kiedy nie bardzo wiemy, jak to szczęście ma wyglądać tu? To też jest ciekawy rozdział w mówieniu teologicznym i w mówieniu kaznodziejskim. Bo przecież niebo to w gruncie rzeczy nie jest ziemska przyjemność podniesiona do ekstremum. Nie da się jeść tortu całą wieczność, bo się człowiek zamuli. Wiemy, że przyjemności mnożone przestają być przyjemnościami. Mamy trudności w mówieniu o rzeczach ostatecznych. Może dlatego współcześnie tak mało mówimy o niebie i o piekle.

Nie mamy języka, by to opisać. Język, który się wykształcił w średniowieczu czy baroku, dzisiaj nie funkcjonuje. Jest obecny w popkulturze, ale nie w kaznodziejstwie. Nie wyobrażam sobie, żeby dzisiaj straszyć płomieniami i robakami, które wyżerają oczodoły, bo to będzie farsa, a nie kazanie. Więc jak tu powiedzieć człowiekowi, że piekło będzie takim stanem samopozbawienia się Boga? To brzmi zbyt teoretycznie. Trzeba się uciec do języka poetyckiego. Pewnie, że w traktatach teologicznych trzeba używać słów trudnych, pochodzących z greki czy z łaciny, bo to musi być precyzyjne, ale Ewangelia nie jest pisana jak traktat teologiczny i posługuje się językiem poetyckim. I może tak właśnie trzeba mówić?

Dam na koniec przykład dotyczący możliwości języka poetyckiego. Ktoś mi podesłał link do takiego oto filmu reklamowego: na ulicy siedzi niewidomy człowiek, zbiera pieniądze. Na kartonie ma napisane „Jestem niewidomy. Wspomóż mnie”. Ktoś przechodzi, coś rzuci. Ale przechodzi koło niego kobieta, zauważa kartonik, bierze go, na drugiej stronie pisze coś innego i stawia przed niewidomym. Ludzie idą i rzucają. I kiedy ona wraca, on ją rozpoznaje po krokach i pyta: „Co pani tam napisała?”. Ona mówi: „Dzisiaj jest piękny dzień, a ja nie mogę go zobaczyć”. Zmieniając słowo, zmieniamy świat. Myślę, że potrzeba nam trochę takiego kreatywnego myślenia w języku, które wcale nie jest obce Kościołowi, wcale nie jest obce językowi teologicznemu i wcale nie jest obce Biblii. Bo tę samą prawdę typu „jestem niewidomy”, powiedzianą abstrakcyjnie, można przekazać w sposób bardziej życiowy i bliższy doświadczeniu.

Ktoś powie, że to jest manipulacja. Moim zdaniem nie. Tak może powiedzieć tylko ktoś, kto jest właśnie wychowany w świecie abstrakcyjnych konstatacji, które są zimne, bo nie wywołują emocji. Może piekło to taka niemożliwość oglądania piękna Boga na zawsze? Chociaż „na zawsze” już jest niedobre, zbyt abstrakcyjne. Mamy trudności z mówieniem obrazowym, metaforycznym, biblijnym, ale trzeba szukać takich możliwości. Kiedy Jezus uzdrawia niewidomego i pyta się go, czy widzi, ten niewidomy nie mówi, że już widzi trochę albo że już widzi trochę lepiej, albo że jest na wpół niewidomy. Mówi „widzę ludzi jak drzewa”. Żebrak w pustynnej Palestynie był poetą, ponieważ poezja jest czymś bardzo pierwotnym w człowieku. Teoretyczna, abstrakcyjna i zimna konstatacja jest wtórna. Trzeba szukać takiego języka, który będzie wynikał z naszego życiowego doświadczenia. Myślę, że jeżeli będziemy tak do ludzi mówić, będą mieli wrażenie, że słowa nie wyrastają z jakiejś teorii, z książki, abstrakcyjnej konstatacji, ale z doświadczeniu wiary, o którym można powiedzieć w żywy sposób.

Ks. Andrzej Draguła, ur. 1966. Dr hab. teologii, publicysta. Kierownik Katedry Teologii Pastoralnej, Liturgiki i Homiletyki na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego. Wicedyrektor Instytutu Filozoficzno-Teologicznego im. Edyty Stein w Zielonej Górze. Autor książek „Eucharystia zmediatyzowana. Teologiczno-pastoralna interpretacja transmisji Mszy Świętej w radiu i telewizji” (2009) i „Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji” (2010). Ksiądz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.

Krzysztof Ołdakowski SJ, redaktor naczelny „Przeglądu Powszechnego”.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.