Przegląd Powszechny

A A A

…pędzę do kiosku po gazetę

komentarze

A gdyby rząd nagle zakazał oglądania telewizji i słuchania radia, i zezwolił wyłącznie na czytanie gazet i książek?

Nie lubię science fiction, ani w literaturze ani w filmie, mimo że moimi rodakami są Stanisław Lem i Jerzy Żuławski, a za miedzą Karel Čapek wymyślił robota, który od dawna stał się rzeczywistym narzędziem i terminem zakorzenionym we wszystkich językach świata. Nie lubię też literatury (a także opartych na niej filmów) nazwanej oczywiście po angielsku: fantasy. Kiedy w programie telewizyjnym zobaczę obok jakiegoś tytułu literki: s.f. lub napis: fantasy, na pewno nie będę tego oglądał.

Rozwlekłe, choć na pewno warsztatowo nieraz wręcz doskonałe powieścidła klasyków fantasy, począwszy od J.R.R. Tolkiena czy E.R. Eddisona, aż po panią Rowling, która napisała już prawie kopę książek poświęconych przygodom Harry’ego Pottera, wydają mi się przede wszystkim sztuczne i fałszywe, a nawet tandetne. Są dla mnie jakimiś nowotworami czy pasożytami wyrosłymi na wspaniałych drzewach mitów, legend, baśni i historycznych opowieści, a także na cudownych drzewkach bajek dla dzieci i dorosłych.

Wracając do science fiction (niegdyś nazywanej fantazją naukową), trzeba zauważyć, że jej istotę stanowi przewidywanie przyszłości, które przeważnie okazuje się równie zwodnicze i naiwne jak proroctwa jasnowidzów i astrologów. Wpadła mi kiedyś w ręce wydana pół wieku temu książeczka Lema. Autor „Solaris” ujawnia w niej swoją wizję świata w dość odległej przyszłości, czyli w czasach, w których obecnie żyjemy. Wystarczy powiedzieć, że klasyk gatunku nie przewidział tam najważniejszych wynalazków, które dziś określają nasze codzienne życie. Robot okazuje się wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Nie znaczy to, bym w ogóle nie cenił fantastyki, nie mówiąc o fantazji (Jules Verne, Herman Melville, „Gwiezdne wojny”, „E.T.”, „Odyseja kosmiczna”), ale fantazjowanie dla samego fantazjowania, czy to dotyczące przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości, uważam za puste. Dlatego ogromna część repertuaru dostępnych mi kanałów telewizyjnych pozostaje poza kręgiem moich zainteresowań. Nie oglądam i nie będę o nich pisał. O czym lojalnie zawiadamiam.

O ile jednak, jak już powiedziałem, nie cenię science fiction, o tyle inny rodzaj literatury i oparte na nim filmy doprawdy bardzo lubię. Jest to, znowu po angielsku nazywana, fantazja polityczno-historyczna, czyli political fiction.

Polega ona, jak wiadomo, na wymyślaniu scenariuszy przyszłych wydarzeń lub zjawisk politycznych i społecznych. Przy czym chodzi głównie o zapowiedzi zagrożeń, które autorzy political fiction dostrzegają w otaczającym ich świecie. I, w przeciwieństwie do dzieł pisarzy z kręgu science fiction, scenariusze te, przynajmniej w części, a nawet czasem w całości się spełniają.

W Polsce mamy znakomitą tradycję w tej dziedzinie. Chodzi o Witkacego. Wystarczy wspomnieć „Nienasycenie” z 1930 r. (traktujące, najkrócej mówiąc: o wojnie Wschodu z Zachodem…), czy „Szewców” z 1934 r., ukazujących klęskę socjaldemokracji i walkę komunizmu z faszyzmem.

Jednakże klasyczne dzieła gatunku powstały dopiero po II wojnie światowej, niestety, nie u nas. Najsławniejsze to oczywiście wydany w 1945 r.: „1984” George’a Orwella, z „Wielkim Bratem” i „Ministerstwem Miłości”. Ale są inne, ciekawe i prawie równie sławne, jak choćby „Fahrenheit 451” Raya Bradbury’ego, o totalitarnym państwie, w którym zabroniono czytać i kazano oglądać telewizję… Mniam, mniam… Cóż by to było! „Przegląd” by nie istniał, ale ja za to miałbym pole do popisu. Zamiast pisać, gadałbym – w telewizji o telewizji. Nie. Masło maślane.

