Przegląd Powszechny

A A A

Klasyczna estetyka filozoficzna

komentarze

Mirosław Żelazny
Estetyka filozoficzna
Wydawnictwo Naukowe UMK,
Toruń 2009, ss. 324.

Autor sytuuje swą refleksję w obrębie paradygmatu, chyba współcześnie nieco zaniedbanego, zwłaszcza jeżeli wsłuchać się w rozmaite głosy wieszczące koniec autonomicznej refleksji estetycznej. Źródłowe myślenie estetyki wyrasta tu bowiem z inspiracji pracami filozofów nowożytnych i współczesnych, takich jak: Kant, Hegel, Shaftesbury, Schiller, Goethe, Bergson, Heidegger, a także innych myślicieli, swego czasu autorów głośnych rozpraw z zakresu estetyki filozoficznej, dziś prawie zupełnie zapomnianych, rzadko uwzględnianych nawet w programach uniwersyteckich studiów filozoficznych: Alexander Baumgarten, Georg Friedrich Meier, Jean-Baptiste du Bos, Yves Marie Andre, Francis Hutcheson, Baltasar Gracian y Morales, Charles Batteux.

W powszechnym odczuciu laika, jak i dla dominujących współcześnie trendów filozoficznych, właściwy jest, jak się wydaje, tok rozumowania, który sprowadzić można do następujących haseł: estetyki dziś uprawiać się nie da, bo naczelne wartości estetyczne, takie jak np. piękno i brzydota są relatywne kulturowo; nie można sensownie mówić o racjonalności estetyki, bo jej twierdzenia są jedynie emanacją określonej mody, uzusu społecznego czy innych jeszcze relatywizujących czynników, takich jak np. konwencjonalny charakter kanonów piękna, socjologicznie pojmowane kategorie krytyka, odbiorcy i twórcy dzieła sztuki, historycznie i cywilizacyjnie zmienne wzorce estetyczne. Autor świadomy jest owego teoriopoznawczego, światopoglądowego i metodologicznego zamieszania, wstęp do swej pracy poświęcając właśnie rozmaitym stereotypom, które wokół estetyki się nagromadziły, ilustrując je także wyrazistymi przykładami z życia codziennego. Chodzi o wypowiadane przez wszystkich chyba ludzi sądy w rodzaju: „Mona Lisa” to wstrętna tłusta baba, wcale nie piękna, to tylko ci głupi krytycy umówili się, żeby ja uznać za piękną; Gdy byłem w Galerii Drezdeńskiej, wcale nie podobała mi się „Madonna Sykstyńska”, o „Pijany Bachus” to jest coś; Nie ma żadnego piękna, bo nikomu nie da się udowodnić, że coś jest piękne, każdemu podoba się co innego; Jazz to wrzaskliwa kakofonia prymitywnych Murzynów, prawdziwa muzyka to na przykład mazurki Chopina (s. 7-8). Podobne przykłady można by mnożyć. Żelazny sytuuje je w obrębie świadomości, jaką zwykła przejawiać (to jego roboczy termin) „chłopska estetyka”, a więc taka, która, w rozumieniu pejoratywnym, oznacza potoczny i naiwny styl myślenia kogoś nieprzygotowanego do fachowej dyskusji np. o wartości danego dzieła sztuki czy potencjału estetycznego danego zjawiska naturalnego. Omawiana praca świadomie omija rozmaite dyskusje toczone współcześnie, dotyczące rozmaitych modnych kwestii, jak np. płeć dzieła sztuki. Jest wykładem estetyki czystej. Żelazny pyta o ostateczne fundamenty zjawisk kwalifikowanych jako estetyczne, drąży pytania z zakresu doświadczenia estetycznego i źródłowego sensu pojęcia „estetyka”; chce zrozumieć estetyczność w perspektywie jej praźródeł, zwłaszcza w paradygmacie myślenia teoriopoznawczego o Kantowskim rodowodzie; pyta o ostateczny grunt tego, co estetyczne. Okazuje się bowiem, że drogi myślowe klasyków europejskiej estetyki, stawiane przez nich pytania i proponowane odpowiedzi nie tylko pozostają aktualne i dziś – one nieusuwalnie tkwią u podstaw spożytkowywanej przecież rozmaicie na sposób praktyczny wiedzy z zakresu estetyki.

