Przegląd Powszechny

A A A

Ksiądz XXI wieku

komentarze

Kim jest współczesny ksiądz – w relacjach ze świeckimi, z przełożonymi, jako mężczyzna? W czym czuje się niezrozumiany? Jak przeżywa swoją samotność? Jakich księży dziś potrzebujemy? Odpowiadają m.in.: abp K. Nycz, bp A. Długosz, W. Oszajca SJ, J. Góra OP, A. Dymna, s. M. Chmielewska, Z. Mikołejko.


1.

Abp Kazimierz Nycz

Jak się Ksiądz Arcybiskup czuje w roli podwładnego, który ma jednego przełożonego?

Ja zawsze czułem się w kapłaństwie lepiej, gdy miałem nad sobą wielu przełożonych. Jak zaczynałem tę drogę, wiedziałem, że przełożonym jest rektor seminarium, drugim był proboszcz, kolejnym biskup. Im wyżej się idzie w służbie kościelnej, tym mniej ma się przełożonych, ale zakres odpowiedzialności, którą w duchu zasady pomocniczości trzeba spełniać z innymi ludźmi, staje się dużo większy. I myślę, że byłem znacznie spokojniejszy i dużo bardziej szczęśliwy, gdy miałem jasno zarysowane pole pracy duszpasterskiej, za którą odpowiadałem, czy była to praca w kurii, w Wydziale Katechetycznym, czy praca z klerykami, których uczyłem teologii. Im miej przełożonych, a w moim przypadku są to tylko papież i oczywiście Pan Bóg, tym spokoju jest mniej. Po długim pontyfikacie Jana Pawła II, który nas Polaków trochę „rozpuścił”, za Benedykta XVI nastąpił powrót do normalności.

Gdy pierwszy podpisywał moją nominację biskupią, to nie robił tego tak, jak dziesiątkom czy setkom innych, ale wiedział, komu podpisuje, bo znał mnie jeszcze z czasów kleryckich oraz przez pełne pięć lat z czasów mojego kapłaństwa. Potem wiedział, że zajmuję się sprawami personalnymi w kurii, a zawsze był bardzo ciekawy, gdzie są księża, których on pozostawił w terenie, gdy był biskupem. W tamtym okresie przeżyłem trzy wizyty ad limina jako biskup pomocniczy. A więc miałem okazję zobaczyć, w jaki sposób biskup diecezjalny ze swoimi współpracownikami raz na pięć lat jeździ do Rzymu i składa relację papieżowi. Nie tylko jemu osobiście, ale również przez dykasterie, które ma do dyspozycji. Ale syntezą tego wszystkiego było podwójne spotkanie z papieżem. Jan Paweł II robił to w ten sposób, że przyjmował biskupów pojedynczo, metropoliami. Ja byłem również obecny w drugiej części spotkania razem z kard. Macharskim. W pierwszej części to on sam rozmawiał z papieżem, następnie odbywało się spotkanie przy stole z całą metropolią, ze wszystkimi biskupami, a potem z całym regionem. Biskupi polscy jadą do Rzymu z wizytą ad limina w trzech grupach. Na końcu było spotkanie ogólne, podsumowujące, a potem po wizycie otrzymywaliśmy wytyczne w formie pisemnej.

Teraz to wszystko wgląda trochę inaczej. Jako ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski za pontyfikatu Benedykta XVI miałem okazję raz uczestniczyć w wizycie ad limina. Spotkania w kongregacjach nie zmieniły się. Jeśli chodzi o spotkanie z papieżem, to ono jest również indywidualne, i także w drugiej części bierze się swoich biskupów pomocniczych. Ja pamiętam urokliwość spotkania z biskupem seniorem Ignacym Jeżem, którego Benedykt XVI znał – jeszcze jako kardynał – jako budowniczego mostów. Okazało się, że nazwy Koszalin i Kołobrzeg nie były pustymi dźwiękami. On wiedział, gdzie się obracamy. Teraz, kiedy jestem w Rzymie, to spotkania z papieżem są możliwe przy okazji udziału w liturgii. W środy, podczas audiencji czasami możliwa jest krótka rozmowa albo pozdrowienie. Obecny papież jest innym człowiekiem niż Jan Paweł II. Po drugie pamiętajmy, że zaczynał on pontyfikat, gdy był o 20 lat starszy. Miał 78 lat, a nie 58, jak Jan Paweł II. Rozsądek nakazywał zacząć od wyhamowania. Bo gdyby próbował naśladować tamtego papieża to być może po roku, gdyby np. musiał zwolnić, wszyscy by mówili, że się rozchorował. On przyjął miarę, na jaką było go stać.

Ksiądz Arcybiskup jest w archidiecezji przełożonym bardzo wielu księży. Co w relacjach z podwładnymi jest najważniejsze?

Kiedy przyjechałem do Warszawy, powiedziałem sobie, że połowę mojego czasu biskupiego chciałbym poświęcić „duszpasterstwu” księży. Uważam, że biskup inaczej nie jest w stanie spełnić swojej posługi. Inne zajęcia, z pozoru atrakcyjniejsze i ważniejsze, nie mogą odbywać się kosztem bycia dla księży. Jeden wymiar stanowią spotkania przewidziane przez prawo kanoniczne. Chodzi o radę kapłańską, konferencję dziekanów, wicedziekanów, ojców duchownych, proboszczów, wikariuszy oraz stałą formację księży. Drugi wymiar to wyjście do ludzi. W ciągu pierwszego roku byłem we wszystkich parafiach, rozmawiałem z każdym księdzem, krótko, ale osobno. W tej chwili postanowiłem razem z biskupami pomocniczymi podzielić archidiecezję na cztery regiony. Zmieniamy je co roku. W ten sposób mogę co cztery lata być w każdej parafii. Teraz rozpocząłem taki jesienny objazd. W tym roku przypadają na mnie 52 parafie. Chcę tam pojechać i usiąść do godzinnej lub półtoragodzinnej rozmowy z księżmi o tym, czym żyją. Nie jest to żaden instruktaż duszpasterski, choć oni opowiadają, co usiłują robić, a ja czasem próbuję powiedzieć, co chciałbym, żeby podjąć w odniesieniu do świeckich, do rady parafialnej czy studentów. To jest ten drugi wymiar bycia dla księży. A trzeci wymiar stanowi otwartość tego domu. Na tym najbardziej mi zależy. Dlatego postanowiłem, że księża mogą przychodzić w każdy dzień, kiedy przyjmuję, czyli w poniedziałki, środy i piątki. Natomiast, by nie czekali w kolejce ze świeckimi, to wyznaczyłem jeden dzień tylko dla nich. Jest to czwartek. Mają numer mojej komórki. Nie muszą z niej korzystać, choć czasem korzystają, choćby po to, by sprawdzić, czy czasem gdzieś nie wyjechałem. Ale w czwartki mogą przychodzić według swoich własnych potrzeb. Co nie znaczy, że nie mogą przychodzić w pozostałe dni, tylko że w wtedy czasem bywa tutaj bardzo dużo ludzi. Jest dość tłoczno w przedpokoju od rana do wieczora. Trudno, by wchodzili w kolejkę i bym musiał przerywać spotkania. Nie chcę stwarzać dyskomfortu dla jednych i dla drugich. Największym problemem dla mnie jako biskupa, czy to byłem pomocniczym, a jeszcze bardziej diecezjalnym było to, by swoją osobą nie narzucać gotowych rozwiązań, np. mojemu rzecznikowi czy komuś, kto decyduje o tym, jak ma wyglądać, nazwijmy to, spotykanie się z dziennikarzami. Czasem dyskutujemy nad czymś. Chcę jak najlepiej wykorzystać zdolności każdego, nie narzucając swojego punktu widzenia. Dlatego często mówię swoim współpracownikom w kurii: macie jasno określony zakres zadań. Uczestniczycie w mojej odpowiedzialności. Proszę ze szczegółami nie przychodzić do mnie i nie pytać o wszystko, tylko brać odpowiedzialność za to, co jest wyznaczone. Natomiast o ważnych waszych decyzjach chciałbym wiedzieć, co nie znaczy, że będę w nie ingerował. Ważniejsze decyzje musimy podejmować razem.

Wiadomo, że jest kilka pokoleń księży. I mają oni bardzo zróżnicowaną wrażliwość, pokolenie lat osiemdziesiątych jest inne niż pokolenie lat pięćdziesiątych. W jaki sposób to wpływa na sposób odnoszenia się do nich?

Taką radą, którą daję sobie i czasem innym, jest to: nigdy nie dokonywać wartościowania: lepsi-gorsi. Wiem, że ksiądz wyświęcony dzisiaj jest daleko inny od tego, który został wyświęcony w latach osiemdziesiątych, i bardzo różni się od tego, który przyjął święcenia przed 1970 r. Dlaczego młodzież słuchała papieża? Bo on nigdy nie biadolił nad nimi, nigdy nie mówił tego, co się nieraz nam, księżom, zdarza: Jak my wam przekażemy ten świat, to wszystko zmarnujecie i zepsujecie. Gdy mówił: Jesteście nadzieją Kościoła, to wiedział, że oni ten świat przejmą inaczej niż poprzednicy, ale jeżeli my, jako pokolenie wychowujące, damy im to, co powinniśmy dać, to oni wniosą swoją nowość i wszystko pójdzie do przodu. Próbuję zatem stosować zasadę, by nie porównywać. Nawet jeśli proboszcz narzeka bardzo na wikarego, bo go nie rozumie, bo jest dwadzieścia czy czterdzieści lat młodszy, to mówię: Próbuj zobaczyć w nim to, co jest pozytywne, bo może rzeczywiście coś pozytywnego ma. To nie jest tak, że dobrzy proboszczowie się skończyli na nas, i dobrzy wikariusze się skończyli, gdy my zostaliśmy proboszczami. Ważne dla mnie jest to, by ksiądz, jakiejkolwiek generacji, miał jakieś pomysły i chciał coś robić. By nie osiadł na laurach. A że robi inaczej niż proboszcz, czy inaczej niż się komuś wydaje, to nie jest groźne. Natomiast groźne jest to, gdy nie ma ochoty, by cokolwiek robić, gdy próbuje się wygodnie ustawić. To jest zjawisko dość niebezpieczne. Staram się przy zmianach i przy rozstrzygnięciach różnych problemów rozmawiać z jedną i z drugą stroną. Ktoś mi kiedyś powiedział: Nie było w zwyczaju, by z wikarym rozmawiać. Skończyły się już czasy, gdy proboszcz mógł sobie załatwić wikarego, prosił o zmianę, kiedy mu przyszła na to ochota. Ja mówię nieraz tak: Proszę księży, jest tak jak w rodzinie, macie taką sytuację leczyć. Może po latach uda się rozgryźć problem.

Natomiast świeccy, mimo trudności, muszą razem trwać. Proboszczom to mówię przy każdym przekazywaniu nowych parafii: To nie jest tak, że ja, jako biskup, daję księdzu parafię. To ja tej parafii daję księdza. To są zupełnie dwa różne rodzaje myślenia. To pierwsze jest myśleniem po świecku, polegającym na robieniu jakiejś tam kariery kościelnej. Natomiast to drugie jest wyrazem służby. Dostajesz parafię nie dlatego, że na to zasłużyłeś. Daję ciebie parafii, byś tam potrafił służyć tym 2, 4 czy 20 tysiącom ludzi, którzy tam żyją. Wszyscy muszą się uczyć. Ja tego też się uczę, bo bardzo łatwo jest pełnić służbę w Kościele czy władzę w Kościele w taki sposób, by się porównywać do tych wszystkich świeckich piramidalnych odniesień, tym bardziej że struktura hierarchiczna jest podchwytliwa. Jak w tej piramidalnej strukturze odnaleźć pojęcie służby? Kto chce być pierwszym, czyli tym na szczycie, niech będzie tym, który najbardziej służy.

Dzisiaj, kiedy bardzo wzrasta w Kościele rola świeckich i ich odpowiedzialność za dzieła ewangelizacyjne Kościoła, to budowanie relacji duchowni–świeccy wydaje się szczególnie ważne. Ksiądz Arcybiskup często się spotyka ze świeckimi. Na jakie traktowanie przez duchownych oni oczekują?

Ja myślę tak, że trzeba patrzeć na różne kategorie świeckich. Jest grupa, która ma prawdziwe poczucie bycia w Kościele i bycia Kościołem. Oni artykułują swoje oczekiwania wobec księży w parafii, wobec proboszcza, a także wobec biskupa. I rzeczywiście, chcieliby współuczestniczyć w odpowiedzialności za Kościół. Jest grupa reformatorów, którzy zawsze byli w Kościele, ja czasem mówię „zawodowych katolików”. Oni mają swoje oczekiwania, ale gdy przychodzi co do czego, jeżeli np. trafią na proboszcza, który potrafi włączyć w porządek służby, a nie tylko rządzenia, to wtedy mówią: Nie, my jesteśmy od tego, żeby doradzić. Trzecią grupę stanowią ci, których nazywa się czasami „śpiącym niedźwiedziem”. To duża część laikatu świeckiego, przychodzącego w niedzielę do kościoła. Tak jest im wygodnie. Nie chcą podejmować drogi świadectwa, odpowiedzialności i apostolstwa w świecie, który jest im właściwy jako świeckim. Wolą pozostać schowani i wycofani. Uważają, że ich świadectwo chrześcijańskie kończy się na drzwiach kościoła, z którego wyszli. Do każdej z tych grup trzeba podchodzić inaczej.

I po stronie księży też jest takie przekonanie, zwłaszcza jeżeli chodzi o konkretny wyraz współpracy ze świeckimi, jak chociażby rada parafialna, duszpasterska czy rada ekonomiczna, że nie warto się w to angażować. Przecież tyle lat radziłem sobie bez tego. Nie widzą potrzeby, nie widzą zmiany, jaka się dokonała, nie tylko w świecie, ale również w eklezjologii, tzn. jeżeli myślimy w kategoriach tej definicji Kościoła, której nas uczono – Kościół jest to zgromadzenie wiernych, którzy pod przewodnictwem swoich pasterzy idą do zbawienia – to wtedy rzeczywiście można ugrzęznąć w wąskim rozumieniu. Sobór jednak powiedział dużo więcej o Kościele i o laikacie w Kościele. Z tego wynika potrzeba odkrywania roli świeckich, likwidowanie podziałów na czynni i bierni w Kościele – czytaj: czynni księża a bierni świeccy – którzy przychodzą do takiego supersamu albo do urzędu, jakim jest parafia. Myślę, że są pewne sprawy, które trafiają do księży. Ja jestem optymistą i twierdzę, że za mojego kapłaństwa ogromnie dużo się pod tym względem zmieniło. Rady duszpasterskie raczej istnieją w parafiach. Niektóre są powoływane na przyjazd biskupa, zamierają po jego odjeździe, ale jeśli to wyczuję, to na spotkaniu od razu mówię: Nie czuję się obrażony tym, żeście stworzyli radę na mój przyjazd, ale proszę, by ta wizytacja była początkiem jakiejś poważnej działalności. Jeżeli ksiądz się przekona, że trudno dzisiaj podejmować decyzje w sprawach liturgicznych, duszpasterskich, charytatywnych, a zwłaszcza materialnych, stworzy radę, która będzie miała kompetencje oraz poczucie odpowiedzialności i pomoże mu. Czasem potrzeba przekonania negatywnego. Wielu księży w moim biskupim życiu w Krakowie czy w Koszalinie, czy tutaj, przekonałem do rady wtedy, gdy coś zaczęło się psuć. Parafianie przestali ufać proboszczowi w sprawach materialnych oraz organizacyjnych. Ja mówię: Rozmawiaj na ten temat z radą duszpasterską i wyjaśnij, pokaż, zapytaj. Nie mam rady duszpasterskiej. No to teraz może być za późno ją zakładać. A gdybyś miał, to prawdopodobnie wielu problemów dałoby się uniknąć. Bo po prostu można by było wtedy z radą wiele spraw ustalić, np. w sprawie remontu kościoła i nie wyszedłby z tego marny kicz. A gdybyś to pokazał, omówił co i jak robimy, to by się w takiej radzie, zwłaszcza w dużym mieście, znalazł jakiś plastyk czy ktoś inny, i by cię ochronił przed kłopotami, które powstają wtedy, gdy jednoosobowo podejmuje się decyzje.

Co znaczy w życiu Księdza Arcybiskupa bycie mężczyzną, i ile mężczyzny jest w Księdzu?

Mówiłem o tym, czy to będąc przełożonym w seminarium, czy także sobie, mówiłem młodym księżom w czasie formacji, jeszcze nie będąc biskupem, ale myślę, że to trzeba ciągle powtarzać. Jeżeli bym miał odpowiadać na pytanie, ile mężczyzny w księdzu, to myślę, że musiałbym powiedzieć 100%, bo jeżeli brakuje tych 20%, to nieraz stanowi to początek wielu złych rzeczy, które potem będą się działy. Czyli jasna decyzja, wynikająca ze zrozumienia, że w Kościele katolickim łacińskim kapłaństwo jest związane z celibatem. I nawet jak się ma 25 lat, to szkoda zakładać, że może doczeka się jego zniesienia. Celibat nie wynika z istoty kapłaństwa, jest po prostu rozporządzeniem Kościoła w pewnym okresie historycznym. Pamiętam takie lata formacji, kiedy, pewnie w celu pozyskania także powołań, ale jednocześnie pokazania pewnej wyjątkowości, próbowano wartościować małżeństwo i kapłaństwo. Wybierasz coś lepszego, coś wartościowszego. Czyli rezygnacja z małżeństwa była rezygnacją negatywną. Tymczasem trzeba wiedzieć, że należy być mężczyzną pełnym, jasno wiedzieć, czego się chce i co znaczy powołanie kapłańskie. Przyjaźń, miłość mężczyzny i kobiety są czymś stworzonym przez Stwórcę, a małżeństwo jest sposobem życia znakomitej większości ludzi i, akceptując jego wartość jako mężczyzna, nie dlatego idę do kapłaństwa, że rezygnuję z czegoś, co jest piękne i dobre, ale po to, by być księdzem i być w nowy sposób zaślubiony z Jezusem Chrystusem przez kapłaństwo, a jednocześnie oddać Mu siebie w pełnej dyspozycyjności dla tych ludzi, których Kościół mi powierza.

To jest, moim zdaniem, pierwszy punkt wyjścia, niesłychanie ważny. Jeżeli jego nie ma, to problemy księży z celibatem często zaczynają się bardzo wcześnie. Patrzą wtedy na małżeństwo jako na owoc zakazany, a na kapłaństwo nie jak na wybraną drogę życia połączoną z rezygnacją z czegoś, co jest piękne, ale pewien wyuczony styl bycia. A jak już nie mam argumentów innych, to zawsze mówię tak: Nie myśl sobie, że tobie jest trudno, a małżonkom i rodzinom łatwiej. Życie w małżeństwie, wychowywanie dzieci, jest niejednokrotnie dużo większym wyzwaniem i obowiązkiem niż twoje życie w kapłaństwie, gdzie ktoś o tobie pomyśli, ktoś ci przygotuje jedzenie, ktoś pomyśli o twoim mieszkaniu i jego umeblowaniu. Tego świeccy, oczywiście, nie mają.

Więc myślę, że, odpowiadając na to pytanie o męskość, to musi być jasno określone, zwłaszcza dzisiaj, gdy staje się modne wchodzenie w relacje i znajomości, które nie są związkami mężczyzny i kobiety. Mówiliśmy do tej pory o otoczeniu, o początku kapłaństwa. Natomiast owa dyspozycyjność, jaką daje księdzu czy mężczyźnie celibat, może się wyrazić przede wszystkim w rozsądnym, mądrym i duchowym ojcostwie. W ojcostwie księdza dla swoich wiernych, dla penitentów, dla swoich parafian, diecezjan itd. I to jest najwyższy wymiar owych zaślubin z Chrystusem, które sprawiają, że ksiądz zostaje powołany do tego, by być uczestnikiem Chrystusowego kapłaństwa, czyli pasterzem i ojcem dla ogromnej rzeszy ludzi, którzy się przewiną przez całe lata jego posługi. I dlatego uważam, że ojcostwo jest realizacją pełnego wymiaru powołania księdza jako mężczyzny. Bo ojcostwo zakłada i miłość, a ona powinna być wymagająca, stanowcza wtedy, gdy należy, szukająca wtedy, kiedy trzeba szukać.

