Przegląd Powszechny

A A A

Kaczmarski polifoniczny

komentarze

Krzysztof Gajda, „To moja droga. Biografia Jacka Kaczmarskiego”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2009, ss. 368.

Pierwsza biografia Jacka Kaczmarskiego – taki podtytuł powinna mieć książka Krzysztofa Gajdy. Pierwsza, bo trudno wątpić, by za parę lat nie ukazało się następne, uzupełnione o kolejne wspomnienia, rozmowy, fragmenty układanki do migoczącego portretu. Nie ostatnia, ponieważ po lekturze „To moja droga”, pojawią się, jestem o tym przekonany, inne jeszcze opowieści o Kaczmarskim.

Napisać współcześnie biografię – to zajęcie niemalże niewykonalne. Iście benedyktyńska praca, która żąda dla siebie wyłączności, a to wydaje się dzisiaj heroizmem. Nadto nieuchronne zbliżanie się do postaci, wczuwanie się w nią, grozi przekroczeniem granicy, za którą zanika dystans. A postaci współczesnej? Toż to kompromisy! A postaci takiej jak Kaczmarski – niewykonalne. Dlatego, to co zrobił Gajda, to wielkość sama w sobie. Przede wszystkim, nie tracąc nic z typowej biografii, bohater jest opowiedziany na wiele sposobów. Mówią liczne zdjęcia, swój głos ma też twórczość Kaczmarskiego, jego przyjaciele, wielbiciele, jego oponenci, wreszcie mówi sam Gajda. Zresztą komentarza odautorskiego jest tu jakby mniej, jakby ustępował on głosom innych. Kaczmarski opowiada o sobie i jest zarazem opowiadany, a głosy te komentują się nawzajem lub są sobie przeciwne. Daje to obraz bardzo dynamiczny, sprzeczny, jak sam bohater.

Przyzwyczailiśmy się – i po trosze chcieliśmy – widzieć tylko jednego Kaczmarskiego, tego ze sceny w biało-czerwonym kostiumie. On sam śpiewał dla wszystkich, a do „Solidarności” miał dystans. Miałem taką ideę – mówił – że można siedzieć okrakiem na barykadzie, ale to jest, kurwa, niewygodne. Pragmatyczny i sceniczny, wygrywał z kameralnością innych bardów, jak np. Kellusa. Początkowo dystansował się do „Solidarności”: oni nie chcieli zwrotek, nie słuchali ich, oni chcieli skandować refren. To stosunek niejednoznaczny, pomieszany z wdzięcznością i kąśliwą ironią. Wdzięcznością, bo to ci ludzie go wynieśli na szczyty popularności. Kąśliwą ironią, bo chcieli tylko Kaczmarskiego symbolu, innego poety nie znali. Sam nazywał siebie małpą „Solidarności”, dusił się w gorsecie narodowego barda. Kiedy przyjechał do Polski w 1990 r., miał trzydzieści trzy lata i był traktowany jako pomnik, nie jak poeta i pisarz, przed którym dopiero wielkie dzieła. Wiele później podjętych decyzji, zarówno artystycznych, jak i osobistych, zmierzało do „obsikania własnego pomnika”. Przyjęcie za przyjęciem, kolejne owacje, uwielbienie tłumów, takie polskie getto, które mimo wszystko nie tak łatwo porzucić.

Jest to wreszcie książka o tym drugim Kaczmarskim – tym nieznanym, tym zza sceny. To najboleśniejsza opowieść o tym, że nie powinien zakładać rodziny, bo rodzina miała zajmować się nim. Że na scenie i w twórczości dojrzały, w normalnym życiu dziecinny. Że potrzebował ludzi, ludzi jako sceny, aby istnieć. Zawsze na wierzchu, nigdy w szeregu. Przy nim każdy był na drugiej linii. Z wyjątkiem jego demonów.

Ta książka była potrzebna. Ukazuje się w piątą rocznicę śmierci poety – w najlepszym czasie, by ocalić Kaczmarskiego przed losem naszej polskiej cepeliady autorytetów. Żeby uciąć niemiłe spekulacje, żeby pewne sprawy wreszcie jasno opisać, żeby dopisać część przemilczanej historii. „To moja droga” zyskuje szacunek niesamowitą ilością zebranych wypowiedzi, przeprowadzonych wywiadów oraz umiejętnego ich zestawienia. Otrzymaliśmy nowocześnie napisaną biografię z towarzyszącym jej rozmachem i urzekającą polifonicznością. Z podziwem i oskarżeniem. Z nieznośną wieloznacznością.

Nie można było tego inaczej napisać. Nie można było tego lepiej napisać.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.