Przegląd Powszechny

A A A

Wydmuszka

komentarze

Mario Vargas Llosa, „Pochwała macochy”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, ss. 160.

Estetycznie wydana książka Mario Vargasa Llosy zachwycać może tylko od strony formalnej. Twarda okładka, na froncie chwytliwy obrazek z kobietą, której wyraźnie brakuje odzienia, a z tyłu histeryczna zapowiedź: Tę powieść powinno się spalić. Nie czytaj jej, odłóż z powrotem na półkę, jest zbyt rozpasana, perwersyjna i wyuzdana. Przeczytałem tę nowelkę bez przyjemności. I bez radości, która powinna towarzyszyć lekturze, dotarłem do finału. A powiedzieć muszę, że finały, różne, lubię osiągać z radością.

W jednym jestem skłonny zgodzić się ze słowami wydawcy, adresowanymi do potencjalnego odbiorcy: nie czytaj jej. Nie, nie z uwagi na perwersje i wyuzdanie, bo propozycja Vargasa jest toporna i nudna. Miałbym w sobie zrozumienie dla Llosy, uważanego przecież za klasyka, wybitnego pisarza współczesności, tylko w wyjątkowej sytuacji: gdyby „Pochwałę macochy” napisał w latach 50. albo 60. ubiegłego stulecia. W owych zamierzchłych czasach mogłaby szokować. Ale dziś? Subtelne opisy ludzkich zachowań o zabarwieniu erotycznym co najwyżej śmieszą. I nie ma znaczenia, że ceniony Peruwiańczyk ilustruje związek dojrzałej kobiety i chłopca, jej pasierba. Doña Lukrecja daje się omotać Alfonso i jego dziecięcej rączce. Vargas kluczy krętymi ścieżkami, wkłada wiele wysiłku w rysowane pejzaże, a i tak nie udaje mu się przekonać czytelnika, że ten obserwuje amoralny romans kobiety z dzieckiem. Autor wyraźnie gubi się w gąszczu obrazów, chwieje logiką fabuły. Oto bowiem na pierwszych stronach „Pochwały macochy” poznajemy przebiegłe dzieciątko, dowiadujemy się o pisanych przez nie koślawymi literami listach, a u końca opowieści, trwającej przecież krótki wycinek czasu, ojciec obiecuje kupić Alfonso (temu niby dziecięciu)… motor, w nagrodę za dobre wyniki w nauce. Nie mam pojęcia, jak Vargas zamierzał zadbać w najistotniejszych fragmentach książki o konsekwencję. Nie zadbał.

Llosa napisał słabą rzecz. Nie rozpaczam z tego powodu, bo nie jest on dla mnie szczególnym pisarzem. Szczerze mówiąc, jest to pierwsza pozycja z dorobku autora, po którą sięgnąłem. I najprawdopodobniej ostatnia. Paradoksalnie, Llosa pokazuje, jak potrafi panować nad językiem; paradoksalnie, w sensie formalnym książka trzyma poziom jakiego wymaga się od pisarza z nazwiskiem. W istocie jednak, w treści swej obcujemy z wydmuszką, z której wypluto interesującą treść. Daleko mi do masochizmu, do zachwytów nad formalną stroną dzieła, pozbawionego esencji. Vargas snuje nudnawą historyjkę, o skandalu, o którym świadczyć ma użycie słów nieobecnych w słowniku kulturalnego jegomościa: sperma i defekacja.

Nigdy nie gustowałem w sztuce konceptualnej, a od biedy taką etykietką daje się opisać „Pochwałę macochy”. Zgadzając się na nią, musiałbym określić wartość książki przez pryzmat języka, zastosowanych rozwiązań formalnych, a nie opowiadanej historii. Nie rozważam sytuacji, w której snuta powiastka, sama z siebie nieciekawa, zyskuje blask w momencie, gdy osoba oświecona (autor bądź krytyk) odkryje przede mną sensy niedostępne dzięki prostej obserwacji empirycznej, słowem, gdy o jakości sztuki (również literatury) świadczyć ma dołączona doń teoria. Coś, co nazywam na własny użytek uteoretyzowaniem sztuki, jest mi obce, a książka Vargasa pozbawiona tego formalnego suplementu, będącego w istocie jedynym jej ratunkiem, przestaje być interesująca.

Niestety (dla tych, którym plusy przesłaniają minusy), ale nawet pisarz uznany za znakomitego miewa kryzysy, wydaje co najwyżej poprawne prace. Do tej niechlubnej kategorii zaliczam „Pochwałę macochy”, kiepsko opowiedziane przygody don Rigoberta, wyznawcy, jak się domyślamy, erotycznych praktyk oraz entuzjasty higieny osobistej; jego, obdarzonej ponętnymi kształtami, żony Lukrecji, pokornie uczestniczącej, jak się domyślamy, w wyuzdanych zabawach łóżkowych; i Fonsito, syna Rigoberta a pasierba Lukrecji. Ojciec jest ślepy, macocha rozwiązła, a chłopak, udający niewinnego dzieciaka, w rzeczywistości pociągający w tej historii za wszystkie sznurki, przebiegły. Romansuje z dojrzałą kobietą, Lukrecją, by któregoś dnia pokazać ojcu wypracowanie szkolne pod tytułem „Pochwała macochy”. I dopiero ta finałowa scena ożywia czytelnika.

W założeniu książka okazuje się nowelą prowokującą. Vargas obrazuje perwersyjną relacją dojrzałej kobiety i młodzieńca, z której to relacji ona czerpie przyjemność, która to relacja dopełnia jej seksualne wariacje z mężem. Efekt nie zachwyca.

Kiedyś znalazłem odpowiedź na pytanie: Dlaczego Mario Vargas Llosa wielkim pisarzem jest? Oto ona: bo nie nudzi, świetnie włada językiem i nie eksperymentuje. Komplementy te nie odnoszą się do „Pochwały macochy”, w której Vargas nudzi i eksperymentuje. Zdążył, mimo niewielkiej objętości książki, w główny nurt opowieści wpleść jałowe rozdziały. W efekcie całość ledwo się trzyma i zamiast z solidną budowlą, mamy do czynienia z placem budowy, na którym panuje bałagan.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.