Przegląd Powszechny

A A A

Trans-Odra

komentarze

Krzysztof Niewrzęda

Poszukiwanie całości

Seria „Kwadrat”

Wydawnictwo Forma. Stowarzyszenie OFFicyna,

Szczecin-Bezrzecze 2009, ss. 150.

Krzysztof Niewrzęda, poeta i prozaik mieszkający w Bremie, choć często goszczący w Szczecinie, autor jednej z najlepszych książek wydanych w serii prozy przez szczecińską Formę, a, niestety, dość zlekceważonych przez polską krytykę i opinię medialną, (np. „Wariantu do sprawdzenia”, 2007), postanowił powtórzyć swą debiutancką, opublikowaną w niewielkim nakładzie w 1999 r. powieść zatytułowaną „Poszukiwanie całości”, lekko ją zmieniając, poprawiając, poszerzając treść niektórych epizodów. Intencją patronującą tej powtórce był nie tylko ograniczony odbiór debiutu, ale i fakt, że, zdaniem autora, krytyka ówczesna – choć przychylna książce – zaliczyła ją do pozycji podsumowujących polskie doświadczenia emigracyjne, z czym Niewrzęda w zamieszczonej na początku nowego wydania przedmowie głęboko się nie zgadza. Mieszkając za granicą, nie poznałem nikogo, kto sam nazwałby się emigrantem. Mimo iż bardzo często spotykam się z rodakami i cudzoziemcami, którzy na zawsze bądź na dłużej opuścili ojczyste kraje (…) Ci zatem, którzy postrzegają Poszukiwanie całości jako résume polskich doświadczeń emigracyjnych, dali się zaciągnąć na manowce… W tym kontekście autor odsądza od czci i wiary tych interpretatorów, którzy poszli najłatwiejszym tropem, czyli niejako dokonali ekstrapolacji jego na ogół znanej w kręgach krytycznych biografii na treść i wymowę powieści, która przecież – jak podkreśla Niewrzęda – unika wszelkiej konkretyzacji topograficznej, onomastycznej i innej, dbając raczej o wyprowadzenie podjętego tematu na poziom uniwersalnej paraboli losu ludzkiego w XX w. Świadomie nie zastosowałem ani jednej nazwy, nazwiska czy imienia, które mogłyby zostać wykorzystane jako pretekst do takiego nadużycia – dowodzi dalej autor i w istocie dokładniejsze rozważenie jego argumentów, a także rozpatrzenie bogatej aparatury, najogólniej mówiąc intertekstualnej, zastosowanej w utworze przemawia na korzyść tej konkluzji.

Jeśli chodzi o tę aparaturę, zwraca uwagę liczba świadomie wprowadzonych w strumień narracji przez autora cytatów, najczęściej pochodzących z dzieł Marka Hłaski, choć i innych cenionych patronów tej prozy, w tym szczecińskiego pisarza, Artura Daniela Liskowackiego – tutaj identyfikowanych dokładnie w szczodrym suplemencie przypisów; tłumacząc obecność przytoczeń w tekście, zawiesza nad tymże suplementem Niewrzęda opinię pragmatyka Richarda Shustermana: To, co rozumiemy i pojmujemy jako prawdę, częstokroć okazuje się błędem, wymaga poprawek, rewizji i zastąpienia odmiennym rozumieniem; atoli, zauważmy, charakter tego „odmiennego rozumienia” w wielu posługujących się cytatem zdaniach powieści niespecjalnie spełnia postulaty filozofa i mogłoby w swojej kolokwialności znakomicie funkcjonować tu bez wspierającej je zaczerpniętej z czyichś utworów „rewizji”. Ponadto w ramach owej intertekstualnej aparatury autor nadaje aluzyjne motta kolejnym podrozdziałom swoich „poszukiwań całości”, jakby apelując „na wejściu” do estetycznej wrażliwości i spodziewanego uniwersalnego obycia czytelnika. W przedmowie ostrzega Gombrowiczem z „Trans-Atlantyku”: Jestem z tych ambitnych strzelców, którzy, jeśli pudłują, to tylko do grubej zwierzyny; w jednym z wprowadzających do gehenny wygnańczej opowiadaniu – opisującym i komentującym życie grupy uchodźców skazanych na wspólne zamieszkiwanie w jednej sali schroniska – cytuje dającą do myślenia sentencję ze „Wspólnego pokoju” Uniłowskiego: Słońce jeszcze nie jest dość silne, by promieniami swoimi grzać mogło, co najwyżej wysusza błoto; w „Przesłuchaniu anioła”, zdającym sprawę z dość przypadkowej śmierci Tłumacza zaczepionego i pobitego w schronisku uchodźców przez Marynarza, podanym w formie przesłuchania świadka tego wypadku, sięga aż po argument z „Anhellego”: Odejdę z tym młodzieńcem, abym mu pokazał wiele rzeczy boleśniejszych, a wy zostaniecie sami. Wiele następnych cytowanych w mottach sentencji wskazuje, moim zdaniem, już bardziej na to, jakie lektury autor niedawno miał w rękach, albo które najbardziej utkwiły mu w pamięci, niż komu i czemu chciał je przypisać. Cały ten cytatologiczno-intertekstualny nawis zdaje się w wielu miejscach stanowić zbyteczny, wręcz uciążliwy naddatek, przydający sztucznej teoretycznej powagi opowieściom, które w zajmujący i oryginalny sposób, uciekając od realistycznej pospolitości podobnych relacji, także literackich, odtwarzają specyfikę, barwy i niuanse życia wygnańców czy uciekinierów z kraju chylącego się ku upadkowi w przededniu europejskiej „Jesieni Ludów”.

