Przegląd Powszechny

A A A

Po co Bóg powołuje?

komentarze

Rafał Wojasiński, „Piękno świata”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, ss. 176.

Rafał Wojasiński debiutował jako trzydziestolatek tomem prozy „Złodziej ryb” w 2004 r. – bardzo dobrze przyjętym przez krytykę, po czym wydał dwie następne książki (m.in. „Przyjemność życia”) i napisał wystawiony w warszawskim teatrze dramat „Ciocia”. Zaowocowało to dość spektakularnymi, jak na początek kariery literackiej, sukcesami autora w życiu publicznym (na szczęście, skromnie przez niego przyjmowanymi), w tym przyznaniem mu liczących się literackich trofeów, Nagrody im. Władysława Orkana i Nagrody Literackiej Zeptera, a także nominacją do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, w której kapitule zasiadali m.in. Marek Nowakowski i Kazimierz Orłoś. Zwracam na to uwagę, bowiem pisarstwo Wojasińskiego lokuje się w okolicach prozy uprawianej – oczywiście na różny sposób – przez tych dwóch pisarzy, którzy, notabene jako jedni z nielicznych już autorów cieszących się ugruntowaną sławą w PRL-u, kontynuują z pożytkiem swe zajęcia literackie. W dawnych, peerelowskich latach sam zaliczałem opowiadania Kazimierza Orłosia (np. „Zmowę obojętnych”) do dominującej przez pewien czas u nas tendencji tzw. małego realizmu – który potem u Orłosia wzbogacił się o dodatkowy wymiar krytyczny, skierowany głównie przeciw ówczesnej reżimowej klice administracyjno-gospodarczej, a jeszcze później, po przełomie 1989 r., został poszerzony o warstwę paraboli. Książki Wojasińskiego mogą, na pierwszy rzut oka, przypomnieć nielicznym już zapewne obserwatorom powieści i opowiadań wiązanych z tamtym nurtem polskich lat 60. i wczesnych 70. ów „małorealistyczny” epizod polskiej literatury; jednak po uważniejszej i bardziej wnikliwej lekturze nabierają głębszych podtekstów i pozostawiają czytelnika z apelującymi do niego problemami, wyzwaniami życia „tu i teraz”.

