Przegląd Powszechny

A A A

Sław miłość. Czesław Miłosz o miłości

komentarze

Miłosz raczej nie pisał wierszy bezpośrednio o miłości, chociaż wierszy napisał grubo ponad tysiąc. Jakże to? Czy można po prostu zgodzić się, że uchylił się od tematu, który jest podstawowym pokarmem literatury, a poezji to już szczególnie?

Czesław Miłosz raczej nie pisał wierszy bezpośrednio o miłości (najprościej rozumianej), chociaż wierszy napisał grubo ponad tysiąc. Jakże to? Czy można po prostu zgodzić się, że uchylił się od tematu, który jest podstawowym pokarmem literatury, a poezji to już szczególnie? Od tematu, który jak żaden inny zaskarbia autorom zainteresowanie czytelników? Tęsknota do dotyku ust, policzków, ekstaza spotkań, drżenie głosu, rozstanie, potrzeba zupełnego oddania, patrzenie na czyjąś postać jak na dzieło sztuki … – a więc nie? Są ważniejsze sprawy? Zdawałoby się, że musi stać za tym jakiś doniosły wybór, jakaś złożona sobie przysięga, pakt może jakiś. Tymczasem Miłosz tonem swobodnym przyznawał, że w jego dorobku (przebogatym przecież) nie ma wielu wierszy bezpośrednio miłosnych, może tak okólnie…[1] Z taką lekkością przyznawać się do tak poważnego odstępstwa od powszechnej praktyki? I to przecież niekoniecznie praktyki początkujących poetów, ale i autorów bezsprzecznie wybitnych, jak Goethe, Schiller, Byron, Mickiewicz. Przecież Miłosz coś świadomie odejmuje swojej twórczości, tak że wyczuwa się w tym nielojalność wobec właściwych ludziom instynktów. Podobnie jak istnieje lista autorów obowiązkowych – istnieje rejestr obowiązkowych tematów (do kanonu często trafiają więc książki średniego lotu, ale poruszające tematy honoru narodowego, powinności społecznych, granic moralności, wolności absolutnej i tak dalej). Z tego w końcu rozlicza się literatów i wydaje opinie o wartości (ważności?) różnych literatur. A Miłosz, zdawałoby się, skrzyżował ręce na piersi i powiedział, że o miłości nie będzie pisał. Jest to odstępstwo większej wagi niż wyrzeknięcie się tematów narodowych czy ogólnospołecznych. W istocie jest to prawie zakamuflowany bunt wobec długiej i wielkiej tradycji literackiej, a nawet ideowej.

Ponieważ uczymy się poezji na tradycji romantycznej, trudno nam pogodzić się z tym, że jeden z największych poetów współczesnych fundamentalny temat romantyzmu niejako deprecjonuje. Opiewanie upojeń i rozterek erotycznych jest wprawdzie równie stare jak sama poezja, ale dopiero romantyczne uwznioślenie miłości jako zenitalnego doświadczenia egzystencjalnego przekonało czytelników, że powołanie poety spełnia się w opisie przygód serca. Wobec tego wiersze okolicznościowe czy dydaktyczne wyglądały płasko, ale również mniej skonwencjonalizowanym, a bardziej refleksyjnym próbom pióra brakowało siły krańcowego przeżycia jednostkowego, jeśli temat utworu omijał zagadnienie miłości, zwłaszcza nieszczęśliwej. Ale miłość romantyczna to nie miłość w ogóle. Istnieją przecież inne rodzaje tego uczucia.

Podziw zwany miłość”

