Przegląd Powszechny

A A A

Bałaganiarska ewolucja kontra ludzki umysł

komentarze

Czy ewolucja człowieka jeszcze trwa? Do jakich zmian doprowadzi? Czy wśród ludzi działa dobór naturalny? Czy rozwój cywilizacji może w końcu doprowadzić do wyzwolenia się umysłu z ciała? Z prof. Pawłem Golikiem rozmawia Sebastian Duda.

bixentro-001_

(fot. bixentro / flickr.com / CC BY)

  Czy ewolucja człowieka jeszcze trwa?

Tak. Ewolucji w biologii zasadniczo nie da się zatrzymać. Jest ona bowiem podstawową własnością życia, to nieomal jej definicja. Wszystko, co żyje, musi ewoluować. Ewolucja to losowe, przypadkowe zmiany w informacji genetycznej, które zachodzą i będą zachodzić zawsze, bo fizycznie nie jest możliwa replikacja DNA bez błędów.

Drugi aspekt ewolucji polega na tym, że owe utworzone przez losowe zmiany warianty nie są równocenne pod względem sukcesu reprodukcyjnego. Jedne powielają się lepiej, inne słabiej. Trzeba jednak pamiętać, że ewolucja to proces bardzo powolny. Wytworzyła zupełnie niesłychaną rozmaitość struktur, jakimi są organizmy żywe, bo miała na to miliardy lat. Ewolucyjna skala czasu jest gigantyczna w porównaniu ze skalą dostępną człowiekowi. To podstawowa różnica między rozwojem ludzkiej cywilizacji a ewolucją biologiczną.

Jak wytłumaczyć tę wielką różnicę w prędkościach?

Po pierwsze, jest tak dlatego, że zmiany w rozwoju cywilizacji nie są całkowicie przypadkowe. Możemy na nie wpływać. Po drugie, zmiany nabywane w czasie (jednostkowego) życia mogą być przekazywane, a przekaz ten może być ukierunkowany.

Nie jest też tylko pionowy: z rodziców do potomków. Bywa poziomy, czego przykładem jest nasza rozmowa, w trakcie której ja ci coś przekazuję. Z owym czymś sam przecież się nie urodziłem, lecz nauczyłem się tego. Te cechy powodują, że rozwój cywilizacji nie jest procesem typu darwinowskiego. Czas, który upłynął od jej początków do dzisiaj, był – w naszym postrzeganiu rozwoju kultury – gigantyczną zmianą. Z punktu widzenia ewolucji było to jednak ledwie mgnienie.

Można się zatem zastanawiać, jakie znaczenie ma obecnie ewolucja biologiczna dla ludzkości. Rozwój kulturowy, cywilizacyjny jest przecież tak gwałtowny w porównaniu z ewolucją biologiczną, że – jak mi się zdaje – to właśnie on może radykalnie zmienić kształt naszego gatunku, zanim ewolucja biologiczna zdąży z tym cokolwiek zrobić. By ewolucja biologiczna odcisnęła jakiś trwalszy ślad na ludzkich populacjach (pamiętajmy, że człowiek jest gatunkiem, który rozmnaża się powoli; ma stosunkowo długi cykl życia i nieliczne potomstwo – tempo zmian nie jest zatem szczególnie szybkie), musiałyby upłynąć co najmniej dziesiątki tysięcy lat. Dla rozwoju cywilizacji to okres niesłychanie długi, wręcz niewyobrażalny.

Tu lądujemy już poza tym, co Raymond Kurzweil nazywa „punktem osobliwości”, czyli tym, w którym zmiany technologiczne będą na tyle wielkie, że zgubi się nasza zdolność prognozowania, bo całkowicie się zmienią warunki gry. Takim „punktem osobliwości” w historii naszego gatunku mogło być pojawienie się – na skutek ewolucji biologicznej – mowy. Taką osobliwością mogło być też pismo, choć mowa była pewnie czymś dla rozwoju cywilizacji ważniejszym. Właściwie to ona tę cywilizację umożliwia. Ja zresztą nie uznaję przyjmowanego przez wielu radykalnego dualizmu natury i kultury. Moim zdaniem naturą człowieka jest kultura.