Zamiast tego przyszła mi do głowy rzecz zupełnie inna, do której znalazłem inspirację w owej książce Bradbury’ego, a także w tym, że pewnego dnia popsuł mi się telewizor, i naprawili mi go dopiero nazajutrz. Pomyślałem sobie: A jak by to wyglądało, gdyby rząd nagle zakazał oglądania telewizji i słuchania radia, i zezwolił wyłącznie na czytanie gazet i książek? Idea wzięta, jak widać, z political fiction, i podobnie jak u Orwella, Witkacego czy Bradbury’ego, oparta na obserwacji otaczającego mnie świata. Może nawet nie całkiem karkołomna, bo teraz rząd ma, co chwila, tyle zaskakujących pomysłów, więc może…

Pudełko z ekranem, stoi martwe, radio milczy, a ja pędzę do kiosku po gazetę, by się dowiedzieć o najnowszych wydarzeniach. Tak było przez setki lat, i oto znowu wróciłem do „epoki Guttenberga”.

Zamiast kliknąć pilotem, muszę wyłazić na dwór. A przeczytane przy śniadaniu wiadomości nie są tak świeże, jak te z telewizji czy radia. Za telewizję kablową płaciłem ok. 100 zł miesięcznie, a za radio nic, bo premier zachęcił do nieuiszczania abonamentu, i emerytów w ogóle od tego zwolnił (gdyby tak pozwolił nie płacić podatków od głodowych emeryturek, ale co to, to nie). Policzyłem szybko, ile to wszystko będzie mnie teraz kosztowało, bo na maturze zdawałem matematykę, i zamiast kalkulatora mam wciąż w głowie tabliczkę mnożenia. Po pierwsze: by nie dać się wodzić za nos jakiemuś pojedynczemu wydawcy czy naczelnemu redaktorowi, trzeba kupić ze cztery gazety (od Wybiórczej i Rzepy po Trybunę Ludu), to razem ok. 10 zł. Sześć razy dziesięć – sześćdziesiąt. A więc, miesięcznie: 240. A tygodniki? Też ze cztery: „Wprost”, „Newsweek” i ze dwa lewicowe: „Polityka” i „Przegląd” (nie mylić z „Powszechnym”!), każdy kosztuje ok. 5 zł, tygodniowo 20, a miesięcznie 80. W sumie: 320 zł.

I co dostaję za te ciężkie pieniądze? (Nie śmiejcie się ze mnie młodzi, bo wam właśnie załatwiają emeryturki podobne do mojej).

No cóż, jeśli chodzi o dzienniki, nie jest jeszcze tak źle, choć szkodzi tendencyjność, to warsztat bywa dobry, a tematyka różnorodna i nie brak poważniejszych artykułów (tabloidów nie kupię). Natomiast tygodniki, to wielkie rozczarowanie. Niby różnorodne czy różnotendencyjne, ale poszczególne materiały przeważnie jakieś niedopracowane, pozbawione głębszych refleksji (z tym lepiej bywa w dziennikach), jakby nadmiernie skracane, zamiast publicystyki niemal hasła, okrzyki czy zawołania. Prawie wszystko zrobione z nadmiernym pośpiechem i z obawą, że znudzi się czytelnika jakimś zbyt długim i wymagającym skupienia tekstem.

Odniosłem wrażenie, że redaktorzy i dziennikarze z tygodników, zamiast świadomie przeciwstawić się telewizji (której na szczęście już nie ma), ulegli jej wpływowi. Jakby obawiali się, że rozleniwieni przed telewizorami czytelnicy nie zechcą wziąć do pyska niczego, co nie da się gładko połknąć.

Ale będzie lepiej. Bo skoro wolno jedynie czytać, to może nie tylko ja, ale i wszyscy moi rodacy do tego się zabiorą? Może statystycznie przeczytają w ciągu roku nie jedną, a dwie książki? Gdy nie ma telewizji, zaczną częściej chodzić do kina, a czasem do teatru. Może zamiast oglądać, przeczytają nawet jakiś dramat, do czego zmuszani byli w szkole?

Warto zapłacić te 200 zł, niech naród wróci do czytania, a ja nie będę pisał o telewizji, tylko jak przez poprzednie pięćdziesiąt lat, o teatrze?

Hej, łza się w oku kręci, ale to wszystko nieprawda. Bo żaden ze mnie Orwell czy choćby Bradbury. Pisząc moją political fiction, zapomniałem o internecie. A internetu żaden, nawet najbardziej totalitarny rząd nie wyłączy, bo posypałyby się wszystkie połączenia handlowe i finansowe. W Chinach kilkadziesiąt tysięcy tamtejszych ubeków na okrągło surfuje po sieci wychwytując niebłagonadiożne treści, i nie udało się im go w pełni ocenzurować. Więc bez telewizji nadal przeglądałbym sobie prasę w internecie, a statystyczni rodacy zamieniliby ekran telewizora na monitor komputera.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.