W tytułowym opowiadaniu, czy raczej podzielonej tu na drobne segmenty narracji minipowieści, jego bohater (w którego zapleczu czai się oczywiście przejęty i skonfundowany trybem swojej ziemskiej przygody autor) wprowadza nas w detale i niuanse swego życia zawodowego, rodzinnego, bardzo ograniczonego towarzyskiego, jak i intymnego. W zestawie miniatur psychologiczno-obyczajowych powiązanych wątkiem jego perypetii bytowych śledzimy niezaradne kroki niezdecydowanego adepta sztuki pisarskiej w organizowaniu sobie, jak to się mówi, niszy na ziemi, zwięzłą kronikę jego pożycia małżeńskiego; przeprowadzkę z żoną i synem do nowego mieszkania w Warszawie kupionego dzięki poręczeniu kredytowemu udzielonemu mu przez lepiej sytuowanego a epizodycznie tu potraktowanego jakiegoś przyjaciela Piotra; borykanie się z pracą magazyniera w jakiejś firmie dystrybutorskiej zajmującej się rozsyłaniem książek po świecie, której niekochany szef tak stresuje swojego podwładnego, że ten co godzina musi gnać do WC (…w ciągu dnia pracy byłem pięć, sześć razy w toalecie. Moja ulubioną lekturą wtedy, obok Świętego Jana od Krzyża, był Don Kichot); poranne odprowadzanie Krzysia do żłobka urozmaicane w tramwaju lekturą Jana od Krzyża, która wyzwala w bohaterze żale, że jest kimś nieznaczącym i nie został księdzem (Miałem nadzieję, że żonaci będą kiedyś mogli zostawać księżmi. Myślałem nawet, żeby w tej sprawie napisać list do papieża…); niedzielne wyjazdy z rodziną do Stawiska (Od lat chciałem pojechać do domu Iwaszkiewicza…). Wreszcie następuje rezygnacja z pracy w magazynie książek, połączona z podjęciem wykładów o literaturze na prowincjonalnej filii uczelnianej raz w tygodniu i rozpoczęciem pracy nad jakimiś najogólniej anonsowanymi opowiadaniami oraz piciem piwa przed telewizorem w domu, a pod koniec utworu pobyt na wakacjach u zaprzyjaźnionej pary małżeńskiej, której udało się przenieść na wieś: więc gotowanie i grillowanie przed zagrodą, znowu picie piwa, tym razem przed sklepem wiejskim, i – jak się dowiadujemy ze zdawkowej jak zwykle konwersacji z żoną (Fajnie było? – Gdzie? – Na spacerze. – Fajnie… ) – nadal potajemne pisanie opowiadań itd. Mimo opisywanych rzetelnie, z całą sumiennością inwentarza, w gruncie rzeczy pozytywnych przemian w życiu profesjonalnym i osobistym i wzajemnych małżeńskich zapewnień, że fajnie jest, bohater na tych wiejskich wakacjach smutnieje i jednak przestaje mu być fajnie. W końcówce utworu wręcz odechciewa mu się żyć. Przy całej radości, jaką miałem – konkluduje, dodając: Bóg człowieka powołuje. Daje mu samotność albo nie. Wysyła do klasztoru albo do ludzi. Nie wiem, po co mnie woła. Co prawda, gdy podczas zabiegów gospodarzy przy grillu rozchodzi się przed zagroda zapach pieczonego czosnku, bohaterowi znowu chce się rozmawiać, patrzeć, dotykać gołymi stopami ziemi, ale jego tytułowa zapowiedź dotycząca „piękna świata” nabiera w odbiorze coraz większego ładunku ironii, potęgowanej w wielu następnych miniaturach literackich, których bohaterowie podobnie smutnieją w swej samotnej na ogół rozgrywce z bytem, dziedzicząc ciężar egzystencjalnych problemów, duchowe dylematy i traumę bohatera rozpoczynającego tom opowiadania.

Na ogół podobnie jak on nie bardzo wiedzą, po co Bóg ich powołał, a bardzo chcieliby się dowiedzieć – najczęściej jednak nie czyniąc w tym kierunku żadnych starań. Często bezmyślnie przesypiają swoje życie, co wynika z ich usposobienia, ale i wad organicznych. Narrator z upodobaniem i być może z intencją poprawienia sobie samopoczucia zajmuje się głównie kalekami, alergikami, psychotykami (Wariactwo jest w końcu wpisane w rozwój – zaczyna się jedno z opowiadań), a co najmniej oryginałami, dziwakami, samotnikami żyjącymi w opuszczonych domach – jak Paweł z „Domu Pawła”, który otrzymał w spadku dom po małżeństwie, odsiadującym karę dożywocia za zabicie własnego dziecka. Teraz, prowadząc życie w izolacji na wsi, liczy na jakieś urozmaicenie swego losu: Marzył, żeby przyszli jeszcze raz z policji i wypytywali go o morderców, o zabite dziecko (…) Opowiedziałby też, że ci ludzie kiedyś byli dla niego mili, dobrzy, że uratowali mu życie… Przez mało realistyczne obrazki Wojasińskiego przeziera tragizm, rozpaczliwy przebieg ludzkiego istnienia, tyle że pozostawiony w fazie migawkowych, powierzchownych, behawiorystycznych obserwacji i zdroworozsądkowych, jeśli nie wręcz naiwnych konkluzji narratora. Nie bez racji naiwność zarzuca bohaterowi opowiadania „Przypadek Pika” jeden z jego, znów dla nas mało skonkretyzowanych, rozmówców w knajpie: Taki człowiek jak ty powinien być spokojny. Rodzina, praca, zakupy, przecież to jest właśnie twoje życie. I ta twoja wiara i ufność w miłość Bożą. Naiwna, infantylna. A ty kipisz, nosisz w sobie cały chaos naszych czasów. Jesteś dla mnie trochę popieprzony – powiada, umacniając nasze przekonanie o nie tyle „małym”, ile może „naiwnym” realizmie wspierającym nie tylko światopogląd, ale i rusztowanie artystyczne prozy Wojasińskiego.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.