Wartość poznawcza omawianej książki tkwi właśnie w uświadomieniu sobie, że estetyka filozoficzna stanowi trwały fundament wszystkiego, co – ujmując to w pewnym hasłowym skrócie – można usłyszeć, obejrzeć czy wyczytać we współczesnej kulturze. I pewnie dlatego autor dzieli się z czytelnikiem następującą myślą: Chcielibyśmy Cię przekonać, że głębokie prawdy z zakresu estetyki zawierają się nie tylko w pracach klasyków. Prawdy te można odnaleźć w dziełach, z którymi stykasz się na co dzień: w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” i nowelach Stefana Żeromskiego, w kiczowatym filmie „Titanic”, w utworach Chopina i muzyce disco polo, nawet w „Mazurku Dąbrowskiego”. Dlatego właśnie są w naszym życiu tak ważne (s. 16).

Najlepiej zamysł pisarski autora, a zarazem węzłowe problemy zaprezentowane w książce, odzwierciedla poniższy cytat konkretyzujący przyjęte tu rozumienie terminu „estetyka filozoficzna”: Estetyka jako wiedza o takich wartościach jak piękno, brzydota, wzniosłość, komizm, tragizm, nie jest więc nauką, lecz filozofią. W tym sensie moja książka dotyczy estetyki filozoficznej, dyscypliny, która zajmuje się pytaniem jeszcze niepodejmowanym w „estetyce chłopskiej”, a już niepodejmowanym w estetyce praktycznej: jak są możliwe sądy estetyczne, czyli na jakiej zasadzie twierdzenia takie, jak „to jest piękne”, mogą w ogóle podlegać dyskusji w kwestii swej prawdziwości? (s. 9). Z estetyką praktyczną spotykamy się na każdym kroku naszego codziennego, zwykłego życia: wtedy, gdy w markecie budowlanym wybieramy kafelki do łazienki i chcemy, by ich kolor i kształt pasował do reszty kompletowanej armatury i pomieszczenia; wtedy, gdy kupujemy jakieś części garderoby i zastanawiamy się, czy w tej koszuli albo sukience będę „dobrze wyglądać”; gdy specjaliści od aranżacji wnętrz, od urody i wizerunku, wykonują swą codzienną pracę. Pouczający jest pod tym względem zwłaszcza rozdział „Grając samego siebie” (s. 175-193), ilustrujący w serii przykładów zaczerpniętych z historii i polityki estetyczne podłoże rozmaitych manipulacji.

Wyróżnić warto zwłaszcza dwa rozpoczynające tom, najbardziej erudycyjne i prowadzone systematycznie studia poświęcone źródłowemu znaczeniu słowa „estetyka” oraz zmysłowi smaku i problemowi prawdziwości sądów estetycznych. Większość nieporozumień dotyczących np. obiektywności, prawdziwości i intersubiektywnej sprawdzalności sądów wydawanych przez estetykę bierze się właśnie z niezrozumienia ich statusu epistemologicznego. Całość ludzkiej wiedzy o świecie, nawiązując do przemyśleń Demokryta, Platona, św. Augustyna i Leibniza, a także Baumgartena, można by podzielić na poznanie jasne i ciemne (s. 23-28). Pierwsze z nich, utożsamiane od czasów Galileusza z matematycznym przyrodoznawstwem, musi odnosić się z mocą prawideł deterministycznych do jakości dających się wyczerpująco opisać na drodze pomiaru matematycznego; jest domeną logiki, daje się opisać teoretycznie i naukowo, gdyż uchwytuje związki koniecznościowe między zjawiskami.

