Przegląd Powszechny

A A A

Tożsamość i zobowiązanie

komentarze

W dniach narodowej żałoby po smoleńskiej katastrofie polski mesjanizm raz jeszcze odsłonił się z całą mocą. Czy mesjanizm może iść w Polsce w parze z obywatelskim patriotyzmem?

Znów dało o sobie znać przekonanie, że Polakom z góry wyznaczona została szczególna misja pośród innych narodów świata. Trudno nie było sobie zadawać pytania, dlaczego takie (i inne) nieszczęścia nas spotykają. Odpowiedź była gotowa. Jak się okazało, wyprzeć jej nie zdołały dziesięciolecia dyskusji o bezsensownych hekatombach krwi, którym nie powinno się przydawać metafizycznych uzasadnień. Rytuały żałobne przeżywane były tak intensywnie, że antymesjanistyczne musiały głosy razić swoją nieprzystojnością. Pojawiły się oczywiście uwagi o „kulcie trumien” i „hołubieniu śmierci”, ale moc ich oddziaływania stała się dziwnie ograniczona. Żałoba miała swoje prawa. Dlatego antymesjanistyczna krytyka (także ta występująca w imię tzw. patriotyzmu obywatelskiego) zdawała się trafiać w społeczną próżnię. Jej filipiki pośród egzekwii brzmiały jak oderwane od podniosłych, zbiorowych przeżyć narcystyczne pięknoduchostwo.

Narodowej żałoby nie sposób jednak w tym kraju przeżywać w absolutnej ciszy. Na eksponowane miejsca wróciły za to rodzimy patos i angelizacja Polski. Bez nich trudno byłoby przekuć absurd lotniczego wypadku i spontaniczność społecznego żalu w czytelny, polityczny sens. Nic więc dziwnego, że w ruch puszczone zostały od dawna gotowe symbole. Redaktorzy kwartalnika „Kronos” pisali z rozbrajającą szczerością: Zrozumieliśmy, że przeżywana w cichości serca żałoba nie buduje państwa, że Prezydent nie może stać się zakładnikiem łzawych emocji, że nie jest niczyją prywatną własnością. Jego ciała nie wolno zatem chować między mogiły ludzi przyzwoitych, ale jednak prywatnych. Trzeba je wynieść na Wawel i złożyć pośród królów i bohaterów. Dopiero z tej wysokości – z wysokości Wawelu – widać, kto jest kim, gdzie przebiega granica między swoim a obcym. Nie jest to polityka śmierci. Przeciwnie: to polityka mocy, afirmacji życia, decyzji. To polityka, która stara się sprostać wzniosłości Wydarzenia – sytuacji, która pozbawia wszystkie dotychczasowe sensy aktualności i która nadaje także inne znaczenie samej żałobie. Nie wszyscy to rozumieją. Rozumieją to jedynie ci, dla których polityka, a więc sfera czynów skutecznych, ma sens istnieniowy albo metafizyczny.[1]

Bez wątpienia pogrzebom w kryptach wawelskiej katedry przydawano w Polsce od XIX w. stały, symboliczny sens. Pisał o tym przekonująco przed kilku laty Nikodem Bończa-Tomaszewski, który wskazywał na wagę tłumnych (szczególnie tych celebrowanych w Krakowie – na Wawelu i Skałce) uroczystości żałobnych do kształtowania i umacniania nowoczesnej tożsamości narodowej Polaków.[2] W III RP wielu zdążyło uznać te funeralne rytuały za martwe. Miały umrzeć wraz z ogłoszonym przez Marię Janion końcem „paradygmatu romantycznego” w naszej kulturze. One tymczasem, jak się okazało, trwały w uśpieniu, czekając na kolejne historyczne sposobności swojego ujawnienia. Cóż robić, nowoczesna polskość wciąż najintensywniej zdaje się wyrażać w żałobnym kulcie. Ufundowana na byciu ofiarą, nigdy się własnej wiktymizacji nie wyrzekła, choć do zrezygnowania z niej – w imię dziejowych konieczności, postępu czy choćby zwykłego pragmatyzmu – wzywało wielu spośród tych, którzy mimo wszystko szczerze chcieli się do polskości przyznawać. Prawdą jest zatem, że w Polsce nie sposób definitywnie odciąć się od mesjanistycznej symboliki.