Samotność może być i bywa problemem dla księży. Ja przeżyłem to bardzo, szczególnie w diecezji koszalińskiej, gdzie na 240 proboszczów 160 to byli księża pojedynczy, odlegli od następnych parafii nieraz o kilkadziesiąt kilometrów, mający 3-4 kościoły wyjazdowe, zajętą sobotę i niedzielę od początku do końca, a w tygodniu z kolei, jak nie uczą w szkole, to muszą sobie radzić ze sobą. Nie zawsze najlepiej wychodziły te próby rozwiązywania problemu samotności przez kontakty z poszczególnymi świeckimi i rodzinami. Ksiądz jako ojciec, zwłaszcza w małej, pojedynczej parafii, jest odczytywany przez ludzi jako ten, który pozostaje do dyspozycji wszystkich, a nie tylko wybranych. Wtedy często mówi się, że ten ksiądz jest nie dla nas… To jest zły sposób rozwiązywania problemu samotności. Ja powiem coś, co wyniosłem z domu rodzinnego. W mojej rodzinnej parafii był proboszcz, nieżyjący już dzisiaj. Trzydzieści lat był w tej parafii, a potem jeszcze dziesięć w innej. Na stare lata poprosił o zmianę, bo zdrowie zaczęło mu już siadać. Miał taki zwyczaj, że oprócz kolędy, z którą przychodził, odwiedzał w ciągu roku każdy dom. Spędzał w nim do pół godzinki. Bez żadnego posiłku czy posiedzenia przy kolacji, bo to byłoby krępujące dla ludzi, a on tego nie znosił. On wpadał do ludzi. Wpadał po prostu na chwilę, siadał, pół godziny pogadał, ale nikogo nie opuścił. I rzeczywiście, jak odchodził z parafii, a potem na jego pogrzebie, była manifestacja, bo był ojcem dla wszystkich. Ci, którzy tłumaczą swoje odejście z kapłaństwa brakiem wspólnoty, samotnością, moim zdaniem, racjonalizują sprawy, które wcześniej zaszły. I one leżą często po stronie tych problemów, o których teraz mówię. Nie był dla wszystkich, próbował rozwiązywać sobie swoją samotność przez wiązanie się z niektórymi, a potem oczywiście przychodzi żal i pretensja, że biskup czy diecezja nie rozwiązali problemów jego samotności. Gdy byłem młodym księdzem w latach siedemdziesiątych, to myśmy w dekanatach, parafiach dużo więcej się spotykali. To był czas, gdy w telewizji były liche programy, nie było internetu, a dzisiaj, myślę, że dorośli narzekają na młodych, że nie można ich oderwać od internetu, a sami też uzależniają się od niego. Wszystko wskazuje na to, a są na ten temat również prace naukowe, że internet wychowuje indywidualistów i samotników, mimo że jest medium interaktywnym.

Co jest trudnego do przyjęcia w stereotypowym obrazie księdza? Co Księdzu Arcybiskupowi w nim najbardziej przeszkadza?

W tym stereotypie przeszkadza mi kilka rzeczy. Jest np. stereotyp księdza bogatego, czyli obnoszącego się z bogactwem. Ja się wyleczyłem z niego w diecezji koszalińskiej, dlatego że tam naprawdę miałem biednych księży. To zresztą bardzo dobrze odbiło się na ich życiu i duchowości. Czasem może księża dają ku temu podstawy. Druga sprawa, to jest czasem takie bycie za wysoko ponad ludźmi, to znaczy z ludzi wzięty, ale nie dla nich ustanowiony, jakby żył swoim własnym życiem. Ale, z drugiej strony, zwłaszcza w środowiskach małomiasteczkowych, jest coś takiego, że ludzie nie wyobrażają sobie, by ksiądz był ich, mówiąc nieładnie, kumplem czy uczestnikiem ich wioskowych uroczystości, jako jeden z partnerów. Wiedzą, że ksiądz powinien być kimś, kto ma do tych rzeczy pewien zdrowy dystans, który pozwala mu być dla wszystkich. Ja myślę, że kluczową sprawą jest dyspozycyjność księdza. Czasem słyszałem w jednej czy drugiej parafii głosy, czy nawet nieraz sam się z tym spotykałem, że ksiądz, pokazując na godziny urzędowania kancelarii, mówił: Proszę przyjść wtedy a wtedy. Myślałem wówczas, że być może traci okazję na ważne spotkanie. Ludzie natychmiast wyczuwają dyspozycyjnych księży i bardzo ich poszukują.

Ksiądz Arcybiskup ma bardzo dużo kontaktów z księżmi. W czym oni się czują najbardziej niezrozumiani, jeżeli chodzi o relacje z innymi, ze świeckimi przede wszystkim? Co ci z kolei mogliby im ofiarować, by ich lepiej zrozumieć?

To jest trudne pytanie. Ja nie bardzo wiem, jak można na nie odpowiedzieć. Księża często mówią w ten sposób: No tak, oni by chcieli radzić, rządzić, natomiast jak trzeba ich do takiej czy innej pomocy, to wtedy ich nie ma. Druga sprawa to wzajemne zrozumienie: ksiądz i świeccy powinni wiedzieć, że w parafii, w Kościele są zadania, które można wypełnić tylko wspólnie i razem. Mam na myśli tutaj chociażby takie parafie, które korzystają z możliwości tworzenia szkół katolickich. To nie jest możliwe bez świeckich i bez współpracy np. z tymi, którzy chcą założyć świetlicę, do której dzieci i młodzież po południu będą mogli przyjść, by uczyć się, bawić i uprawiać sport. Tego nie da się zrobić samemu. W to muszą zaangażować się świeccy. Jeżeli nastąpi spotkanie pomysłów, jednych i drugich oraz wykonawców, to wtedy zaczyna się coś otwierać. Najtrudniejsze są chyba początki, by w parafii wyzwolić myślenie, że to nie jest tak, że spotykamy się po różnych stronach: ja jestem po jednej stronie ołtarza, a wy po drugiej, a potem rozchodzimy się, ja na plebanię, a wy do swoich domów. Ważne, byśmy, będąc po obu stronach ołtarza, mieli poczucie, że jesteśmy tym samym Kościołem i tylko wtedy Kościołem kompletnym, gdy ksiądz, który jest zastępcą Chrystusa – Głowy i wierni, którzy są członkami Mistycznego Ciała, spotykają się przy ołtarzu. On przecież łączy, a nie dzieli i od Niego każdy idzie do swojego apostolstwa.

Abp Kazimierz Nycz, dr teologii, metropolita warszawski, ordynariusz wiernych obrządku ormiańskiego w Polsce.

2.

bp Antoni Długosz

Jak wyglądają moje relacje ze świeckimi i przełożonymi?

Posługa duszpasterska pozwala na kontakt z różnymi grupami laikatu. Spotykam się z nimi z okazji wizytacji parafii, rekolekcji, misji, a także sprawując funkcje szafarza sakramentu bierzmowania. Przełamuję barierę dystansu, jaki zauważam podczas tych spotkań. Moja bezpośredniość w wypowiedziach otwiera możliwości dzielenia się ze świeckimi problemami parafii oraz odpowiedzialnością za Kościół. Wydaje się, że laikat w niewielkim procencie utożsamia się z Kościołem oraz brakuje mu odpowiedzialności za to wszystko, czym żyje wspólnota Kościoła. W pewnym wymiarze odpowiadają za to niektórzy duszpasterze obawiający się  powierzać laikatowi różne zadania dla dobra Kościoła.  Duży wpływ na ożywienie czynnego udziału ludzi świeckich w życiu wspólnot parafialnych mają grupy rozwijającej się Akcji Katolickiej na terenie naszego kraju oraz wspólnoty charyzmatyczne.

Pamiętam współpracę z moimi trzema proboszczami podczas wikariackiego duszpasterzowania. Seminaryjna formacja ukazała mi wartość posłuszeństwa wobec decyzji proboszczów. Z sentymentem wspominam współpracę z proboszczami, którzy na równi z wikariuszami uczestniczyli w służbie parafii, zachęcali do aktywnego podejmowania twórczych duszpasterskich działań, szukania nowych dróg ewangelizacji. Obecnie jako biskup pomocniczy jestem pozytywnie odbierany przez mego biskupa diecezjalnego. Może zaskakuję go nowymi posługami, lecz spotykam się z wyjątkową wyrozumiałością z jego strony. Myślę, że nawzajem się uzupełniamy w służbie diecezji i Kościoła w Polsce.

Jak Ksiądz przeżywa swoją męskość, potrzebę bycia ojcem, samotność ?

Posługę księdza traktuję jako misję ojca, który swoją miłością i zatroskaniem obejmuje ludzi w różnym wieku, w zależności od realizowanej posługi. Z tym wiąże się duchowa oraz materialna troska o nich. Wcześniej wspólnota parafialna, a obecnie diecezjalna, stanowią dla mnie autentyczną rodzinę. Zajęciom pozadiecezjalnym także towarzyszy powyższe nastawienie. Naczelnym hasłem mojego życia jest przesłanie św. Pawła: „Być wszystkim dla wszystkich, by przynajmniej niektórych doprowadzić do Chrystusa”.

Jako wikariusz oprócz katechetycznej posługi zajmowałem się grupami ministranckimi, wokalnymi, teatralnymi oraz głuchoniemymi. Jako biskup duszpasterzuję wśród narkomanów i alkoholików. Wielość różnorodnych posług zapełnia wiele godzin. Rzadko odczuwam samotność, a często tęsknię za wolnymi godzinami, które poświęcam na modlitwę, słuchanie muzyki, obejrzenie filmu, pisanie kazań czy książek.

Przychodzą chwile refleksji nad problemem ojcostwa, lecz rekompensuję je niesieniem pomocy w rozwiązywaniu problemów dzieciom, młodzieży, z którymi zwracają się do mnie oni sami czy też ich rodzice.

Co Księdzu przeszkadza w stereotypowym obrazie duchownego? W czym czuje się Ksiądz najbardziej niezrozumiany?

Niepokoję się, gdy ksiądz ogranicza swoją posługę do funkcji szafarza sakramentów świętych oraz urzędnika w parafialnym biurze, a także gdy parafia staje się jedynie instytucją wykonującą różne posługi. Dlatego, wizytując parafie, uwrażliwiam księży na tworzenie świetlic z szerokim wachlarzem kółek zainteresowań dla dzieci i młodzieży, by dom parafialny stawał się domem rodziny parafialnej. Przypominam także, by wszystkie stany w Kościele objąć katechezą parafialną. Oprócz tradycyjnej posługi biskupiej, poszukując nowych dróg ewangelizacji, biorę udział w programach telewizyjnych dla dzieci, prowadzę audycje radiowe w ramach mojej specjalizacji biblijno-katechetycznej, piszę książki dla duszpasterzy, dzieci i ich rodziców, nagrywam piosenki adresowane głównie do dzieci, prowadzę parafialne rekolekcje, misje, koncerty wokalne, duszpasterzuję wśród narkomanów i alkoholików. Nie wszystkie z wymienionych posług akceptują niektórzy duchowni, a również i świeccy. Najwdzięczniejszymi odbiorcami moich działań pozostają na pierwszym miejscu dzieci oraz narkomani i alkoholicy.

Bp Antoni Józef Długosz, biskup pomocniczy częstochowski, duszpasterz osób z problemem narkotykowym, twórca domu dla tychże „Betania” i Krajowy Duszpasterz Ochotniczych Hufców Pracy.

3.

Jan Góra OP

Jak wyglądają moje relacje ze świeckimi?

Odpowiadam najpierw sam sobie, ale także innym: Jak najbardziej pozytywnie. Nigdy nie uległem chorobie nieufności wobec świeckich, nigdy nie zamknąłem się do tego stopnia w klasztorze, by świecki był dla mnie zagrożeniem, wzbudzał nieufność. Lubię i cenię obecność i współpracę z nimi. Przynoszą nowe spojrzenie, nowe rozwiązania, świeżość problemów i zaangażowania. Lubię, jak się angażują w Kościele, w duszpasterstwie.

Mam bowiem świadomość, że ich miejsce w Kościele nie ja wyznaczam i nie ja wskazuję, gdzie mają stanąć czy usiąść. Oni to miejsce mają przez fakt chrztu św., więc nie mam się co wynosić, zarządzać, dyrygować. To, że zajmuję miejsce w prezbiterium, a nie w nawie przypomina mi, że mam służyć Ludowi Bożemu obsługując dwa stoły, Stół Słowa Bożego i Stół Eucharystii.

Mam do świeckich zaufanie. Z nimi dokonałem sporo. Hermanice, Jamna, Lednica. To duże przystanki. Bez nich byłoby to wszystko niemożliwe. W zasadzie są to w całości dzieła świeckich. Mój wkład jest wyłącznie religijną posługą. Posługa i zaangażowanie świeckich stworzyły bazę dla mojej posługi duszpasterskiej, wykreowały dla mnie instrument duszpasterski.

Świeccy torowali mi drogę, przygotowywali miejsce, włączali mikrofony, podawali szklankę wody lub strawy, niekiedy tego ostatniego w nadmiarze. Świeccy stawiali mi wymagania, to oni zrodzili mnie do ojcostwa w wierze i wymagali stałej kondycji apostolskiej. Widzę wyraźnie, jak są razem ze mną Kościołem Chrystusa. Im zależy na mnie, tak ja mnie na nich. Stworzyliśmy wzajemność, więzi, relacje. Nie jesteśmy sobie obojętni. Często im bardziej zależy na mnie niż mnie samemu na sobie. Ileż oni rozwiązali moich spraw, ileż ponieśli ciężarów! Świeccy pokazują mi drogę pośród tego świata, ja natomiast staram się pokazywać im drogę do nieba.

Jak wyglądają moje relacje z przełożonymi?

Odpowiadam bez wahania: Dobrze, a nawet bardzo dobrze. Zarówno prowincjałowie, jak i przeorzy obdarzali mnie zaufaniem i zrozumieniem. Ja nikomu nigdy nic nie zabierałem. Sam stwarzałem przestrzeń do zagospodarowania, wspomniane już Hermanice, Jamna, Lednica. Żyję swoim życiem, nie cudzym. Nie wcinam się między wódkę a zakąskę. Nie komentuję pracy współbraci. Może to wygodne, ale nie mam siły na takie zajęcia. Przed ponad 30 laty przełożeni posłali mnie do pracy z młodzieżą, więc posłuchałem i uwierzyłem, że to jest wola Boża w stosunku do mnie. Różny był stopień zrozumienia mojej posługi u różnych przełożonych, bywało, że wiłem się z bólu, ale wiedziałem, że ogień musi przepalić moje ambicje i egocentryzm, jeśli naprawdę chcę służyć Panu. Bywało, że byłem marginalizowany ze swoją pracą i dokonaniami. Kilkadziesiąt tysięcy nad Lednicą bywało niczym w różnych sprawozdaniach, tak jak i ja bywałem nikim. Nikt też mi nie dziękował za pracę. Ale i ja podziękowań nie oczekiwałem.

Otrzymałem radość i satysfakcję przez sam fakt uczestniczenia, a także poczucie sensu i wiele razy błogosławieństwo Jana Pawła II, które bywało mocniejsze niż trudności i przeciwności. Jak potężne bywało jego błogosławieństwo, niech świadczy ośrodek i kościół na Jamnej czy dzieło Lednicy. Pod wpływem tego błogosławieństwa rozrzucone cegły i kamienie stawały się murem, niezrozumienie przemieniało się w życzliwość, w chęć pomocy i uczestnictwo.

Jednym słowem, nie mogę narzekać, a nawet muszę się pochwalić wspaniałymi relacjami z przełożonymi współbraćmi skracającymi dystans między nami ze względu na moje dzieła i zaangażowanie apostolskie.

Co znaczy bycie mężczyzną w moim życiu?

Pytanie to dopada mnie w wieku 61 lat i po ponad 30 latach pracy duszpasterskiej wśród młodzieży. W tym wieku prawdziwy mężczyzna jest już dziadkiem, wdowcem, emerytem lub bliskim emerytury. Ja jakoś nie rozpoznaję się w tych kategoriach.

Dalej młodzież zwraca się do mnie: ojcze. Dalej czuję się poślubiony Kościołowi i nie zamierzam tych zaślubin zrywać. Dalej trwam z tymi, dla których jestem ojcem, i którzy rodzą się ze mnie dla królestwa, uważając, by rodząc się ze mnie, ani na chwilę nie przestawali być sobą. Młodzież jest w moim życiu „niechcianym dzieckiem”, które przyniosło mi najpiękniejszą miłość. Brzmi to dzisiaj jak kokieteria. Pisząc „niechciane dziecko”, nam na myśli fakt, że nigdy wcześniej nie chciałem, ani nie przewidywałem dla siebie duszpasterskiej pracy z młodzieżą.

Być mężczyzną w kapłaństwie, to wejść w „promieniowanie ojcostwa”, bo ojciec nie może zrobić krzywdy własnemu dziecku, chyba jakiś kazirodca. „Promieniowanie ojcostwa” zawdzięczam kard. Wojtyle, a później Janowi Pawłowi II. Jego tekst pod tym tytułem stał się moim podstawowym, obok Ewangelii, scenariuszem. Ojcostwo, to zwycięstwo „bycia dla drugiego” nad „byciem dla siebie”.

Cudem jest i stale się zdumiewam tym faktem, jak to jest, że, nie mając dzieci, mam przecież dzieci i to często bardziej niż ci, którzy je mają. A wszystko to dokonuje się mocą wiary. Trwam w zdumieniu. To, że oni, to jest młodzież, przychodzi do mnie i staje blisko, wcale mnie nie podnieca, ale bardzo wzrusza.

Być ojcem dla innych, to znaczy być dla nich bardziej niż dla siebie samego. Nie jestem sam, jestem z nimi. Drzwi mojego pokoju są zawsze otwarte na oścież. Lubię, jak są ze mną. Często odkładam swoje, by realizować ich prośby, potrzeby… Nie jestem zatem razem. Razem idziemy do Domu Ojca. Im zależy na mnie, mnie na nich. Zrodziła się wzajemność.

Co najbardziej mi przeszkadza w stereotypie duchownego?

Najbardziej przeszkadza mi jego nieczytelność, brak jednoznaczności, często styl bycia oraz język czy manieryczny sposób mówienia. Szczególnie razi mnie to u młodych kapłanów, którzy bezmyślnie wchodzą w poetykę, która wydaje się łatwym schronieniem dającym bezkarność i bezpieczeństwo. Na swój język trzeba zapracować.

Postawa kapłanów, trybunów ludowych, odziedziczona w spadku po pokoleniach jest dzisiaj trudna do zaakceptowania. Człowiek noszący się zbyt pewnie, mówiący podniesionym i uroczystym głosem, zachowujący się jakby stale przebywał na scenie czy ambonie podziwiany i oklaskiwany jest po prostu niesmaczny. Ale i przeciwieństwo zakompleksiałego duchownego, skrzywionego, uniżonego i nadskakującego jest jeszcze bardziej niestosowne. Złoty środek autentyzmu i normalności, czytelności i znaczenia.

Nie znoszę napuszonego stylu, napuszonego języka. Języka nie swojego. To się czuje i to jest nieznośne. Nie znoszę tupetu i pewniactwa oraz chowania się za utarte slogany pozornie znoszące odpowiedzialność za wygłaszaną wypowiedź lub postępowanie.

To nie jest łatwe, gdy stale przebywa się w zasięgu promieniowania wartości najwyższych. To nie jest łatwe, skoro wykształcenie odebrało się w języku technicznym sprzed stuleci. To wszystko trzeba teraz przetłumaczyć na nasze, na normalne. Trzeba odwagi i pokory, by o sprawach Bożych mówić po ludzku. Ludzie w tym zakresie mają słuch absolutny.

Ponadto najbardziej przeszkadza mi egoistyczna postawa i zachowania. Postawa roszczeniowa. Dawanie pierwszeństwa sobie i swoim sprawom, urlopom, standardowi a nie posłudze innym. Komfort i wygoda przed pasją posługi i przed priorytetem apostolstwa, i obłudne tłumaczenia, że to wszystko po to, bym, wypocząwszy, lepiej później służył. Tylko tego później nie można się doczekać. Inwestowanie w siebie bez końca, bez początku dawania i służby. A najbardziej zniesmacza mnie niedorozwój osobowościowy. Niedorozwój emocjonalny czy społeczno-wspólnotowy. To nawet już nie gniewa, nie złości, ale smuci, że, mając takie możliwości, ktoś się nie rozwinął, nie dorósł, że to jego człowieczeństwo w celibacie zamiast się rozwinąć, jakoś się skurczyło, zblokowało. Że nie skorzystał ze skrzydeł, jakimi są celibat, kapłaństwo. A przecież chwałą Bożą jest człowiek żyjący. Integralne człowieczeństwo sługi Bożego.