Poznanie „ciemne” odpowiada za bezpośrednie doznania zmysłowe, nie dające nigdy do końca rozłożyć się na czynniki mierzalne: Gdyby poznanie teoretyczne było tak doskonałe, że mogłoby przy użyciu racji determinujących wyjaśnić konieczność pewnych cech zwanych (…) „wartościami estetycznymi”, gdyby pojawił się jakiś „Newton estetyki”, zdolny tak ściśle określić uwarunkowania na przykład zjawiska piękna, jak Newton-fizyk określił warunki zaistnienia, np. zjawiska ciężkości, estetyka wraz z wszelkimi swoimi problemami zostałaby wchłonięta przez poznanie logiczne (s. 22). To jednak jest niemożliwe. Nigdy na drodze najbardziej nawet precyzyjnego pomiaru tworzących dane zjawisko elementów postrzegalnych zmysłowo nie będziemy w stanie na wzór deterministycznych prawideł rządzących jasnym poznaniem matematycznym rozstrzygnąć np. logicznego statusu zdania: Gdy mówiła, jej oczy stawały się coraz piękniejsze (s. 59), gdyż nie potrafimy wyczerpująco wyjaśnić, co to znaczy że są piękniejsze, gdyż cechy piękna nie umiemy w sensie ilościowym do końca rozłożyć na jakieś cechy składowe (s. 27). Intuitywna władza sądzenia rozpoznaje więc fenomen piękna dynamicznego, jakim jest bogactwo i głębia czyjegoś spojrzenia, fenomen napawający człowieka specyficzną, bezinteresowną rozkoszą estetyczną, nie jesteśmy jednak w stanie podać zdeterminowanych koniecznościowo i mierzalnych matematycznie danych, na bazie których artysta tworzący swe dzieło z całą pewnością mógłby zaprojektować obiekt piękny lub wzniosły. Estetyka w rozumieniu Żelaznego nie jest jednak zbiorem tajemniczych odczuć i niekomunikowalnych intuicji. Da się o niej fachowo dyskutować, przede wszystkim dlatego, że odwołuje się do właściwych wszystkim ludziom apriorycznych form poznania (s. 74-81) oraz transcendentalnej idei piękna, której ślady odczytujemy, gdy matematyczna proporcja i harmonia danego zjawiska (np. ludzkiej twarzy rozumianej jako geometryczna bryła zachowująca proporcje swej budowy, s. 48-49), syntetyzuje się w ludzkim umyśle za pomocą refleksyjnej władzy sądzenia w dający estetyczną rozkosz obiekt piękna. Spojrzenie na rzeczywistość „okiem” estetyka zakłada więc fragmentaryczną mierzalność składników tworzących obiekty estetycznie walentne. Autor w esejach „Wartości artystyczne i wartości estetyczne” oraz „Dwie podstawy fenomenu piękna” (s. 89-109) rozwija operatywną empirycznie alegorię „ciała” obiektu pięknego i jego „układu kostnego”: „ciało” pięknego fenomenu nie daje się opisać jako wartość obiektywna w galileuszowskim rozumieniu tego pojęcia (s. 60). Sprawiające estetyczną rozkosz: melodyjność muzyki, duch literatury (np. lekkość i finezja poezji) czy piękno kolorów i ich wzajemna harmonia w sztukach plastycznych stanowią przedmiot poznania „ciemnego”, intuicyjnego, są kwestią niezwykle trudną do zobiektywizowania. „Układ kostny” zaś byłby tym wszystkim, co daje się zobiektywizować na drodze matematycznej analizy stosunków ilościowych, takich jak harmonia, proporcja, symetria. Wartości artystyczne stanowiące ów układ oznaczają wiedzę warsztatową, o której specjaliści (np. malarze, dyrygenci, aktorzy czy pisarze) mogą dyskutować, odwołując się np. do czystych form geometrycznych czy proporcji liczbowych.

Praca jest obficie ilustrowana przykładami analiz klasycznych i popularnych dzieł sztuki, wzbogacona wyjątkami z literatury polskiej i światowej, często sięgająca po wiadomości historyczne. Autor nie stroni także od anegdoty, humoreski; chętnie posługuje się błyskotliwym skrótem myślowym, przywołuje prywatne przemyślenia i doświadczenia. Tym samym poszerza potencjalny krąg odbiorców, jest to bowiem także praca popularyzatorska – w najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa. Okazuje się bowiem, że do zobrazowania pewnych prawideł estetyki, zwłaszcza przy omawianiu takich kategorii jak wdzięk, przystojność czy brzydota, użyteczne mogą być zarówno przebieg bitwy pod Austerlitz, malarstwo niderlandzkie, jak i historia Grety Garbo, fenomen dresiarzy czy architektonika współczesnych blokowisk. 

