Przegląd Powszechny

A A A

Hiob współczesnej literatury

komentarze

Heinrich von Kleist: pisarz, dramaturg, poeta, publicysta. Domagał się prawa do artystycznej
ekspresji, duchowego rozwoju i urzeczywistnienia twórczej indywidualności, podjął skazaną na niepowodzenie walkę z bezlitosnym przeznaczeniem.

Myśl, że my tu na tym padole nic a nic nie wiemy o prawdzie – pisał Heinrich von Kleist – że to, co tu zwiemy prawdą, po śmierci zupełnie inaczej się mieni, a zatem i nasze dążenie do tego, by zdobyć na własność coś, co by nam mogło towarzyszyć aż po sam grób, daremne jest i bezowocne, myśl ta wstrząsnęła całym moim jestestwem. Runął mój jedyny, najwyższy cel, innego nie mam.

To rozpaczliwe wyznanie, podyktowane lekturą „Krytyki czystego rozumu” Kanta, uchyla kurtynę skrywającą tragedię subtelnego autora „Księcia Homburgu”, który, domagając się prawa do artystycznej ekspresji, duchowego rozwoju i urzeczywistnienia twórczej indywidualności, podjął skazaną na niepowodzenie walkę z bezlitosnym przeznaczeniem, społecznym ostracyzmem i epoką skąpaną we krwi napoleońskich batalii. Niewolnicze poddanie się kaprysom tyrańskiego losu – buntował się – jest w najwyższym stopniu niegodne wolnego, myślącego człowieka. Człowiek niezależny myślą nie zatrzymuje się tam, dokąd go rzuca przypadek, a jeśli już tam pozostaje, to z ważnych powodów (…) czuje on, że można się wznieść ponad los, że nawet w pewnym sensie można nim kierować.

Derwisz to życie nazywa podróżą / Do tego krótką! Zapewne! Dwie piędzi / Tutaj na ziemi – dwie piędzi tam w ziemi – ironizuje tytułowy bohater „Księcia Homburgu”, niesubordynowany patriota i zuchwały marzyciel, skonfliktowany z nieugiętym Elektorem, którego XIX-wieczny potomek zakaże wystawiania najosobliwszego wytworu ducha niemieckiego (F. Hebbel). Istotnie wydaje się, iż wszystko sprzysięgło się przeciwko temu niepokornemu potomkowi pruskich junkrów przywiązanemu ślepo do swojej ojczyzny i jej cynicznej dynastii. I świt nowego czasu, w jakim przyszedł na świat, i feudalna sfera, z której się wywodził, dożywająca kresu świetności w chaosie wojny, i arystokratyczna narzeczona – Wilhelmina von Zenge – uzależniona od rodziny i zbyt wątła na to, by podjąć z nim wspólne zmagania, i społeczeństwo, zobojętniałe na okrutną i ciemną wizję tej sztuki odważnie zaglądającej w mroki ludzkich namiętności, i wreszcie on sam – natura złożona, porywcza i niezrównoważona, pełna wewnętrznych urazów, utajonych kompleksów i o chorobliwie wybujałej ambicji. Biedne, łaknące serca! – ubolewał. – Chciałyby dokonać czegoś pięknego i wielkiego, ale nikt ich nie potrzebuje, wszystko dzieje się bez ich współudziału. Od kiedy bowiem wynaleziono porządek, wszystkie inne cnoty stały się niepotrzebne.