Bo jednak Miłosz nie mógł miłości zlekceważyć, musiał ją jakoś sublimować[2]. Przypomina się „Esse”, obrazek poetycki, o którym sam poeta mówił, że jest to utwór opowiadający o krótkotrwałej namiętności, o romansie rozciągniętym w czasie na minutę i sekund trzydzieści. Tak – to ważny tekst miłosny, ale klucz jest gdzie indziej. W wydanym pod koniec życia „Abecadle” Miłosz wracał do pewnego zdarzenia z wczesnego dzieciństwa. Klatki filmu cofają się o blisko osiemdziesiąt lat. Miałem, myślę, osiem lat. Starsi gadali i polecili małej dziewczynce, żeby pokazała mi park. Szliśmy ścieżkami, przechodziliśmy jakieś mostki, które miały poręcze z brzozowych żerdek, i to dobrze pamiętam. Wtedy to się stało. Wtedy ujawniło się coś, co będzie powracać przez całe życie poety. Ale dokończmy z Miłoszem: Patrzyłem na jej szczupłe ramionka, na wąskość jej rąk nad łokciem i nigdy dotychczas nie zaznane wzruszenie, czułość, zachwyt, nie do nazwania, dławiły mnie w gardle. Nie miałem pojęcia, że to nazywa się miłość. Zdaje się, że coś mówiła objaśniając, ja ani słowa, porażony tym, co nagle na mnie naszło[3].

To nie jest tylko miłość dziecka. Po raz pierwszy Miłosz doznał jej w wieku ośmiu lat i najoczywiściej nie utrwalił swojego uczucia w wierszu. Na szczęście później przydarzały się podobne olśnienia i znalazły literackie odbicie. Na przykład w „Portrecie z kotem” z tomu „Kroniki” Miłosz opisuje swoje wrażenia z wystawy: oto na obrazie dziewczynka z kotem – dziewczynka, której usta, bardzo czerwone, są półotwarte w miłym zapatrzeniu.

Ale twarz: perkatość noska, okrągłość policzka,

Tak wzrusza mnie, zupełnie jak twarz, którą w środku nocy

Budząc się, widziałem na poduszce obok[4].

Czy to nie ten sam podziw co sześćdziesiąt sześć lat temu? To samo wypisanie kilku ledwie cech, bo ludzki język i tak nie sięgnie do głębi doznania. I coś niby aluzja do dawnej inicjacji opisanej w „Abecadle”:

Dziewczynki nie ma, choć jest tutaj, przede mną,

Nie utracona nigdy. Prawdziwe nasze spotkanie

W strefach dzieciństwa: podziw zwany miłość,

Myślenie o dotknięciu, kot w aksamicie[5].

Dziewycznkę widać tylko na portrecie. Ale to nie jest życiowe nieszczęście poety, że tę piękność spotkał dopiero w późnym wieku i to w dodatku w jej słabym płóciennym wizerunku. Miłosz nie jest romantykiem, który skarżyłby się, że los nie skojarzył go z dziewczyną w jednej epoce, wtedy, gdy oboje byli młodzi i mieli otwarte serca. Zdaje się raczej, że urzeka go właśnie niesamowitość spotkania, w którym wszystko (tak, wszystko) zależy od spojrzenia tego, kto patrzy. Piękność dziewczynki niezależna od czasu, jej nieustanna zmysłowść (usta, bardzo czerwone) są szczęściem poety, marzącego, jak przypuszczam, o wzroku zdolnym zachować na stałe siłę wrażenia. Ona jest namalowana, ale to prawdziwe spotkanie. I wreszcie: Myślenie o dotknięciu. Bo czy kiedy młody Czesław patrzył na wąskość rąk nad łokciami dziewczynki spotkanej nad Niewiażą, to czy nie myślał o objęciu palcami jej ramienia? Ale to tylko (czy na pewno „tylko”?) myślenie o dotknięciu; dziewczynka z obrazu jest dostępna wyłącznie spojrzeniu. Podziw zwany miłość.

Oczy, rzęsy i całe urządzenie świata”

Czy rzeczywiście Miłoszowska miłość jest miłością oczu? W tomie „Miasto bez imienia” znajduje się niezwykły czterowiersz „Kiedy księżyc”:

Kiedy księżyc i spacerują kobiety w kwiecistych sukniach

Zdumiewają mnie ich oczy, rzęsy i całe urządzenie świata.

Wydaje mi się, że z tak wielkiej wzajemnej skłonności

Mogłaby wreszcie wyniknąć prawda ostateczna[6].