Autor sytuuje swą refleksję w obrębie paradygmatu, chyba współcześnie nieco zaniedbanego, zwłaszcza jeżeli wsłuchać się w rozmaite głosy wieszczące koniec autonomicznej refleksji estetycznej. Źródłowe myślenie estetyki wyrasta tu bowiem z inspiracji pracami filozofów nowożytnych i współczesnych, takich jak: Kant, Hegel, Shaftesbury, Schiller, Goethe, Bergson, Heidegger, a także innych myślicieli, swego czasu autorów głośnych rozpraw z zakresu estetyki filozoficznej, dziś prawie zupełnie zapomnianych, rzadko uwzględnianych nawet w programach uniwersyteckich studiów filozoficznych: Alexander Baumgarten, Georg Friedrich Meier, Jean-Baptiste du Bos, Yves Marie Andre, Francis Hutcheson, Baltasar Gracian y Morales, Charles Batteux.

W powszechnym odczuciu laika, jak i dla dominujących współcześnie trendów filozoficznych, właściwy jest, jak się wydaje, tok rozumowania, który sprowadzić można do następujących haseł: estetyki dziś uprawiać się nie da, bo naczelne wartości estetyczne, takie jak np. piękno i brzydota są relatywne kulturowo; nie można sensownie mówić o racjonalności estetyki, bo jej twierdzenia są jedynie emanacją określonej mody, uzusu społecznego czy innych jeszcze relatywizujących czynników, takich jak np. konwencjonalny charakter kanonów piękna, socjologicznie pojmowane kategorie krytyka, odbiorcy i twórcy dzieła sztuki, historycznie i cywilizacyjnie zmienne wzorce estetyczne. Autor świadomy jest owego teoriopoznawczego, światopoglądowego i metodologicznego zamieszania, wstęp do swej pracy poświęcając właśnie rozmaitym stereotypom, które wokół estetyki się nagromadziły, ilustrując je także wyrazistymi przykładami z życia codziennego. Chodzi o wypowiadane przez wszystkich chyba ludzi sądy w rodzaju: „Mona Lisa” to wstrętna tłusta baba, wcale nie piękna, to tylko ci głupi krytycy umówili się, żeby ja uznać za piękną; Gdy byłem w Galerii Drezdeńskiej, wcale nie podobała mi się „Madonna Sykstyńska”, o „Pijany Bachus” to jest coś; Nie ma żadnego piękna, bo nikomu nie da się udowodnić, że coś jest piękne, każdemu podoba się co innego; Jazz to wrzaskliwa kakofonia prymitywnych Murzynów, prawdziwa muzyka to na przykład mazurki Chopina (s. 7-8). Podobne przykłady można by mnożyć. Żelazny sytuuje je w obrębie świadomości, jaką zwykła przejawiać (to jego roboczy termin) „chłopska estetyka”, a więc taka, która, w rozumieniu pejoratywnym, oznacza potoczny i naiwny styl myślenia kogoś nieprzygotowanego do fachowej dyskusji np. o wartości danego dzieła sztuki czy potencjału estetycznego danego zjawiska naturalnego. Omawiana praca świadomie omija rozmaite dyskusje toczone współcześnie, dotyczące rozmaitych modnych kwestii, jak np. płeć dzieła sztuki. Jest wykładem estetyki czystej. Żelazny pyta o ostateczne fundamenty zjawisk kwalifikowanych jako estetyczne, drąży pytania z zakresu doświadczenia estetycznego i źródłowego sensu pojęcia „estetyka”; chce zrozumieć estetyczność w perspektywie jej praźródeł, zwłaszcza w paradygmacie myślenia teoriopoznawczego o Kantowskim rodowodzie; pyta o ostateczny grunt tego, co estetyczne. Okazuje się bowiem, że drogi myślowe klasyków europejskiej estetyki, stawiane przez nich pytania i proponowane odpowiedzi nie tylko pozostają aktualne i dziś – one nieusuwalnie tkwią u podstaw spożytkowywanej przecież rozmaicie na sposób praktyczny wiedzy z zakresu estetyki.