Czy biologowie są w stanie na bieżąco obserwować jakiekolwiek zmiany zachodzące w gatunku homo sapiens na skutek ewolucji biologicznej?

Owszem, ale „na bieżąco” nie znaczy, że zmiany te są do zaobserwowania np. w ciągu jednego ludzkiego życia. Podstawową metodą obserwacji jest porównywanie organizmów żyjących współcześnie i na tej podstawie wyciąganie wniosków o tym, co było kiedyś. Konstruuje się różne modele czy scenariusze i wybiera się takie, które z największym prawdopodobieństwem tłumaczą to, co obserwujemy. Opierając się na takich analizach możemy np. stwierdzić, jak ewolucja kształtowała człowieka w ciągu ostatnich setek czy dziesiątek tysięcy lat.

Widzimy, że na genotyp naszych przodków bardzo wpływał klimat. A w ciągu kilkudziesięciu tysięcy lat (w perspektywie ewolucji to bardzo niewiele) człowiek rozprzestrzenił się z Afryki na cały obszar Eurazji łącznie z Syberią i kołem podbiegunowym. Gigantyczna zmiana środowiska, która ewidentnie podlegała darwinowskiej selekcji. To ma spore znaczenie dla współczesnej medycyny.

Medycyna ewolucyjna pokazuje np., że to, przez jakie obszary i w jakim klimacie przemieszczali się ludzie dziesiątki tysięcy lat temu, może wpływać dziś na ryzyko występowania cukrzycy czy chorób neurodegeneracyjnych. Związane jest to ze zmiennością jednego określonego fragmentu DNA (DNA mitochondriów). Czegoś takiego nie da się zaobserwować, gdy spojrzymy na czasy historyczne. Gdyby komuś udało się wyizolować (nie jest to już zresztą technicznie wykluczone) DNA z kości mieszkańców Polski epoki Piastów czy Jagiellonów i odczytać całą sekwencję genomu, powiedzmy, 20 z nich i 20 współczesnych Polaków, żaden biolog nie odróżniłby jednej grupy od drugiej. Upłynęło zbyt mało czasu, by pojawiły się zauważalne zmiany.

Naprawdę nie dałoby się zaobserwować żadnych różnic? Przecież i współcześnie ludzie między sobą różnią się znacznie.

Ludzie wydają się bardzo różnorodni – na tyle, że w XIX w. wiele osób uważało mieszkańców Europy i Afryki za dwa odrębne podgatunki. Cała koncepcja ras opierała się na tym mniemaniu. Dzisiaj uzbrojeni w techniki badania DNA wiemy, że człowiek jako gatunek ma bardzo małą różnorodność genetyczną. Dwa osobniki szympansa: jeden z Afryki Środkowej i drugi z Afryki Zachodniej różnią się między sobą genetycznie około pięciokrotnie bardziej niż dwóch ludzi mieszkających na zupełnie różnych kontynentach. To się bierze z tego, że wszyscy jesteśmy potomkami stosunkowo niewielkiej grupy ludzi, która dość ekspansywnie i szybko rozprzestrzeniała się na cały świat.

Genetycy populacji wiedzą, że coś takiego może bardzo znacznie zmniejszyć pulę różnorodności genetycznej, co zresztą przypłaciliśmy wieloma niedoskonałościami. Chorujemy na liczne choroby, które np. naszych najbliższych krewnych – szympansów nie dotykają.

Jakie to choroby?

Na przykład choroba Alzheimera. Jej występowanie może być spowodowane tym, że – w wyniku szybkiej ekspansji w stosunkowo nieodległej przeszłości – straciliśmy nieco pożądanej w tym przypadku różnorodności genetycznej. Ta mała różnorodność w pewien sposób ogranicza tempo ewolucji.

Nieprawdopodobna jest wizja przedstawiona przez Wellsa w „Wehikule czasu” – dziś zresztą występująca już w licznych wariantach – o przyszłym podziale człowieka na odrębne gatunki. Wells pisał o Elojach, pięknych, choć zdegenerowanych, żyjących na powierzchni Ziemi potomkach współczesnych klas posiadających, i szpetnych, chowających się w podziemiach Morlokach – potomkach obecnego proletariatu.

Dlaczego nie jest to możliwe?