Tę niemożność jaskrawo przedstawił już u początku ubiegłego wieku Stanisław Wyspiański w III akcie „Wyzwolenia”, w którym Geniusz pociąga za sobą naród słowami o śmierci, która cuda działa. Tylko dzięki nieustannemu odnoszeniu się do doznawanych mąk i oparciu się na grobach:

…mieć będziecie Polskę świętą,

wybraną POLSKĘ, wywróżoną,

z marnoty życia wyzwoloną,

z Ducha, z Ducha poczętą!!!

W odpowiedzi Konrad, wbiegając do wawelskiej katedry (!), rozpaczliwie przeklina w gwałtowanej tyradzie tę narodową mistykę śmierci, która siły nasze ssie i spala je w czczy dym. Gest okazuje się nieskuteczny. Kurtyna zapada, rozchodzą się aktorzy, demontowane są dekoracje. Na pustej scenie Konrad pozostaje sam, ścigany przez Erynie – okrutne boginie zemsty. Wawel – owa „złuda wielkości” okazuje się mocniejszy od głosu wzywającego do radości i czynu.

Po smoleńskim dramacie już wiemy, że diagnoza Wyspiańskiego dalej pozostaje w mocy. Dawna mesjanistyczna symbolika nie uległa unicestwieniu. Nie uśmiercił jej przełom roku 1989. W globalizującym się, postmodernistycznym świecie rdzeń polskości pozostaje niezmienny. Można było już przyjąć za pewnik, iż, jak w bon-mot skleconym jakiś czas temu przez znanego redaktora, ciepła woda w kranie jest ważniejsza niż spór o wartości. 10 kwietnia 2010 r. pewnik ów stał się ponownie pobożnym życzeniem. Siła zbiorowych emocji żałobnych nie pozostawiła złudzeń. Spór wokół pochówku prezydenckiej pary na Wawelu świadczył dobitnie o tym, że geniusz kierujący życiem narodu mieszkającego między Bugiem i Odrą wciąż przebywa, jak w czasach Wyspiańskiego i wcześniej, pośród tamtych starych krakowskich kamieni i grobów. Oto dlaczego ideowi przeciwnicy Lecha Kaczyńskiego występowali przeciw grzebaniu prezydenckiej pary w Krypcie Srebrnych Dzwonów. Wiadomo, że od XIX w. wieczny spoczynek na Wawelu nie oznaczał dla Polaków jedynie jednostkowej nobilitacji tego czy innego narodowego przywódcy bądź wieszcza. W wawelskich pochówkach (przynajmniej tych o charakterze ogólnonarodowym) od tamtego czasu dokonuje się przecież rytualne odsłonięcie mesjanistycznej polskości. Szczególnie mocno urzeczywistnia się ono w pogrzebach tych, którzy zginęli tragicznie na posterunkach „narodowej misji”. W sakralnym majestacie śmierci „dla Polski” przestaje być ważne to, że księciu Józefowi wcale często zdarzało się być nietroszczącym o los Rzeczpospolitej lekkomyślnym bawidamkiem, a prezydentura Lecha Kaczyńskiego była nieudolna. Liczy się przede wszystkim symboliczna moc ich śmierci. Dzięki niej raz jeszcze dokonać się może afirmacja zbiorowej więzi, w której jednak obraz poległego za „sprawę Polski” wodza łączy się z wizerunkiem doznającego cierpień narodu-ofiary.