W istocie ten filozoficzny wiersz jest w pewnym sensie wierszem o wzroku. Oczekiwanie prawdy ostatecznej wynika z obserwacji. Zwróćmy uwagę na sensualność tego krótkiego utworu: w pierwszym wersie, w sześciu słowach (!), zamyka się obraz późnego wieczoru czy wczesnej ciepłej nocy (w końcu: kobiety w sukniach). Nie ma opisu zapachów, czucia wiatru na skórze, odgłosu obcasów – do fundamentalnej refleksji prowadzi Miłosza wyłącznie spojrzenie na jakiś bulwar czy ulicę. Wyłącznie wzrok. Drugi wers: Zdumiewają mnie ich oczy, rzęsy i całe urządzenie świata. Zadziwiające zestawienie. A więc oczy i rzęsy są równoważne całemu urządzeniu świata! Naturalnie oczy kobiet są nie tylko obiektem uwagi poety, lecz także odpowiedzią na jego wzrok. „Kiedy księżyc” wydaje mi się zresztą jednym z najbardziej erotycznych wierszy Miłosza, skoro spojrzenie jest najdyskretniejszym aktem miłosnym.

Cofnijmy się o piętnaście lat. W 1954 roku Miłosz napisał „Esse”, wspomniany już krótki utwór, który – jak mówił sam poeta – opowiada o miłości trwającej półtorej minuty. „Esse” zaczyna się od wrażeń jedynie wzrokowych: Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich. Co można zrobić, jeżeli wzrok nie ma siły absolutnej, tak, żeby wciągał przedmioty z zachłyśnięciem się szybkości, zostawiając za sobą już tylko pustkę formy idealnej, znak, niby hieroglif, który uproszczono z rysunku zwierzęcia czy ptaka? Lekko zadarty nos, wysokie czoło z gładko zaczesanymi włosami, linie podbródka – ale dlaczego wzrok nie ma siły absolutnej? – i w różowawej bieli wycięte otwory, w których ciemna błyszcząca lawa[7]. Znów ta sama oszczędna charakterystyka podziwianej twarzy. Miłość Miłosza między jedną a drugą stacją metra jest pełna, ale nieszczęśliwa. I nie dlatego, że trwa tylko parę chwil. Również nie dlatego, że – na co zwróciłby uwagę romantyk – już, jak można założyć, nigdy na tym świecie nie spotka tej ukochanej. Jest nieszczęśliwa, ponieważ wzrok nie ma siły absolutnej. Kiedy za wiele lat poeta będzie przypatrywał się portretowi dziewczynki z kotem, będzie wiedział, że zamiast siły absolutnej wzroku została mu przynajmniej stałość obrazu.

Na czym polega ta wymarzona siła? Wchłonąć tę twarz, ale równocześnie mieć ją na tle wszystkich gałęzi wiosennych, murów, fal, w płaczu, w śmiechu, w cofnięciu jej o piętnaście lat, w posunięciu naprzód o trzydzieści lat. Mieć. To nawet nie pożądanie. Jak motyl, ryba, łodyga rośliny, tylko rzecz bardziej tajemnicza[8]. Chodzi więc o jakieś nasycenie pięknem; nie o przeżycie, które z natury rzeczy przemija, ale o trwały stan wzbogacenia pięknem, o stałość obrazu w spojrzeniu, a jednocześnie ma to być obraz w ruchu (z zachłyśnięciem się szybkości). Siła absolutna pozwalałaby zachować przedmiot we wszystkich jego ziemskich kształtach, barwach i poruszeniach, tak aby nic nie stracił ze swojej zmysłowości. Byłyby to doznania potężniejsze niż podziw zwany miłość z „Portretu z kotem”. Miłosz nie patrzył na obiekty swojej miłości okiem zdystansowanego obserwatora. Ta miłość nie była miłością estety. Obraz zatrzymuje dla wzroku tę niezwyczajność istnienia, która przez półtorej minuty olśniewała poetę w paryskim metrze. Dziewczynka z obrazu jest nie utracona nigdy – to jakby triumf miłości Miłosza. Tymczasem maksymalistyczne uroszczenia i pożądanie z „Esse” kończą się zawodem i bólem: gąbka która cierpi bo nie może napełnić się wodą, rzeka która cierpi bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami[9].

