Przegląd Powszechny

A A A

Uwagi o milczącej mniejszości

komentarze

Tuż po potwierdzeniu tragedii pod Smoleńskiem na stoku Kotła Gąsienicowego krążyło przypuszczenie, że znów będziemy mieli pokaz tak dla nas, Polaków, charakterystycznej „kultury śmierci”. Nie było złudzeń, że nawet najgłębsze przemyślenie tej tragedii zmieniłoby pozytywnie miliony ludzi.

Wiadomość o katastrofie samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem dopadła mnie w rejonie Kasprowego Wierchu. I tam, w dyżurkach TOPR pod samym szczytem oraz w „Murowańcu” na Hali Gąsienicowej wyrywkowo oglądałem telewizyjne przekazy o tej tragedii. Jeździłem na nartach i siłą tej niezwykłej sytuacji słyszałem wiele spontanicznych komentarzy wypowiadanych przez narciarzy, taterników, przewodników wysokogórskich, pracowników Polskich Kolei Linowych i schroniska oraz ratowników; wypowiadanych bezpośrednio, niejako twarzą w twarz albo przez telefon komórkowy. Już wtedy, na gorąco, zadawałem sobie pytanie, czy dana opinia jest typowa dla poglądów większości obywateli RP, czy też jest to zdanie mniejszości.

Po powrocie do Warszawy i po odbyciu paru ważnych dla tego tematu rozmów (także telefonicznych), dochodzę do przekonania, że spora część tamtych wypowiedzi znajduje zwolenników także poza Tatrami – że użyję tego metaforycznego określenia. Jednocześnie jednak, po spędzeniu paru godzin na oglądaniu różnych stacji telewizyjnych i przejrzeniu paru tytułów prasy codziennej, przypuszczam, że wiele z tych tatrzańskich opinii to głos milczącej mniejszości – chociaż, czy na pewno mniejszości? Spróbuję powiedzieć o tym choć parę zdań. Formułowanych na bieżąco, oczywiście, na własną odpowiedzialność, jako głos w dyskusji o postaciach naszego patriotyzmu, o mediach i dziennikarskiej odpowiedzialności za słowo, o roli Kościoła w życiu publicznym, o poważnej i bez resentymentów rozmowie z Rosjanami i Rosją…

Wróćmy zatem w góry. Generalizując – było zaskoczenie tak dużą liczbą ofiar i smutek, ale bez cienia histerii. Górski kołowrót kręcił się swoim rytmem już to w gęstej mgle, już to w prześwitującym słońcu. Owszem, na dwie minuty stanęła kolejka linowa i wyciąg krzesełkowy, w milczeniu i powadze oddaliśmy cześć zmarłym, ale za chwilę każdy poszedł do swoich zajęć: od pracowitych i miłych pań w schroniskowej kuchni, aż po wędrujących po zaśnieżonych graniach instruktorów z grupkami podopiecznych. Ktoś wspomniał dwóch pilotów i dwóch ratowników, którzy w sierpniu 1994 r. zginęli podczas akcji w awarii śmigłowca nad Doliną Olczyską, ktoś pomyślał o dwóch innych ratownikach pogrzebanych w lawinie pod koniec grudnia 2002 r., o turystach, taternikach, narciarzach i grotołazach znoszonych z tych gór z gałązką kosodrzewiny przypiętą do martwych ciał.

Pojawiali się przed nami i ci – dobrze nam kiedyś znani, bywało, że partnerzy ze wspinaczek i ratunkowych akcji – którzy sami skończyli swoje życie… Słowem, wielu z nas, przeżywających te dni żałoby w Tatrach, pochowało już swoich dziadków i rodziców, a także straciło w górach kogoś bliskiego, i zapewne te bolesne osobiste doświadczenia z dalszej czy nieodległej przeszłości były teraz swego rodzaju osłoną przed wypowiadaniem pochopnych słów: że to „drugi Katyń”, że to „symboliczna śmierć”, że powinna nas ona pozytywnie zmienić. Paradoksalna sytuacja: z jednej strony góry, a szczególnie Tatry, są tak szczelnie owinięte w różnorakie mitologie, tak łatwo mogą być postrzegane jako ikony różnych „Kościołów”, zaś z drugiej dość skutecznie chronią bywalców przed pokusą uwznioślania przypadkowych WYPADKÓW, nadawania im rangi historiozoficznej czy nawet eschatologicznej. To TYLKO wypadek. Zapewne błąd człowieka – słyszało się w dyżurkach i na stokach.