Śmierć staje się w ten sposób najwyższą zasługą, gdyż służy budowaniu wspólnoty. Widać w tym wyraźnie analogię do chrześcijańskiej koncepcji męczeństwa. Wolno przypuszczać, że licznych męczenników za wiarę w Chrystusa Kościół najpewniej nigdy nie wyniósłby na ołtarze, gdyby musiano brać pod uwagę wyłącznie ich życiowe dokonania. Męczeństwo w wielu przypadkach było głównym, a czasem pewnie i jedynym powodem uznania czyjejś świętości. Ci, którzy za wiarę zginęli, mają szczególny udział w odkupieńczej śmierci Chrystusa. Nie bez powodu jednak chrześcijanie powtarzali przez wieki, że Kościół wzrastał dzięki krwi męczenników. Taki sam schemat stosowany jest również w mesjanizmach pozakościelnych, w których przekonanie, że jednostkowa śmierć w pewnych okolicznościach buduje wspólnotę, należy do założeń fundamentalnych. Jeśli wziąć pod uwagę obecną odsłonę polskiego mesjanizmu, znaczy to tyle, iż nie to tak naprawdę waży, jakim politykiem i człowiekiem był Lech Kaczyński przed swoją tragiczną śmiercią. Nawet jeśli w ścisłym sensie trudno uznać go za męczennika (był jedną z ofiar lotniczej katastrofy), jego śmierci, w mesjanistycznej perspektywie, może być przypisywany walor męczeński. Wawelska sakralizacja ustanawia przy tym zmarłego prezydenta jednym z największych męczenników w polskim panteonie.

I pewnie to przede wszystkim niepokoiło takich ludzi, jak Andrzej Wajda czy Władysław Bartoszewski, gdy występowali przeciw pochówkowi małżeństwa Kaczyńskich na Wawelu. Choć i Wajdzie, i Bartoszewskiemu nieobce były i są pewne mesjanistyczne inklinacje, obawiają się oni, że dzięki narodowej sakralizacji katastrofy pod Smoleńskiem szczególnej apoteozy dostąpić będzie musiała wizja polskości propagowana dotąd przez Prawo i Sprawiedliwość. Skutki takiego wyniesienia jednej z politycznych opcji wykroczyłyby znacznie poza polityczną aktualność. Mesjanizm polski to bowiem nie tylko kult szlachetnego męczeństwa i niewinnej ofiary, uosabiany ostatnio szczególnie przez celebrowanie pamięci o Powstaniu Warszawskim i Katyniu (prezydent Kaczyński chciał zresztą być w tej celebracji postrzegany jako najwyższy kapłan). To także mogące wynikać z takiego kultu ksenofobia, niechęć do tak czy inaczej rozumianej – a w wielu sferach z pewnością koniecznej – modernizacji i zapatrzenie w przeszłość pełną cierpienia, które jest na równi powodem usprawiedliwiania własnej inercji, jak i nieustannego domagania się zadośćuczynienia od innych. Któż jest w stanie zagwarantować, że zjawiska te się nie wzmogą dzięki intensywnemu, zbiorowemu przeżywaniu narodowej żałoby?

Filozof Agata Bielik-Robson na łamach „Krytyki Politycznej” zaproponowała jako odpowiedź na to pytanie szczególne zaklęcie. Otóż, jej zdaniem, skala przeżywanej żałoby jednoznacznie pokazała, że Polacy w majestatycznym pochówku prezydenckiej pary na Wawelu pogrzebali też miły ich sercu stary mesjanizm. On to do tej pory budził w mieszkańcach kraju nad Wisłą zbiorowe poczucie winy, gdyż nie pozwalał im w pełni skorzystać z dobrodziejstw postnarodowej ponowoczesności. Smoleńska katastrofa oznaczała tym samym opatrznościowe wyzwolenie. Wraz z prezydentem Kaczyńskim została tedy pogrzebana dawna polska forma i dawne polskie kompleksy. W tekście „Totem i tabu. Polskiej tanatologii ciąg dalszy” Bielik-Robson konkludowała: Polacy wybrali „normalność”, choć wybór ten oznaczał dla wielu z nich zerwanie z polskim kultem śmierci i cierpiętniczym pomazaństwem, okupiony nieświadomym poczuciem winy, które teraz – być może już po raz ostatni – wydobywa się na powierzchnię. Właśnie siła tej rytualnej żałoby świadczy o tym, że nie będzie politycznego nawrotu do archaicznego polskiego modelu „rządu dusz”. Im mocniej Polacy manifestują swoje poczucie winy, tym jaśniejsze się staje, że większość z nich już dokonała zerwania – i w duchu, symbolicznie, rzeczywiście „zabiła Ojca”, który nie pozwalał im żyć. Niech umarli grzebią swoich umarłych – Polacy tymczasem wybrali życie.[3]