„Być samym czystym patrzeniem bez nazwy”

Obiektami miłości w twórczości Miłosza były nie tylko kobiety. Wszechpotężne uczucie widocznie nie może przejawiać się tylko w stosunkach z płcią przeciwną. Lata pięćdziesiąte – a więc okres, z którego pochodzi „Esse” – to także „Dolina Issy”. Tomasz Surkont, powtarzający doświadczenia młodego Czesława Miłosza, widzi trzech niemieckich żołnierzy jadących konno, którzy zatrzymali się na chwilę w okolicy. Młody oficer, wcięty w pasie, rumiany jak panienka, zeskoczył z konia, poklepał go po szyi i pił mleko z kwarty. Żeby mężczyzna nosił tak kolorowe ubranie – jak trawa – już to dziwiło. A miał przy sobie ogromny pistolet w skórzanej pochwie, z niej sterczał metal kolby i w dole długa lufa[10]. Tomasz prawie zakochał się w jego giętkości i czymś nieznanym. Miłość ta była, jak dopowiada narrator, krótkotrwała, ale Tomasz sam w końcu pojmuje, że żadnej miłości nie trzeba przeciągać poza jej kres[11]. Dziewczynka z sąsiedztwa, pasażerka paryskiego metra, niemiecki żołnierz – wszyscy oni widziani są przez chwilę, zachwycający dla oczu obserwatora. Wzrok ma tylko chwilę, żeby się oczarować (ocz– arować) ich pięknem. Po opisie wyglądu tych ludzi „kochanych spojrzeniem” Miłosz snuje domysły co do ich dalszych losów (z wyjatkiem pasażerki metra), podobnie zresztą jak w przypadku dziewczynki z „Portretu z kotem”. Historie ich życia biegną już innym torem i przypuszczalnie nie krzyżują się już z losem obserwatora, a jeśli już, to w takich okolicznościach, które nie przypominają dawnej krótkiej miłości.

A jednak to z tych krótkotrwałych olśnień przychodzi radość, prawie ekstatyczna:

Dolina i nad nią lasy w barwach jesieni.

Wędrowiec przybywa, mapa go tutaj wiodła,

A może pamięć. Raz, dawno, w słońcu,

Kiedy spadł pierwszy śnieg, jadąc tędy

Doznał radości, mocnej, bez przyczyny,

Radości oczu. Wszystko było rytmem

Przesuwających się drzew, ptaka w locie,

Pociągu na wiadukcie, świętem ruchu.

Wraca po latach, niczego nie żąda.

Chce jednej tylko, drogocennej rzeczy:

Być samym czystym patrzeniem bez nazwy,

Bez oczekiwań, lęków i nadziei,

Na granicy, gdzie kończy się ja i nie-ja.

I znów wzrokowa sensualność: lasy w barwach jesieni i pierwszy śnieg błyszczący od słońca. Miłoszowska miłość to w gruncie rzeczy radość oczu, zapatrzenie tak intensywne, że uwalnia się od imienia i tożsamości człowieka. Zapatrzenie jest podziwem dla piękna, ale aktywnym podziwem, co znaczy, że cała ta miłość nie wypełnia się w relacji między patrzącym a obiektem (gdyż byłaby to postawa estety). Dla aktu prawdziwie erotycznego potrzeba zaprzeczenia własnemu ego (Na granicy, gdzie kończy się ja i nie-ja)[12]. Do pewnego stopnia chodziłoby o jakieś zjednoczenie z obiektem miłości, ale takie, które pozwalałoby na pewną zewnętrzność wobec piękna. Patrzenie bez nazwy jest wolne od podmiotu, a zarazem nie stapia się z pięknem. Miłość jako zapatrzenie. A że owa radość oczu jest miłością, Miłosz potwierdza w „Roku Myśliwego”, w zapisku z 13 października 1987 roku, gdzie mowa o męskich przyjaźniach: Erotyczne tło w męskich przyjaźniach istnieje, choć byłoby śmiesznością zaraz mówić o homoerotyzmie. Jest to fizyczna radość, radość oczu na widok przyjaciela, taka sama jak na widok kobiety, którą kochamy, rodzaj aprobaty bytu. Jest mój wiersz „Esse” o siedzącej naprzeciwko mnie dziewczynie w metrze, przedmiocie mojej miłości przez parę minut[13].

Jaka znakomita, choć dość przypadkowa, synteza Miłoszowego pojęcia miłości! Toż to ta sama chyba radość oczu co wtedy (Raz, dawno temu, w słońcu) w dolinie, i tak znamienne odwołanie do „Esse”. I jeszcze jedno potwierdzenie, że romantyk odczuwał miłość sercem, Miłosz odczuwał oczami.