By z jednego gatunku powstały dwa – w teorii ewolucji nazywa się to specjacją – musi dojść do izolacji, zablokowania przepływu genów między izolowanymi grupami. To zablokowanie może mieć różne mechanizmy. Może być geograficzne, np. odizolowanie na jakiejś wyspie. Może mieć też charakter behawioralny, np. osobniki odżywiające się w nocy i osobniki odżywiające się za dnia. Tymczasem nasz świat jest coraz mniejszy, a przepływ genów między różnymi populacjami ludzkimi – coraz większy.

Gdy Ameryka była zasiedlana kilkanaście tysięcy lat temu (wydaje się zresztą, że powtórnie, ale pierwsi jej mieszkańcy nie dożyli dzisiejszych czasów, praktycznie nic o nich nie wiemy; poza nielicznymi śladami, zostało trochę kości, itd.), na kontynent ten – przez naturalny most w Cieśninie Beringa, który wtedy istniał, wędrowali ludzie ze wschodniej Syberii. To przejście bardzo szybko zaniknęło, klimat się zaostrzył i Ameryka dość długo była odizolowana od reszty świata. Trwają spory, kiedy i skąd przybyli do niej pierwsi żeglarze.

Raczej nie był to Kolumb.

Wcześniej na pewno byli tam Wikingowie z Grenlandii. Bardzo prawdopodobne też jest, że około X w. byli tam Chińczycy, a może jeszcze wcześniej Polinezyjczycy. W każdym razie przez tysiące lat rdzenni mieszkańcy Ameryki byli odizolowani od reszty ludzkości. To samo można powiedzieć o mieszkańcach wielu wysp na Pacyfiku. A jednak nie powstały w tym okresie odrębne gatunki czy podgatunki ludzkie. Najdłuższy genetyczny eksperyment rozdzielający ludzi z przyczyn społecznych, czyli system kastowy w Indiach, który funkcjonuje od ładnych kilku tysięcy lat – ciągle przecież jest dość mocny – i w którym związki między odległymi kastami były i są właściwie nie do pomyślenia, też nie doprowadził do powstania jakichkolwiek znaczących barier genetycznych ani żadnych znaczących różnic na poziomie składu genetycznego populacji.

Dlatego w świecie, w którym te bariery stają się coraz mniejsze, możliwość podziału człowieka na gatunki czy podgatunki staje się coraz mniej prawdopodobna. Przeciwnie, różnice raczej się zacierają. Jeszcze 200-300 lat temu mieszkańcy Europy wybierali – bądź im wybierano – partnerów i partnerki w promieniu 30-40 kilometrów od miejsca urodzenia. Dziś nawet na ulicach Warszawy, nie mówiąc już o takich miastach jak Paryż, Londyn czy Nowy Jork, widzimy jak to się zmieniło.

To, że odpowiedni fenotyp przypisujemy dziś Azjacie, Afrykańczykowi czy Europejczykowi, w perspektywie biologii jest sprawą naprawdę dość młodą. Dziesięć tysięcy lat temu z pewnością fenotypy mogły być inne, a za 10 tysięcy lat mogą być jeszcze inne, o ile pozostaniemy wtedy w naszych ciałach.

Odmienne fenotypy to jednak nie różnice gatunkowe. Jedyną możliwością, jaka w tym względzie dla mnie się rysuje – ale tak naprawdę to czyste science fiction – jest sytuacja, w której grupa ludzkich kolonistów zasiedla w przyszłości jakąś obcą planetę i następnie traci kontakt z Ziemią. Czy doszłoby wtedy do powstania nowego gatunku? Być może.

Czy możemy pokusić się o pewną projekcję i spróbować przewidzieć, do jakich zmian doprowadzi ewolucja biologiczna nasz gatunek w przyszłości tu na Ziemi? Wiem, że to trudne, skoro ewolucja zdaniem biologów nie ma charakteru kierunkowego tylko przypadkowy.