Jest tych słowach świadectwo dość rozpaczliwego wishful thinking intelektualistki, która nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że współcześni Polacy wciąż mogą podążać za głosem Geniusza z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego. Bardzo przeto możliwe, że Bielik-Robson spotka los podobny do losu Konrada – samotność i zemsta rodzimych Erynii. Póki co bowiem, mesjanistyczne fantazmaty polskiej zbiorowości opuścić nie chcą. Trudno byłoby jednak zaprzeczyć, że negatywny stosunek do nich Agaty Bielik-Robson, tak samo jak obawy Wajdy i Bartoszewskiego, są całkowicie bezzasadne. To oczywiste bowiem, iż polski mesjanizm ma swoje perwersje. Pytanie, czy, skoro stanowi on wciąż trwały element polskiego życia zbiorowego, perwersje te dałoby się skutecznie powstrzymywać.

***

Polski mesjanizm opiera na się na doświadczeniu cierpienia i na pamięci o cierpieniu. Tym samym bycie Polakiem staje się tożsame z byciem ofiarą. Bardzo niebezpieczna to identyfikacja, ale przecie niepozbawiona historycznych uzasadnień. W końcu dzieje Polski w ostatnich kilku stuleciach wyglądały tak a nie inaczej. Polacy, choćby było im z tym źle, postrzegają siebie przez pryzmat doznanych od innych gwałtów, zdrad i przemocy. Polskość w jakiś szczególny sposób zdaje się związana z nieszczęściem. Tak zresztą zdarza się o niej myśleć i członkom obcych nacji. Nie przypadkiem po katastrofie smoleńskiej przeczytać można było we włoskiej „La Reppublice”, że coś naprawdę ponadnaturalnego zdaje się wyznaczać przeznaczenie narodu polskiego. Doznawane cierpienie i status ofiary, chcąc nie chcąc, określają polski los. Jaką jednak – po dwóch dziesięcioleciach od upadku komunizmu, gdy Polska jest krajem bezpiecznym i coraz zasobniejszym – ma rację bytu nasze poczucie bycia ofiarą? Racją tą nie jest już, dzięki Bogu, przemoc zadawana nam przez innych. Jeśli zatem coś stanowi ciągłą pożywkę dla polskiej wiktymizacji, to musi nią być chyba przede wszystkim pamięć o złu doświadczanym w przeszłości. Czyżbyśmy tedy mniemali, że ciągle jeszcze nie doczekaliśmy się sprawiedliwości od świata? A może nie czujemy się na siłach, by o krzywdach i grobach zapomnieć? Bo czyż całe pokolenia, pamiętając o poniżonych i zabitych, nie powtarzały przez kolejne dziesiątki lat słów Jana Sobolewskiego z III części „Dziadów”:

I zostaną w mej myśli, i w drodze żywota

Jak kompas pokażą mi, powiodą, gdzie cnota:

Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie,

Zapomnij o mnie.

Pamięć o cierpieniach w imię Polski i dla Polski pojmowano więc jako rodzaj etycznego drogowskazu. I, jakkolwiek rozumiem, że nie musi się to podobać rodzimym modernizatorom, na pamięci tej opiera się polska tożsamość. A jednak naprawdę nie tylko samą szlachetność trzeba w niej (oraz związanym z nią poczuciem „nadnaturalnego wybrania” Polaków) znajdować. Na czym bowiem polega główna z mesjanistycznych perwersji?