W czym czuję się niezrozumiany?

Przede wszystkim nie czuję się niezrozumiany. Moje propozycje i działania spotykają się z szerokim uznaniem i oddźwiękiem. Kreatywność duszpasterska stanowi moją siłę przebicia i ducha wspólnoty ze wszystkimi, którym leży na sercu troska o dawanie Chrystusa innym, a szczególnie młodzieży.

Pojedyncze przypadki zazdrości, niezrozumienia czy próby zredukowania moich propozycji do parteru są wyjątkami, którymi nie chciałbym się zajmować. Doświadczam prób zmarginalizowania czy reifikacji, ale z tym nauczyłem się już żyć, przechodząc trening w peerelce; nie oczekuję także uznania, podziękowań czy entuzjazmu dla swoich działań i zaangażowań. Oczekuję jedynie przestrzeni wolności. Ale jej też nie mogą mi darować ci, którzy jej nie mają. Muszę ją zdobywać sam. Trudności nauczyłem się rozwiązywać. Lubię natomiast patrzeć, jak przesuwa się horyzont duszpasterski i jak sam Chrystus dociera do serc młodzieży, która Go wybiera i zaprasza do swego wnętrza. Lubię uczestniczyć w entuzjazmie (en-theos) religijnym naszej młodzieży.

Jestem szczęśliwy. Całe moje dotychczasowe życie wypełnione było twórczością duszpasterską. Ofiarowałem młodym przestrzeń rozwoju i wzrostu. Proszę Pana o jedno, aby jak najdłużej zechciał się mną posługiwać.

O. Jan Góra OP, doktor teologii, duszpasterz akademicki. organizator Ogólnopolskiego Spotkania Młodzieży na Polach Lednickich. Animator ośrodka duszpasterstwa akademickiego „Respublica Dominicana” w Jamnej.

4.

ks. Dariusz Korbik

Jak wyglądają relacje Księdza ze świeckimi i przełożonymi?

Posługuję w parafii istniejącej od 10 lat. Trwa budowa kościoła z cegły, jak i wspólnoty wierzących. Wszystko układa się, po ludzku patrząc, bardzo dobrze. Parafianie uśmiechają się do mnie, pozdrawiają w sklepie, na ulicy, w szkole, w urzędzie gminy. Nikt nie przeklina, kiedy mijam go na ulicy (przynajmniej tak mi się wydaje). Poprawność. Czy to znaczy, że relacje są idealne?

Niestety, nie. Jestem dla parafian urzędnikiem kościelnym. Grzeczni, gotowi pomóc, gdy poproszę. Brakuje mi jednak tego, do czego się przyzwyczaiłem, należąc przed wstąpieniem seminarium do różnych wspólnot (Odnowa w Duchu Świętym, Neokatechumenat), czyli pogłębionego życia chrześcijańskiego. Piękna politura na wierzchu a w sercu zimno i wielu idoli. Dlatego poprawne, pełne kultury relacje, z małym zastrzeżeniem: dalej nie wchodź, księże.

Jest co robić. Ewangelizacja ochrzczonych. Idzie to jednak bardzo opornie. Opór materii jest zadziwiająco duży. Nie dziwi mnie to jednak. Walka duchowa. Zaniedbania są duże. Moi parafianie zaczynają dopiero smakować życie duchowe.

Na ok. 3500 osób w parafii, 1000 praktykuje, z tego blisko 100 osób ma coraz większe potrzeby duchowe. Poszukują wspólnoty, zaczynają czytać, jeżdżą na rekolekcje. Stwarza to możliwość przewartościowania wzajemnych kontaktów, ale także okazję do skrajnych reakcji na plus i na minus. Takie też się pojawiają. Jestem często nieudolnym narzędziem Ducha Świętego, mistrza w zawiązywaniu właściwych relacji.

A relacje z przełożonymi? Też są poprawne. Wszystko jest rozpisane na role w Kościele. Znam swoje miejsce. Szacunek dla starszych. Robię to, co powinienem, nie spodziewając się nagrody czy pochwały, bo to raczej przeszkadza niż pomaga. Ziemskie nagrody podcinają skrzydła. Zaczynasz ich szukać bardziej niż woli Boga, ograniczając swoje aspiracje do bardzo przyziemnych oczekiwań. Przestajesz ryzykować, by nie stracić znaczenia i ludzkich względów.

Zdarzają się sprawy trudne lub wątpliwe. Wtedy jest okazja do spotkania na wyższym szczeblu hierarchii kościelnej. Na szczęście jest ich niewiele, dlatego też jest niewiele rozmów z przełożonymi. Najczęściej na szczeblu dekanalnym. Przełożony najwyższy? Spotkania? Raczej audiencje. Mam wrażenie, że księży w Polsce jest jeszcze zbyt wielu, by spotkania z przełożonym najwyższym w diecezji miały charakter braterskich spotkań. Wiele spotkań, napięty grafik przełożonych sprawia, że nie można mieć pretensji do nikogo. Jedna lub dwie obowiązkowe sesje dla proboszczów czy wikariuszy nie pogłębią tej relacji. Rodzi się niedosyt, przynajmniej u mnie, spotkań,w czasie których moi starsi bracia dzielą się doświadczeniem wiary i walki duchowej. To jest ważne szczególnie dzisiaj, gdy ta walka przetrzebia nasze szeregi.

Kiedyś przed laty miałem okazję słuchać i uczestniczyć w jednej grupie z biskupem i kilkoma księżmi. To było niebywałe doświadczenie. Minęło wiele lat, a ja to ciągle pamiętam, podobnie jak atmosferę plebanii mojej rodzinnej parafii.

Kapłaństwo, staje się powoli sposobem na życie, urzędowaniem. Zawiadywaniem majątkiem nieruchomym. Zaczyna brakować świadectwa żywej wiary. Odczuwam to coraz boleśniej. Staję się specjalistą od przepisów prawnych, coraz lepiej idzie mi pozyskiwanie funduszy na budowę kościoła, a coraz trudniej rozmowa o problemach duchowych z moimi braćmi w kapłaństwie. Oddalamy się od siebie, nie rozumiemy i coraz częściej marzymy o ciszy i spokoju z daleka od ludzkich bolączek. Informację o kolejnym odejściu z kapłaństwa naszego starszego lub młodszego kolegi przyjmujemy jak jedną z wielu informacji telewizyjnych. Nie chcemy się spotykać w gronie kapłańskim. Bo te spotkania nie dają duchowej korzyści. Boli mnie to, ale czuję, że ta choroba dotyka także moje relacje z innymi kolegami.

Jak Ksiądz przeżywa swoją męskość, potrzebę bycia ojcem, samotność?

Jestem mężczyzną z krwi i kości, i to żyje we mnie. Tyle że nauczyłem się już z tym żyć we właściwej harmonii. Panuję nad swoimi zmysłami, choć czasami próbują wyrwać się spod kontroli. Jestem wrażliwy na piękno kobiety, ale jednocześnie nie mam złudzeń. Wiem, że to, co czasami budzi się we mnie, to nie jest miłość, tylko wybuch hormonów. Mogę tylko dziękować Bogu, że mimo wielu pokus jestem nadal kapłanem. Dziękować moim wspólnotom, przyjaciołom, którzy czuwają w modlitwie przed Bogiem, bym nie uległ pokusie.

Czy mam potrzebę bycia ojcem? Założenia rodziny? Nigdy tak naprawdę nie musiałem walczyć z taką myślą. Nie patrzę z zazdrością na otoczonych dziećmi moich rówieśników. Spełniam się w tym, co jest moim powołaniem. Lubię przebywać wśród rodzin, ale im tego nie zazdroszczę, ani nie pragnę być w ich stanie. Widzę, że jestem im potrzebny w innej niż oni roli, jako kierownik duchowy, przewodnik. Potrzebuję ich, należę do ich rodzin, a oni dzielą się doświadczeniem ze mną, bym ich rozumiał i pokazał drogę wyjścia z ich problemów.

Nie czuję samotności. Nauczyłem się z nią żyć, bo tak się potoczyło moje dzieciństwo. Śmierć matki, zaraz po porodzie, ustawiła mnie już na całe życie. Zaprzyjaźniłem się z samotnością. Kiedy mam chwile trudne, przyjaciele nie pozwalają mi popaść w depresję. Modlę się, by nie popaść w zwątpienie i smutek. Póki co, udaje mi się.

Co Księdzu przeszkadza w stereotypowym obrazie duchownego? W czym czuje się Ksiądz najbardziej niezrozumiany?

Co mi najbardziej przeszkadza w stereotypowym obrazie duchownego? Może nie przeszkadza, a raczej boli. Szczególnie, gdy ktoś przypisuje księdzu złe intencje, traktuje mnie jak niepotrzebny przedmiot. Boli mnie to wszystko, ale nie zniechęca, bo mam świadomość, że toczy się walka duchowa.

W czym czuję się najbardziej niezrozumiały? Najbardziej wtedy, kiedy mówię do młodych. Kiedy mówię im o Bogu, który kocha, ma plan dla nich, a oni w tym czasie pytają, ile minut do dzwonka lub czy muszą siedzieć i mnie słuchać, czy też mogą odrabiać historię? To odbiera chęć do mówienia. Ale czuję się też niezrozumiany wśród swoich współbraci, gdy mówię, że potrzeba nowej ewangelizacji, zajęcia się ruchami i wspólnotami, a oni mówią, że uczestnicy tych spotkań wspólnotowych to sekciarze, że nie gaszą światła, brudzą w salkach, przewraca się im w głowach, bo nie dają spokoju, zawracają ciągle głowę. Ręce mi wtedy czasami opadają i czuję się głupio.

Czuję się niezrozumiany także wtedy, gdy na bardzo ważnym spotkaniu z przedstawicielem jakiegoś ruchu religijnego moi współbracia zaczynają się niecierpliwić i w samym środku jakiegoś wspaniałego świadectwa nalegają, by już zakończyć, bo obiad stygnie i po co w ogóle takie spotkania.

Wiele można by jeszcze powiedzieć, ale poprzestanę na tym.

Ks. Dariusz Korbik, proboszcz w niedużej parafii w Tłuszczu.

5.

Wacław Oszajca SJ

Jak wyglądają relacje Księdza ze świeckimi i przełożonymi?

Nie narzekam, dobrze. Mam też nadzieję, że świeccy, co za paskudne słowo, i przełożeni, tu bez komentarza, mają podobne zdanie na ten temat. Czasami, gdy słyszę, jak to w dzisiejszej Polsce nie tylko nie szanuje się duchownych, ale wprost się nas prześladuje, zaczynam się czuć nieswojo. Jeśli bowiem ktoś mi porządnie zalazł za skórę, to akurat nie świeccy, tylko dwu, trzech biskupów i paru prezbiterów.

Właśnie tam, gdzie ten i ów widzi jaskinię zła wszelkiego, np. media tzw. polskojęzyczne, ja się czuje jak ryba w wodzie. Wiem, że to moje zadowolenie łatwo podważyć, choćby takim cytatem z Biblii: „Biada wam, jeśli wszyscy ludzie chwalić was będą!”, ale się tym zbytnio, zarzutami oczywiście, nie Biblią, nie przejmuję. Dlatego, choć mnie to wścieka, staram się uważnie słuchać zarzutów, wierzę, że one też są słowem Bożym. Z tego powodu cenię sobie kontakty z niewierzącymi i agnostykami. Nikt lepiej od nich nie przypilnuje mojej wiary przed stoczeniem się w zabobon, nic też lepiej nie zabezpieczy mnie przed popadnięciem w pychę duchową (jak mówi Jan od Krzyża) niż pamięć o tych ateistach czy wyznawcach innych religii, którzy woleli wybrać śmierć, byleby tylko dochować wierności tym, których kochali, czy za których odpowiadali.

Wreszcie najważniejsze, o czym muszę koniecznie pamiętać. To nie jest tak, że to dzięki nam Kościół istniej, a przeciwnie, to dzięki temu, że istnieje Kościół, a więc świeccy, my istniejemy. Każdy ochrzczony ma udział w kapłaństwie, bo jeden jest kapłan – Jezus Chrystus, a jeśli tak, to wszyscy jesteśmy duchownymi.

Przełożeni. Zawsze zżymam się, gdy słyszę, jak składający profesję mówi, że w prowincjale widzi samego Boga, ale też zawsze wtedy sobie przypominam, że najlepiej w życiu wyszło mi to, czego nie chciałem robić, a do czego mnie w taki czy inny sposób naganiano. Lubię więc to napięcie, to iskrzenie, jakie zachodzi, gdy moja wolność zetknie się wolnością innych ludzi, a tym samym z wolnością Boga. Oczywiście ciężko wytrzymać, gdy się, nie daj Boże, trafi na tępego przełożonego, który swój urząd czy posługę pojmuje jako możliwość robienia wszystkiego, co mu przyjdzie do głowy. Wtedy, czasami, pozostaje jedno: wytrzymać i przetrzymać, no i umieć wybaczać, przełożonym również.

Jak Ksiądz przeżywa swoją męskość, potrzebę bycia ojcem, samotność?

Nie powiem, by mimo wszystko celibat był największym ciężarem, z jakim borykałem się w życiu. W 38 lat od święceń jedno wiem, że kobiety mężczyźnie nikt i nic nie zastąpi, i że do takiego zastępstwa nie powinniśmy dopuszczać. Zwłaszcza gdy ta zastępcza rola miałaby przypaść Maryi czy Chrystusowi. Długo nosiłem, a właściwie po dziś dzień noszę w sobie głód, który nigdy nie będzie zaspokojony, bo nie chodzi tylko o potrzeby natury cielesnej, seksualnej i psychicznej, ale o duchowe również. Zrozumiałem to późno, bo dopiero po śmierci mojej matki, gdy patrzyłem na ojca, jak usiłuje żyć dalej ze świadomością, że żyje w pustce. Wygląda więc na to, że dopiero zgoda na tę pustkę sprawia, że człowiek, proszę wybaczyć tę odrobinę ekshibicjonizmu, w większym stopniu przestaje się zajmować i przejmować sobą, przez co staje się bardziej uważny i gotowy na przyjęcie innych ludzi, na mocniejsze włączenie się w dziejące się wydarzenia, co znaczy, że pozwala Bogu, by przychodził do człowieka tak, jak On sam tego pragnie, a nie tak, jak my tego pragniemy czy sobie wyobrażamy.

Braku ojcostwa w znaczeniu biologicznym również nie chcę niczym zastępować, zwłaszcza tzw. ojcostwem duchowym. Taki erzac powoduje, że zaczynamy uprawiać tzw. kierownictwo duchowe i zamiast towarzyszyć naszym siostrom i braciom w ich usamodzielnianiu się, w ich dochodzeniu do większej wolności, zniewalamy ich uzależnieniem od nas: spowiedników, duchowych ojców czy też wspomnianych już kierowników, od naszych decyzji.

Nie wyobrażam też sobie życia w takim zakonie, a nawet Kościele, w którym przełożeni swój urząd chcieliby sprawować na wzór ojca rodziny. Co prawda, wielu tytułuje mnie ojcem, ale mam nadzieję, że oczekują oni ode mnie wszystkiego, ale nie tego, bym zastępował im rodzonego ojca, ani też nie oczekują, że będę jakimś nadczłowiekiem, na którym będą mogli polegać zawsze i wszędzie, i który nigdy ich nie zgorszy i nie skrzywdzi. Chcę więc być towarzyszem, stać obok, iść ramię w ramię, a jeszcze częściej krok z tyłu, czasami pół kroku z przodu, czasem, gdy trzeba, kark nastawić.

Samotność? Mój Boże, lubię ją, daje mi ona możliwość pobycia trochę sam na sam ze sobą. Mimo, a może właśnie dlatego że wiem, co we mnie siedzi i nie chcę o tym zapomnieć, właśnie dlatego lubię siebie. Ta miłość własna, jak mniemam, pomaga mi dopatrzeć się w innych ludziach tego, czego oni sami nie widzą, nazbyt przygnębieni swoją czasami prawdziwą, czasami wydumana grzesznością. Nie lubię natomiast osamotnienia, czyli poczucia odrzucenia, niechęci i pogardy ze strony innych ludzi. Nie lubię trwać w takim stanie, gdyż wiem, że przeważnie to ja sam skazuję się na osamotnienie. Po prostu, ludzie ode mnie uciekają, bo mają mnie powyżej uszu.

Co Księdzu przeszkadza w stereotypowym obrazie duchownego? W czym czuje się Ksiądz najbardziej niezrozumiany?

Wcale nie czuję się niezrozumiany. Przeciwnie, boleję nad tym, że muszę odsyłać z kwitkiem ludzi pragnących, bym pomógł im w zrozumieniu sytuacji, w jakiej się znaleźli. Czasami jednak chciałoby się, by ci, których skrzywdziłem, nie odpychali mnie, ale zrozumieli, że człowiek to coś więcej niż jego, tegoż człowieka, myśli, słowa, uczynki i przede wszystkim zaniedbania. Rozważając od jeszcze innej strony, jakoś najtrudniej mi zrozumieć, skąd się we mnie bierze taka oto wredność: najtrudniej jest lubić tych, którzy są świadkami mojej słabości. Czyli tych, którzy widzieli, czy też uczestniczyli w czymś, czego się wstydzę.

A ponieważ najczęściej u innych nie lubi się tego, czego się nie lubi u siebie, a do czego nie chcemy się przyznać przede wszystkim przed sobą samymi, więc nie lubię lizusostwa i arogancji. Arogancji wobec tzw. niżej stojących, a lizusostwa wobec stojących wyżej. Biskup to zawsze ekscelencja, a kleryk i siostra zakrystianka – zawsze popychadło. Wiem, owa arogancja nie jest jedynie wytworem zdeprawowanej duszy, ale i kościelnych struktur, niemniej chciałoby się, by między nami, czyli w Kościele, mogło być bardziej po ludzku, a tym samym bardziej po Bożemu.

Wacław Oszajca SJ, dziennikarz i poeta, wykładowca na PWT „Bobolanum” w Warszawie i na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

6.

ks. Tadeusz Sowa

Jak wyglądają relacje Księdza ze świeckimi oraz z przełożonymi?

Omawiając moje relacje ze świeckimi, chciałbym skupić się na mojej posłudze proboszcza parafii, którą pełniłem w latach 1995-2007 w Piasecznie i w Wilanowie. Z seminarium wyniosłem odnowioną wizję posoborowej parafii. Będąc proboszczem, miałem okazję tę wizję parafii jako ,,wspólnoty wspólnot” wprowadzać w życie. Dużą pomocą było dla mnie doświadczenie, jakie miałem z pracy w Ruchu Światło-Życie i w Akcji Katolickiej oraz w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. Parafia św. Anny w Piasecznie, gdzie byłem proboszczem, dawała duże możliwości współpracy ze świeckimi. Od niemal dwudziestu lat były w niej wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, Ruch Światło-Życie, Akcja Katolicka, Caritas oraz grupy liturgiczne i apostolskie. Pracowali tu przede mną wspaniali duszpasterze, którzy nawiązali głębokie relacje z ludźmi świeckimi, zorganizowali dla nich formację w małych grupach oraz otworzyli możliwości zaangażowania pastoralnego. Dużą grupę świeckich współpracowników stanowili uczestniczy Drogi Neokatechumenalnej. W 9 grupach formacyjnych było ponad 300 osób dorosłych, nie licząc dzieci. Na pewnym etapie Drogi bracia ze wspólnot włączali się konkretnie w życie parafii, podejmując w jedności z proboszczem zaangażowanie duszpasterskie. Świeccy uczestniczyli w swoich spotkaniach formacyjnych, a jednocześnie znajdowali czas na posługę w swoich rodzinach, miejscach nauki i pracy oraz parafii. Zauważyłem pewną prawidłowość polegającą na tym, że jeśli jako proboszcz pragnę współpracować ze świeckimi, to najpierw powinienem umożliwić im osobistą formację i to w wymiarze apostolskim, a dopiero potem, rozeznając poszczególne charyzmaty, zaprosić do posługiwania nimi we wspólnocie parafialnej.

