Przegląd Powszechny

A A A

Zgrzyty, piski i co dalej?

komentarze

52. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”

Warszawa 18-26 września 2009.

Wielkie dzieła, wielcy kompozytorzy, wielcy wykonawcy, ale również nowe dzieła, nieznani kompozytorzy, młodzi wykonawcy. Taka była idea festiwalu, gdy powstawał: prezentować polskiej publiczności najwybitniejsze kompozycje XX-wiecznej Europy i Ameryki, a jednocześnie stworzyć przestrzeń dla wymiany nowych doświadczeń i pomysłów zarówno dla kompozytorów już uznanych, jak i tych zupełnie młodych.

Dzięki Warszawskiej Jesieni polska muzyka współczesna zyskała sobie uznanie na arenie międzynarodowej i gdyby nie ona nie moglibyśmy się dzisiaj szczycić kompozytorami takiego formatu jak Witold Lutosławski albo Krzysztof Penderecki, Henryk Mikołaj Górecki czy Wojciech Kilar.

Warszawska Jesień zawsze była swego rodzaju maratonem – 9 dni, 3 koncerty dziennie; to dużo, zwłaszcza jak na muzykę, której trzeba słuchać z uwagą. Trzon publiczności festiwalowej tworzyli zawsze kompozytorzy, muzykolodzy, krytycy, studenci akademii muzycznych i uczniowie szkół muzycznych, bo „przeciętny” słuchacz takiej porcji „zgrzytów” i „pisków” raczej by nie wytrzymał. „Zgrzyty” i „piski”. Tak na ogół myśli się o muzyce współczesnej. Jednak czy słusznie? To prawda, że lata 60. i 70. obfitowały w muzykę „bez muzyki”, w eksperymenty, w których liczył się bardziej szokujący pomysł na utwór muzyczny niż jego piękno. Dochodziło nawet do tego, że efekt dźwiękowy nie liczył się w ogóle; zastępowały go obliczenia matematyczne, chwyty socjotechniczne itp. Główny nurt muzyki tamtych lat, która zyskała sobie miano awangardowej, płynął szeroką falą najprzeróżniejszych eksperymentów z dźwiękiem jako takim. Poprzednie epoki, jako naczelną zasadę muzyczną przyjmowały powołanie do istnienia kompozycji, awangardy XX w. zaproponowały odwrócenie tego porządku: teraz kompozycja była efektem pracy kompozytora nad poszczególnymi dźwiękami i ich strukturami. To właśnie sprawiło, że muzyka, która powstawała, nie była łatwa w percepcji.

Tegoroczny Festiwal Warszawska Jesień upłynął pod hasłem muzyki elektronicznej. Niemal każdy z ponad 20 koncertów miał w sobie coś elektronicznego. Tegoroczna oferta festiwalowa była bogata i urozmaicona – od utworów kameralnych i symfonicznych z zastosowaniem efektów elektronicznych, przez utwory na instrumenty elektroniczne oraz improwizacje i kompozycje elektroniczne sensu stricto (czyli takie, w których materia dźwiękowa jest wytwarzana za pomocą urządzeń elektronicznych) aż po opery i przedstawienia multimedialne. Również i plejada nazwisk była w tym roku bardzo zróżnicowana. Na festiwalu pojawiły się legendy muzyki współczesnej: 82-letni już dzisiaj Pierre Henry – współtwórca pierwszego studia elektronicznego w Paryżu w latach 50., oraz Per Nǿrgard, uznawany za najwybitniejszego kompozytora duńskiego ostatnich wieków. A także brzmiała muzyka nieżyjących już wybitnych twórców awangardy: Edgara Varese, Karlheinza Stockhausena i Iannisa Xenakisa. Jak zawsze bogato reprezentowane było średnie pokolenie kompozytorów, zarówno z Polski, jak i z zagranicy, przeważnie z utworami skomponowanymi na zamówienie tegorocznego festiwalu, było też kilku kompozytorów, którzy w swoim dorobku mają zaledwie kilka kompozycji.