Bez wątpienia prawdziwe jest twierdzenie, że dopóki przemoc nie zostaje wstrzymana a akty sprawiedliwości nie są dokonane, nie należy wymagać od ofiar, by przestały widzieć w sobie skrzywdzonych. Jakże często dzieje się tak, iż oprawcy nie chcą przyznać się do tego, że popełnili zło względem innych. Ów brak przyznania się do popełnienia czynów podłych to swoiste ukoronowanie aktu przemocy, jakie wzmaga jeszcze cierpienie ofiar. Dlatego milczenie o doświadczonym złu, jak i cisza na temat zła uczynionego są w istocie znakami wciąż niezrealizowanej sprawiedliwości. Jednak zdarza się również, że i sami skrzywdzeni wpadają w swoistą pułapkę. Ich tożsamość w końcu nie zawsze jest ukształtowana wyłącznie na doświadczeniu krzywdy czy nieszczęścia. Bywa, że do głosu dochodzi raczej budowanie poczucia własnej niewinności. Ofiara zaczyna wierzyć wtedy w swoją przyrodzoną bezgrzeszność. Gdy mechanizm takowy (charakterystyczny nie tylko dla jednostek, ale i zbiorowości) utrwala się, skutki doświadczonego w przeszłości zła zdają się nigdy nie kończyć. Żadne zadośćuczynienie nie jest wystarczające, żadna pokuta nie może nigdy być w pełni szczera czy adekwatna. Czy wolno jednak komukolwiek chełpić się wiecznie własną moralną wyższością tylko dlatego, że ongiś wycierpiał wiele?

Skrzywdzeni mają prawo szukać sprawiedliwości i domagać się zadośćuczynienia, ale prawa tego nie powinni nadużywać. Zasklepienie się we własnym cierpieniu prowadzi bowiem do postaw na dłuższą metę szkodliwych. Po pierwsze, jego rezultatem jest bierność, którą wspaniale oddał Wyspiański w metaforze chocholego tańca. Pusta celebracja dawnej (także cierpiętniczej) chwały starcza za namiastkę twórczości i czynu. Tak naprawdę najczęściej zaś je uniemożliwia.

Po drugie, hołubienie krzywd z przeszłości wywołuje niekończącą się falę żądań rewindykacji i zadośćuczynienia. Zygmunt Bauman nazwał punktem widzenia przybranej ofiary czy też ofiary per procura – osobę, która musi wciąż od nowa przekuwać swoje wyimaginowane bycie ofiarą w continuum rzeczywistej wiktymizacji na świecie (…) zachowując się (…) jakby świat, w którym żyje, okazywał jej wrogość, spiskował przeciwko niej, jakby wręcz zawierał możliwość kolejnej zagłady. Skutkiem takiej postawy staje się mentalność oblężonej twierdzy, aby zamienić swój dom w twierdzę, muszą mieć oblężenie i ostrzał.[4]

Po trzecie wreszcie, ofiary wejść mogą w zaklęte koło zemsty, gdzie gwałt się gwałtem odciska. Mesjasze nie muszą w końcu cierpieć tylko w imię wyższych celów. Wedle niektórych koncepcji ich zadaniem powinien być raczej triumf nad wrogami, odsiewanie ziarna od plew i budowanie jedynosłusznych moralnie królestw. To, jak się zdaje, mieli na myśli, redaktorzy „Kronosu”, gdy pisali w cytowanym tekście, iż dopiero z tej wysokości – z wysokości Wawelu – widać, kto jest kim, gdzie przebiega granica między swoim a obcym. Wtórował im w dniach żałoby poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, obwieszczając w wierszu „Do Jarosława Kaczyńskiego”:

To co nas podzieliło – to się już nie sklei

Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei.[5]

Czy rację mają zatem ci, którzy twierdzą, że polskiego mesjanizmu nie sposób oddzielić od cierpiętniczo-ofiarniczej perwersji? Że z konieczności zawsze powoduje on albo ogólnonarodową inercję, albo agresywną ksenofobię, albo wewnątrzspołeczne podziały, gdy kasta podejrzanie bezgrzesznych oskarża innych o zdradę czystej i pięknej polskości? Może lepiej byłoby po prostu zrezygnować z tożsamości opartej na pamięci o doznanych cierpieniach, by już więcej takim mesjanistycznym perwersjom się nie poddawać? Ba! Może byłoby i lepiej, ale zachowanie Polaków en masse w dniach po katastrofie smoleńskiej pokazało wyraźnie, że taka rezygnacja póki co przynależy do sfery zaklęć i pobożnych życzeń. Dlatego śmiem twierdzić, że należy starać się godzić mesjanizm z obywatelskim patriotyzmem, jakkolwiek niektórym zdaje się, że to łączenie ognia z wodą. Jak tego dokonywać?