Właśnie dlatego taka projekcja nie wydaje mi się możliwa. Potrafimy, patrząc ex post – w zależności od tego, jakie mamy dane – odtwarzać mechanizmy prowadzące do powstania tej czy innej sytuacji w ewolucji człowieka. Zwykle wydaje się nam przy tym, że mechanizmy te były nieuniknione. Tymczasem tak nie jest. To, co w ogóle kiedykolwiek wydarzyło się w świecie przyrody na Ziemi, jest tylko maleńkim ułamkiem wszelkich możliwości. Drogi ewolucji przewidzieć się nie da, choćby dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć zmian w środowisku, a także kierunku zmian mutacyjnych.

Projekcje dotyczące ewolucji przypominają nieco prognozowanie pogody. Umiemy dość dokładnie przewidzieć pogodę na dwa, trzy dni do przodu. W perspektywie tygodnia jest to już dużo trudniejsze. Możemy mówić o globalnych trendach, gdy chodzi o zmiany klimatu, ale nikt z meteorologów z całą pewnością nie stwierdzi dziś, że, dajmy na to, 15 lipca 2011 r. będzie w Warszawie padał deszcz lub świeciło słońce.

Problem nie w tym, że mamy za słabe komputery lub za mało o tym wiemy. Zbyt wiele losowych zmiennych będzie działało po drodze. Tak samo jest z ewolucją – nie tylko gatunku ludzkiego, ale jakiegokolwiek gatunku. W przypadku człowieka dochodzi jeszcze bardzo ważny czynnik – ludzie przekształcają środowisko i samych siebie. Być może w ciągu setek lat – co z punktu widzenia przyszłości naszej cywilizacji jest czasem bardzo odległym, a z punktu widzenia ewolucji biologicznej czasem kompletnie nieznaczącym – dojdzie do zmiany technologicznej, która pozwoli nam przekształcać samych siebie jako gatunek. Jak się to będzie działo, to rozważania dla fantastów. Być może uda się oddzielić od biologicznych uwarunkowań to, co w nas najcenniejsze: życie umysłowe. Jako biolog wiem jednak, że przekształcać organizmy jest niesłychanie trudno.

Czyżby? Tyle się przecież teraz słyszy o organizmach modyfikowanych genetycznie…

Mało kto wie, że zmiany te są dość nieskomplikowane: tu wkłada się jeden dodatkowy gen, gdzie indziej usuwa się dwa lub trzy geny. Zmiany bardziej systemowe i wielkoskalowe dokonywane są na bakteriach – bardzo prostych organizmach. Na bardziej złożonych organizmach to się nie udaje. Najpoważniejsze zmiany ludzie wprowadzili w ciągu ostatnich kilkunastu czy kilku tysięcy lat wcale nie dzięki inżynierii genetycznej, lecz wykorzystując proces ewolucyjny, tyle że z doborem sztucznym. Tego, co w ciągu wspomnianego okresu człowiek zrobił z dzikich psowatych, takich jak wilki – czyli wszystko, co dziś widzimy wśród domowych psów, od ratlerków po owczarki – jakakolwiek inżynieria genetyczna na razie uczynić nie jest w stanie.

Inny przykład: współczesne rośliny uprawne – jak mało one mają wspólnego ze swoimi występującymi dziko przodkami! Takich efektów zmian genotypu nie bylibyśmy w stanie osiągnąć metodą nagłych, sztucznych przekształceń. Jeżeli bowiem w pewnym momencie konstrukcja jest dostatecznie złożona (a tak naprawdę nie jest konstrukcją, skoro nie było konstruktora; mamy raczej do czynienia z efektem nawarstwiania się kolejnych, drobnych, przypadkowych zmian), to jest to na tyle nieporządne i skomplikowane, że po prostu zmienić się tego nie da. Jeśli coś – w wyniku świadomego działania – posypie się w jednym miejscu, to w sposób nieprzewidziany i niepohamowany będzie się mogło posypać w dziesięciu innych. O tak stosunkowo prostej cesze człowieka, jaką jest jego wysoki czy niski wzrost, decyduje współdziałanie ponad setki genów. Możliwości manipulowania wydają się tak samo nierealne jak możliwości manipulowania pogodą za dwa miesiące.

Ciekawe, że skutki ewolucji są tak bałaganiarskie.