Wartość poznawcza omawianej książki tkwi właśnie w uświadomieniu sobie, że estetyka filozoficzna stanowi trwały fundament wszystkiego, co – ujmując to w pewnym hasłowym skrócie – można usłyszeć, obejrzeć czy wyczytać we współczesnej kulturze. I pewnie dlatego autor dzieli się z czytelnikiem następującą myślą: Chcielibyśmy Cię przekonać, że głębokie prawdy z zakresu estetyki zawierają się nie tylko w pracach klasyków. Prawdy te można odnaleźć w dziełach, z którymi stykasz się na co dzień: w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” i nowelach Stefana Żeromskiego, w kiczowatym filmie „Titanic”, w utworach Chopina i muzyce disco polo, nawet w „Mazurku Dąbrowskiego”. Dlatego właśnie są w naszym życiu tak ważne (s. 16).

Najlepiej zamysł pisarski autora, a zarazem węzłowe problemy zaprezentowane w książce, odzwierciedla poniższy cytat konkretyzujący przyjęte tu rozumienie terminu „estetyka filozoficzna”: Estetyka jako wiedza o takich wartościach jak piękno, brzydota, wzniosłość, komizm, tragizm, nie jest więc nauką, lecz filozofią. W tym sensie moja książka dotyczy estetyki filozoficznej, dyscypliny, która zajmuje się pytaniem JESZCZE niepodejmowanym w „estetyce chłopskiej”, A JUŻ niepodejmowanym w estetyce praktycznej: jak są możliwe sądy estetyczne, czyli na jakiej zasadzie twierdzenia takie, jak „to jest piękne”, mogą w ogóle podlegać dyskusji w kwestii swej prawdziwości? (s. 9). Z estetyką praktyczną spotykamy się na każdym kroku naszego codziennego, zwykłego życia: wtedy, gdy w markecie budowlanym wybieramy kafelki do łazienki i chcemy, by ich kolor i kształt pasował do reszty kompletowanej armatury i pomieszczenia; wtedy, gdy kupujemy jakieś części garderoby i zastanawiamy się, czy w tej koszuli albo sukience będę „dobrze wyglądać”; gdy specjaliści od aranżacji wnętrz, od urody i wizerunku, wykonują swą codzienną pracę. Pouczający jest pod tym względem zwłaszcza rozdział „Grając samego siebie” (s. 175-193), ilustrujący w serii przykładów zaczerpniętych z historii i polityki estetyczne podłoże rozmaitych manipulacji.

Wyróżnić warto zwłaszcza dwa rozpoczynające tom, najbardziej erudycyjne i prowadzone systematycznie studia poświęcone źródłowemu znaczeniu słowa „estetyka” oraz zmysłowi smaku i problemowi prawdziwości sądów estetycznych. Większość nieporozumień dotyczących np. obiektywności, prawdziwości i intersubiektywnej sprawdzalności sądów wydawanych przez estetykę bierze się właśnie z niezrozumienia ich statusu epistemologicznego. Całość ludzkiej wiedzy o świecie, nawiązując do przemyśleń Demokryta, Platona, św. Augustyna i Leibniza, a także Baumgartena, można by podzielić na poznanie jasne i ciemne (s. 23-28). Pierwsze z nich, utożsamiane od czasów Galileusza z matematycznym przyrodoznawstwem, musi odnosić się z mocą prawideł deterministycznych do jakości dających się wyczerpująco opisać na drodze pomiaru matematycznego; jest domeną logiki, daje się opisać teoretycznie i naukowo, gdyż uchwytuje związki koniecznościowe między zjawiskami.