Związani jakoś z wojskiem dodawali ostrożnie coś o presji, pod jaką być może byli piloci: zwyczajnej, „rozpylonej” w kokpicie presji, której jakże łatwo można się poddać, wioząc urzędującego prezydenta i generalicję na TAK ważną uroczystość. To prawda, dla Lecha Kaczyńskiego miała to być pielgrzymka, ale przecież niewolna od doraźnie politycznych celów. Nie ma powodów, by zapominać, że koncepcja państwa, jaką prezentował zmarły, była kontestowana przez tak wielu jego współobywateli – powiadano. I kolejne spostrzeżenia: śmierć w wypadku nie jest zależna od tych, którzy zginęli. A zatem nie powinno się ofiar traktować jak bohaterów. W środowiskach związanych z górami żywa jest pamięć o Klemensie (Klimku) Bachledzie, który zginął w sierpniu 1910 r., chcąc dotrzeć do tkwiącego w ścianie wspinacza. Pamięta się jednak i to, że Klimek samowolnie, wbrew decyzji kierującego wyprawą Mariusza Zaruskiego, odłączył się od towarzyszy…

I dlatego mogę w kolejnych wydaniach swego „Wołania w górach” powtarzać przecież nie tylko swoje zdanie: Decyzji Klimka, podjętej w najszlachetniejszej z możliwych intencji, nie można określić mianem niesubordynacji. To byłoby spłycenie problemu. Ale to, co zrobił Klimek, nie może być uznane za typowe, nie może być zasadą pracy ratowniczej. Jestem skłonny uznać to za akt szaleńczej odwagi, lecz cenię także akt odwagi świadomej – decyzję Zaruskiego o odwrocie. Refleksja o tych trudnych zagadnieniach jest częścią intelektualnego i zarazem moralnego dziedzictwa polskich ludzi gór, nic więc dziwnego, że niektórzy mieli pretensje do dziennikarzy i komentatorów telewizyjnych niedostatecznie wyraźnie rozgraniczających śmierć , nawet w tak poruszających okolicznościach, jak ta pod Smoleńskiem, od aktów świadomego bohaterstwa.

Dziennikarze to temat sam w sobie. Ważny i wewnętrznie rozbudowany. Dlatego też trzeba się wystrzegać krzywdzących uogólnień. Jednak na Kasprowym Wierchu i w „Murowańcu” słyszało się apele do nich: nie mówcie tak dużo, nie podgrzewajcie emocji widzów i słuchaczy, starajcie się wspierać myślenie w kategoriach racjonalnych, rezygnujcie z określeń typu „przeklęta smoleńska ziemia”, nie ścigajcie się na patetyczne słowa, miejcie odwagę dyskretnie dystansować się od tych, którzy nazbyt gorliwie „zapędzają” Polaków do plemienno-wspólnotowego przeżywania żałoby, nie szantażujcie, nadużywając wielkich kwantyfikatorów: „wszyscy”, „cała Polska…”, nie bądźcie aż tak sarmacko dewocyjni, nie zamieniajcie telewizji – szczególnie publicznej TVP – w jakąś agendę polskiego ludowo-konserwatywnego katolicyzmu, nie pokazujcie – i to w takiej sytuacji! – tych, którzy bredzą coś o spiskach, podsycając nieufność do Rosjan… Wspierajcie premiera Donalda Tuska i marszałka Bronisława Komorowskiego w ich rozważnych i godnych najwyższego uznania działaniach podejmowanych w imieniu państwa.