Wbrew temu, co się o niej powszechnie myśli, ewolucja nie jest wszechmocna i nie produkuje rozwiązań idealnych. Masę tekstów napisano o tym, jak wiele bezsensownych rozwiązań jest w organizmie człowieka czy w dowolnym innym. Ewolucja modyfikuje to, co już zastała i działa w obrębie możliwości narzuconych przez przeszłość. W tym, że mamy parę rąk i parę nóg, wcale nie trzeba widzieć idealnego rozwiązania. To przecież wynika stąd, iż pochodzimy od pierwotnych tetrapodów (czyli czworonogów). Podobnie rzecz się ma z ptakami, u których jedna z tych par kończyn przekształciła się w skrzydła. W związku z tym mają dość ograniczone możliwości, bo mają parę nóg służącą do tego, by się poruszać po stałym lądzie i parę skrzydeł służącą im do latania. Ewolucja nie tworzy zatem form idealnych. Jedyne, co jest w stanie spowodować, to tworzenie form niegorszych od konkurencji.

Mimo to mami się nas wizjami, że z pomocą terapii genowej będziemy w stanie np. wyeliminować choroby występujące w pewnych ludzkich populacjach częściej niż w innych.

Być może. Trzeba jednak pamiętać, że choroby, które tu najpewniej się ma na myśli – czyli takie, które są wywołane defektami pojedynczych genów, jak mukowiscydoza, dystrofia Duchenne’a czy choroba Huntingtona – występują na ogół rzadko. Z punktu widzenia ewolucji człowieka większego wpływu na populację to nie będzie miało. Wciąż bowiem zachodzą nowe mutacje i osoby z tymi mutacjami zawsze się będą pojawiać.

Inna rzecz, że niektóre z tych chorób są tak ciężkie, że ludzie nimi dotknięci umierają we wczesnym dzieciństwie. Nie przekazują więc ich dalej, bo nie mają szansy zostać rodzicami. Z drugiej strony, dzięki m.in. badaniom nad genomem człowieka, niewątpliwie coraz lepiej rozumiemy dziedziczne podłoże takich często występujących chorób jak cukrzyca, choroby serca, choroby nowotworowe. Być może będziemy w stanie w jakiś sposób ograniczać ich działanie, ale nigdy ich nie zniesiemy. Nieśmiertelności nie osiągniemy.

Jaki jest główny powód tej przykrej niemożliwości?

Wpisana jest ona w plan naszej budowy. W ewolucji nigdy nie było presji na wydłużanie życia pojedynczych osobników. Ludzie i tak żyją bardzo długo w porównaniu z innymi organizmami. Ewenementem w przypadku człowieka jest to, że żyje on jeszcze długo po ustaniu funkcji reprodukcyjnych, co wiąże się oczywiście z tym, że nasze potomstwo wymaga – w porównaniu z innymi zwierzętami – bardzo długiej opieki do osiągnięcia samodzielności.

Wydłużanie ludzkiego życia w nieskończoność nie ma z punktu widzenia ewolucji żadnego sensu. W związku z tym mamy w sobie bardzo wiele elementów, które się po prostu zużywają i dlatego, mówiąc nieco kolokwialnie, na coś w końcu trzeba umrzeć. Być może dzięki postępom medycyny sprawimy, że np. czterdziestolatkowie przestaną umierać na zawał serca a dzieci na choroby nowotworowe, co, jak wiadomo, często się jeszcze zdarza. Natomiast znaczącej możliwości wydłużenia życia ludzkiego w ciele, jakie po miliardach lat ewolucji odziedziczyliśmy, nie widzę.

Czy wśród ludzi działa jeszcze dobór naturalny?

On działa zawsze – wśród ludzi jednak bardzo wolno w porównaniu ze zmianami cywilizacyjnymi. Co więcej, zmiany cywilizacyjne spowalniają go, gdyż umożliwiają przetrwanie osobom o cechach, które w środowisku przedcywilizacyjnym mogłyby być niekorzystne.

Podejrzewam np., że wady wzroku, które stosunkowo łatwo na poziomie fenotypu korygować za pomocą soczewek znanych od kilkuset lat, w przeszłości były poważną przeszkodą do przeżycia w prymitywnych myśliwsko-zbierackich społeczeństwach. Tego typu cech jednak nie ma zbyt wiele, więc pomoc w ich korekcie, którą daje nam cywilizacja, nie prowadzi do genetycznej degeneracji w ludzkich populacjach.