Skoro obca przemoc przeciw Polakom gwałtem już nie występuje, polskiemu poczuciu bycia ofiarą (na którym – czy się nam to podoba, czy nie – opiera się nasza zbiorowa tożsamość) należy starać się przydać nowe treści. Wiktymizacja nie musi bowiem oznaczać tylko krzyku bólu i żądania sprawiedliwego zadośćuczynienia. Pamięć, nawet najżywsza, o doznanych w przeszłości krzywdach nie jest bowiem tym samym, co bezpośrednie cierpienia doświadczanie. Gdy przemoc ustaje, pojawić się wreszcie musi przestrzeń dla pojednania. Wielu wierzy, że poprzedza je przebaczenie, które z całą pewnością stanowi prerogatywę ofiar. Skrzywdzonych do przebaczania przymuszać nie wolno. Ale zdarza się też, że ofiary, szczególnie jeśli zostały wychowane w kręgu oddziaływań chrześcijaństwa, zaczynają dostrzegać w przebaczaniu etyczny imperatyw. I wtedy, jak się zdaje, bycie ofiarą można już potraktować jako zobowiązanie do promowania i obrony tych wartości, których pogwałcenia skrzywdzeni sami na sobie doświadczyli. Mesjanistyczne perwersje pojawiają się właśnie wtedy, gdy ofiary obstają przy własnej bezgrzeszności absolutnej (choć przecie poucza apostoł w Liście do Rzymian, że wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej), nieustannie domagają się zadośćuczynień i przebłagań, konsekwentnie przy tym odmawiając pojednania. Z pewnością można utrzymywać, że w danym momencie i kontekście przebaczenie byłoby zbyt „tanie” a pojednanie „puste”, bo oprawcy nie wyrazili „wystarczającej” skruchy a sprawiedliwości nie stało się zadość. Na to odpowiadam, że tego typu tłumaczenia mają to do siebie, iż można je powtarzać w nieskończoność. Mam jednak też świadomość, że w jednym z najsłynniejszych polskich wierszy zostało wyraźnie powiedziane, co następuje:

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie?

Rozumiem, dlaczego do tych właśnie wersów bardzo mogą być przywiązani np. niektórzy członkowie Rodzin Katyńskich, którzy dotąd nie wiedzą, gdzie pogrzebano ich krewnych. Upłynęło siedemdziesiąt lat, a rana wciąż pozostaje otwarta. Mimo to jestem pewien, iż owe słowa Zbigniewa Herberta z „Przesłania Pana Cogito” bardzo trudno byłoby ostatecznie pogodzić z chrześcijańską wiarą. Nie dziwię się przeto wcale, że z łatwością odnajdują się w nich ci, którzy z upodobaniem rozprawiają o polskiej bezgrzeszności oraz o naszych rzeczywistych czy wyimaginowanych krzywdach. Jak również ci, którzy pojednanie Polaków z Rosjanami i Niemcami uznają za istotowo niemożliwe, a rodzimym zdrajcom odmawiają prawa do pokuty i nawrócenia. Zaprawdę polski mesjanizm bywa czasem wyjątkowo odstręczający i przykry. Trudno wtedy dostrzec w nim coś więcej niż żywiącą się dziwnym obłędem chrześcijańską herezję.

Ale i wśród mesjanistycznych uniesień może mogą pojawić się wreszcie i takie pytania. Czy za miarę moralnej dojrzałości i wielkości nie powinniśmy przypadkiem uznawać zdolności do przebaczania i chęci pojednywania się z tymi, od których zła doświadczaliśmy? Czy w tej zdolności i pragnieniu nie odsłaniałaby się troska o równość, solidarność i sprawiedliwość między ludźmi – czyli o wartości, które ofiarom powinny być szczególnie bliskie? Wspólnoty, które zbudowały swoją tożsamość na doświadczeniu cierpienia, niełatwo pewnie porwać wizją takich cnót, jak np. uczciwość w płaceniu podatków czy dbałość o czystość przestrzeni publicznej. Aczkolwiek są to sprawy istotne, trudno na nich budować społeczną więź tam, gdzie przez wieki ludzi łączyło przede wszystkim wspólnie doznawane zło. Dlatego tym bardziej nie warto demonizować polskiego mesjanizmu. Są takie obywatelskie cnoty, które wpisywać weń można. Wpisów takowych należy dokonywać jednak z nadzieją, że następny solidny rachunek wystawiony przez panią Historię nie okaże się raz jeszcze zanadto bezlitosny czy krwawy.