I dlatego powtarzano sobie głosy wyważone, przede wszystkim z „Gazety Wyborczej”, i te padające czasem w telewizyjnych wypowiedziach. Coraz też częściej zauważano dwuznaczność zasady, że o zmarłych tuż po ich śmierci powinno się mówić albo tylko dobrze, albo milczeć… W zaufaniu, ściszonym głosem i zdając sobie sprawę z delikatności materii, ujawniano: Śmierć tylu osób w tak rzeczywiście działających na wyobraźnię i emocje okolicznościach nie odbiera mi prawa do chłodnej oceny poszczególnych zmarłych. Oraz, już szeptem: Nie wszystkich mi żal tak samo. W tym kontekście ten i ów zauważał, że wielu dziennikarzy, być może nieświadomie, włącza się faktycznie w kampanię jednej partii: ukazując tylko dobre strony Lecha Kaczyńskiego, pomijając jego poglądy polityczne rzutujące przecież na sprawowany urząd – właściwie lansują projekt IV RP według pomysłu PIS. Co wręcz programowo i z wykorzystaniem naturalnej ludzkiej potrzeby szacunku dla zmarłych i współczucia dla ich rodzin czyniła TVP.

Michał Jagiełło, ur. 1941, taternik, alpinista, ratownik TOPR-u, przewodnik tatrzański, publicysta i pisarz. Wykładowca w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego i w Collegium Civitas (kultura mniejszości narodowych, antropologia wielokulturowości: mniejszości narodowe w Polsce).

Więcej w papierowym wydaniu “Przeglądu Powszechnego” (czerwiec 2010)

  1. Pawel napisał(a):

    „pomijając jego poglądy polityczne rzutujące przecież na sprawowany urząd – właściwie lansują projekt IV RP według pomysłu PIS.” – tu widać sprzeczność, albo przy innym spojrzeniu paradoks. Mniejsza o to fakt faktem autor sugeruje, że coś było nie tak z poglądami Lecha Kaczyńskiego i że miał swoje złe strony. Nie wskazuje na nic konkretnego, tylko jakby przypomina ogólnie znaną prawdę. Tak samo robi to reszta establishmentu -„jaki jest PiS, każdy widzi”. W latach 80-tych Przegląd Powszechny był moim ulubionym pismem, – światełkiem nadziei. Czym jest teraz?

  2. annan napisał(a):

    Dlaczego redaktorem pisma, z założenia katolickiego jest Michał Jagełło ?
    Jest faktem publicznie znanym, że zrobił on karierę w PRL jako świadek oskarżenia w procesie „taterników”.
    „Taternicy” byli to młodzi ludzie , którzy przemycali przez granicę literaturę zakazaną w PRL.
    Jagiełlo za swoje zasługi został awansowany do Warszawy i przez wiele lat miał wysokie stanowisko w Ministerstwie Kultury, oczywiście też należał do PZPR. W odpowiednim momencie przeobraził się w „opozycjonistę”, i dzięki temu oraz dzięki osobistemu urokowi jeszcze do niedawna był dyrektorem Biblioteki Narodowej. Taka postać całkowicie podważa zaufanie do waszego pisma.

  3. Jonere napisał(a):

    szaleniec to czy mędrzec, ktf3ry wystaje poza „normalność”?Urodziwa ta notka, lurtsa, jakimi pięknymi przedmiotami są?! A może jeszcze piękniejszymi symbolami? Co piękniejsze: przedmiot czy symbol? A może najpiękniejsza jego dusza?Byłam w Muzeum Historii Naturalnej w NY (Zielonym Jabłkiem zwanym)i patrzyłam w szklane oczy martwych, wypchanych zwierząt. Jakież one piekne. Tak, wiem, co mf3wię. Kiedyś tak bym nie pomyślała, a tym bardziej nie powiedziała. Patrzyłam na nie i czułam coś dziwnego. Coś, czego zrazu nie mogłam zrozumieć. A potem nagle mnie olśniło: poprzez te pozbawione życia, martwe ciała zwierząt miałam kontakt z ich duszą. I pomyślałam, że na podobnej zasadzie zarf3wno poprzez sybole jak i fizyczne ciała (a może bardziej poprzez symbole niż fizyczne ciała?) możemy kontaktować się z duszą – istotą samą w sobie… Samej mi się wierzyć nie chciało. Ale to poczułam. I uświadomiłam sobie.serdeczności moc

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.