Będąc proboszczem, starałem się zawsze otwierać przed świeckimi skarbiec Pisma Świętego, by w małych grupach formacyjnych mogli osobiście doświadczyć mocy słowa, które, ukazując Bożą miłość, wzywa do nawrócenia i przywraca nadzieję w życiu codziennym. Spotkanie ze słowem Bożym znajdowało dopełnienie w liturgii, zwłaszcza w sakramencie pojednania i Eucharystii, która w wymiarze parafialnym wyrażała jedność wspólnoty wiary. Słowo Boże, liturgia, wspólnota, na tych trzech filarach oparta była cała działalność duszpasterska z ludźmi świeckimi. Po kilku latach ewangelizacji, docierania do osób oddalonych od Kościoła, budowania różnorodnych wspólnot, praca ta zaczęła przynosić pierwsze owoce. Coraz więcej ludzi świeckich osobiście przeżywało Eucharystię i wydarzenia Roku Liturgicznego. Dużo osób świeckich na nowo odkryło wspólnotowy wymiar niedzielnych mszy św. Regularna spowiedź w ramach nabożeństw pojednania, stawała się sposobnością do towarzyszenia świeckim w rozwoju ich życia wewnętrznego. Świeccy odkrywali w sobie głębię sakramentów wtajemniczenia i na mocy sakramentu chrztu szukali sposobności do uświęcenia codziennej aktywności zawodowej oraz zaangażowania na płaszczyźnie parafialnej. Opierając się na ekipie księży i świeckich animatorów, w parafii powstawały nowe wspólnoty i kręgi duszpasterskie. W Piasecznie był niewykończony dom katechetyczny. Razem ze świeckimi udało się go zaadaptować do potrzeb duszpasterskich parafii. Trzy duże, liczące po 300 miejsc, sale widowiskowe, które pełniły także funkcje kaplic i spotkań formacyjnych, stawały się także miejscem sprawowania Eucharystii dla poszczególnych grup, a także niezliczonych koncertów i spotkań o charakterze kulturalnym i patriotycznym. Świeccy prowadzili parafialne kino, teatr, chóry, zajęcia muzyczne, taneczne, plastyczne, świetlicę dla dzieci oraz łaźnie dla bezdomnych. Przygotowanie do sakramentów odbywało się także w ramach małych grup prowadzonych przez świeckich przy współpracy z księżmi. Plebania stała się miejscem spotkań animatorów życia parafialnego.

Taka działalność wyzwalała w świeckich ogromny entuzjazm, który pozwalał zastanawiać się nad tymi obszarami życia parafialnego, do których nie docierała bezpośrednio aktywność duszpasterska. To świeccy odkrywali nowe potrzeby docierania do tych, którzy potrzebowali ewangelizacji, umocnienia w wierze oraz konkretnej pomocy duchowej czy materialnej. Jako proboszcz byłem znakiem jednoczącym te różnorodne formy zaangażowania świeckich. Nigdy się na świeckich nie zawiodłem. Byłem świadkiem autentycznej współpracy zespołu księży i ludzi świeckich. W tej parafii zrealizowały się moje marzenia dotyczące współpracy ze świeckimi. Jako duszpasterz towarzyszyłem im na drodze rozeznawania ich miejsca we wspólnocie parafialnej. Efektem tej pracy było to, że praca ze świeckimi nie była oderwana od ich życia rodzinnego, ale była swoistym zanurzeniem w ich problemach rodzinnych i wychowawczych. Nieustannie zastanawiałem się, w jaki sposób dotrzeć do tych, którzy byli poza zasięgiem bezpośredniej aktywności duszpasterskiej. Szczególną troską otaczaliśmy tych mieszkańców parafii, którzy jeszcze nie w pełni zadomowili się w nowym środowisku zamieszkania. Powstawały nowe domy i osiedla, a ich mieszkańcy potrzebowali czasu, by się zintegrować z parafią.

Co znaczy bycie mężczyzną w życiu Księdza? Co z potrzebą bycia ojcem oraz samotnością?

Dla księdza pracującego w parafii, która jest ,,wspólnotą wspólnot”, problem tożsamości i samotności nabiera zupełnie innego znaczenia. Jeśli ksiądz sam podejmuje swoją formację jako uczestnik spotkań w ramach grup parafialnych, wtedy tworzą się zupełnie nowe więzy i odniesienia do ludzi świeckich. Jako proboszcz sam podjąłem formację w ramach Drogi Neokatechumenalnej w pierwszej wspólnocie. Udział w Liturgii Słowa, możliwość bezpośredniego kontaktu ze świeckimi, poznanie ich codziennego życia otwierały przede mną możliwość konfrontacji moich doświadczeń z konkretnymi problemami poszczególnych rodzin. Ludzie świeccy oczekiwali ode mnie postawy ojcostwa duchowego. Wiązało się to z potrzebą dialogu, dzielenia się trudnościami i problemami, ale także z pomocą w wymiarze sakramentalnym. Dla mnie wyznacznikiem relacji ojcostwa duchowego była nie tylko współodpowiedzialność za to, co się dzieje w życiu świeckich, ale przede wszystkim ich gotowość do korzystania u mnie z posługi sakramentu pojednania i kierownictwa duchowego. Przy tak pojętym zaangażowaniu nie ma mowy o samotności. W praktyce każda wolna chwila jest wypełniona spotkaniami. Soboty i niedziele, oprócz normalnej aktywności duszpasterskiej w wymiarze liturgicznym, były czasem na udział w Kręgach Domowego Kościoła, konwiwencje i wyjazdowe dni skupienia dla świeckich. Jako proboszcz towarzyszyłem rodzinom, podejmowałem mediację w sytuacjach konfliktów rodzinnych, przeżywałem także ich radość związaną z narodzinami dzieci oraz świętowałem ich rocznice i jubileusze. Wielokrotnie pomagałem w rozwiązywaniu problemów wychowawczych, szukając możliwości dialogu z dziećmi i organizując grupy środowiskowe: muzyczne, teatralne, taneczne, sportowe, turystyczne, charytatywne, prowadzone przez młodych i angażujące ich na terenie parafii.

Zarówno dorośli jak i młodzi oczekiwali ode mnie postawy jasnej, zdecydowanej, prawdziwie męskiej i ojcowskiej. Nie było mowy o jakimś udawaniu czy relacjach, które byłyby jakoś zawężone czy taż mało transparentne. Świeccy są bardzo krytyczni i jako bystrzy obserwatorzy, dostrzegają to, czy wokół księdza tworzy się jakieś środowisko wzajemnej adoracji. To świeccy potrafili korygować moją postawę wobec poszczególnych osób. Jeśli się stworzy płaszczyznę do bezpośredniego dialogu, to jednocześnie daje się możliwość do mówienia także o słabościach i błędach w postawie księdza. Wspólnota je przecież wyczuwa. Uwagi pod adresem duszpasterza formułowane były w duchu wiary, w atmosferze miłości i odpowiedzialności, choć niełatwo było mi je przyjmować, okazywały się niezbędne do tego, bym sam dostrzegł to, czego w swoim egoizmie i pewności siebie nie widziałem. Otoczony ludźmi życzliwymi, ale też mówiącymi w prawdzie uwagi, które były krytyczne odnośnie do mojej postawy, wiedziałem, że powinienem dorastać do ich oczekiwań, ale też zauważyłem, jak wiele osób raniłem swoją nieodpowiedzialnością za słowo czy jakimś gestem zniecierpliwienia lub obojętności. Czasami tęskniłem za chwilami samotności, gdy mogłem osobiście przeżyć cały dzień na adoracji i modlitwie w ciszy, by z dystansu spojrzeć na te formy aktywności, które podejmowałem każdego dnia. Jestem wdzięczny Bogu za dar celibatu, gdyż mogę w całkowitej wolności angażować się w relację duchowego ojcostwa z innymi ludźmi, oczyszczając je z tego wszystkiego, co można by uznać za swoiste kazirodztwo duchowe.

Co najbardziej Księdzu przeszkadza w stereotypowym obrazie duchownego? W czym czuje się Ksiądz najbardziej niezrozumiany?

Najbardziej w stereotypowym obrazie księdza przeszkadza mi brak cech typowo ludzkich. Często ksiądz jest postacią jakby nie z tego świata. Wyzuty ze współczucia, sprawny urzędnik i funkcjonariusz kultu. Na szczęście wielu księży od dawna ukazuje zupełnie inne oblicze kapłaństwa. Słynne powiedzenie: ,,Z wami jestem chrześcijaninem, a dla was jestem duszpasterzem” ma coraz więcej zwolenników wśród księży. Dla mnie to, że świeccy traktują mnie jak brata w Chrystusie, a jednocześnie widzą we mnie duszpasterza i szukają u mnie możliwości spowiedzi oraz proszą o kierownictwo duchowe, jest swoistym sprawdzianem prawdziwości mojej postawy kapłańskiej.

W czym czuję się najbardziej niezrozumiany? Otóż są takie sytuacje, gdy rozmawiam z kimś, dzieląc się swoją wiarą i doświadczeniem relacji z Chrystusem, a drugi człowiek traktuje to jak urzędowe gadanie, nie dostrzega mocy Ducha Świętego w moim życiu, jest jakoś zamknięty na moc słowa Bożego, ma wiele uprzedzeń do Kościoła i nie otwiera się na łaskę nawrócenia. To niezrozumienie powoduje u mnie potrzebę modlitwy za tę osobę, także w wymiarze wspólnotowym. Szukam ciągle nowych sposobów dotarcia do takich osób i wiem, że gdybym naprawdę się nawrócił i dawał czytelne znaki mojego nawrócenia, wtedy byłbym bardziej zrozumiany w swoich słowach.

Ks. Tadeusz Sowa, wicerektor Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego Św. Jana Chrzciciela w Warszawie.

7.

Artur Wyzina SJ

Jak wyglądają relacje Księdza ze świeckimi i przełożonymi?

Charakter moich relacji z innymi zależy od kontekstu, w jakim zostały one nawiązane. I tak, dla niektórych jestem przyjacielem, dla innych młodym jezuitą, studentem a dla jeszcze innych współbratem czy podwładnym. Czasami te konteksty naturalnie się przenikają, niekiedy wykluczają. Za każdym razem staram się pozostać tym samym autentycznym Arturem, a przy tym nie zapominać, że zarówno ja, jak i druga strona to żywy człowiek ze swoimi emocjami i historią życia. Staram się w moich relacjach o jak największą otwartość na drugiego. Szczególnie jest to dla mnie ważne w pierwszym kontakcie z człowiekiem. Nie chcę uprzedzać się do ludzi, co niekiedy jest niełatwe.

Z pewnością na charakter moich relacji z ludźmi wpływa to, że jestem zakonnikiem, jezuitą. Fakt ten nadaje tym relacjom pewien rys oczekiwań związanych z moją osobą. Przejawiają się one w pytaniach, sugestiach czy po prostu głębszym otwarciu się przede mną drugiej osoby. Te sygnały oczekiwań przemycane są często niejako przy okazji rozmów na codzienne tematy. Ten rys był dla mnie szczególnym odkryciem na początku mojej drogi zakonnej, zwłaszcza gdy odnajdywałem go w relacjach z osobami, które znałem jeszcze przed wstąpieniem do zakonu. Podczas wizyty u lekarza czy w urzędzie często obserwuję nagłą zmianę w podejściu do mojej osoby w momencie, gdy druga strona dowiaduje się, że jestem zakonnikiem. Ta zamiana charakteru relacji ma bardzo różny wydźwięk. Zasadniczo jest on pozytywny, ale coraz częściej bywa negatywny. W takiej chwili mogę więc usłyszeć radosną opowieść o odbytej pielgrzymce do Fatimy, jak i zostać „oskarżonym” o złą sytuację w parafii gdzieś w Polsce. Niekiedy zdarzają się też zabawne sytuacje jak ta, gdy, siedząc na fotelu dentystycznym podczas borowania zęba, słuchałem zarzutów, jakie miała sympatyczna zresztą pani stomatolog do pewnego księdza prefekta, który zawiesił w ministranturze jej syna.

Wśród wielu kontaktów z różnymi osobami szczególne miejsce zajmuje dla mnie przyjaźń zarówno wewnątrz zakonu jak i poza nim. Na szczęście udaje mi się zachować jeden i drugi rodzaj przyjaźni.

Jestem ciągle na starcie mojego życia zakonnego i na półmetku drogi do kapłaństwa. W tym czasie mogłem poznać kilka stylów przełożeństwa. We wszystkich odnajdywałem większe lub mniejsze miejsce na dialog i wspólne rozeznanie, tę cechę bardzo sobie cenię. W relacjach z przełożonym ważne też jest zaufanie i to po obu stronach. Posłuszeństwo ma też swoją cenę, którą łatwiej znieść, widząc dobre efekty decyzji przełożonego.

Jak Ksiądz przeżywa swoją męskość, potrzebę bycia ojcem, samotność?

Moje przeżywanie męskości ma kilka ważnych wymiarów, które nierozerwalnie wiążą się z tym, kim jestem. Pierwszym z nich jest wymiar mojej relacji z Bogiem i wypływający z niej cel, dla którego zostałem jezuitą. Następny to życie zakonne i dążenie do kapłaństwa, i ten obecny bardziej konkretny wymiar studiowania i różnych zaangażowań we wspólnocie – to w nich głównie realizuję się jako mężczyzna.

W tej chwili mam 29 lat, większość z moich przyjaciół czy znajomych w ostatnich kilku latach zawarło związki małżeńskie. Od niedawna jestem wujkiem, mam bratanka. Spotkania z rodziną i przyjaciółmi dają mi wiele radości i cieszę się każdą wiadomością od nich. Ich szczęście wynikające z posiadania dzieci nie jest dla mnie powodem do frustracji, a wręcz przeciwnie, umacnia mnie na mojej drodze życia. Ojcostwo to z pewnością wielka sprawa a zarazem wyzwanie, można w nim uczestniczyć na wiele sposobów. Nic jednak nie zastąpi ojcostwa fizycznego, jest to pewien koszt, na który się świadomie zdecydowałem.

Nie jestem typem samotnika, znacznie lepiej czuję się towarzystwie innych, lubię też pracować w grupie. Samotność z pewnością stanowi dla mnie wyzwanie, a wbrew pozorom nie jest o nią tak łatwo, zwłaszcza w czasie studiów czy zaangażowań apostolskich. Dlatego też każdy czas samotności jest dla mnie bardzo cenny, wręcz konieczny do dalszego funkcjonowania. To w samotności odkrywam to, co otrzymuję od Boga, a co w gwarze codzienności często mi umyka. Samotność nie kojarzy mi się z czasem bezsensownej pustki, jest to raczej czas intensyfikacji relacji z Bogiem.

Co Księdzu przeszkadza w stereotypowym obrazie duchownego? W czym czuje się Ksiądz najbardziej niezrozumiany?

Odpowiadam na to pytanie z pozycji osoby, która dopiero zmierza do kapłaństwa. To daje mi pewną przewagę wynikającą z poznania opinii, które normalnie nie trafiają bezpośrednio do uszu duchownych a dla mnie mają być rodzajem zachęty do naśladowania lub przestrogi. Jest wiele stereotypów, kojarzących się każdemu z nas ze stanem duchownym. Te najbardziej powszechne są zdecydowanie negatywne. Często są one wynikiem prostego przełożenia wad poszczególnych duchownych na obraz całego duchowieństwa. I to proste przełożenie najbardziej mnie boli. Zresztą uważam, że każda próba zaszufladkowania nie tylko duchownych, ale każdego człowieka, nie daje pozytywnych wyników. Mógłbym wymienić całą listę stereotypów, które mi przeszkadzają, ale jeden w moim przekonaniu wpisuje się w każdy z nich.

Duchowny oderwany od rzeczywistości to stereotyp, z którym się coraz częściej spotykam. Często zapominamy, że duchowny to także człowiek żyjący w tym samym czasie i miejscu co my, a tym samym żyjący podobnymi problemami. Niestety, ta luka w pamięci dotyka czasem i samych księży. Odbieranie duchownych jako osób w pewnym sensie nie z tej ziemi ma dwa wymiary. Pierwszy z nich obserwuję głównie w podejściu do tego tematu osób w młodym i średnim wieku. Można je scharakteryzować mniej więcej w taki sposób: To, co mówi ksiądz, w żaden sposób nie przystaje do dzisiejszego świata, wszystko to są tylko pobożne życzenia. Owszem, pięknie byłoby żyć w świecie miłości, sprawiedliwości i uczciwości, ale to tylko słowa, a rzeczywistości i tak się nie zmieni. Zresztą, co ksiądz może wiedzieć o życiu, nie ma żony, nie ma dzieci, sama teoria, zero praktyki. W konsekwencji tego wymiaru odmawia się duchownym wiarygodności, co na pewno jest krzywdzące. Drugim wymiarem tego stereotypu jest spoglądanie na osobę duchowną jak na wzór doskonałości. Oczywiście życie kapłańskie i zakonne zobowiązuje do dawania dobrego świadectwa i trzeba tego od duchownego wymagać. Jednak każdy kapłan to także grzeszny i omylny człowiek. On również potrzebuje, ciągłego nawracania i doskonalenia się, tak samo jak każdy z nas. Gdy to zrozumiemy, może niepotrzebne zgorszenia błahymi sprawami zostaną zastąpione próbą wyjaśnienia kłopotliwych sytuacji.

Artur Wyzina SJ, scholastyk z Warszawy.

8.

ks. Justyn Ziembiński

Jak wyglądają moje relacje ze świeckimi i przełożonymi?

W czasie seminaryjnych studiów zapadło mi w pamięć zdanie z soborowego dekretu: „Ze wszystkimi ochrzczonymi prezbiterzy mają być braćmi wśród braci”. Myślę, że moje relacje ze świeckimi starałem się zawsze właśnie w taki sposób przeżywać. Uważam też, że świeckich należy słuchać (w sensie, oczywiście, słuchać, co mówią, a nie posłuszeństwa – choć może, czasami…). Na pewno przygotowało mnie do tego uczestnictwo w Ruchu Światło–Życie; rekolekcje oazowe, kontakt z młodzieżą, udział w kręgu Kościoła Domowego. Podczas rekolekcji oazowych w podejmowaniu różnych decyzji mają swój udział animatorzy; niejednokrotnie bywają zresztą bardziej doświadczeni w pracy z młodzieżą od prowadzącego rekolekcje kapłana. Bardzo lubię też taki styl rekolekcji ewangelizacyjnych, gdy prowadzi je zespół ludzi świeckich, a kapłan im towarzyszy. Kiedy zostałem proboszczem, zaczęło do mnie także docierać, że świeccy – parafianie – to także moi pracodawcy, a więc tym bardziej mają prawo do własnego głosu w Kościele. Tu przykład, nie wiem, czy adekwatny, ale zawsze jakiś. Zabrałem kiedyś dwóch parafian na targi SacroExpo w Kielcach. Spodobały im się tzw. elektroniczne dzwony, czyli komputer z głośnikami do odtwarzania dźwięku dzwonów. „Niech proboszcz kupi” – a proboszcz nie bardzo ma ochotę, bo uważa, że dzwony powinny być prawdziwe, a ponadto cena – od 6 tys. – wydaje się nieco przesadzona. Więc mówię im, że nie kupię. Potem wracają do tego tematu kilkakrotnie, i w końcu (po dwóch latach) na zebraniu Rady Parafialnej słyszę: kupujemy sami, złożymy się i zamontujemy. Ja dalej oponuję, tłumaczę, dlaczego nie widzę takiego rozwiązania, ale decyzja zapada beze mnie. Muszę przyznać, że podobało mi się ich podejście i świadomość, że w swoim parafialnym kościele oni, świeccy, mają coś do powiedzenia. I że później z tych „dzwonów” byłem zadowolony.