Ach cóż to za świat! Jak może istota tak szlachetna, czująca i myśląca, jaką jest człowiek być tu szczęśliwa! – rozmyślał. Dzieło Kleista – nierozerwalny alians drapieżnego realizmu z oniryczną fantasmagorią, porażającej grozy z oświeceniową krytyką praw i rustykalnym, krzepkim humorem; melanż romantycznego buntu z klasycystyczną potrzebą ładu – zostało wprzęgnięte w splot nienawistnych zdarzeń i zatopione w wirze wojennego bezprawia, grzebiącego pod gruzami zbrodni wzniosłą niewinność i prometejską szlachetność. Pod naporem nowych idei, druzgocących dotychczasowe kanony artystyczne i ideowe, łamie się kartezjańska wiara w człowieczy rozum jako siłę sprawczą Wszechświata, atencja ustępuje wobec rycerskiej tradycji, odchodzą w niebyt sentymentalni bohaterowie Lessinga, Wielanda i Rousseau, oddani pięknu i uwielbieniu Natury. Nikt nie zna celu swego bytu i przeznaczenia – wnioskował. – Ludzki rozum nie jest zdolny pojąć siebie, swej duszy, życia oraz wszystkiego, co nas otacza, człowiek od tysiącleci wątpi w istnienie jakiegoś prawa (…) Niechaj mi nikt nie mówi, że istnieje w naszym wnętrzu głos, który nam skrycie i wyraźnie dyktuje, co jest tym prawem.

Wygnaniec z Arkadii poszukujący odprysków rajskiej szczęśliwości w anakreontycznej „idylli” Szwajcarii (Widocznie jestem stworzony do tego, by prowadzić ciche, ukryte w cieniu, niepozorne bytowanie), upatruje panaceum na doznane zło w statusie uczonego, ogarniętego misją doskonalenia człowieka. Czy jesteśmy tutaj po to, by wymierzać odległość od słońca, czy też ogrzewać się w jego promieniach? – zapyta rozczarowany nieprzydatnością tej filozofii. Żąda oddania po wieczność (Pragnę, by mnie przynajmniej od czasu do czasu ktoś zrozumiał, jeśli już nie zachęcił i nie pochwalił, pragnąłbym, by mnie przynajmniej jedna dusza na świecie uznawała, choćby nawet wszyscy inni mnie nie doceniali) i bezwarunkowego uwielbienia dla swojej sztuki. Czy będzie to odpowiadało wymaganiom, jakie publiczność stawia scenie, to jeszcze pytanie, dopiero czas to rozstrzygnie – rozważa asceniczną strukturę „Pentesilei”, skierowanej raczej do czytelnika aniżeli widza w teatrze. – Nie wierzę w to i nawet nie życzyłbym sobie tego, jak długo talenty naszych aktorów naginać się będzie jedynie do odtwarzania postaci w stylu Kotzebuego i IflandaI. Autor „Rozbitego dzbana” znalazł się poza literackimi prądami swoich czasów, wieszcząc nietzscheańską Zaratustrę, egzystencjalne rozterki Sartre’a, ewangelicki moralitet Rilkego. Jako młody człowiek chętnie odwiedzałem jego mogiłę, wtedy było jeszcze tak dziko wokoło – napisze twórca „Elegii Duinejskich” w przededniu rzezi narodów – kraty rdzewiały w zaniedbaniu, sława jednak nie musiała się o nie wspierać, stała tam wolna, niepodległa.

Z „Pentesileą” nie mogę się jeszcze zaprzyjaźnić – przyznawał piewca winckelmannowskiej prostoty, Johann Wolfgang Goethe. – Pochodzi ona z tak dziwnego rodu i obraca się w tak obcych sferach, że potrzeba mi dłuższego czasu, abym mógł się z jednym i drugim oswoić (…) zawsze zasmuca mnie i martwi, gdy widzę ludzi młodych, zdolnych i utalentowanych, czekających na teatr, który dopiero ma nadejść. Autor „Ifigenii na Taurydzie”, wstrząśnięty demoniczną wizją antyku odległą od klasycznej harmonii, jaką usilnie propagował, przerażony mrocznym geniuszem ocierającym się o próg szaleństwa i doprowadzającym do kresu werterowską udrękę, ze zgrozą odrzuca szarpiące zmysły i orgiastyczne uniwersum Kleista. Niemożliwa jest ta jego hipochondria, ona go niszczy doszczętnie i jako człowieka, i jako poetę – pisze, nie tając wzburzenia. Tymczasem twórca „Kasi z Heilbronn” roi marzenia o sławie na miarę Szekspira i nie waha się stanąć w szranki z apollińskimi weimarczykami. Tę tragedię wyrzuciłem wprost z serca – oznajmi, przesyłając Goethemu pierwsze wydanie „Pentesilei”. – W równie małym stopniu pisałem to dla sceny jak mój wcześniejszy dramat „Rozbity dzban”.