Miłość w twórczości Miłosza nie jest romantyczna, to jasne. Jest ona różna od uniesień, chorób i przygód serca dwojga ludzi; różna także od krótkotrwałych namiętności ciała. Zarazem nie jest to żaden rodzaj postawy filozoficznej przyjmującej miłość za wartość najwyższą. Miłość Miłosza to, jak uważam, krótkotrwała (jednak), choć zapewne nieraz trwała w pamięci, ekstaza zmysłów, które zatrzymują się na samym wrażeniu, zazwyczaj wzrokowym, i nie stanowią początku zdarzeń w planie życia dwojga osób. A więc miłość jako intensywne doznanie oczu, które poniekąd uniezależniają się od ciała patrzącego. Miłość jako zapatrzenie się albo raczej wpatrzenie się. Nie kontemplacja, ale docieranie wzrokiem do istoty piękna w człowieku, przedmiocie albo pejzażu, tak jakby kształt i barwa mogły przyjąć do wewnątrz spojrzenie obserwatora. Albo jak gdyby można było przesunąć granice doznania wzroku. W ten sposób może wypełniać się miłość do dziewczynki z portretu, pasażerki w metrze, do przyrody: Oczarowanie, miłość. Do drzew, do rzeki, do ptaków. Pewnie w dziecieństwie nie wiemy, że to nazywa się miłość[14]. Do tak pojętej miłości zdolny jest każdy bez względu na wiek, płeć, warunki urodzenia (w miłości między dwojgiem rozdział ról bywa jednak dość ściśle określony nawet w romantyzmie)[15].

„Miłość to znaczy popatrzeć na siebie”

A co w takim razie z miłością jako wzajemnym uczuciem dwojga ludzi? Cóż, jako poeta i eseista Miłosz nie poświęca temu zbyt wiele uwagi. Dziwi to nas trochę, ponieważ – jak wspomnieliśmy na początku – wydaje się to jakimś śmiałym sprzeciwem wobec przemożnych tendencji w literaturze, od których, zdawałoby się, nie ma ucieczki. To jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo uwikłani jesteśmy w romantyczne światoodczucie. Tymczasem umysł Miłosza sięga dużo głębiej niż przełom XVIII i XIX wieku. Bo to, że Miłosz powściągał się przed opisem przygód dwóch serc nie wynika, zakładam, tylko z dyskrecji i niechęci do eksploracji obszarów nazbyt prywatnych. Wynika także z przekonania o względności romantycznych wyobrażeń o dramatyzmie i potędze tego, co się dzieje między Nią a Nim, którzy są sobie pisani. Przykład: Jedyna, kobieta przeznaczona, należy do romantyzmu, i zapewne Werter, nie mogąc jej zdobyć, musiał się zabić. Taki powód samobójstwa byłby niezupełnie zrozumiały dla stoików i epikurejczyków oraz dla wyznających starożytną filozofię poetów. Ale ludzie końca osiemnastego i początku dziewiętnastego wieku, w tym polscy romantycy, mieli zupełnie inny rodzaj lektur, z których mogli się co nieco dowiedzieć o zaślubinach dwojga dusz[16]. Względność nie oznacza przy tym jakiejś kardynalnej niezgody, bo swedenborgiańska „seksualność anielska”, fizyczna, w nadziemskości ziemska, jest, zdaje się, bliska Miłoszowi. Zresztą powiedzmy otwarcie: romantyczne namiętność i czułość nie są czymś niestosownym w literaturze, tylko z punktu widzenia Miłosza być może nie dość inspirującym poznawczo i filozoficznie po tylu literackich opracowaniach tematu.

Miłość Miłosza wydaje się więc wpatrzeniem w człowieka, w krajobraz, w przedmiot. Myślę, że jeśli w ten sposób będziemy czytać dzieło tego poety, przekonamy się, jak ważne miejsce miłość zajmowała w hierarchii wartości autora „Miasta bez imienia”. Miłość ujęta bardzo sensualnie, przede wszystkim wzrokowo. Właśnie spojrzenie, patrzenie sygnalizują często ów szczególny Miłoszowski erotyzm, jak sam pisał – rodzaj aprobaty bytu. I to zestawienie widać także w wierszu „Miłość” z cyklu „Świat, poema naiwne”:

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie

Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy

Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.