Odkryłem też, jako proboszcz, szczególną troskę parafian o mnie. Przykład: zostałem proboszczem w wieku 46 lat, nie mając jeszcze prawa jazdy. Było sporo spraw do załatwiania związanych z wystrojem i wykańczaniem kościoła, więc dwóch panów mnie na zmianę woziło. Po kilku miesiącach chyba mieli tego dosyć, i zaczęli mnie namawiać na prawo jazdy. Muszę powiedzieć, że wcześniej przeżyłem 19 lat wikariuszostw, nie tęskniąc za samochodem, i jakoś nie wyobrażałem sobie siebie za kierownicą. Więc gdy słyszałem: „Niech proboszcz zrobi prawko”, odpowiadałem że pomyślę. „Już proboszcz pomyślał?” – „No, jeszcze nie.” – „To ma tu proboszcz telefon do instruktora”. „Zadzwonił proboszcz?” – „No… nie, jeszcze nie.” – „To niech proboszcz zadzwoni, bo on czeka na telefon”. W końcu jednego dnia usłyszałem: „Niech ksiądz będzie w domu w poniedziałek o czwartej, bo instruktor do księdza przyjedzie”. I tak rozpocząłem kurs prawa jazdy. Ta sytuacja – obok innych – pozwoliła mi zobaczyć, że jestem, jako kapłan, dla świeckich nie tylko ojcem (z urzędu i charyzmatu) czy bratem, ale również i synem, o którego się troszczą. A jak się przejmowali, kiedy się pierwszy raz rozbiłem…

Przełożeni… W zasadzie to proboszcz i biskup. Kapłan diecezjalny słucha najpierw, jako wikary, proboszcza, jako proboszcz – biskupa. Jako wikary miałem trzech proboszczów. Z perspektywy czasu różne pretensje i żale już zblakły i wydają się nieistotne. Natomiast jestem im wdzięczny, bo każdy z nich dawał mi jakieś pole do działania. Jeden z nich, mój pierwszy i ostatni proboszcz (wróciłem powtórnie do parafii, gdzie trafiłem zaraz po święceniach) był dla mnie szczególnym wzorem otwartości na ludzi i umiejętności dialogu. Drugi zostawił wspomnienie wyjątkowej gospodarności i troski o stan materialny parafii; trzeci dał mi dużo wolności w pracy duszpasterskiej. Relacje z biskupem ordynariuszem są raczej urzędowe; ale może się rozwiną. Poprzedni ordynariusz zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, gdy bez zapowiedzi kilka razy mnie odwiedził, żeby zobaczyć, jak sobie radzę. Nie spodziewałem się wizyty, w domu nieporządek. „Bardzo przepraszam Księdza Biskupa za bałagan” – „Niczego innego się u ciebie nie spodziewałem” – odparł (z uśmiechem) biskup.

Jak Ksiądz przeżywa swoją męskość, potrzebę bycia ojcem, samotność ?

Nie wiem, czy dosięgam takiego poziomu autorefleksji, pierwsza odpowiedź, jaka mi się nasuwa, to stwierdzenie faktu: gdybym nie był mężczyzną, nie zostałbym księdzem. Mógłbym się zastanawiać, czy jestem dostatecznie męski, by być księdzem; np. dość często mam problemy z podejmowaniem decyzji, z różnymi wyborami.

Samotność: w zasadzie jest mi z nią dobrze, i tu mam pewien problem, za łatwo ulegam egoistycznej jednak pokusie bycia samemu ze sobą, czyli tzw. świętego spokoju. Pokusą i problemem stają się wtedy różne sposoby zapełniania czasu. W ostatnich miesiącach odkryłem nowy poziom samotności, i jest on dla mnie trudny. Mianowicie po 6 latach w małej wiejskiej parafii zostałem przeniesiony z zadaniem tworzenia od podstaw, zupełnie od zera nowej parafii. Na początek tylko pusty plac; nie mam ani plebanii, ani kościoła, nawet małej kaplicy – a także nie mam parafian, bo są przyzwyczajeni do swoich dotychczasowych kościołów, trzeba ich dopiero zebrać i przekonać do tworzenia nowej parafii. Więc ten nowy dla mnie sposób doświadczenia samotności polega na tym, że nie mam „swoich” parafian; byłem sam wobec wielu nowych problemów do rozwiązania. W mojej małej wiosce wiedziałem, że jestem dla tych konkretnych ludzi; a teraz jeszcze nie widzę ludzi, dla których mam odprawiać, pilnować kancelarii, być. Jestem księdzem, ale nie wiem, dla kogo nim jestem. To jest, oczywiście, stan sprzed 3 miesięcy, wszystko się zmienia, parafia się jakoś zarysowuje. Ale przez jakiś czas tego rodzaju samotność mocno mnie bolała. Dobrze, że nie miałem na nią czasu, zajęty bieganiem po urzędach, by zdobyć pozwolenie na budowę…

Co najbardziej Księdzu przeszkadza w stereotypowym obrazie duchownego? W czym czuje się Ksiądz najbardziej niezrozumiany?

Z tym pytaniem mam kłopot. Czuję się czasem niezrozumiany, jak w kościele jest pogłos. W ogóle to mam wadę wymowy; możliwe, że często ja się czuję OK, a ludzie nie rozumieją, co mówię. Ale chyba jednak nie o to w tym pytaniu chodzi. Najbliżej tego problemu niezrozumienia sytuuje mi się historia sprzed kilkunastu lat, gdy w czasie przygotowania dzieci do I Komunii św. nalegałem na jednolite stroje dla dzieci. Zostałem wtedy przez grupę (małą, bo większość się zgodziła) rodziców potraktowany jak osobisty wróg, jak ktoś, kto im chce dzieci na całe życie skrzywdzić. Zabolał mnie wtedy zarzut, że mam osobisty interes („ksiądz to pewnie jest u nich na procencie”) w tych jednakowych, jak mówili, „workach”. W rzeczywistości jedynym profitem od producentów był darmowy strój dla najuboższego dziecka.

Stereotypowy obraz duchownego… Chyba się wypowiem obok tego pytania, bo nie wiem, jaki on jest, ten obraz. Ale razi mnie u współbraci wyniosłość i pewne poczucie sacrum w odniesieniu do własnej osoby. Z kazania na mojej prymicji najmocniej odcisnęło mi się zdanie: „I niech ci nie uderzy do głowy święcona woda sodowa”. Amen.

Ks. Justyn Ziembiński, proboszcz parafii wiejskiej.

9.


Krzysztof Bielawski

Jestem człowiekiem z religijnego marginesu. Popełniłem w życiu błędy i podjąłem decyzje, z których niezmienialnymi konsekwencjami muszę żyć. Mam za sobą doświadczenie ponad trzeciej części życia poważnie zaangażowanego religijnie – od oazy po klasztor. Z pierwszego wykształcenia jestem teologiem i interesuje mnie nauka. Jaskrawy krytycyzm odpowiedzi, jakich udzieliłem poniżej, jest z pewnością dla wielu kapłanów – znanych mi i tych nieznanych – krzywdzący i niesprawiedliwy, z czego zdaję sobie sprawę. W wielkie zakłopotanie wprowadza mnie konieczność generalizacji, wymuszona przez gatunkowe i objętościowe ograniczenia ankiety. Rozumiem jednak, że intencją jej twórców jest wspólny namysł nad zjawiskiem, które w dominującej nadal i zgeneralizowanej skali postrzegane jest jako trudne i wymagające krytycznej rewizji. Przez ten krytycyzm przebija z pewnością wyraźna niechęć do instytucji, czego nie zamierzam się bynajmniej wypierać; nie jestem pierwszym, jedynym, ani ostatnim, dla których przekonujący mogą być dzisiaj tylko ci księża, którzy potrafią zademonstrować swój dystans i krytycyzm wobec reprezentowanej instytucji. Wobec załamania się relacji instytucji kościelnej ze światem zewnętrznym na zbyt wielu płaszczyznach, wobec postępującego pogłębiania okopów przez hierarchów, tylko i wyłącznie taka krytyczna postawa jest pierwszym rozpoznawalnym wyrazem autentyczności, prawdziwej troski, i może stanowić jakąkolwiek rękojmię wiarygodności w spotkaniu.

Mam przyjaciół-księży, do których moje krytyczne uwagi nie mogą się odnosić, są to jednak relacje, w których fundamentem jest przyjaźń sama w sobie, a nie czyjeś kapłaństwo lub jego brak; przyjaźnie z kapłanami, którzy porzucili stan duchowny trwają nadal i nie potrafię wyobrazić, by mogło być inaczej. Zdaję sobie sprawę, że moja postawa jest daleka od powszechnie akceptowanej w Kościele.

Jakich księży ludzie potrzebują dzisiaj?

Nie mam pojęcia, jakich potrzebują, ponieważ kategoria „ludzie” jest całkowicie abstrakcyjna i w obecnej polskiej rzeczywistości nie da się sprowadzić do jakiegokolwiek wspólnego mianownika. Innych potrzebują tzw. tradycjonaliści, innych tzw. postępowcy, innych ludzie z doświadczeniem Kościoła innego niż polsko-papieski, innych wreszcie politycy oraz setki innych kategorii. Zapewne wszyscy z nich/nas chcieliby kreować obraz księdza nieco na własny obraz i podobieństwo, na miarę własnych potrzeb duchowych i nie tylko. Ksiądz kochany i podziwiany za otwartość, ubóstwo i ludzką normalność przez jednych, przez innych będzie odsądzany od czci i wiary, w sensie dosłownym i odwrotnie: uznawany za ksenofoba, złodzieja czy najgorszą możliwą do pomyślenia wersję polityka przez jednych, dla innych będzie najwyższym autorytetem – przykłady z nazwiska łatwo byłoby przytoczyć, opierając się na najbardziej bieżących dyskusjach publicznych.

Podobnie dyskusyjna jest, w moim przekonaniu, wskazana w pytaniu kategoria „potrzeby”: ludzie, dla których religijność jest raczej kwestią kulturowej i narodowej tożsamości, często związanej z określoną opcją polityczną i tradycyjnym światopoglądem, potrzebują księdza, który tę tożsamość utwierdzi, postraszy szatanem już to Unii, już to sekularyzacji, już to relatywizmu; przekona, że wszelkie dyskusje na temat Kościoła i teologii są li tylko atakiem na Piotrową, a właściwie Jano-Pawłową, nawę. Oni naprawdę i szczerze potrzebują takiego kapłana, ponieważ bez niego poważnie zagrożona jest ich fundamentalna tożsamość w jej najgłębszym sensie. Ludzie natomiast szczerze szukający, pytający, śledzący z zainteresowaniem i zaangażowaniem bieżące dyskusje teologiczne, świadomi problemów, z jakimi mierzy się współczesny Kościół, potrzebują księdza, którego inteligencja, wykształcenie, doświadczenie duchowe, wewnętrzna dojrzałość i pogodny spokój pozwoli na towarzyszenie im w poszukiwaniach, nieważne, jak ryzykowne by one były. Wreszcie ludzie z marginesu wiary, świadomi wagi obecności religijnej i kulturowej duchownych w życiu publicznym, potrzebują księży przygotowanych do partnerskiej dyskusji bez wzajemnego wyklinania i do wspólnego podejmowania zadań w dziedzinie pomocy społecznej i kultury.

Nie oczekuję od księży: nieomylności, bezgrzeszności, doskonałości, zachowywanego lub nie – jawnie lub skrycie – celibatu, nie oczekuję dobrych rad i pouczeń, podejmowania za mnie decyzji.

Oczekuję: umiejętności towarzyszenia w drodze dorastania do własnej dojrzałości, nawet – a może zwłaszcza – wtedy, gdy to dorastanie kłóci się z dobrze rozpoznanym dobrem obiektywnym; oczekuję wierności tym, których – bez pytania o ich zgodę – ochrzcili; zdolności okazywania szacunku i zrozumienia ludziom z ich skomplikowanymi życiorysami i w całej ich różnorodności; oczekuję pracowitości, delikatności w ocenach, wolności od lęku przed innością i od żądzy władzy, odwagi nieczytania z ambony beznadziejnych i niemożliwych do wysłuchania listów episkopatu; oczekuję tej zbanalizowanej i wyśmianej otwartości, która nie drży ze strachu przed utratą własnej tożsamości w konfrontacji z innością wiary lub niewiary, światopoglądu; oczekuję życzliwej ciekawości świata i ludzi, wreszcie głębokiego wykształcenia humanistycznego i profesjonalizmu w zakresie psychologii; oczekuję współpracy z psychologami i lekarzami – wierzącymi lub nie – według kryterium profesjonalizmu, a nie opinii proboszcza.

Jak zmieniać na lepsze relacje duchowni-świeccy?

Z przykrością konstatuję, że na to pytanie mogą i chyba muszą odpowiedzieć sobie sami duchowni z wysokości swoich piedestałów i głębokości okopów – chwilowo nie widać perspektywy ani płaszczyzny, z jakich można by je w uzasadniony sposób obronić jako przedmiot wspólnego namysłu. Nie jestem zainteresowany odpowiedzią na to pytanie, dopóki instytucja sama nie uzmysłowi sobie dogłębnie, jak bardzo jest ono naglące. To nie świeccy i kobiety w dzisiejszym świecie powinni w upokarzający sposób domagać się uznania ich miejsca w Kościele, ale to instytucja powinna ich usilnie prosić, by jej nie opuścili i pomogli nią zarządzać; jednak sztywność koloratki, jak dotąd, wyraźnie nie pozwala na taki gest. Z podziwem i szacunkiem obserwuję tyleż nieugięte, ile desperackie starania świeckich myślicieli, publicystów i teologów o uznanie ich roli i miejsca zarówno w instytucjonalnych strukturach, jak i w szeroko pojętej misji Kościoła, jednak polityka małych ustępstw wobec ich starań musi dać miejsce fundamentalnej zmianie retoryki i paradygmatu – na tę jednak się nie zanosi i jestem daleki od infantylnej radości z każdego pojedynczego świeckiego zatrudnionego – w celu podniesienia statystyk w strukturach instytucji – od parafii po wszelkie kurie i Watykan.

Co Panu najbardziej przeszkadza w postawie księży? W jakiej sferze czuje się Pan niezrozumiany przez duchownych?

Przeszkadza arogancja, zawiniona i pielęgnowana ignorancja oraz wyniosłość (czasami tym gorsza, im bardziej przebrana w pokorę); niedojrzałość i infantylizm, niezależnie od wieku, wynikające chyba z faktu wychowania i życia w świecie radykalnie wyekstrahowanym z rzeczywistości; rażąca nieautentyczność patosu w dyskursie na dowolny temat, ze szczególnym uwzględnieniem ambony. Skłonność do zajmowania stanowisk skrajnych politycznie, moralnie, światopoglądowo pod fałszywą flagą „ewangelicznego radykalizmu”. Pełne heroicznego wysiłku i częstokroć niezwykle skuteczne polowanie na źdźbła w ludzkich oczach. Świadoma, pielęgnowana i nieustannie doskonalona umiejętność niedowidzenia belek we własnych oczach, myślenie kategoriami korporacji i klanu, etyka środowiskowa.

Osobiście nie mam specjalnej – szczerze mówiąc, nie mam żadnej – potrzeby bycia rozumianym przez księży. Autentyczna potrzeba bycia rozumianym może zrodzić się tylko w relacji z osobą bliską, zaufaną, na zasadach równości i partnerstwa, a, niestety, gros duchownych taką relacją nie jest zainteresowana, lub też – co podejrzewam i czego się obawiam – nie jest do niej zdolna.

Z jakimi problemami spotykają się kobiety w relacjach z księżmi?

Należałoby zapytać kobiet, przy świadomości, że innej odpowiedzi z konieczności udzieli siostra zakonna pracująca w kurii, innej pracownica Radia Maryja, innej studentka, a innej działaczka feministycznych organizacji lewicujących. Obawiam się jednak, że – pomijając skrajności – problemy te, to doświadczenie cech, wymienionych powyżej w odpowiedzi na pytanie drugie, tyle że podniesione do kwadratu lub jeszcze wyższej potęgi. Kobieta-zagrożenie, kobieta-pokusa, kobieta-Ewa – to podstawowe chyba nadal skojarzenia seminaryjnej edukacji. To z kobietą przecież odchodzą zazwyczaj „zdrajcy”, to kobieta jest istotną treścią mrocznej sfery nieczystości (która jednak może przecież być w równej mierze homoseksualna). Propaganda środowisk prawicowych i – nadal wspólnym, zgodnym chórem – kościelnych wyznaczająca miejsca funkcjonowania i zadania dla kobiet, podparte arsenałem wypowiedzi biblijnych i z pasterskiego nauczania oraz określonej interpretacji tradycji, utrwala status kobiety w pozycji stworzenia zdecydowanie niższego w ewolucji i społecznej drabinie. Schizofreniczna retoryka instytucji, której zdarza się podejmować próby teoretycznej nobilitacji kobiet, przypomina nawoływania do lepszego traktowania niższej nacji głównie z tego powodu, by ta wyższa mogła poczuć się jeszcze lepiej, jako ta „rozumiejąca” i „łaskawa”. Żadna retoryka żadnego listu pasterskiego, pisanego przez papieża czy kogokolwiek innego, nie zdołała dotąd zmienić tego podstawowego ciągu skojarzeń od pramatki Ewy do propagandzistki walczącej o prawo do aborcji.

Krzysztof Bielawski, adiunkt w Instytucie Filologii Klasycznej, patrolog, tłumacz, współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa Homini.

10.

S. Małgorzata Chmielewska

Jakich księży ludzie potrzebują dzisiaj?

Od zawsze ludzie potrzebują księży świętych. Takich, którzy starają się żyć tym, co głoszą. Starają się, co znaczy, że nie zawsze im wychodzi, ale potrafią się do tego przyznać. Ludzi, którzy idą razem z wiernymi, tworząc Lud Boży.

Jak zmieniać na lepsze relacje duchowni-świeccy?

W relacjach duchowni–świeccy tkwimy często w okopach. Obu stronom odpowiada bariera między dwoma światami. A ma być jeden lud z różnorodnymi powołaniami. Świeccy czują się zwolnieni z uczestnictwa i tworzenia Kościoła, duchowni z trudu budowania jedności i słuchania ludzi, dostrzegania ich potrzeb i problemów. Dlatego istnieją np. kazania fruwające pod sufitem, nie mające nic wspólnego z życiem Ewangelią tu i teraz. Z tego wynika też samotność kapłanów, szczególnie widoczna w małych wiejskich parafiach.

Co Panu/Pani najbardziej przeszkadza w postawie księży? W jakiej sferze czuje się Pan/Pani niezrozumiany(a) przez duchownych?

Konsumpcjonizm, płytkość. Myślę, że samym księżom też to przeszkadza, rodzi frustrację i poczucie niespełnienia. Drażniące jest poczucie wyższości, ale najczęściej przechodzi ono z wiekiem.

Z jakimi problemami spotykają się kobiety w relacjach z księżmi?

U żyjącego głębią swojego powołania księdza nie ma problemów w relacjach z kobietami. Wielu, niestety, ma nieuporządkowane życie wewnętrzne. Dlatego bałagan w relacjach, nie tylko z kobietami. Albo poczucie wyższości, albo kompleksy. Nasze relacje z innymi są oczyszczane przez miłość do Boga i ludzi. To jest proces. Ksiądz, który umie słuchać siebie i innych, który żyje modlitwą i służbą wprowadza ład w relacje międzyludzkie. Często istnieje pokusa otaczania się grupą kobiet-służek i cichych wielbicielek. To sytuacja chora, ponieważ krzywdzi także owe kobiety, sprowadzając relacje to miałkich kontaktów.

Małgorzata Chmielewska, siostra zakonna, przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”. Obecnie prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn.

11.

Anna Dymna

Jakich księży ludzie dzisiaj potrzebują?

Ludzie są coraz bardziej samotni. Coraz rzadziej patrzą sobie w oczy, coraz mniej sobie ufają, mają coraz mniej czasu na rozmowy. Potrzebują jak tlenu autorytetów, mistrzów, wzorców. Gdzie ich szukać? Myślę, że dzisiejszy człowiek chciałby, by ksiądz mógł być dla niego przyjacielem. Prawdziwym przyjacielem. Takim, który wysłucha, będzie miał czas, nie potępi, postara się zrozumieć, wytłumaczy, nie będzie straszył diabłem, pocieszy… To chyba marzenie każdego człowieka… móc się zwierzyć, zaufać. Potrzebujemy dobrych lekarzy, gdy cierpimy i chorujemy, a przecież najbardziej chorują nasze dusze, depresja szerzy się jak zaraza, samotność staje się prawdziwym cierpieniem naszych czasów. Ksiądz powinien być „lekarzem duszy”, pomagać odnajdywać sens, łapać równowagę, rozpędzać lęki, rozjaśniać ciemności…

Jak zmieniać na lepsze relacje duchowni-świeccy?

To chyba trzeba poprawiać na wszystkich płaszczyznach naszego życia. A są takie miejsca, gdzie księża mogliby bardzo pomóc. Na przykład szpitale. W Polsce nie docenia się i nie rozwija roli kapelana szpitalnego. Niestety, często widziałam, jak pacjenci udają, że śpią, gdy do sali zbliża się ksiądz. Dlaczego? Przecież chorym i cierpiącym ludziom tak bardzo potrzebna jest rozmowa. Myślę, że księża często nie są przygotowani do takich trudnych rozmów, nie umieją wysłuchać, otworzyć się na cierpiącego człowieka. Posługują się prawdami pięknymi, ale sztywnymi, ogólnymi… a przecież każdy człowiek to inna planeta.