Zamknięty w sobie mizantrop, stroniący od ludzi (Nie potrafię współżyć z ludźmi /…/ po prostu mi się nie podobają) i więzi społecznych (Przejmuje mnie wstrętem to społeczeństwo, a jednak nie mogę się uwolnić od jego więzów), a jednocześnie spragniony miłości i serdecznego uznania (W jakiej części świata zerwę kiedyś gałązkę szczęścia i czy w ogóle gdzieś ona dla mnie zakwitnie?); wstrząsany spazmem iluminacji sięga granic ekstazy, deklamując przed starym Wielandem fragmenty „Roberta Guiskarda”, w którym połączyły się duchy Ajschylosa, Sofoklesa i Szekspira, by w niszczycielskim zamroczeniu opaść na dno rozpaczy i cisnąć niedokończony rękopis – owoc wielomiesięcznych trudów, nadziei i uniesień – w ogień… Nie mam innych pragnień jak umrzeć – szlocha – życie bowiem nie ma nic wznioślejszego ponad to, że można je wzniośle odrzucić.

Stan bez żadnego wytyczonego życiowego kierunku, bez wyraźnego określenia go, kiedy bym się musiał ciągle chwiać między niejasnymi życzeniami, zawsze w niezgodzie ze swoimi obowiązkami – igraszka przypadku, kukła poruszana na sznurkach losu – taki niegodny stan wydaje mi się nienawistny, uczyniłby mnie tak nieszczęśliwym, że w końcu śmierć stałaby się dla mnie czymś upragnionym – żali się ukochanej siostrze, Ulryce von Kleist, wspierającej go materialnie i podającej dłoń w nieustannych pieniężnych tarapatach. Autor „Trzęsienia ziemi w Chile” na próżno szamoce się ze swoim losem niknącym w obliczu nieubłaganej Woli Świata: Opadamy jak woda, opadamy bezustannie, aż w końcu znajdujemy się tak nisko, jak inni, los zaś zmusza nas, byśmy stali się tacy sami, jak ci, którymi gardzimy – poddaje się. – Ach, że też trzeba nam całego życia, by nauczyć się jak żyć powinniśmy, i dopiero trzeba śmierci, by przeczuć, czego niebo chce od nas!

Fiaskiem kończy się kariera wojskowa, narzucona mu przez zubożałą familię i znienawidzona do cna (Przywykłem zdążać do własnych celów, całkowicie zaś odwykłem od podążania za obcymi), odrazę budzi tępy dryl, cielesne kary i niewolnicza dyscyplina (Stan wojskowy nosi w sobie coś tak zgoła przeciwstawnego całej mej istocie, że coraz trudniej przychodziło mi współdziałać z jego celami). Zniechęcenie wtóruje pracy naukowej (Wiedza nie czyni nas ani lepszymi, ani szczęśliwszymi), służba urzędnicza krępuje i więzi, urastając do synonimu miałkiego bytowania i rezygnacji ze szczytnych dążeń (Do szczęścia nieodzowne mi są bezustanne postępy w pracy nad mym wykształceniem, niezależność, radości domowego życia. A tego mi nie da żaden urząd /…/ Człowiek, kiedy go rozgrzewa jakiś żywszy płomień, nie mieści się w ramach urzędu). Klęskom nie ma końca. Zawodzi historia nierozpieszczająca fantastów; nadwrażliwą naturę porzuca państwo i jego agendy: Dla sztuki, jak sam widzisz, zapewne nigdy nie było łaskawszych okresów, zawsze mawiano, że chodzi na żebry, teraz jednak idą czasy, które mogą ją zagłodzić z kretesem – stwierdza w liście do Liliensterna. Zajadle szydzi elita, rozjątrzona heroicznym pragnieniem wyrwania się z ciemności (Ja nie chcę więcej serca mego krępować i łamać kołem, niechaj rozpostrze swobodnie skrzydła i pofrunie niespętane ku słońcu, niechaj leci, nawet mimo niebezpieczeństw, jak mucha wokół światła), dogasa uczucie, odchodzą przyjaciele… Siedzę jakby nad przepaścią – konstatuje – ze skamieniałą duszą pochylony nad głębią, w której utonęły wszystkie nadzieje mego życia.

