Przegląd Powszechny

A A A

Współcześni Odyseusze

komentarze

Klaus Brinkbäumer, „Afrykańska odyseja”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, ss. 259.

Będąc w Afryce, Europejczyk widzi tylko jej część – zwykle jedynie zewnętrzną powłokę, często zwykle nienajciekawszą i może najmniej ważną. Jego wzrok ślizga się po powierzchni, nie przenikając dalej i jakby nie wierząc, że za każdą rzeczą może kryć się jakaś tajemnica i że ta tajemnica jest również w niej. Ale kultura europejska nie przygotowała nas do tych wypraw w głąb, do źródeł innych światów i kultur (R. Kapuściński, „Heban”, Warszawa 1998).

Wybrałam na początek fragment legendarnego już „Hebanu”, bo nie sposób opisać reportaż niemieckiego dziennikarza, nie odwołując się do Ryszarda Kapuścińskiego i jego afrykańskiej spuścizny. Tym bardziej że Klaus Brinkbäumer poświęcił w swojej książce cały rozdział polskiemu pisarzowi oraz spotkaniu z nim, nie ukrywając swojej fascynacji Polakiem i jego dorobkiem.

Reporter „Spiegla” nie poszedł na łatwiznę, nie chciał przeżyć Afryki powierzchownie i mdło. Nie wybrał również drogi mistrza, nie decydując się na zamieszkanie w Afryce. Postanowił zbadać ten kontynent, a raczej mentalność mieszkających na nim ludzi, wybierając się na wyprawę życia z Johnem Ampanem, uchodźcą z Ghany, który kilkanaście lat wcześniej zostawił dom, rodzinę i zaczął szukać szczęścia w Europie. Oczywiście, sama obecność białego człowieka w Afryce zwraca uwagę i powoduje, że rozmówcy oraz przechodnie inaczej się zachowują. Jednak spostrzeżenia i uwagi zawarte w zbiorze wnoszą wiele do tej w dalszym ciągu egzotycznej tematyki.

W Polsce istnieje problem nielegalnej migracji, ale z innych kierunków. Nieraz słyszy się o potajemnie przekraczających granice Czeczenach czy Wietnamczykach, ale nasze społeczeństwo jest w miarę jednolite. Wystarczy wyjechać do Niemiec, Francji, Anglii, by na ulicach zobaczyć całe grupy Turków czy właśnie Afrykanów. Do nas barwny świat przedstawicieli różnych nacji jeszcze nie dotarł, gdyż Polska  nie jest postrzegana jako raj na ziemi. W wymienionych przeze mnie krajach problem nielegalnej migracji jest coraz bardziej palący. Dlatego też, mimo niżu demograficznego i zapotrzebowania na siłę roboczą, zaczyna się uchwalać coraz więcej aktów prawnych, które mają chronić Europę przed falą imigrantów. Wprowadzenie Strefy Schengen spowodowało, że największa odpowiedzialność spada na kilka strategicznych punktów „obrony” w Europie. Od strony Afryki jest to wybrzeże Hiszpanii – Ceuta oraz Cieśnina Gibraltarska. Afrykanie z całego kontynentu ciągną do północno-zachodniej części Czarnego Lądu, by pod osłoną nocy, na pontonach, forsować kolczaste ogrodzenia.

Wędrówka, jaką swojego czasu przeżył John Ampan, jest piekielną drogą, która dla niewielu kończy się sukcesem. Większość uchodźców umiera na pustyni lub rezygnuje, po kolejnej deportacji spod bram raju i wyrzuceniu na środek Sahary. Ci, którzy dotarli do punktów przerzutowych, niejednokrotnie muszą zmierzyć się z oszustami i złodziejami, a jeśli już dostaną miejsce na pontonie, nie mają gwarancji, że nie utoną czy nie zostaną zastrzeleni. Najbardziej szokujące jest to, jak wiele afrykańskich rodzin sprzedaje swoje dzieci, najczęściej córki, do domów publicznych w Europie, dając za to przemytnikowi kilkadziesiąt tysięcy dolarów, które dziewczyna musi potem spłacić. Tak wielka jest wśród mieszkańców Afryki wiara, że na znajdującym się na północ od nich kontynencie pieniądze leżą na ulicy.

Podczas lektury bardzo zdziwił mnie również fakt, że uciekinierzy, głównie mężczyźni, to najczęściej osoby po studiach, z dobrym inżynierskim wykształceniem. Nie są to analfabeci czy przedstawiciele najbiedniejszych grup ludności i rodzin patologicznych. To osoby świadome potrzeb zmiany, próbujące wziąć sprawy w swoje ręce. Osoby, które, o ile by im to umożliwiono, na pewno znalazłyby zatrudnienie na europejskim rynku pracy, gdzie od paru lat najbardziej poszukiwaną grupą zawodową są inżynierowie.

Lektura „Afrykańskiej odysei” jest szokująca. Klaus Brinkbäumer nie skupia się wyłącznie na losach głównego bohatera, Johna Ampana. Jego historia służy jedynie pokazaniu pewnych mechanizmów i dotarciu do ludzi, z którymi biały człowiek sam nie miałby szans nawiązać kontaktu. Reportaż został nagrodzony u naszych zachodnich sąsiadów, i słusznie. Mimo trudnej tematyki czyta się go jak bestsellerową powieść. Autor zadbał przy tym o dobre wprowadzenie czytelnika w tematykę. Niemieckim odbiorcom zapewne nie jest to aż tak bardzo potrzebne jak polskim, mającym przeciętnie mniejsze doświadczenie migracyjne. Reportaż składa się z ogólnych uwag o Afryce, przydatnych informacji i faktów, z opowieści uciekinierów, jak również wrażeń z podróży reportera i jego przewodnika.  Znajduje się tam także miejsce na podsumowanie i osobiste refleksje autora oraz próbę prognozy przyszłych wydarzeń. Niestety, perspektywa dla Afryki jest raczej pesymistyczna. Mało kto jeszcze wierzy, że kontynent ten uda się uratować.

Reportaż otwiera oczy na problemy globalnego południa. Wprawdzie dotyczy Afryki i Europy, ale może zostać odniesiony do ogólnego układu sił, jaki panuje obecnie na Ziemi. Coraz bardziej pogłębia się konflikt Północy i Południa. My, jako mieszkańcy uprzywilejowanej części, ale nie na tyle atrakcyjnej, by była celem masowych ucieczek, przeważnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie dramaty rozgrywają się na granicach Europy. To, o czym piszę, brzmi może nieco pompatycznie, ale sprawy, jakie porusza Klaus Brinkbäumer w swoim reportażu są rzeczywiście wielkiej wagi. Przy czym reporter opisał je w taki sposób, że lektura książki to prawdziwa przyjemność. Dlatego z czystym sumieniem mogę polecić „Afrykańską odyseję”.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.