Kazania w kościołach bywają nudne, naiwne, czasem, niestety, pełne jakiejś złości. To nie dociera, ale zraża. Często księża potępiają, krzyczą, straszą. Myślę, że to nie działa, nie służy nikomu. Znam księży katechetów, którzy nie lubią i boją się dzieci, a uczą. Spotkałam też takich, którzy nie lubią ludzi starych. Ale znam także takich, którzy w każdym człowieku widzą iskrę Boga, są pełni miłości, zrozumienia i potrafią pokazać każdemu, nawet temu najgorszemu, że jest w nim coś dobrego, że każdy jest godny miłości, że każdemu da się zaufać… To działa lepiej i służy dobru. Oni po prostu mają prawdziwe powołanie i znają na pewno słowa Jana Pawła II: „Pamiętaj, że każde życie, nawet bezsensowne w oczach ludzi, ma wieczną i nieskończoną wartość w oczach Boga”.

Co Pani najbardziej przeszkadza w postawie księży? W jakiej sferze czuje się Pani najbardziej niezrozumiana przez duchownych?

Najbardziej przeraża mnie upolitycznienie Kościoła, nienawiść, potępianie… To, niestety, pojawia się w naszej rzeczywistości. Chciałabym, by księża byli dla mnie przykładem, wzorem, a często jest inaczej. Wiem, że ksiądz to przecież zwykły człowiek, ale jeśli ma on być lekarzem mojej duszy, to marzy mi się, by sam walczył lepiej ze swoimi ułomnościami, nałogami, napięciami. Jestem osobą publiczną i naprawdę nie chcę pisać o moich rozczarowaniach, rozgoryczeniu, jakie czasem przeżywam, kontaktując się z księżmi. To bardzo dla mnie wstydliwe i bolesne. Na szczęście znam też wspaniałych księży, którzy są dla mnie autorytetami, pomagają, wspierają i potrafią mi wytłumaczyć, jak reagować na niektóre złe zachowania, reakcje, postawy duchownych. Więc przyjaźnię się z nimi, uczę się od nich wielu wspaniałych rzeczy. Staram się zapominać o tym, co złe. Bo takie myślenie odbiera mi siły i radość.

Anna Dymna, aktorka teatralna i filmowa. Założycielka i prezes Fundacji „Mimo Wszystko”, członkini Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu, pomysłodawczyni Ogólnopolskiego Przeglądu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych „Albertiana” oraz Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty dla uzdolnionych wokalnie osób niepełnosprawnych.

12.

Zdobysław Flisowski

Gdyby wszyscy katolicy byli bardziej oddani wierze, mieli większą odwagę w publicznym jej wyznawaniu i nie byli skonfliktowani z własnym sumieniem, a zatem gdyby byli – zgodnie z zamysłem Bożym – idealnymi istotami, to relacja osób świeckich z duchownymi nie byłaby żadnym problemem. Tymczasem jedni i drudzy odstają w większym lub mniejszym stopniu od ideału, co wydaje się główną przyczyną powstawania problemów we wzajemnych relacjach, przy czym w różnych okresach różne jest ich nasilenie.

Pytania
1. Jakich księży ludzie dzisiaj potrzebują?
2. Jak zmieniać na lepsze relacje duchowni-świeccy?
3. Co Panu najbardziej przeszkadza w postawie księży? W jakiej sferze czuje się Pan najbardziej niezrozumiany przez duchownych?
4. Z jakimi problemami, według Pana, spotykają się najczęściej kobiety, a z jakimi mężczyźni w relacji z księżmi?

Próba odpowiedzi
Nie ulega wątpliwości, że każde z pytań powinno być rozważane w określonym kontekście, ale nie wydaje się, by w tym przypadku kontekst ten mógłby być istotnie zróżnicowany. Zawarte w nim kwestie są prawie te same i wymagają wspólnego naświetlenia. Rozpatrując je, można społeczeństwo podzielić na dwie zasadnicze grupy: wierzący i niewierzący, z tym że różny jest stopień wiary i niewiary. W danym przypadku należałoby ograniczyć się do środowiska osób wierzących, chociaż osoby niewierzące są również opiniotwórcze w sferze wiary i kreują różne, na ogół negatywne i stronnicze, opinie w sprawach Kościoła i jego duchowieństwa, wpływając w ten sposób, niestety, na postawę wierzących, a tych można podzielić na:
– szczerze oddanych Kościołowi, jego nakazom, zwyczajom, tradycjom i praktykom;
– formalnie związanych z Kościołem, uprawiających praktyki religijne w ograniczonym zakresie lub należących do tzw. katolików postępowych, chętnych do rewidowania nakazów i zwyczajów kościelnych w imię modnych zachowań.

Dla pierwszych nie ma z reguły problemów w relacjach z duchowieństwem. Do największych wartości w ich życiu należą Bóg i ojczyzna oraz naród i Kościół. Starają się z całym oddaniem służyć tym wartościom i całym sercem je pielęgnować. Są przekonani, że każdy kapłan jest wybrany przez Boga, a więc jest Jego natchnionym sługą i kontynuatorem dzieła świętych apostołów. Winni są zatem oddać mu należną cześć i z głęboką wiarą wsłuchiwać się w to, co Pan chce im przez niego przekazać. Obca im jest na ogół rezerwa do kapłańskiego przekazu, którego źródłem jest przecież sam Bóg, i nie powinno być mowy o jakimkolwiek kwestionowaniu go. Jeżeli mają percepcyjne trudności czy wątpliwości lub zastrzeżenia do słów kapłana, to powinni poszukiwać winy w sobie i zastanowić się, dlaczego nie są jeszcze godni lub należycie przygotowani do przyjęcia słowa Bożego. I rzeczywiście, ci wierni w znacznym odsetku nie krytykują słów kapłana lub jego postępowania, lecz starają się przezwyciężać zaistniałe trudności systematyczną i ufną modlitwą. Zobrazować to można przykładem, jaki zdarzył się wiernemu, który wobec kapłana podjął polemikę z treścią jednej z wysłuchanych homilii. Kapłan ze spokojem poprosił rozmówcę, by zechciał zastanowić się nad przyczyną tej krytyki, tj. nad stanem swej duchowości, czy jest należycie przygotowany i otwarty na słowo Boże. Czy po prostu dana mu jest łaska zrozumienia słowa, które, niestety, zostało mu przekazane w sposób mało przystępny lub nieudolny.

Skutek był zgodny z oczekiwaniami kapłana. Udało się rozmówcę przekonać do modlitwy w tej sprawie.
Krytyka duchownych wynika często z poważnego konfliktu wiernego z własnym sumieniem. Na przykład, w ocenie jednego z wiernych, Jan Paweł II był postrzegany jako wspaniały papież, ale, niestety, trochę staroświecki i nie podążający za duchem czasu. Padło więc pytanie, czy zmieniłby swój stosunek do papieża, gdyby ten podjął kroki zmierzające do usankcjonowania nieprawidłowości, występujących obecnie w wielu relacjach rodzinnych, i gdyby uznał jego sytuację rodzinną za normalną. Odpowiedział z nieco gorzkim uśmiechem twierdząco, gdyż niedawno pozostawił żonę z dwoma synami i związał się z koleżanką z pracy, która urodziła mu córkę.
Wśród duchownych, którzy – podobnie jak świeccy – są również ludźmi jak najbardziej z tej ziemi, można zauważyć osoby o postawie „tradycyjnej”, poddające się z pokorą rygorom Kościoła hierarchicznego, i osoby o postawie „postępowej”, gustujące w bardziej nowatorskich trendach. Rzutuje to niewątpliwie na postrzeganie ich przez wiernych. Otóż wydaje się, że zdecydowana większość wiernych, szczerze oddanych Kościołowi, bardziej hołduje duchownym zanurzonym w tradycję. Do księży „postępowych”, zwłaszcza tych, którzy opowiadają się za radykalnymi modyfikacjami uregulowań w Kościele, a, co gorsza, zdobywają się na słowa krytyczne pod adresem Kościoła hierarchicznego, wierni ci podchodzą z większą rezerwą, a nawet z nieufnością. Wydaje się, że tacy duchowni nie przyczyniają się do jedności Kościoła, chociaż zdobywają poklask wśród wiernych, którzy są skłonni do rewidowania nakazów i zwyczajów kościelnych w imię modnych haseł lub w poszukiwaniu usprawiedliwienia dla swoich skonfliktowanych z zasadami wiary zachowań. Tacy wierni, a, niestety, jest ich dość liczna grupa, spotkali z pewnością na swojej drodze życiowej pewne przeszkody, mniej lub bardziej zawinione, i nie jest im dane korzystanie w pełni z religijnych praktyk kościelnych. Są oni chwilami bardzo nieszczęśliwi i poszukują usprawiedliwienia zarówno w swoich sumieniach, jak i w kontaktach z kapłanami. Brak możliwości wyjścia z trudnej sytuacji powoduje wzrost ich pesymizmu i sfrustrowania ujawniającego się w niechęci do niektórych zjawisk w życiu Kościoła i do samych księży.

Obdarza się ich pogardliwymi epitetami, pomawia o zbyt dostatnie życie, kwestionuje się kościelne potrzeby materialne i krytykuje zbiórki pieniężne na cele parafialne lub ogólnokościelne. W niektórych środowiskach, ale już zdecydowanie mniej przyjaznych Kościołowi, pozbawia się nawet duchownych niektórych praw obywatelskich. Formułowana jest często opinia, że księża powinni ograniczyć swoje działania i wypowiedzi do spraw wiary. Powołując się na zasadę rozdziału Kościoła i państwa, pozbawia się księży prawa do angażowania się w sprawy polityczne i do wypowiadania się na ich temat. Niestety, zasadę tę wykorzystuje się tylko w jedną stronę, a więc na niekorzyść Kościoła. W tym kontekście warto tu wspomnieć o pytaniu postawionym kiedyś przez japońskiego dziennikarza, który nie był w stanie zrozumieć popierania spraw religijnych, takich jak nauczanie religii w szkole, przez funkcjonariusza państwowego, który jest jednocześnie politykiem i członkiem Kościoła. Gdy w odpowiedzi usłyszał, że niemożliwe jest oddzielenie we wnętrzu człowieka spraw religijnych od państwowych, tak jak niemożliwe jest podzielenie jego ciała na dwie części, był wielce zdziwiony i odpowiedź tę przyjął z niedowierzaniem.
W myśl podstawowych praw człowieka nie można nikomu zabronić wypowiadania się na temat polityki. Jeżeli się to czyni, to łamie się postanowienia konstytucji. Zachodzi pytanie o przyczynę tego łamania w stosunku do księży. Nietrudno odgadnąć. Jest to świadoma lub podświadoma, a jednocześnie ukryta walka z Kościołem, a nie z poszczególnymi duchownymi, którzy są tylko elementami w tej walce. Wielu czyni to w sposób bardziej odruchowy niż przemyślany, bo gdyby tak nie było, to walczący z Kościołem zastanowiliby się nad tym, że łamią nie tylko konstytucję, ale i własne zasady demokratyczne. Chyba że już tak się zagalopowali w swojej akcji antykościelnej, że zapomnieli o rzekomym przywiązaniu do – głoszonej z uporem maniaka – demokracji i tolerancji. Przykładem może być ostatni kazus Trybunału Europejskiego. Demokracja zadziałała w jedną stronę, tj. przeciwko krzyżowi. W swoim antykatolickim zaślepieniu trybunał nie zauważył, że, przyznając rację jednej osobie niewierzącej, zniewala mnóstwo katolików i w ten sposób nie tylko łamie ich prawo, lecz również kompromituje swój urząd. To jest totalna ślepota, charakterystyczna dla walczących z Bogiem, gdyż nie widzą tego, co czynią, i tego, co głoszą. Gdyby trybunał w swoim zapędzie nienawiści do krzyża zastanowił się przez chwilę nad zasadami prawdziwej demokracji, to pozostawiłby krzyż w spokoju i w imię tolerancji zachęciłby do powieszenia obok krzyża symboli innych wyznań, łącznie z symbolem niewierzących np. w postaci pustej ramki. Przecież nie tak dawno przeżywaliśmy w naszym kraju walkę o powrót religii i krzyży do szkół.

Podniósł się krzyk na temat zniewalania obywateli do nauczania religii wbrew ich woli i do zawieszania krzyży, których rzekomo nikt w szkole świeckiej nie chce widzieć. Padło nawet pytanie, dlaczego czyni się na siłę to, czego nikt nie chce, i okazało się, że najbardziej nie chce tego garstka krzykliwych dziennikarzy. W przypadku religii usprawiedliwiano się, że nie chodzi o jej zakaz, ale o miejsce, którym powinien być kościół, gdyż szkoła jest świecka. Pojawiła się też dość subtelna kwestia, jaką była forma deklaracji uczęszczania na religię. Na żadną z możliwych form tzw. rzecznik praw obywatelskich nie chciał się zgodzić i na szczęście doszło do pozytywnego rozstrzygnięcia sądowego, podczas którego rzecznik ten tak się zapędził w swoim uporze, że nazwał Biblię bajką dla dzieci. Po stwierdzeniu strony przeciwnej, że obraża jej uczucia religijne, tak się z kolei zmieszał, że zrezygnował z dalszego stawiania oporu. Fanatyzm w walce z Kościołem odbiera rozum.

Ogólną tragedią niektórych katolików jest to, że nie mają odwagi, by na co dzień i w każdym miejscu okazywać przywiązanie do swojej wiary. Nie oznacza to, że powinni się z nią afiszować lub ją manifestować, tak jak to uczynił w swoim czasie jeden z prawicowych polityków na ogólnie dostępnym spotkaniu z wyborcami w miejscu publicznym. Nie zważając na udział w spotkaniu niewierzących lub niezbyt zaangażowanych religijnie, zaproponował rozpoczęcie go, a właściwie rozpoczął je, od odmówienia wspólnej modlitwy „Ojcze nasz”.

Działanie w społeczeństwie wymaga zdecydowanego trzymania się lub ścisłego przestrzegania zasad swojej wiary, ale w sposób wyważony i bardzo taktowny, gdyż inaczej, zamiast uzyskania efektów misyjnych, powstaną efekty negatywne. Niezbędna jest zdecydowana, ale delikatna i tolerancyjna postawa katolika w kontaktach ze środowiskiem wieloprofilowym.

Na tle powyższych rozważań wyłania się wyraźnie odpowiedź na postawione kwestie i można ją skonkretyzować następująco:
1. Ludzie prawdziwie wierzący potrzebują dzisiaj księży osadzonych mocno w swojej wierze i w Kościele hierarchicznym.
2. Do świadomości osób chwiejących się w wierze należy dotrzeć w działaniach misyjnych i przekonać ich do tego, by zdołali ujrzeć w sobie przyczynę niechęci do duchownych.
3. Trudno wyłowić jakieś negatywy w postawie księży reprezentujących poglądy tradycyjne. Natomiast pod adresem księży bardziej „postępowych” można by zgłosić prośbę o refleksje nad swoimi wyborami, gdyż na ogół w tej sferze występuje pewien brak zrozumienia.
4. W relacjach z księżmi nie ma różnicy między problemami kobiet a mężczyzn mocno osadzonych w wierze. Problemy te występują wśród osób mających kłopoty z wiarą i jakościowo są u mężczyzn większe niż u kobiet.

Zdobysław Flisowski, prof. dr hab. nauk technicznych, wykładowca na Politechnice Warszawskiej, minister edukacji narodowej w rządzie Hanny Suchockiej, przewodniczący Polskiego Komitetu Ochrony Odgromowej (SEP).

13.

Mikołaj Foks

Jakich księży ludzie dzisiaj potrzebują?

Jak zmieniać na lepsze relacje duchowni-świeccy?

Z jakimi problemami, według Pana, spotykają się najczęściej kobiety, a jakimi mężczyźni w relacji z księżmi?

Po sławnym przemówieniu Benedykta XVI w warszawskiej archikatedrze, niełatwo formułować nowe tezy ponad papieskie stwierdzenie, że duchowni powinni być specjalistami od wiary. Nie negując słów biskupa Rzymu, myślę że warto przypomnieć inne pewnie równie oczywiste zdanie, że duchowny jest z ludu wzięty i dla ludu ustanowiony.

Mimo wielu głosów krytyki, mam wrażenie, że poziom polskiego duchowieństwa poprawia się. To dobry znak, że polscy księża coraz bardziej inwestują w siebie. Coraz więcej jest możliwości rozwoju intelektualnego i duchowego, nie tylko w ramach uczelni kościelnych. Cieszy fakt, że świeccy mogą się spotkać z księżmi na studiach podyplomowych czy w domach rekolekcyjnych, będąc po tej samej stronie katedry czy ambony. W moim przekonaniu rośnie poziom kazań i porad duchowych przy spowiedzi. Jednak w dobie internetu, który dobrą homilię gwarantuje jednym kliknięciem myszy, okazuje się, że dobre kazanie jest ważne, ale nie najważniejsze.

Można żonie i dzieciom mówić najpiękniejsze słowa, kupować najlepsze prezenty, ale nic nie zastąpi pełnego zaangażowania, do końca. Internet zapewnia nam łatwe znajomości. Łatwiej jest mieć przyjaciół na portalu społecznościowym, niż być z nimi w rzeczywistości. Kryzys bycia dla kogoś i z kimś można zobaczyć we wszystkich sferach relacji międzyludzkich. Często jest on powodem rozpadania się rodzin. Podobnie jest z księżmi, którzy nierzadko po prostu nie potrafią być z ludźmi. Polscy duchowni często sprawiają wrażenie, jakby zostali zaślubieni tylko Chrystusowi, a Kościół musieli przyjąć w ramach transakcji wiązanej. Jeżeli święcenia są mistycznymi zaślubinami nie tylko z Chrystusem, ale również z Jego Ciałem – Kościołem, to większość polskich duchownych chyba nie zdaje sobie z tego sprawy. Na kursach przedmałżeńskich można usłyszeć, również od księży, że miłość do współmałżonka jest nie uczuciem tylko postawą, że małżonkowie są dla siebie darem bez ukrytych dróg odwrotu i tylko tak można budować udane małżeństwo. Trudno się z tym nie zgodzić. Podobnie nie da się budować udanego duszpasterstwa, jeśli nie jest się z ludźmi bezwarunkowo.

Obserwowałem kiedyś duszpasterstwo młodzieży, któremu przewodzili kolejni księża. Można powiedzieć, że czas jego świetności związany był z posługą księdza odznaczającego się nie jakimiś wybitnymi cechami, ale takiego, który potrafił być z i dla innych, jak dla rodziny, bezwarunkowo. Duszpasterstwo załamało się, gdy pojawił się ksiądz, który, chociaż mówił dobre kazania, to bardzo często wyjeżdżał, a spotkania z ludźmi, prawdopodobnie traktował jako kolejny obowiązek do odfajkowania.

Niełatwo jest być dla drugiego człowieka, szczególnie, jeśli się go nie wybiera. Jest to wyzwanie dla formacji seminaryjnej i samych księży. Ci ostatni w relacjach ze świeckimi często zachowują bezpieczny dystans, umożliwiający ucieczkę. Tu nierzadko pada argument o kapłańskiej samotności. Oczywiście ksiądz, jak każdy człowiek, powinien mieć swoją przestrzeń samotności, tak jak mąż czy żona, mimo że stanowią jedność. Niezdrowy dystans potęguje praktyka jednostronnego „ty”. Jest wielu księży, których wiek i pozycja uprawniałyby do takiego zwracania się do świeckich, jednak tego nie robią. Jest też wielu księży, którzy stosują jednostronne „ty”, mimo że jest to po prostu niegrzeczne.

