Przegląd Powszechny

A A A

Trzy historie

komentarze

Nowy Teatr w Warszawie
(A)pollonia
Na podstawie tekstów Ajschylosa, Eurypidesa, Hanny Krall, Jonathana Littella i in.
Reżyseria: Krzysztof Warlikowski
Scenografia: Małgorzata Szczęśniak
Muzyka: Paweł Mykietyn i inni
Songi: Renate Jett
Premiera 16 maja 2009 r.

„(A)pollonia” to spektakl, który rozpoczyna nowy rozdział w artystycznej karierze Krzysztofa Warlikowskiego (reżyser jest teraz także dyrektorem artystycznym nowej stołecznej sceny). W połowie maja w Fabryce Wódek „Koneser” na warszawskiej Pradze odbyła się premiera przedstawienia zrealizowanego przez niedawno powstały Nowy Teatr (który ciągle funkcjonuje bez stałej siedziby i sceny). Swój autorski spektakl Warlikowski oparł na wielu różnych tekstach: poczynając od „Orestei” Ajschylosa, „Ifigenii w Aulidzie”, „Heraklesa oszalałego” i „Alkestis” Eurypidesa, po „Elizabeth Costello” Johna Maxwella Coetzeego, opowiadanie „Pola” i „Narożny dom z wieżyczką” Hanny Krall, aż na fragmentach powieści „Łaskawe” Jonathana Littella kończąc. Rozpiętość literackich inspiracji i odniesień jest z jednej strony godna podziwu, z drugiej – denerwuje zagadkową, nieczytelną strukturą. Warlikowski, nie dość że zestawia ze sobą różne miejsca wydarzeń, to jednocześnie niweluje perspektywy czasowe: współczesną rzeczywistość II wojny światowej przyrównuje do mitycznej wojny trojańskiej, a codzienność kobiet antycznych pokazuje w zestawieniu z dniem powszednim dwudziestowiecznej kobiety. Wykorzystane teksty antyczne dopełniają teksty współczesne i vice versa. Choć wydaje się, że naczelną ideą takiej adaptacji jest eksponowanie wątków uniwersalnych, ogólnoludzkich.

Przestrzeń teatralna (zaprojektowana przez Małgorzatę Szczęśniak), w której rozegra się całość akcji, jest niezwykle symboliczna. Ascetyczna, długa scena ma ściany wyłożone białymi płytkami, w środku zaś znajdują się dwa pomieszczenia (prostopadłościany o przeszklonych ścianach), w których odegrane zostaną poszczególne sekwencje. To po lewej stronie – jest ruchome i przesuwane po specjalnej szynie; to wyeksponowane na środku jest osobliwą ni to łazienką, ni toaletą: składa się z dwóch sedesów i dwóch umywalek. Jest miejscem osobnym, odizolowanym, gdzie człowiek najczęściej przebywa sam. Nienaturalnie wydłużona przestrzeń do gry nie tylko całkowicie pozbawiona jest głębi, lecz także – w pewnym sensie – zamieniona została w salę kinową. Scena przypomina bowiem wielki płaski ekran (ten odbiór jeszcze bardziej potęgują wyświetlane na ścianach sekwencje filmowe). Także wszechobecne mikrofony oraz kamera (nieustannie towarzysząca aktorom, podglądająca ich gesty, mimikę, uważnie rejestrująca ich zachowania), to czynniki, które osobiste wypowiedzi bohaterów pozbawiają bezpośredniej ekspresji, naturalności czy intymności wyznania.

Warlikowski oparł spektakl na historii trzech kobiet: Ifigenii, Alkestis i Apolonii. Wszystkie wybierają śmierć. Wszystkie oddają życie za innych.

Mityczna Ifigenia przeznaczona jest na śmierć przez swojego ojca Agamemnona dla dobra państwa (by przebłagać boginię i zwyciężyć w wojnie trojańskiej). Tutaj Ifigenia (Magdalena Popławska) to dziewczyna ubrana w przykusą białą sukienkę komunijną, która z przekonaniem i dumą stwierdza, jak wielkie spotkało ją szczęście, że może zbawić ojczyznę. Agamemnona (w którego brawurowo wcielił się Maciej Stuhr) Warlikowski przemienia w zbrodniarza wojennego XX w. i pozwala mu – przy dźwiękach polskiego hymnu – wygłosić poruszający monolog o liczbie zabitych i straconych podczas wojny. Agamemnon w swojej mowie posługuje się słowami Maxa Aue z „Łaskawych” Littella, by wyraźnie i dobitnie podkreślić fakt, że nie jesteśmy od niego lepsi, że na jego miejscu robilibyśmy to samo, że być może mamy więcej szczęścia, ale nie jesteśmy od niego lepsi. Poświęcając swoją córkę Agamemnon-Aue, traktuje ją jak przedmiot, wykorzystuje i poniża, używając do swoich wyższych (narodowych) celów i racji. Na zwycięzcę spod Troi śmierć przyjdzie znienacka – zginie z rąk Klitajmestry (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), zdradzonej i osamotnionej żony, kobiety – tak jak Ifigenia – permanentnie poniżanej. Orestes zgładzi matkę, zadając jej okrutną śmierć w plastikowym pomieszczeniu („do zabijania”) i tym czynem upodobni się do swojego ojca. Warlikowski w tej sekwencji pokazuje nieustannie napędzającą się spiralę zła, ludzi targanych przez egoistyczne pobudki, perwersyjne żądze, władzę.