Trudno też się zgodzić na zarzut „nadużycia” krytycznego dotyczącego odbioru pierwszej wersji „Poszukiwania całości” w rozumieniu autora. Bowiem mimo powoływania się przezeń na prawdy filozoficznych uwag Baumana czy też poetyckich refleksji Hölderlina o „obcym” i nie bacząc na srogie filipiki autorskie mierzone w zoili we wspomnianym eseju przedmowy, jak na i mądry, choć też wynoszący przedmiot dociekań krytycznych na wysokie diapazony teorii esej posłowia Andrzeja Skrendy, powieść Niewrzędy pozostanie dla nas jednak świadectwem kronik właśnie polskiego uchodźstwa lat 80., czyli tego z okresu po stanie wojennym, i zwierciadłem kondycji duchowej właśnie reprezentantów polskiej nacji. Zbyt dobrze tkwi nam w pamięci i w głowie „glątwa” tamtej końcówki formacji Peerelu z jej społecznymi i psychologicznymi reperkusjami i zbyt wielu z nas poznało losy podobnych polskich wygnańców, by uznać, że powieść Niewrzędy dzieje się w jakimś europejskim Macondo. Ten „obcy” zamieszkujący teren cudzy, „pozbawiony drogowskazów”, we wcieleniach np. Łysego, Dziadka, Marynarza, Anioła, rodziny Syczących nie może dla nas nie uchodzić (wbrew sugestiom autora) za szukającego kiedyś lepszego dla siebie miejsca na świecie „swojaka”. Wszystkie znaki rozpoznawcze, socjologiczne, psychologiczne, obyczajowe wskazują na niego jako na dość typowego przedstawiciela naszego narodu; podobnie jak i cechy charakterologiczne urzędników sprawujących nadzór nad zobrazowanym w książce żywiołem ludzkim schroniska, policjantów odnoszących się z pogardą do przybyszy znad Wisły czy też młodych agresorów, zaopatrujących się w piwo u właściciela sklepiku a potem przystępujących do tępienia imigrantów w bliskiej okolicy (w opowiadaniu „Sklep”), kojarzą się nam w oczywisty sposób nie z terrorystami z Al Kaidy, a z niemieckimi „nimi”. Opisane w tym opowiadaniu spalenie domu uchodźców z licznymi ofiarami było zresztą nagłaśnianym i do dzisiaj pamiętanym w Polsce zajściem wiązanym z ekscesem niemieckich neonazistów.

Generalnie, lekturę powieści Niewrzędy odbierałem kiedyś jako jedno z bardziej wartościowych literackich świadectw losu Polaków wygnanych za Odrę (nie znając tez autora ogłoszonych w eseju jego przedmowy) – choć rzeczywiście można by się spierać o słuszność czy niesłuszność ich kwalifikacji „emigracyjnych”. To rzeczywiście wyczerpane dziś i nieadekwatne do realiów pojęcie – bardziej na rzeczy jest w tym przypadku pewnie mówienie o imigrantach, ale to temat na odrębny esej.

Komentarze do tego wpisu zostały wyłączone, bądź nie posiadasz odpowiednich uprawnień.

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.