Zapytałem kiedyś znajomego duchownego, co odróżnia go od jego kolegów, że nie buduje sztucznych murów w relacjach z ludźmi. Odpowiedział krótko, że zanim poszedł do seminarium, skończył inne studia. Seminaryjne „skoszarowanie” nie sprzyja uczeniu się, jak mądrze wchodzić w relacje z ludźmi i zrozumieniu specyfiki życia świeckich. Strach przed utratą pracy, a co za tym idzie środków do życia, walka o własne mieszkanie, to rozterki, których nie da się zrozumieć bez ich doświadczenia. Chciałbym, aby polscy duchowni mogli je zrozumieć, a tym samym zrozumieć ludzi świeckich. Jednak żaden, nie mający ukrytych wad, pomysł, jak to zrobić, nie przychodzi mi do głowy. Banalne stwierdzenie, że dzisiaj nie sutanna jest wyznacznikiem autorytetu, dla niejednego kleryka mogłoby być odkryciem. Tak samo jak obrączkę nosi się, bo jest się małżonkiem, a nie jest się małżonkiem ze względu na obrączkę. Kiedy w wyobraźni staram się przenieść małżeńskie relacje na relacje np. biskupa i diecezji albo proboszcza i parafii, to mam wrażenie, że Kościół nie nadąża za swoją teologią małżeństwa.

Fakt, że mężczyzna ma być głową rodziny, nie oznacza, że wie on najlepiej, czego żona potrzebuje, pragnie i co czuje. Nie uprawnia również do traktowania jej z wyższością albo pobłażliwie. Bywają księża, którzy młode kobiety, często mężatki i mamy, traktują jak dzieci pierwszokomunijne, gładząc je po policzkach. Pewna kobieta powiedziała mi, że szczególnie księża średniego pokolenia odnoszą się do niej jak do bohaterki z dziewiętnastowiecznej powieści, czyli dobrej Matki Polki, w której to roli ona się nie odnajduje. Kobiety często są traktowane z przymrużeniem oka, a to, co mają do powiedzenia, często jest zbywane milczeniem. Z drugiej strony to właśnie kobiety najaktywniej działają na rzecz Kościoła.

A skoro mowa o aktywności, to i z nią młode pokolenie polskich księży ma problem. Mam wrażenie, że często po prostu płyną z prądem. Można nawet powiedzieć, że są bezwolni w swoim działaniu. Przychodzą do parafii, przejmują powierzone im prace duszpasterskie i w ramach tych działań pozostają. Problem polega na tym, że nawet widząc niedomagania i potrzeby parafii najczęściej nic z nimi nie robią. Kolejne pokolenia bierzmowanej młodzieży czy kolejne młode małżeństwa nie dostają żadnej propozycji duszpasterskiej. Ale młodzi księża wolą się nie wychylać, mimo że widzą, że coś tu jest nie tak. Dzieje się tak często w imię źle rozumianego posłuszeństwa i nieburzenia „starego dobrego porządku”. Znowu nasuwa się porównanie małżeńskie. Jeśli w małżeństwie nie dzieje się dobrze, jeśli różne drobiazgi są zaniedbane, łatwo mogą urosnąć do rangi dużych problemów. Taką bierność z łatwością nazwiemy grzechem zaniechania. Natomiast bierność w parafii jest uświęconym posłuszeństwem?

To jest kolejna różnica między duchowieństwem a świeckimi. Ci drudzy podejmują wiele inicjatyw w swoim „wolnym czasie”, bo innego nie mają, ci pierwsi w swoim wolnym czasie… mają czas wolny.

Każdy człowiek ma swoje wady i zalety, każdy też ma swoją specyfikę. Uogólnienie, jakiego się dopuściłem powyżej na pewno jest dla wielu niesprawiedliwym uproszczeniem. Wielu księżom ciężko postawić podobne zarzuty. Życzyłbym sobie, byśmy potrafili wspólnie stawić czoło tym wymienionym. Potrzeba do tego całej wspólnoty Kościoła, najzwyczajniej potrzeba nawrócenia.

Mikołaj Foks, studiował teologię katolicką i prawosławną, dziennikarz radiowy i telewizyjny.

14.

Zbigniew Mikołejko

Jakich księży ludzie dzisiaj potrzebują?

Myślę, że nie da się dzisiaj – w tak pluralistycznym, tak zróżnicowanym świecie – mówić o jakimś jednym powszechnym wzorze osobowym duchownego. Dotyczy to także w coraz większym stopniu Polski, gdzie dogasa, nie bez pewnych dramatów ludzkich, a niekiedy i konwulsji społecznych, pewien tradycyjny obraz księdza. Oczywiście, dynamizm tej przemiany nie wszędzie jest jednaki i nie wszędzie się ona dokonuje. Na pewno, nie wdając się w subtelne analizy socjologiczne, wygląda to inaczej w środowisku wielkomiejskim, zwłaszcza na zachodzie czy północy, a zupełnie inaczej w wiejskich parafiach na południowym wschodzie kraju. W tych ostatnich zapewne oczekiwania wobec księży będą mniej „rewolucyjne” i będzie tu przeważało pragnienie, by byli oni – w niemal dosłownym tej metafory rozumieniu – „pasterzami wspólnoty”, jej przewodnikami czy autorytetami w rozmaitych, a nie tylko religijno-moralnej, sferach życia. Ale w związku z tym – także i w tych bardziej tradycyjnych zbiorowościach – zaostrzają się, podobnie jak w wielkich miastach, wymagania etyczne wobec księży, wymagania, by ich życie było bardziej prawe i ze wszech miar otwarte (to znaczy, by nie mieli oni, jak to się potocznie powiada, „nic do ukrycia”). Powiem więcej: będziemy mieli – mamy już – do czynienia z pewnym paradoksem, z pewną przewrotną zależnością, wyrażającą się w tym, że im dalsze od chrześcijańskich norm wiary i moralności, im bardziej świeckie i areligijne będzie życie wspólnoty, tym surowsze będzie ona stawiać wymogi przed swoimi duchownymi.

Ale wymagania te przenoszą się również coraz mocniej w inne niż religijne i moralne obszary. Wierni, stopniowo wydobywając się po szarej „smucie” komunizmu i przypisanej mu „wyuczonej bezradności” (określenie prof. Mirosławy Marody), wkraczając w nowe pola aktywności, oczekiwać coraz bardziej będą przewodnictwa i w tym zakresie (np. przy podejmowaniu jakieś działalności społecznej czy gospodarczej). Ważna staje się też sprawa jakiegoś rozeznania intelektualnego czy kulturowego, szczególnie tam, gdzie chodzi o kulturę masową czy popularną (dlatego martwi mnie, gdy moi przyjaciele, wykładający w seminariach diecezjalnych czy nawet zakonnych, skarżą się, że alumni niechętnie czytają książki). Dziś bowiem nie wystarczą kategoryczne zakazy w tych sprawach czy wymijające, gładkie formuły, powtarzane za kościelną „zwierzchnością”. Ksiądz zatem nie powinien obawiać się – bo ja wiem? – lektury takiego choćby „Kodu Leonarda” i umieć rzetelnie, bez unikania trudnych pytań, przedyskutować ją z wiernymi. Dotyczy to zresztą wielu ważniejszych, niekiedy palących kwestii: eutanazji, aborcji, bioetyki itd. Tutaj niezbędna jest i spora wiedza, i wrażliwość. Ale trzeba nad nimi pracować, nie one przychodzą łatwo. A wymagania rosną. Oczywiście, zawsze – bez względu na środowisko i epokę – znajdzie posłuch duchowny, który jest autentyczny (czyli zarazem otwarty i prawdziwy) nie tylko w swojej wierze, ale i w swojej powszedniej egzystencji. Ale to ideał – i rzadki dar, nie każdemu pisany.

Jak zmieniać na lepsze relacje duchowni –świeccy?

Gdybym to ja wiedział… No może po trosze odpowiedziałem na to pytanie już poprzednio… Chociaż… Tak, właściwie powinienem tu dodać, że dobrze zrobiłoby w Polsce wyzwolenie się, w duchu jak najbardziej soborowym, od nałogów klerykalizmu mocno u nas przecież zakorzenionego (często bardziej zresztą w umysłach wiernych niż duchownych). Zaliczyłbym do tego klerykalizmu pewne poczucie wyższości, zarówno religijno-moralnej, jak i społecznej. No i arbitralność czy kategoryczność sądów: bardziej wiarygodny będzie zawsze ksiądz, który dzieli z wiernymi ich wątpliwości, także etyczne czy związane z wiarą, niż taki, który rozstrzyga je jednym surowym „tak” czy „nie” (jakby to do niego odnosiło się porzekadło: „Roma locuta, causa finita”). Trzeba sobie przy tym uświadomić, że postawa taka niekoniecznie bierze się z przyrodzonej pychy. Czasem stoi za nią mechanicznie, bezrefleksyjnie przejęta tradycja, czasem zaś – to nader istotne – zwykły lęk, płynący z bezradności, czy to intelektualnej, czy egzystencjalnej. A wtedy po prostu nie jest się naprawdę księdzem – nosi się tylko kostium albo maskę księdza, chroniąc się za społeczną i kulturową rolą „funkcjonariusza kultu” z rzekomo automatycznie przysługującymi mu prerogatywami. Takie podejście do owej roli przeżywa właśnie na naszych oczach swój kres. Ksiądz więc to nie przysłowiowy „urzędnik Pana Boga”, odpowiednio namaszczony – to facet z problemami, jakie mają i inni faceci (a i kobiety również). Ważne jest wreszcie także i to, słyszę to nierzadko od ludzi, by ksiądz nie starał się narzucić swoich wyborów politycznych.

Co Panu najbardziej przeszkadza w postawie księży? W jakiej sferze czuje się Pan najbardziej niezrozumiany przez duchownych?

Najbardziej przeszkadzają mi księża-politycy, w których nie dostrzegam w istocie żadnej duchowej charyzmy. A z drugiej strony niezbyt przepadam za księżmi, którzy wobec wiernych, szczególnie młodych, starają się zachować jak kumpel, jak „brat-łata”. Nieraz wygląda to śmiesznie, a zawsze jest mniej lub bardziej sztuczne. Jestem więc tutaj dosyć tradycyjny w swych oczekiwaniach. Oczywiście, nie wyklucza to przyjaźni oraz dążenia do niej – ale (tak jak w przypadku osób świeckich) powinno to należeć do prywatnej, intymnej sfery życia duchownych, nie zaś do ich roli duszpasterskiej.

Z jakimi problemami, według Pana, spotykają się najczęściej kobiety, a jakimi mężczyźni w relacji z księżmi?

Nie umiem dobrze odpowiedzieć na to pytanie. Ale odnoszę wrażenie, że wobec kobiet duchowni w Polsce bywają bardziej arbitralni i bardziej kategoryczni niż wobec mężczyzn. Uczulałbym zatem księży na wszelkie przejawy, także te nieświadome, atawistycznego patriarchalizmu.

Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista; kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, profesor w Warszawskiej Wyższej Szkole Humanistycznej im. Bolesława Prusa.

15.

S. Maria Salwina CR

Jakich księży ludzie potrzebują dzisiaj?

Opierając swoją wypowiedź na stwierdzeniach ludzi młodych i dorosłych, związanych z naszym apostolstwem, z którymi rozmawiałam 9 XI 2009 r., można zaobserwować, że ludzie współcześni oczekują zmniejszenia dystansu między duchowieństwem a świeckimi, pragną spotkań z księżmi, którzy byliby przede wszystkim dobrymi ludźmi. Kapłani powinni być otwarci, bardzo kontaktowi, lubiący przebywać wśród ludzi, przyjaźni wobec nich. Powinni być otwarci na dialog z wiernymi, poważnie podchodzić do ich spraw; nie zamykać się w doktrynach Kościoła, ale być dostępnymi dla każdego. Najważniejsze, by rozumieli świeckich, młodzież, sytuacje polityczne, by szanowali inne światopoglądy. Nie mogą robić niczego na siłę, ale być gotowi służyć i pomagać w trudnych sprawach. Muszą być zdolni do słuchania, uczciwi, niezakłamani, nie wolno im patrzeć przez pryzmat znajomości, nie mogą też bać się mówić prawdy. Powinni wypowiadać się w sposób zrozumiały dla słuchaczy, być wyrozumiali kulturalni, mądrzy, oddani , życiowi, charyzmatyczni, zaangażowani i radośni.

W swoich wypowiedziach ludzie rzadziej mówią o pragnieniu poznawania i doświadczania Boga przez posługę księdza w celebracji liturgicznej, i o tym, że kapłani mają naśladować Chrystusa w swoim życiu. Nieliczne osoby stwierdziły, że duchowni powinni stosować w swym życiu to, o czym mówią, dając przykład innym ludziom; że mają być prawdziwymi kapłanami z powołania, którzy głoszą przede wszystkim miłosierdzie Boga, a nie moralizują na kazaniach. Przez wiernych szanowani są ci, którzy nie gromadzą widzialnych dóbr materialnych, żyją wiernie w celibacie, są przejrzyści i klarowni, tworzą wzór prawdziwej wiary, są święci, nieskazitelni i bez zarzutów. Błędy kapłanów powodują wszak zgorszenie i odejścia od Kościoła oraz wewnętrzny smutek wierzących.

W wypowiedziach ludzi związanych z Kościołem daje się zauważyć, że istnieje zapotrzebowanie na kapłanów, którzy nie stawiają wymagań moralnych, lecz akceptują ludzi mimo ich oddalenia od Boga. Wierni potrzebują bardziej przyjaciół niż kapłanów jednających ich z Bogiem, sprawujących sakramenty, głoszących słowo Boże.

Jak zmienić na lepsze relacje duchowni–świeccy?

Należy się zastanowić nad takimi formami duszpasterstwa, by kapłani mogli częściej spotykać człowieka, by byli mniej obciążeni katechezą szkolną, a bardziej udzielali się w parafii. Można wykorzystać pomysł utworzenia kawiarni przyparafialnej, organizować różnego typu spotkania dla grup wiekowych, zwłaszcza dla młodzieży, np. z okazji świąt, po niedzielnej mszy św.

Ważna jest również formacja kleryków zarówno w życiu chrześcijańskim jak i do posługi, do której zostaną naznaczeni. Także oni muszą mieć udział w religijnych spotkaniach młodzieży, bo młodzież potrzebuje ich świadectwa i obecności.
Myślę, że też chodzi o jakość duchową kapłanów, czy mogą oni zaofiarować współczesnym ludziom „coś więcej” niż otwartość i wyrozumiałość. W swojej posłudze zauważam, że ludzie jednak oczekują kapłanów mających mocne doświadczenie wiary i miłości Pana, wynikające z przebywania samotnie z Nim. Przed laty pisał H. Urs von Balthasar: „[Kapłan] poświęcenie [Bogu] swej egzystencji zaręcza istotną pokorą, która staje się przezroczysta. (…) Ogień, który płonie w pokornym człowieku, jest ogniem miłości Boga i Jego Słowa, które stało się Ciałem; ognisko to nie znajduje się w nim, ale w Tym, kogo on kocha; niepokoi go myśl, że Miłość, Bóg nie jest miłowana na świecie, że się ją lekceważy albo gorszy słabościami człowieka. Pokora i gorliwość wzrastają razem” (Duch chrześcijański, Paryż 1976, s. 114 i 115).
Szacunek do duchownych może także poprawić przyznanie się i wyjaśnienie sprawy przez tych kapłanów, których oskarżono o niewłaściwe zachowanie, by ukazać wiernym moc łaski Boga i skruchę wobec tych, których się zgorszyło.

Co Pani najbardziej przeszkadza w postawie księży? W jakiej sferze czuje się Pani niezrozumiana przez duchownych?

Wolałabym pisać o tym, że spotykam w życiu wspaniałych księży spowiedników, charyzmatycznych duszpasterzy młodzieży, wspaniale przygotowanych głosicieli słowa Bożego. Potwierdzają to moje doświadczenie ludzie, którzy rozmawiali ze mną na temat współczesnych kapłanów. Niestety, nie wszyscy kapłani, których spotkałam, są tacy. Pracując z młodzieżą, widzę, jak mało młodych księży wyjeżdża na Lednicę, ci przewodnicy grup to zasadniczo kapłani po czterdziestce, zapewne dawni oazowicze. Taka sama sytuacja dotyczyła Światowych Dni Młodzieży w Kolonii. Zbyt małe jest zaangażowanie księży w organizowanie grup dziecięcych i młodzieżowych w parafiach i zbyt rzadko organizują oni wyjazdy (np. na Lednicę), by dać okazję do doświadczenia poszukiwań wartości uniwersalnych i wiary młodego Kościoła. Brakuje mi w organizowaniu takich form pracy duszpasterskiej poparcia księży, którzy byliby zdolni do podjęcia ryzyka i bardziej ufali Bogu, nawet w rozwiązywaniu potrzeb finansowych.

Z jakimi problemami spotykają się kobiety w relacjach z księżmi?

Współczesne kobiety mogą prowokować zachowania dwuznaczne księży np. przez strój, który jest wyzywający. Ale to jest ich wina. Od kobiety zależy, jak chce być traktowana. Wiem, że zasadniczo kapłani są świadomi swojego wyboru Chrystusa i ich postawa o tym świadczy, ale zdarzają się zapewne i inne zachowania ze strony kapłanów.

S. Maria Salwina CR, nauczycielka w Gimnazjum i Liceum Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego w Warszawie.

16.

Joanna Święcicka

Jakich księży ludzie dzisiaj potrzebują?

Romano Guardini, diagnozując sytuację człowieka w naszych czasach, pisze m.in.: „Człowiek otrzymuje swobodę poruszania się, ale nie ma własnej siedziby” i dalej: „…trwoga człowieka nowoczesnego wynika ze świadomości, że nie ma dla niego ani miejsca ani schronienia, na które by mógł liczyć; wynika to z nieustannie ponawianego doświadczenia, że świat nie zabezpiecza mu żadnego miejsca dla jego egzystencji, odpowiadającego jego potrzebie sensu” (Koniec czasów nowożytnych, s. 39, 40).

Ta zmiana pozycji człowieka w świecie musi znaleźć odbicie w tym, czego my, ludzie XXI w., szukamy w Kościele, jego nauce, a również w tym, czego spodziewamy się po księżach. W świecie, w którym coraz więcej ludzi nie ma raz na zawsze zafiksowanej roli społecznej, statusu, pozycji w różnego rodzaju hierarchiach, w świecie, w którym różne „oczywistości” zostały zakwestionowane, człowiekowi nie wystarcza rytuał, religijność zwyczajowa, modlitewna mantra. Trudny i zobowiązujący dar wolności coraz dobitniej zmusza nas do dźwigania odpowiedzialności za dokonywane wybory, które dawniej były maskowane przez zamknięte struktury i odwieczne obyczaje. Również nasze chrześcijaństwo, nasz katolicyzm przestał być czymś oczywistym, a stał się pytaniem, na które musimy dać – a raczej codziennie dawać – odpowiedź. Dzięki temu, przez ten świadomy wybór rośnie również nasza odpowiedzialność za Kościół. To my – wszyscy katolicy – budujemy i tworzymy nasz Kościół i jesteśmy za niego odpowiedzialni.
Z racji wykształcenia i bliskiego kontaktu z sacrum ksiądz wciąż jeszcze jest tym, na którego patrzymy z nadzieją, gdy stajemy przed problemami z naszą wiarą, w trudnej sytuacji dokonywania wyborów moralnych, w poszukiwaniu sensu naszego życia. Jednak rola przewodnika duchowego nie jest zarezerwowana dla księży, mogą ją pełnić i coraz częściej pełnią ludzie świeccy, gdyż to właśnie świecki lepiej potrafi dostrzec i zrozumieć problem, z jakim się borykam i lepiej mi pomóc niż ksiądz. Ta rosnąca w nowoczesnym świecie rola świeckich wymaga od księży zmiany postrzegania swojej roli – to już nie pasterz, za którym postępują owce, ale towarzysz, który idzie razem wśród wiernych i sam często potrzebuje wsparcia. Owszem, ksiądz ma w Kościele specjalną pozycję, jest tym, który sprawuje Eucharystię i w imię Boga udziela sakramentów. Te dwa punkty dotyczą spraw dla mnie bardzo istotnych i bez księdza byłabym ich pozbawiona. Jednak poza tym jest jednym z nas, jest z razem z nami. Jego rolą jest już nie kategoryczne przekazywanie „oczywistych” prawd, ale dzielenie się trudem zrozumienia ewangelicznego przekazu.
W czasach szybkich zmian, płynności i zaniku wartości potrzebna jest chyba bardziej niż dawniej taka prezentacja Dobrej Nowiny, która uczy i pokazuje obecność Jezusa tu i teraz. W tym płynnym świecie, w którym nic nie jest oczywiste, ważniejsze chyba niż dawniej jest pytanie: Co powiedziałby Jezus, jaką On dałby mi wskazówkę? I właśnie takiego Zbawiciela, obecnego i bliskiego, chciałabym poznawać w homiliach. Jednak do przekazania tej prawdy potrzebne jest świadectwo, osobiste doświadczenie Bożej obecności, zachwyt. Dlatego być może bardziej niż dawniej potrzebni są nie tyle księża-teolodzy, ale tacy, którzy potrafią mówić o własnym przeżywaniu kontaktu z Bogiem.