Sebastian Duda, ur.1975, religioznawca, teolog, filozof, redaktor „Przeglądu Powszechnego”, członek Centrum Kultury i Dialogu.


[1] P. Nowak, W. Rymkiewicz, Wawelska skała, „Kronos”, 17 IV 2010; http://kronos.org.pl/index.php?23250,729.

[2] Zob. N. Bończa-Tomaszewski, Źródła narodowości: powstanie i rozwój polskiej świadomości w II połowie XIX i na początku XX wieku, Wrocław 2006.

[3] Cyt. za: S. Sierakowski, A. Szcześniak (red.), Żałoba, Warszawa 2010, s. 165.

[4] Cyt. za: J. Feldman, Podróż pielgrzyma: Polska oczami izraelskiej młodzieży, „Gazeta Wyborcza”, http://wyborcza.pl/1,76842,7919135,Podroz_pielgrzyma__Polska_oczami_izraelskiej_mlodziezy.html?as=3&startsz=x.

[5] Pełny tekst wiersza zob. np. na witrynie internetowej Teologii Politycznej: http://teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2663&Itemid=113.

  1. Ali napisał(a):

    Zaczęło się mało obiecująco 🙂 Dostaliśmy w penrzecie cudny album Piotra Chary ze zdjęciami ptakf3w. Po pobieżnym obejrzeniu stwierdziłem, że do takiego cuda nie zbliżę się zdjęciami. Mogę jechać do domu. Postanowiłem stawić czoła wyzwaniu. Dostaliśmy do testowania fantastyczne obiektywy Nikona. Ja 200-400mm. Ubrałem się: dwie pary bielizny narciarskiej, dres Crafta, spodnie narciarskie (z mikropolarem), kurtka puchowa,wodery i kalosze neoprenowe. Siedząc w zimnej wodzie w pierwszej czatowni byłem zamrożony około 10.00. Fantastyczny spektakl przed nami rekompensował wszystko. Zaczęło się około 7.00 od przylotu bielika. Może 1,5m od czatowni. Musiał coś usłyszeć (szelest kurtki?). Postanowiliśmy, że zrobimy zdjęcia jak się rozgości. Po chwili niestety jedyna szansa odfrunęła. W domu stwierdziłem, że miałem (mieliśmy) złe podejście. Bielik nie mf3gł się rozgościć. Był u siebie. To my rozgościliśmy się nie tak jak trzeba. Nie było nudno. Trzeba się było uwijać. Do samego popołudnia (16.00) występy myszołowf3w i sf3jek. Zmienne oświetlenie tego dnia i ptaki siadające w mocno rf3żnych odległościach powodowały pełną koncentrację. Zrobiłem 500 zdjęć. Z 4 jestem bardzo zadowolony. Drugi dzień rf3wnież fantastyczny. Czatownia sucha, więc dodatkowo karimata i śpiwory. Przedpole ciemniejsze niż wczoraj. Nie wiem czy dać konwerter. Na ptasie występy nie trzeba było długo czekać. Zaczęła kania. Długo nie chciała zlecieć z drzewa. Przegonił ją prawie biały myszołf3w. Kania wracała, ale obrała inną strategię. Nadlatywała znad naszej czatowni, co powodowało mało fotogeniczny jej wygląd. Czas przeleciał błyskawicznie (też do 16.00). Wrażenia fantastyczne, choć warunki wymagające (rodzina stwierdziła, że mogę otworzyć szkołę przetrwania). Nie złapałem nawet kataru. W hoteliku świetna obsługa i wyżywienie. Do tego wieczorem sauna. POLECAMWojciech Henschke

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.