Należy też pamiętać, że dobór naturalny działa tylko na te cechy, które wpływają na sukces reprodukcyjny i są odziedziczalne, czyli przekazywane w DNA potomstwu. W naiwnych podejściach w tzw. psychologii ewolucyjnej czy socjobiologii (skądinąd dziedzinach bardzo pożytecznych) mamy do czynienia z charakterystycznym błędnym twierdzeniem, że absolutnie wszystkie cechy człowieka podlegają doborowi naturalnemu. Otóż właśnie nie! Wszystkie cechy, których podłoże jest bardziej kulturowe niż biologiczne, darwinowskiej ewolucji nie podlegają.

Poza tym sam dobór naturalny ma wiele oblicz. Trudno np. powiedzieć, czy działa dobór ukierunkowany, bo mamy przecież raczej tendencję do naginania środowiska do naszych potrzeb niż pozostawiania tego naginania w gestii ewolucji. Do zimnego klimatu dostosowaliśmy się nie dzięki temu, że zyskaliśmy większe owłosienie, ale nauczyliśmy się wytwarzać ubrania. Gatunek pozbawiony tych zdolności tworzenia cywilizacji i kultury, które ma człowiek, w sytuacji przenosin do chłodniejszego klimatu zapewne stopniowo ewoluowałby coraz gęstsze owłosienie, jak fauna z epoki lodowcowej w Europie – nosorożce włochate czy mamuty, których krewni żyjący w cieplejszym klimacie tego owłosienia nie mieli.

Takie zmiany ewolucyjne pojawiają się jednak w ciągu dziesiątek tysięcy lat, podczas gdy wynalazki cywilizacyjne to kwestia jednego bądź kilku pokoleń. Na wszelkie zmiany czy potrzeby środowiska człowiek reaguje zatem zmianami cywilizacyjnymi znacznie szybciej niż ewolucja mogłaby mu na to pozwolić za pomocą doboru naturalnego. Działanie ewolucji daje się zaobserwować przynajmniej w ciągu dziesiątek tysięcy lat. W tym czasie, jak można przypuszczać, rozwój naszej cywilizacji będzie tak intensywny, że jakiekolwiek przewidywania postawione w trakcie tej rozmowy po prostu nie mają sensu.

A jednak, jak powiedziałeś, dobór naturalny działa nawet w naszej, wysoko rozwiniętej cywilizacji.

Najczęściej działa dobór zwany oczyszczającym, który eliminuje warianty nienadające się do przetrwania, do wydania potomstwa. Eliminuje np. mutacje, które powodują bezpłodność albo ciężkie wady rozwojowe. U człowieka ta eliminacja zachodzi dość intensywnie. Powinniśmy pamiętać, że większość zapłodnionych komórek jajowych nie daje udanej ciąży.

Czy można to rzetelnie zaobserwować wśród ludzi? Jeden ze znanych polskich genetyków medycznych sugerował mi kiedyś, że w tym wypadku badania przeprowadzane np. na koniach (w stajniach hodowlanych często dokonuje się inseminacji, by uzyskać osobniki o pożądanej rasie) w nieuprawniony sposób transponuje się na ludzi.

Prawdą jest, że nie wszystko wśród ludzi daje się zaobserwować. Na odpowiednio wczesnym etapie ciąży oczywiście nie potrafimy stwierdzić rzeczywistej liczby poronień. Natomiast w sytuacji, gdy już samoistne poronienie można zauważyć i przebadać, wychodzi często, że jego powodem były defekty chromosomowe czy inne wady genetyczne. Te błędy są dość częste i są one w naturalny sposób eliminowane.

A jak wytłumaczyć postępującą epidemię bezpłodności w ostatnich kilkudziesięciu latach? Czy nie będzie ona miała wpływu na naszą populację?

Przyczyn niepłodności jest masa, ale można spokojnie założyć, że w zdecydowanej większości przyczyny te dziedziczone nie będą.

Nawet w zapłodnieniu in vitro?