A kto tak patrzy, choć sam o tem nie wie,

Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,

Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu[17].

Miłość wyraża się w patrzeniu i jej istotą nie jest namiętność jednego człowieka do drugiego, ale podziw dla pięknej rzeczy istniejącej poza nami.

Ten przywilej wzroku, widzenia można by różnorako tłumaczyć. Jednak zamiast podejmować nowy wątek dodajmy tylko, że owa szczególna moc wzroku – tak zasadnicza w twórczości Miłosza – to nie wyłącznie filozoficzny zamysł czy postulat przerabiany literacko. Mam na myśli niezwykłość wzroku samego Miłosza, na przykład wtedy – widać to na zdjęciach – gdy po półwieczu odwiedza rodzinne strony; ale to temat na inną okazję.

Tomasz Jędrzejewski, ur. 1984, doktorant Instytutu Literatury Polskiej Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor „Przeglądu Powszechnego”.


[1] Wyraził się tak na pewnym spotkaniu, na którym czytał swoje wiersze.

[2] Na ważność Erosa w miłoszowskich poetyckich epifaniach wskazywał Jan Błoński w artykule Epifanie Miłosza („Teksty” 1981, nr 4/5). Eros przedstawiony jest tu jako siła poezjotwórcza, ale wiążąca się z „zaborczym ego”; wprawdzie „umożliwia poezję”, ale jest egoistyczny, dlatego poeta – by uniknąć pychy – ostatecznie odwraca się od niego. Te epifanie „ocalają jednokrotność”, pojedynczość istnienia, szczególność bytu.

[3] Cz. Miłosz, Miłość, w: Abecadło, Kraków 2001, s. 222.

[4] Tenże, Portret z kotem, w: Kroniki, Kraków 1988, s. 10.

[5] Tamże.

[6] Tenże, Kiedy księżyc, w: Miasto bez imienia, Paryż 1969, s. 24.

[7] Tenże, Esse, w: Esse, Warszawa 2001, s. 38.

[8] Tamże.

[9] Tamże, s. 39.

[10] Tenże, Dolina Issy, Kraków 1981, s. 32.

[11] Tamże, s. 106.

[12] Przeciwnie rozumował Błoński kojarzący, o czym wspomniano, Erosa z „zaborczym ego” (Epifanie Miłosza, dz. cyt., passim).

[13] Tenże, Rok myśliwego, Paryż 1990, s. 73.

[14] Tanże, Inne abecadło, Kraków 1988, s. 119.

[15] Miłoszowskie epifanie opisane przez Błońskiego mają wiele wspólnego z owym wpatrzeniem się, ale „wpatrzenie się” rozumiem bardziej podmiotowo, jako czyste doznanie wzrokowe; chodzi tu nie tyle o dostrzeżenie jednokrotności, wyjątkowości bytu, ile o sam podziw i nasycenie oczu. Dlatego też nie będziemy utożsamiać „zaborczego Erosa” (vide artykuł Błońskiego) i podziwu zwanego miłość.

[16] Tamże, s. 18.

[17] Tenże, Miłość, w: Świat: poema naiwne, Kraków 1999, s. 15. Podrkeślenia – T.J.

  1. astessyFupe napisał(a):

    87206 http://paydayloansonlinev.co.uk – payday loan YUjasildPh

  2. .ot! ..a chcialo by sie......... napisał(a):

    …i kochac
    by kochanym byc-nie tylko
    widziec – slyszec i czuc
    odkrywac w trwaniu
    przenikaniu
    dochodzeniu do >DNA>> milosnych
    wrazen odczuc
    wieczystej sily
    niekonczacej i trwalej
    i tesknej
    i tak tej naszej
    nas laczacej
    w skonczonej
    nieskonczonosci
    wszech i wobec….
    >>>> czy to nie przypadkiem
    NIEPRAWDA
    w samej pseudo-prawdzie????

  3. triesepooks napisał(a):

    52417 http://onlineloanss2.co.uk – online loans uxpXmUkdwcHPThF

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.