Kolejną opowieścią zaczerpniętą z mitologii greckiej jest historia Alkestis i Admeta. To młode małżeństwo, które początkowo poznajemy jako twarze wyświetlane na ekranie telewizora. Tajemniczy Głos z offu przeprowadza z młodymi wywiad, pokazany w formie zabawnej parodii dzisiejszych talk-show. Zabawę kończy milczenie, bo odpowiedź na pytanie: Czy umarlibyście za siebie? zamiera aktorom na ustach. W następnej scenie Alkestis (Magdalena Cielecka) i Admet (Jacek Poniedziałek) wraz z rodzicami siedzą przy jednym stole. Wspólnota rodzinnego stołu powinna symbolizować wzajemny szacunek i miłość, ale tutaj tak nie jest. Alkestis nieustannie zmienia sukienki, miarowo przemierza drogę między pokojem a jadalnią, w końcu wygłasza desperacki monolog. Chce koniecznie zwrócić na siebie uwagę męża, pragnie zainteresowania. Dlatego też decyzja Alkestis o oddaniu życia za Admeta (ten, by zachować życie, musi znaleźć kogoś, kto umrze za niego) powodowana jest jej dramatycznym wołaniem o miłość. U Warlikowskiego sens ofiary Alkestis jest jednak niejasny, bo Admet okaże się nie wart jej miłości i poświęcenia ani totalnego oddania. Po samobójczej śmierci żony zwoła spotkanie (przypominające oficjalną konferencję prasową), na której dokona publicznego usprawiedliwienia swego zachowania. Bo przecież kto z nas bardziej kocha cudze życie niż własne? W tej scenie Warlikowski znów pozwoli wybrzmieć słowom, że zło mieszka w każdym człowieku i że być może każdy z nas zachowałby się podobnie… Poświęcił swoich najbliższych w zamian za ocalenie swojego życia

Bohaterką ostatniej historii zaprezentowanej w przedstawieniu jest Apolonia Machczyńska-Świątek (Magdalena Cielecka). To kobieta, która w czasie hitlerowskiej okupacji ratowała Żydów. Za ukrycie w stodole 25 Żydów została skazana na śmierć – zginęła z rąk niemieckiego oficera (który darzył ją uczuciem) i osierociła dwójkę dzieci. Wybrała śmierć za obcych zamiast życia ze swoimi najbliższymi. Wnuk uratowanej Ryfki Goldfinger (poruszająca Ewa Dałkowska) zaprasza syna Apolonii do Izraela, by ten odebrał przyznany matce medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Na medalu wyryto znamienne słowa z Talmudu: Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat. Uroczystość wręczenia odznaczenia Warlikowski zamienił jednak w dziwne, na wskroś współczesne, telewizyjne show. Cyniczny sędzia (w tej roli wyśmienity Andrzej Chyra) ucharakteryzowany na demonicznego klauna, przypominającego Klauna rodem z filmów o Batmanie, musi wydać „wyrok” na Apolonię i przyznać jej medal bądź też nie. Sędzia obcesowo przepytuje zgromadzonych świadków: Ryfkę, wnuka Ryfki i syna Apolonii, Sławka (Marek Kalita), który podczas ceremonii posuwa się do mocnych oskarżeń wobec matki (Mamo, gdzie jesteś? Dlaczego nie ma cię tutaj?). Tym samym Warlikowski pozbawia czyn Apolonii heroizmu i bohaterstwa. Stawia pytanie o zasadność jej wyboru. Czy był dobry? Bo czy można ofiarować swe życie za obcych, raniąc najbliższych?

Przedstawienie w warszawskim „Koneserze” toczy się bardzo spokojnie, wręcz monotonnie. Skomponowane jest bardzo specyficznie: z długich monologów i ekspresyjnie wyrzucanych słów. Na scenie między postaciami nie nawiązują się żadne relacje. Dojmująca pustka, rezygnacja i wewnętrzne osamotnienie – to cechy, które najlepiej charakteryzują bohaterów „(A)polonii”. Raz po raz ten niespieszny rytm spektaklu przerywają występy grającego na żywo kwartetu rockowego z Renate Jett jako wokalistką. Jej rockowo-liryczne songi wnoszą do spektaklu coś bardzo osobistego, prawdziwego i szczerego. Dzięki niej do tej gęstej, choć mocno przecież ogołoconej przestrzeni, wkrada się promień światła i nadziei. W ostatniej scenie spektaklu wszyscy bohaterowie spotykają się w oświetlonym, przeszkolonym pomieszczeniu – razem tańczą, śpiewają, bawią się. Jak na najlepszej imprezie.

„(A)pollonia” Warlikowskiego to spektakl, który wzbudza mieszane uczucia. W niektórych momentach drażni formą, niekiedy kiczowatą estetyką i pretensjonalnością; w innych – zachwyca intymną, poetycką opowieścią o człowieku. O tym, co w nim najgłębsze – najgorsze i najpiękniejsze zarazem. Nie przekonuje jednak główna myśl spektaklu: owa podskórna niewiara Warlikowskiego w szlachetność ludzkich postaw, czystość intencji i odpowiedzialny, w pełni wolny wybór, by oddać za kogoś życie. Bo jak pisał w swoim eseju „O naturze ludzkiej” Roman Ingarden: Z pewnością egoizm dominuje w większości ludzkich czynów indywidualnych, społecznych czy narodowych. Jest jednak czymś specyficznie ludzkim działać wyłącznie dla cudzego dobra czy szczęścia i w wypadkach wyjątkowych oddać swe życie dla uratowania cudzego życia, czasem nawet kogoś zupełnie obcego. Więc dlaczego ufać Warlikowskiemu…? 

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.