Tak mi się wydaje. Rzadko przecież niepłodność dotyka oboje partnerów. Jeśli jakiś defekt występuje po stronie ojca, nie będzie na pewno dziedziczony przez córki. Dla całej populacji człowieka może to jednak mieć z pewnością tylko minimalne znaczenie. Występowanie bezpłodności ma na pewno dziś duży związek z zanieczyszczeniem środowiska. Pytanie, czy nasza cywilizacja poradzi sobie z tym zanieczyszczeniem. W tej dziedzinie widać zresztą już postęp.

Bezpłodność jest dziś wielkim problemem dla indywidualnych osób. Przyrost liczebny populacji człowieka nie wydaje się w żaden sposób zagrożony. Trzeba pamiętać, że mamy tendencję do patrzenia na ogólnoludzkie problemy w optyce krajów wysokorozwiniętych. Stąd biorą się pesymistyczne przewidywania, że w wyniku postępów medycyny, możliwości ratowania osób obciążonych ciężkimi wadami genetycznymi liczba tych niebezpiecznych genów czy alleli będzie w populacji wzrastać. Zapominamy, że dostęp do najnowocześniejszej medycyny dotyczy być może 5%, a może nawet tylko 1% ludzkości. Historia cywilizacji pokazuje, że w tym względzie raczej niewiele się zmienia.

Abstrahując od ideologicznych sporów w kwestii zapłodnienia in vitro, są jednak tacy lekarze-genetycy medyczni, którzy podejrzewają, że taki sposób prokreacji może skutkować większą zapadalnością na pewne choroby.

Mnie nie wydaje się, by miało to znów tak wielkie znaczenie. U przeciwników in vitro można zauważyć tendencję do wyolbrzymiania różnic pomiędzy tym a „naturalnym” sposobem zapłodnienia. Tymczasem w swej istocie niewiele się różnią. Na zdrowie człowieka w ogromnym stopniu wpływa środowisko. Zmiany środowiska po wpływem człowieka są tak szybkie, że nasza ewolucja za tym nie nadąża. Występowanie bardzo wielu chorób cywilizacyjnych obecnie ma pewnie związek z faktem, że żyjemy w innym środowisku niż to, w którym ewoluowali nasi odlegli przodkowie.

Co się radykalnie zmieniło?

Weźmy pod uwagę choćby pełną dostępność pokarmów, której dzikie zwierzęta właściwie nie znają. Inny przykład: przedłużony stres. Mechanizmy stresu to albo mechanizmy ucieczki, albo walki. Zawsze dotyczą czegoś, co dzieje się przez chwilę: albo się w walce wygrywa bądź skutecznie ucieka, albo przegrywa i problem wraz z osobnikiem przestaje istnieć. A dziś w przypadku ludzi stres sączy się powoli, dzień po dniu, i nie jest to na pewno sytuacja, do której te mechanizmy wyewoluowały.

Mimo to średnia długość życia wzrasta.

To prawda. Dzieje się tak głównie dzięki osiągnięciom cywilizacji, przede wszystkim medycyny. Przyczyniło się do tego głównie odkrycie drobnoustrojów chorobotwórczych i wynalezienie sterylności, technik aseptycznych oraz odkrycie szczepień i antybiotyków. Poza tym ważna jest tu też dostępność pokarmu i coraz większa świadomość nie tylko jego ilości, ale i jakości.

Każde z tych odkryć ma pewnie dziś już efekty uboczne, np. bakterie uodparniają się na antybiotyki.

Owszem. W przypadku bakterii jest to zresztą mechanizm ewolucyjny. Obecnie zresztą obserwujemy już wśród pewnych grup bakterii spadek owej niebezpiecznej oporności. Wiąże się to z faktem, że racjonalniej używamy antybiotyków. Lekarze są edukowani, by nie przepisywać ich przy byle okazji. I choć problem oporności bakterii na antybiotyki jest jednym z najważniejszych problemów współczesnej medycyny, stosowanie antybiotyków na pewno jest bardzo pożyteczne i mimo efektów ubocznych – pożądane. Dzięki szczepieniom i antybiotykom udało się w świecie zachodnim wyeliminować przecież takie choroby jak ospa, polio czy dżuma.

Wydaje mi się, że pewne zmiany ewolucyjne jesteśmy w stanie zaobserwować, choćby to, że wielu mężczyzn łysieje, a zęby mądrości nie bardzo są nam też już chyba potrzebne.