Jak zmieniać na lepsze relacje duchowni-świeccy?

Moje kontakty z osobami duchownymi są na ogół dobre i muszę z radością przyznać, że właśnie wśród księży spotkałam wielu ludzi, których podziwiam i szanuję. Rzadko spotykał mnie zawód, ale wynika to być może z tego, że ja – wychowana w rodzinie „wojujących ateistów” – nie spodziewałam się wiele, więc nie doznałam zawodu, ale często miłego zaskoczenia. Przykre sytuacje zdarzały się wtedy, gdy życzliwa krytyka lub prośba o wyjaśnienie niejasności przyjmowana była przez duchownego nieomal jako atak na przedstawiciela hierarchii kościelnej. To właśnie poczucie zagrożenia, przewrażliwienie na krytykę jest częstym powodem konfliktów.

Relacja między duchownymi a świeckimi bywa również zaburzona przez nadmierne oczekiwania świeckich, które często popychają księży do występowania w roli, do której nie mają przygotowania. Dlatego zranienia, gdy ksiądz spada z piedestału, na który został wywindowany.
Tradycja i szkolna katecheza przypisują księdzu wyjątkową pozycję eksperta od spraw boskich. Przyjęcie go w tej roli zwalnia pozornie świeckich od odpowiedzialności za jakość własnej wiary. Czasem przerzucenie tej odpowiedzialności na księdza rodzi też swego rodzaju antyklerykalizm w nawet pozornie pobożnych środowiskach, gdzie niekiedy przypisuje się duchownym różne wady i śledzi prawdziwe lub wyimaginowane grzechy, usprawiedliwiając w ten sposób własne.

Ksiądz często jest stawiany lub sam siebie stawia w roli, której nie ma możliwości dobrze spełnić: oczekuje się, że będzie on w stanie udzielić rady lub pomóc w sytuacjach, w których potrzebna jest interwencja specjalisty: psychologa, seksuologa lub poradni odwykowej. To mylenie konfesjonału z kozetką psychologa lub szukanie pomocy w uzależnieniach u przewodnika duchowego jest przyczyną wielu rozczarowań i nieszczęść, czasem nawet porzucenia wiary.

Ludzie, którzy pełnią posługę kapłańską, na ogół wyrastają ponad „przeciętną polską”, ale to, co u wiernych świeckich jest wadą, słabością, „małym grzeszkiem”, głupotą, u osoby duchownej może boleśnie ranić i stać się powodem zgorszenia. Nie darmo św. Jan Chryzostom cytuje Ezechiela: „Na to – mówi Ezechiel – został kapłan postawiony, aby trąbił przed innymi i ostrzegał przed niebezpieczeństwami. Stąd żadna wymówka nie uchroni go przed karą, choćby tylko jeden zginął. Jeśli bowiem – mówi dalej Ezechiel – stróż widzi, że przychodzi miecz i nie dmie w trąbę i lud nie jest ostrzeżony, i przychodzi miecz i zabija kogoś z nich, to ten ostatni porwany jest wprawdzie z własnej winy, ale winą za jego śmierć obarczę stróża”. Od tamtych czasów rola kapłana i prezbitera zmieniła się, lecz odpowiedzialność za tych, którzy zaufali, pozostała.

Aby doszło do poprawy relacji ksiądz–świeccy, konieczne jest uświadomienie sobie przez nas, świeckich, odpowiedzialności, jaka na nas spoczywa, konieczne jest przemyślenie, zrozumienie, czym jest kapłaństwo powszechne. Ponad to – a może ponad wszystko – ważne jest odkrycie na nowo wartości wspólnoty i zatroszczenie się o jej kształt. Nie wystarczą „dobre kontakty” z Panem Bogiem, konieczne jest ożywienie życia wspólnotowego. Wiara w Boga, do której powołał nas Jezus Chrystus, jest wiarą wspólnotową. On przychodzi do wspólnoty ( „…gdzie dwóch albo trzech w moje imię”). Gdy powstanie (w parafii, w środowisku zawodowym) silna wspólnota świeckich wspólnie realizująca swoje powołanie, wtedy jest szansa na to, by ksiądz był dla niej nie tylko przedstawicielem władzy kościelnej, urzędnikiem reglamentującym różne religijne produkty, lecz tym, który tę wspólnotę współtworzy i jej służy. Dopiero we wspólnocie możliwe jest zrozumienie sensu powołania kapłańskiego jako służby (czego uczył nas Jezus w Wieczerniku) i wspólnota może aktywnie wpływać na jakość posługi kapłańskiej, brać za nią odpowiedzialność i wspierać kapłana w jego służbie.

Sądzę więc, że poprawa relacji z duchownymi w dużej mierze zależy od nas. To my musimy dostrzec swoją rolę, swoje znaczenie i powołanie. Bo duchowni są przecież z „ludu wzięci…”. Jednak taka zmiana postrzegania przez świeckich swej roli w Kościele, odnowienie życia wspólnotowego i odkrycie nowych jego form nie przyjdzie szybko. Aby takie zmiany przyspieszyć, potrzebne jest, z jednej strony, prowadzenie działań, które przygotują świeckich do tworzenia i animowania wspólnot, a z drugiej – taka formacja kleryków (w seminariach, zakonach), która później ułatwi im scedowanie części dotychczasowych obowiązków na wiernych świeckich.

Joanna Święcicka, dr hab., emerytowany wykładowca Wydziału Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego, członek zarządu warszawskiego KIK-u.

17.

Adam Woronowicz

Jakich księży potrzebują dzisiaj ludzie?

Kiedy zacząłem przygotowywać się do roli ks. Jerzego Popiełuszki, przekonałem się, że przykład idzie z góry. On chciał przyjechać do Warszawy ze względu na ks. prymasa Wyszyńskiego. Młodzi ludzie w seminarium potrzebują wzorców osobowych. Chcą na nimi iść. Dobrze wiedzieli, jakimi osobowościami są Wojtyła i Wyszyński oraz jaki mają sposób podejścia do ludzi, i dążyli do osiągnięcia podobnego poziomu. W końcówce lat siedemdziesiątych i na początku lat osiemdziesiątych kapłan odwrócił się do ludzi. Tak było z ks. Jerzym. Jego niezwykłość polegała na tym, że był bardzo zwyczajny i otwarty. Nie wiem, co on takiego robił, ale u każdego, kto chociaż raz go spotkał, coś się otwierało. Pewnie ludzie potrzebowali wtedy kogoś takiego. On ich nie dzielił, ale przyjmował. Wyjątkowe pod tym względem jest świadectwo Danuty Szaflarskiej, która powiedziała mu o swojej przeszłości, o tym, że jest niewierząca. A ks. Jerzy jej na to, że to nic nie szkodzi. Dzisiaj bardzo potrzeba ludzi, którzy właśnie tak mówią. To taki zapach Chrystusa, który na kartach Ewangelii mówi, że to nic nie szkodzi. Takim przykładem jest dla mnie ewangeliczne spotkanie z Samarytanką. Jezus niczego nie uprzedza, pozwala dojrzeć tej rozmowie. Ksiądz Jerzy był kapłanem, który dużo milczał, siedział gdzieś z boku. Dobrze czuł się z ludźmi.

Ostatnio byłem w Łodzi. Nagrywaliśmy program w radiu, które należy do archidiecezji. Widziałem kurię: kraty w oknach, kamery, domofony.  Dojście do pasterza jest lepiej zabezpieczone niż wejście do banku.  Wystarczy skręcić w ulicę obok, aby zobaczyć setki młodych ludzi. Pomyślałem sobie, że jest wielu wspaniałych kapłanów i bardzo potrzeba, by pasterz diecezji stanął z kotłem zupy, tak po prostu. Nie miałby wtedy problemów z frekwencją, oczywiście przede wszystkim ludzi biednych, ale kościół byłby pełen. Jako świecki człowiek, jeżdżąc po Polsce, widzę jak wielką robotę wykonują zwykli, szarzy księża, ale potrzebują przykładu i świadectwa z góry.

Kiedy piąty rocznik odchodził z seminarium, ksiądz rektor, żegnając tych chłopaków, którzy mieli przyjąć święcenia powiedział: „Życzę wam, aby spełniło się wasze najgłębsze marzenie”. Pomyślałem sobie wtedy: to rzeczywiście musi być marzenie. Dzisiaj potrzeba ludzi świętych. Czas jest bardzo trudny, a  im jest trudniejszy, tym bardziej potrzeba świętych ludzi i radykalnych postaw. Pan Bóg zawsze potrzebuje jakiejś jednej osoby, może dwóch: biedaczyny z Asyżu, Ojca Pio. Świętego Jana Marię Vianneya wysłano na małą parafię, a po kilku latach przyjeżdżała do niego cała Francja: artyści, inteligencja i prości ludzie. To niesamowite, ile Pan Bóg może zrobić w zapadłej dziurze, gdy prosty ksiądz otworzy się na łaskę, nie zamknie się w swojej parafii, otworzy szeroko drzwi. Ja pamiętam plebanie jako miejsca otwarte, gdzie była pomoc. Do tej pory czuję się swobodnie w każdej parafii, na każdej furcie. To pamiętam z dzieciństwa. Przychodzę tutaj często po pomoc i bardzo potrzebuję kapłanów. Czasami ludzi przychodzą do zakrystii albo do kancelarii jak po hamburgera, by załatwić sprawy. Świat ich trochę tak nauczył. Ja wychowałem się na parafii w latach osiemdziesiątych. Kościół był wtedy taką otwartą przestrzenią. Nie pamiętam z tamtego okresu domofonów i zamknięć nie do przejścia.

Biskup Zawitkowski powiedział w czasie jednej z konferencji, że czasami można spotkać chama w birecie. Dotarło do mnie wtedy, jak ważna jest postawa człowieka, potrzebna jest klasa, przyjęcie, otwartość i czekanie. Nie można było ks. Jerzemu niczego powiedzieć, bo on starał się od razu temu zaradzić. On zapominał zupełnie o sobie, to problem drugiego człowieka był najważniejszy. Zupełnie zatracił się w drugim człowieku, w jego problemach. Spojrzał na niedolę człowieka w tamtym czasie, na to utrudzenie i starał się pomagać. Ta solidarność, która „zeszła” ze sztandarów stała się czymś naturalnym. Ludzie zaczęli sobie nawzajem pomagać. Niesamowite są świadectwa ludzi, którzy mówią, że jeżeli chodzi o Kościół, to dla wielu wszystko zaczęło się od ks. Jerzego i na nim się skończyło. On tych ludzi łączył. Wielu mówiło, że nie podejrzewali siebie o to, ile jest w nich dobra, że mogą się dzielić i pomagać sobie wzajemnie. Tworzył się prawdziwy łańcuch serc wypływający od jednego człowieka, który zarażał swoją postawą. Mam wrażenie, że to jest ten autentyzm, którego potrzeba, czyli to, co mówię, powinno równać się temu, czym żyję.

Ludzie o tym nie wiedzą, ale bardzo potrzebują kapłana. Jeżdżę po Polsce, spotykam się z kapłanami i  widzę w nich utrudzenie, jakby byli niepotrzebni, jakby za mało ludzi było w kościele. Tym bardziej kapłan powinien wracać dzisiaj do pierwszej miłości, do Chrystusa. Kto wie, czy ta postawa, ten powrót, to nawrócenie nie stanie się zaczynem czegoś wielkiego w parafii. Duch Święty mówi: wróćmy do pierwszej miłości. Dzisiaj to jest może taki czas, by kapłan się uświęcił. Jak chłopcy z seminarium wychodzili czasami w sutannach do katedry, to zdarzało się, że ktoś ich opluł. Ja myślałem, że żyję w kraju tolerancyjnym, otwartym, katolickim, a tutaj spotykamy się z przejawami zdziczenia i agresji.Kapłan jest bardzo potrzebny ludziom, może w tej samotności  jako ten pierwszy przed tronem Boga, by prosić za swoich braci.

Jak zmienić na lepsze relacje świeccy-duchowni?

Myślę o kapłanie jako kimś, kto jest bardzo blisko człowieka, blisko jego problemów, czeka na niego. To jest proste, ale jednocześnie trudne. Jest jakiś paradoks. My, świeccy, mamy nieraz bardzo dużo pomysłów na to, jak zreformować Kościół. Niektórzy duchowni zwracają mi uwagę na scenę w filmie, w której ks. Jerzy płacze. Okazuje się, że to nie dotyczy tylko tamtego czasu, ale jest aktualne również dzisiaj. Kapłan jest często sam. Chyba za bardzo oddzieliliśmy się od siebie. Ten dystans za bardzo się pogłębił. Zapytałbym również, co my, świeccy, robimy dla kapłanów, by ich uświęcić. Był taki moment, gdy ci kapłani, którzy poszli do tzw. zakładów prac, byli bardzo blisko ludzi, ich spraw i problemów. To były takie naczynia połączone. Księża tam szli, a ludzie przychodzili do Kościoła. Mówiąc o środowisku twórczym, mam takie poczucie, że jest wielu ludzi, którzy próbują żyć tymi wartościami, wynieśli je z domu, ale mają jakby za daleko do kościoła. Ważne, by kapłan, który otwiera się na pewne środowisko, był blisko niego, wszedł w nie, bywał w nim. Ostatnio zauważyłem to u ks. Drozdowicza na Bielanach, przez Ewę Błaszczyk, tam nagle zrobiło się gęsto, jeżeli chodzi o aktorów. On zaczął chodzić na premiery do teatru, to wtedy ktoś zaczął przychodzić z takim czy innym problemem. On poszedł do ludzi, czasami w koloratce, czasami bez niej, zaczął bywać w tych miejscach, w których przebywają aktorzy. Ten jego uśmiech, to jego „nie ma sprawy”, to jego „spotkajmy się” otwiera ludzi. Okazuje się, że nie spotykają urzędnika, tylko człowieka. To jest jakiś klucz.

Co Panu najbardziej przeszkadza w postawie księży i w jakie sferze czuje się Pan najbardziej niezrozumiany przez duchownych?

Źle jest, gdy spotykam urzędnika i funkcjonariusza sacrum. Źle jest także wtedy, gdy on daje mi do zrozumienia, że jest bardziej święty i żyje w lepszym miejscu. Ja czuję wtedy, że przychodzę z gorszego świata. Wtedy mam wrażenie, że on niczego nie rozumie oraz zamknął się w swojej murowanej wieży i parzy na wszystko z góry. Może mieć takie poczucie bezpieczeństwa oraz wrażenie, że jest blisko Boga, a jedziemy chyba na tym samym wózku. Źle jest, gdy daje mi zrozumienia, że mój zawód jest czymś gorszym oraz że są tam ludzie, którzy łatwiej przekraczają pewne normy, a także bardziej grzeszą. W takich sytuacjach czuję się zakłopotany. Nie wychodzę z nich zbudowany. Natomiast zaskoczony jestem wtedy, gdy ktoś przyjmuje mnie jakbyśmy regularnie się widywali, jakbyśmy nie widzieliśmy się tylko przez chwilę. Nie chodzi o jakąś wylewność, ale o ludzkie spotkanie, uśmiech, serdeczność oraz delikatność. Bo wiadomo, że człowiek jest dzisiaj bardzo zmęczony. Widzę często po ludziach w kościele jak bardzo zmęczeni przychodzą. Są na tyle utrudzeni, że potrzebują miłosiernego spojrzenia Chrystusa, który patrzy na nich i mówi:  Żal mi się ich zrobiło, bo naprawdę są bardzo głodni i spragnieni. Trzeba dać im jeść, trzeba dać im nadzieję. I gdy kapłan daje nadzieję, mówi: Wiem o waszym trudzie, ale jest nadzieja. Bardzo potrzeba dzisiaj kapłanów nadziei. Tych, którzy mówią: Nic nie szkodzi, dobrze, że jesteście. Dobrze, że jest was chociaż tylu. Przyjdźcie tutaj za tydzień. To bardzo otwiera. Dzisiaj człowiek bardzo żyje w świecie interesu: Co mi możesz dać?  Ja wiem, że kapłani też są bardzo zmęczeni i są bardzo zapracowani oraz mają dużo obowiązków. Nie ma nic piękniejszego niż spotkać takie otwarte oczy, kapłana, który jest blisko Boga. To jest jak powiew i zapach.

Z jakimi problemami spotykają się najczęściej kobiety, a z jakimi mężczyźni w relacjach z księżmi?

Czasami wyczuwam znacznie bardziej naturalną postawę i zachowanie kapłana w relacjach z mężczyznami. Niewielu jest kapłanów, którzy w sposób bezpośredni i zwyczajny rozmawiają z kobietami. Ksiądz Jerzy Popiełuszko nie bał się kobiet. Niektórzy ludzie spoza środowiska księżowskiego są spięci wobec kobiet,  inni są niesamowicie otwarci, co się nie przekuwa, oczywiście, na jakiś rodzaj podrywania czy flirtowania. U ks. Jerzego to było naturalne, był zawsze otoczony wianuszkiem kobiet. Pan Jezus też spotykał się z wieloma kobietami. Słyszymy czasami z lewa oraz z prawa o kapłanach, którzy mają dzieci. Nie chcę mówić o tego typu postawach, chcę raczej mówić o kapłanach, którzy zachowują się naturalnie. Nie budzi to mojego niepokoju oraz obaw. Dostrzegam raczej świadectwo wielkiej równowagi.

Ważne, by być przejrzystym człowiekiem. Chodzi o oczy, o czystą postawę. Kobiety to intuicyjne wyczuwają. Wiedzą, że to jest bezpieczny facet, że on niczego nie będzie od nich chciał, że inaczej na nie patrzy. Czują się przy nim jak kobiety. Mają poczucie, że są wyjątkowe, wyróżnione oraz podniesione tym, że okazano im szacunek. To jest niesamowicie ważne i potrzebne. I to jest fantastyczne, jeżeli kapłan tak traktuje kobietę. Znam kapłanów, którzy, gdy  widzieli kobietę, to odwracali się na pięcie i uciekali. Nie chcieli kontaktu. Jeżeli już rozmawiali, to bardzo obcesowo i sztywno. Z mężczyznami inaczej, ale z kobietami jakby nie wiedzieli, jak się zachować. Bardzo potrzebne jest w tym zakresie świadectwo normalności.

Adam Woronowicz, aktor. Ukończył Wydział Aktorski Akademii Teatralnej w Warszawie. Występował w Teatrze Rozmaitości i w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Zagrał rolę ks. Jerzego Popiełuszki w filmie „Popiełuszko. Wolność jest w nas” w reżyserii Rafała Wieczyńskiego.

  1. Yassine napisał(a):

    przez Twoje trzy posty i wywnioskowałem z nich, że uabwliiesz czepiać się ludzi. Pierwszy raz spotykam się z takim człowiekiem. Może tylko na zle posty trafiłem?Albo niedoczytałeś uważnie wpisu i wyciągasz złe wnioski Zgadzam się, że wiele moich komentarzy jest złośliwych, ale jednocześnie są one (w miarę) konstruktywne.Nie znam całego artykułu Marty Strzeleckiej, ale z tych strzępkf3w zauważyłem, że ciekawie i mądrze piszę No i sam się przyznałeś, że nie przeczytałeś zbyt uważnie wpisu jest tam link do artykułu, zaś artykuł wciąż jest dostępny online Może są to informacje, ktf3re Ty znasz od dawna, ale nie każdy jest takim ekspertem.A to kolejny dowf3d na niezbyt uważną lekturę. Na samym początku jest zastrzeżenie, że ten tekst to generalnie niezłe wprowadzenie dla kogoś, kto o blogach nie ma pojęcia. Zaś cała reszta to wskazywanie słabych (moim zdaniem) miejsc artykułu i błędf3w warsztatowych autorki/korekty/webmastera (bo nie wiem, kto za brak linkf3w w wersji online odpowiada).@ TebeAno ciut zbyt kategoryczna była, stąd i mf3j komentarz. A dyskusja u Ciebie ciekawa, a i z ogf3lną receptą się zgadzam. Ba, żałuję że tak rzadko jest w pełni wprowadzany w życie fragment weź dziedzinę, o ktf3rej coś wiesz

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.