Nie sposób opisać wszystkich koncertów Warszawskiej Jesieni. Wszystkie były ciekawe, choć oczywiście nie zawsze równej wartości. Do rangi wydarzeń festiwalowych zaliczyć można z całą pewnością koncert monograficzny Pierre’a Henry’ego, który zaprezentował w Studiu Koncertowym Polskiego Radia trzy utwory, skomponowane po 2000 r., a jeden napisany na zamówienie Festiwalu. Takiej muzyki, choć nie jest łatwa w odbiorze, słucha się z przyjemnością, która nie pozostawia wątpliwości, że ma się do czynienia z kompozytorską klasą. Mniej więcej w połowie festiwalu usłyszeliśmy „Multimedialne coś” – spektakl teatralny 80-letniego Bogusława Schaeffera, kompozytora, który zapisał się na scenie muzyki współczesnej jako ten, który lubi wciąż prowokować. Tym razem w swoim spektaklu, którego sam był jednym z bohaterów, rozprawił się w typowy dla siebie sposób ze współczesną kulturą. Ostatni dzień festiwalowy został pomyślany natomiast jako maraton elektroniczny w trzech częściach. Od godziny 12.00 do 22.00 w Hali Studia Tęcza na Żoliborzu rozbrzmiewała muzyka elektroniczna w przekroju od kompozycji z lat 60. po najbardziej współczesne, a przy okazji można było przez cały ten czas oglądać filmy o najciekawszych jej twórcach.

Jednak wśród wielu interesujących produkcji tegorocznego festiwalu, osobnym wydarzeniem było – sądząc z wypełnionej do ostatniego miejsca sali koncertowej Filharmonii Narodowej – wykonanie „Pasji wg św. Marka” Pawła Mykietyna. Mykietyn należy do twórców jeszcze stosunkowo młodych (ma 38 lat), ale od dawna już plasujących się w czołówce współczesnych kompozytorów polskich. Mało jest w muzyce współczesnej kompozycji, które zasługują na miano dzieła. Ta „Pasja”, moim zdaniem, do nich należy, bynajmniej nie ze względu na długość (utwór trwa półtorej godziny), lecz na swoją zawartość treściową. To kompozycja przejmująca, głęboko przemyślana zarówno w doborze tekstów biblijnych, jak i samej muzyki, pełna odniesień symbolicznych, polemizująca z tradycją muzyczną tego gatunku. Męka Chrystusa przeniesiona w czasy współczesne. To zadziwiające, że, słuchając pasji barokowych czy nawet XX-wiecznych, nigdy nie myślałam o tym, że już sam fakt nadania tekstom biblijnym oprawy muzycznej danej epoki, jest właśnie takim przeniesieniem. Tu chodzi o coś więcej. Muzyka Mykietyna to nie tylko ilustracja tekstu. Ona mówi nie tylko o męce Chrystusa lecz niejako również o sobie samej, mówi o męce… muzyki współczesnej. Słuchając tej kompozycji, miałam nieodparte wrażenie, że niejako równolegle do umierania Chrystusa mamy do czynienia z umieraniem muzyki. Oto ta muzyka, która – parafazując Ewangelistę – przeszła przez wieki, dobrze czyniąc, czyli ciesząc ucho słuchacza, zapewniając mu chwile odpoczynku lub głębszych przeżyć wewnętrznych, dzisiaj wydaje się okrutnie zmaltretowana, poraniona, rozbita i potłuczona, pozbawiona swojego dawnego piękna.

Dlaczego muzyka dzisiejsza nie daje się słuchać tak łatwo, jak muzyka Bacha czy Mozarta? Ponieważ jest pozbawiona melodyjności, harmonijności i płynności tamtej. Ale dlaczego? Ktoś kiedyś powiedział, że po doświadczeniach Holocaustu sztuka nie może być już taka jak dawniej. To prawda. Sztuka zawsze w jakiś sposób oddaje ducha epoki, jej zmagania, światopogląd, problemy. Tylko dlaczego idiom muzyczny naszej epoki musi kształtować jej najciemniejsza strona? Przecież i w poprzednich wiekach też miały miejsce wielkie tragedie ludzkości, a mimo to muzyka nie była aż tak bardzo „nieludzka”; przeciwnie, wydawała się spełniać rolę pocieszyciela, emanując pozytywnymi treściami ludzkiego ducha. Dzisiejsza muzyka oddziałuje bardziej (a chwilami nawet wyłącznie) na umysły niż na zmysły, można o niej powiedzieć, że jest interesująca, ale bardzo rzadko zdarza się, że jest naprawdę piękna, a to nie wszystkim odpowiada. Wydaje się więc, że ukłony kompozytorów współczesnych w stronę słuchacza powinny się jednak nasilić, bo może się okazać, że niedługo nikt już niczego nie będzie słuchał, poza coraz bardziej marnymi produkcjami tzw. muzyki popularnej, i w ten sposób wizja śmierci muzyki, którą dostrzegłam w „Pasji” Mykietyna, stanie się rzeczywistością.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.