Tego rodzaju zamysły i decyzje jak moje, by nie upaść, wymagają zachęty i podtrzymania bardziej może niż jakiekolwiek inne – wyznaje. Pozostają podróże – romantyczne wędrówki w poszukiwaniu sensu i azylu: Ciągły przymus grania jakiejś roli i wewnętrzna niechęć do tego sprawiają, że każde zbiorowisko ludzkie nieznośnie mnie męczy, a swobodnie czuję się tylko w swym własnym towarzystwie, wtedy bowiem mogę być naprawdę sobą. Puklerzem jawi się literatura – język [który] nie potrafi odmalować tego, co się w duszy dzieje, a to, co odtwarza, to jedynie strzępy, ułomki, podsycana ambicją i pożądaniem sławy, a w zasięgu ręki spoczywa śmierć uwalniająca od udręk i kryzysów: samotna na polu bitwy albo wspólna – na łonie natury, nad berlińskim Wansee, z siostrzaną Henriettą Vogel, egzaltowaną i wątłą. Umieram, bo mi na tej ziemi nie pozostaje nic, czego bym się mógł jeszcze nauczyć i co mógłbym zdobyć – poinformuje życzliwą Marię von Kleist na chwilę przed fatalnym strzałem. – Moja dusza jest tak zraniona, że nawet, rzec niemal mogę, światło dnia sprawia mi ból swoim blaskiem, gdy wychylam głowę z okna.

Żyć, jak długo starczy tchu w piersi, rozkoszować się wszystkim, co kwitnie wokół nas, nie ustawać w czynieniu dobra, bo i to jest rozkoszą, pracować po to, by móc się radować i działać, dawać innym życie, by oni czynili znów to samo i zachowali w ten sposób gatunek – a potem umrzeć. Kto tak czyni i nic ponadto, temu Bóg objawił swą tajemnicę – cierpliwie pouczał Wilhelminę von Zenge w 1801 r. Dziesięć lat później prostolinijny Kleist, naiwne dziecko miotające się na gruzach swych marzeń, wypędzone z „domu Ojca” i nie potrafiące ponownie go odnaleźć, stanie u wrót ostatecznego misterium. Stanie z ufnością i radośnie je przekroczy. Śnią nam się pola niebieskie i słońca, w których blasku będziemy wędrowali z długimi skrzydłami u ramion – opisze przeczuwaną „wyprawę w nieznane” Zofii von Müller. I po raz pierwszy nie będzie samotny: Nieśmiertelności, nareszcie mam ciebie!

Andrzej Osiński, ur. 1968; pasjonat, historyk i krytyk sztuki, współpracownik „Spotkań z Zabytkami”, Polskiego Radia S.A. oraz „Great War Magazine”, eseista i recenzent nagrań muzyki klasycznej („Muzyka 21”), miłośnik literatury, filozofii i Beskidu Niskiego. Mieszka w Krośnie.

  1. wynajem mieszkania napisał(a):

    coraz bardziej mi sie podoba ten blog! pozdrawiam 🙂

Partnerzy:

Pisma jezuickie na świecie:

Prawa autorskie © 2009 Przgląd Powszechny. Wszelkie prawa zastrzeżone.