Gdy chodzi o łysienie, ważny aspekt stanowi to, że po prostu dłużej żyjemy. Pięć tysięcy lat temu człowiek dożywający czterdziestki był już dość wiekowym osobnikiem. Wiele cech ujawnia się dziś zatem częściej niż wtedy, gdy ujawnić się po prostu nie miały okazji.

Zęby mądrości to z kolei ciekawy przykład reliktu ewolucyjnego. Dziś do niczego nie są nam potrzebne, przysparzają za to kłopotów. Pewnie będą zanikać, ale przecież obecnie, gdy bardzo nam przeszkadzają, idziemy po prostu do dentysty i je usuwamy. Dużej presji ewolucyjnej w tym przypadku nie ma. Bardzo rzadko się zdarza przecież, by ktoś z powodu zęba mądrości umarł. Tym bardziej nie są te zęby przeszkodą w posiadaniu potomstwa. Ich zanik będzie jednak następował, ale nim zęby mądrości ostatecznie zanikną upłynie na pewno bardzo dużo czasu. Być może wtedy problem zębów i w ogóle ciała nie będzie już istniał.

Właśnie. Sugerowałeś już, że rozwój cywilizacji może nas w końcu doprowadzić do wyzwolenia się umysłowości z ciała. Co masz na myśli?

To nie jest mój oryginalny pomysł. Idea ta funkcjonuje od jakiegoś czasu w nurcie zwanym transhumanizmem. Wspomniany już przeze mnie Ray Kurzweil jest jednym z jego sławniejszych przedstawicieli. Zresztą już Lem pisał o ludzkich umysłach zamkniętych w skrzyniach, które śniły życie nie wiedząc, że są w skrzyniach.

W tej chwili to oczywiście science fiction. Jeżeli jednak w przyszłości będziemy chcieli zmienić siebie znacząco jako organizmy, usuwając choćby ograniczenie śmiertelności, to drogą do tego na pewno będzie uniezależnienie się od biologii, a nie jej modyfikacja.

Naleciałości ewolucyjne powodują przecież, jak mówiłem, że w przypadku żywych organizmów mamy do czynienia z bałaganiarskim systemem. Czy nasze procesy umysłowe uda się kiedyś od tej biologicznej struktury uniezależnić? Cywilizacja rozwija się bardzo szybko, a dużym błędem popełnianym przez futurologów są projekcje, że jutro będzie tym samym, co dziś, tylko bardziej.

Zawsze warto się zastanowić, gdzie w aktualnym stanie wiedzy znajdują się największe luki, bo tam kryją się źródła największych zaskoczeń. Patrząc na biologię, największą dziś tajemnicę stanowią neuronauki. Jak działa ludzki mózg? Jak rodzi się w człowieku świadomość? Dość dobrze już wiemy, jak działa pojedyncza komórka nerwowa. Potrafimy też dobrze wizualizować przebieg sygnału wzrokowego, ale daleko nam do zrozumienia tego systemu, by móc nietrywialnie na niego wpływać. To wciąż wygląda mniej więcej tak jak biologia przed odkryciem DNA. Tu z pewnością czekają nas jeszcze niespodzianki.

Wyzwolimy się z ciała jako czysto duchowa świadomość?

Transhumanizm to jednak doktryna materialistyczna. Przyjmuje, że świadomość ma fizyczną podstawę. Dziś zakładamy, iż jest to przekaźnictwo impulsów nerwowych w mózgu. Może uda się je kiedyś odtworzyć nie w białkach, ale na innej fizycznej podstawie: w metalach, krzemie czy nadprzewodnikach? Będzie to już wtedy jednak zupełnie inny typ cielesności niż obecnie nam znany.

 

Paweł Golik, ur. 1970, absolwent Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, pracował w Centre de Génétique Moléculaire CNRS w Gif-sur-Yvette (Francja) i w Emory University w Atlancie (USA). Obecnie profesor nadzwyczajny na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, dyrektor Instytutu Genetyki i Biotechnologii. Zajmuje się zagadnieniami na styku genetyki, biologii molekularnej i biologii ewolucyjnej.

Sebastian Duda, ur. 1975, religioznawca, teolog, filozof; redaktor „Przeglądu Powszechnego”, członek Centrum Kultury i Dialogu.

 

 

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.