Poznanie „ciemne” odpowiada za bezpośrednie doznania zmysłowe, nie dające nigdy do końca rozłożyć się na czynniki mierzalne: Gdyby poznanie teoretyczne było tak doskonałe, że mogłoby przy użyciu racji determinujących wyjaśnić konieczność pewnych cech zwanych (…) „wartościami estetycznymi”, gdyby pojawił się jakiś „Newton estetyki”, zdolny tak ściśle określić uwarunkowania na przykład zjawiska piękna, jak Newton-fizyk określił warunki zaistnienia, np. zjawiska ciężkości, estetyka wraz z wszelkimi swoimi problemami zostałaby wchłonięta przez poznanie logiczne (s. 22). To jednak jest niemożliwe. Nigdy na drodze najbardziej nawet precyzyjnego pomiaru tworzących dane zjawisko elementów postrzegalnych zmysłowo nie będziemy w stanie na wzór deterministycznych prawideł rządzących jasnym poznaniem matematycznym rozstrzygnąć np. logicznego statusu zdania: Gdy mówiła, jej oczy stawały się coraz piękniejsze (s. 59), gdyż nie potrafimy wyczerpująco wyjaśnić, co to znaczy że są piękniejsze, gdyż cechy piękna nie umiemy w sensie ilościowym do końca rozłożyć na jakieś cechy składowe (s. 27). Intuitywna władza sądzenia rozpoznaje więc fenomen piękna dynamicznego, jakim jest bogactwo i głębia czyjegoś spojrzenia, fenomen napawający człowieka specyficzną, bezinteresowną rozkoszą estetyczną, nie jesteśmy jednak w stanie podać zdeterminowanych koniecznościowo i mierzalnych matematycznie danych, na bazie których artysta tworzący swe dzieło z całą pewnością mógłby zaprojektować obiekt piękny lub wzniosły. Estetyka w rozumieniu Żelaznego nie jest jednak zbiorem tajemniczych odczuć i niekomunikowalnych intuicji. Da się o niej fachowo dyskutować, przede wszystkim dlatego, że odwołuje się do właściwych wszystkim ludziom apriorycznych form poznania (s. 74-81) oraz transcendentalnej idei piękna, której ślady odczytujemy, gdy matematyczna proporcja i harmonia danego zjawiska (np. ludzkiej twarzy rozumianej jako geometryczna bryła zachowująca proporcje swej budowy, s. 48-49), syntetyzuje się w ludzkim umyśle za pomocą refleksyjnej władzy sądzenia w dający estetyczną rozkosz obiekt piękna. Spojrzenie na rzeczywistość „okiem” estetyka zakłada więc fragmentaryczną mierzalność składników tworzących obiekty estetycznie walentne. Autor w esejach „Wartości artystyczne i wartości estetyczne” oraz „Dwie podstawy fenomenu piękna” (s. 89-109) rozwija operatywną empirycznie alegorię „ciała” obiektu pięknego i jego „układu kostnego”: „ciało” pięknego fenomenu nie daje się opisać jako wartość obiektywna w galileuszowskim rozumieniu tego pojęcia (s. 60). Sprawiające estetyczną rozkosz: melodyjność muzyki, duch literatury (np. lekkość i finezja poezji) czy piękno kolorów i ich wzajemna harmonia w sztukach plastycznych stanowią przedmiot poznania „ciemnego”, intuicyjnego, są kwestią niezwykle trudną do zobiektywizowania. „Układ kostny” zaś byłby tym wszystkim, co daje się zobiektywizować na drodze matematycznej analizy stosunków ilościowych, takich jak harmonia, proporcja, symetria. Wartości artystyczne stanowiące ów układ oznaczają wiedzę warsztatową, o której specjaliści (np. malarze, dyrygenci, aktorzy czy pisarze) mogą dyskutować, odwołując się np. do czystych form geometrycznych czy proporcji liczbowych.

Praca jest obficie ilustrowana przykładami analiz klasycznych i popularnych dzieł sztuki, wzbogacona wyjątkami z literatury polskiej i światowej, często sięgająca po wiadomości historyczne. Autor nie stroni także od anegdoty, humoreski; chętnie posługuje się błyskotliwym skrótem myślowym, przywołuje prywatne przemyślenia i doświadczenia. Tym samym poszerza potencjalny krąg odbiorców, jest to bowiem także praca popularyzatorska – w najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa. Okazuje się bowiem, że do zobrazowania pewnych prawideł estetyki, zwłaszcza przy omawianiu takich kategorii jak wdzięk, przystojność czy brzydota, użyteczne mogą być zarówno przebieg bitwy pod Austerlitz, malarstwo niderlandzkie, jak i historia Grety Garbo, fenomen dresiarzy czy architektonika współczesnych blokowisk.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.